Lato w Dolinie M.

Wróciłem 3 dni temu z Wiednia.

A gdy Lwa nie ma,..

pod blokiem mi znak grass-crop-circle

wymalowano ..

Będę jeszcze o tym pisał..

niedługo…

 

20…21..22…

a wcześniej: 13 czerwca 2019

a wcześniej: 15 lipca 2016 

a wcześniej?

 

Byłem w Egipcie. Ale tylko przejazdem do Jeruzalemu. 
Będę jeszcze musiał wrócić. Niemniej zrobiłem sobie fotkę z tamtejszymi kotami…

..

8

8

7

7

A może tak…kto to wie?

22 – czy rano, czy później, będzie już dostępny nowy Marat DAkunin

czyli to co on chce innym powiedzieć a uważa, że warto..

pod adresem

BL8G.PL

a adresów będzie ci on miał więcej..

Czy wszystko się dobrze skończy?

Zapewne..

Ale – skoro tak dobrze się zaczyna..

czy nie należy się bać?

No cóż, bać się nie należy – należy zrobić coś pożytecznego!

Przysłowie to poradził mi Ark.

DO usłyszenia 🙂

Mateusz – Marat 

D.

Dobran8c 🙂 

N8c 

UWAGA – START NA NOWO – Zapraszam na Nowy Blog (BL8G.PL)

Były jeszcze dodatkowe opóźnienia, ale – jak zapowiadałem – wracam z cykliczną i nieprzerwaną już kontynuacją. Oby owocną – co już nie tylko ode mnie zależy.

Ten blog będzie zachowany archiwalnie, natomiast zostały zbudowane (i są budowane) nowe miejsca, hostingi, by zaprowadzić także porządek merytoryczny i formalny.

Klimat niniejszego miejsca będzie zachowany – zapraszam w pierwszej kolejności na blog ogólny, gdzie będzie pojawiać się tematyka codzienna, ale i – jak tutaj – z ezoterycznym i duchowym przesłaniem, okraszona oryginalną wizualizacją.

Zapraszam zatem na mój nowy blog ogólny pod adresem:

BL8G.PL

 

pozdrawiam serdecznie

Marat Dakunin 

 

Kraków, 20.6.2019

 

 

 

 

Jałówka u płotu

A więc nadszedł maj – i za kilka dni – zaczynam zapowiadaną kontynuację – choć dużo tam będzie nowego. I „blogowanie” to tylko dodatek.

W końcu zacznie się więcej dziać, o czym będę pisał.

Załączam..nie, nie jałówkę, i nawet nie czerwoną.

[Ach ci Żydzi, ci Żydzi..będzie nielada kłopot przez tą całą historyczną historię
 i jej nawroty końcowe.
Żydzi nie są narodem wybranym.

Ulubioną rasą Pana Boga są koty.

Szczupły (nabierze ciała..nabierze..) Zwiastun, z pozdrowieniem nie tylko dla mnie, od siebie i od nich, nie tylko ode mnie,
przeze mnie, dla Wszystkich,
którzy nawet jeśli nie widzą i nie słyszą
mają odwagę na to, by zacząć się zmieniać!

Marat Dakunin

Po powrocie z Jerusalem

Ale..ale; dlaczego mam się tylko tłumaczyć (jak w poprzednim dziś rano wpisie informacyjno-zapowiadającym) – że ten archiwalny zastój TUTAJ
za nie tak aż długo ożywi się GDZIE INDZIEJ?
A może ten czas jednak wypełnić.

Nie tak dawno przytoczyłem na Profilu FB przez chwilę i zyskało uznanie więc utrwalę tutaj mniej znanego Junga Kazanie I. Co czynię;
Nie bez kozery, gdyż 23/24 stycznia tego Roku, 2019, wróciłem z Jerozolimy. 

 

„Zmarli powrócili z Jeruzalem, gdzie nie znaleźli tego, czego szukali. Domagali się przystępu do mnie i żądali ode mnie nauki, i tak ich nauczałem:

Słuchajcie! Rozpoczynam od nicości. Nicość jest tym samym, co Pełnia. W nieskończoności pełne znaczy tyle, co i puste. Nicość jest pusta i pełna. Możecie też równie dobrze powiedzieć coś innego o nicości, na przykład jakoby była biała albo czarna czy też jakoby nie istniała albo istniała. Nieskończone i wieczne nie ma żadnych właściwości, albowiem posiada wszystkie właściwości.

Tę Nicość albo Pełnię zwiemy PLEROMA. Wewnątrz niej ustaje myślenie i bycie, gdyż wieczne i nieskończone nie ma żadnych właściwości. W niej nie ma nikogo, bo gdyby był, wówczas byłby odróżniony od Pleromy, miałby właściwości, co odróżniałoby go — jako coś — od Pleromy.

W Pleromie jest wszystko i nic — nie popłaca rozmyślanie o Pleromie, gdyż to by znaczyło: doprowadzać siebie samego do rozpadu.

STWORZENIE jest nie w Pleromie, lecz w sobie samym. Pleroma jest początkiem i końcem Stworzenia. Przechodzi ona przezeń jako światło słońca przenika przez powietrze. Choć Pleroma na wskroś przezeń przechodzi, przecież Stworzenie nie ma w tym udziału, tak jak ciało doskonale przejrzyste ani jasne, ani ciemne się staje przez światło, które przezeń przechodzi.

My zaś jesteśmy sami Pleroma, gdyż jesteśmy częścią wiecznego i nieskończonego. Nie mamy jednak w nim udziału, ale jesteśmy nieskończenie oddaleni od Pleromy — nie przestrzenią albo czasem, lecz ISTOTĄ, skoro w istocie odróżniamy się od Pleromy jako stworzenie, które ograniczone jest w przestrzeni i w czasie.

Skoro jesteśmy częściami Pleromy, to Pleroma jest w nas. Toteż i w najmniejszym punkcie jest Pleroma nieskończona, wieczna i cała, bo małe i wielkie to właściwości, które w niej się zawierają. Jest ona Nicością, która wszędzie jest całkowita i bezustanna. Stąd o Stworzeniu tylko w sposób symboliczny mówię, że jest częścią Pleromy, bo Pleroma naprawdę nigdzie nie jest podzielona, gdyż jest Nicością. Jesteśmy też całą Pleroma, symbolicznie jest bowiem Pleroma najmniejszym — przyjętym jeno, nie zaś bytującym — punktem w nas i nieskończonym sklepieniem świata wokół nas. Dlaczegóż w ogóle mówimy o Pleromie, jeżeli jest ona Wszystko i Nic?

Mówię o tym, by gdzieś zacząć i odebrać wam tę ułudę, że gdzieś na zewnątrz lub wewnątrz jest coś z góry stałego albo jakkolwiek określonego. Wszystko, co nazywa się stałe albo określone, jest względne. Tylko to, co podlega przemianie, jest stałe i określone.

A to, co przemienne, jest Stworzeniem, zatem jedynie ono jest stałe i określone, gdyż ma właściwości, co więcej — samo jest Właściwością.

Podniesiemy teraz kwestię: jak powstało Stworzenie? Stworzenia, owszem, powstały, nie zaś Stworzenie, bo ono jest właściwością samej Pleromy, tak jak ta nie stworzona, wieczna Śmierć. Stworzenie jest zawsze i wszędzie, Śmierć jest zawsze i wszędzie. Pleroma ma wszystko: różność i nieróżność.

Różność jest Stworzeniem. Ono jest różne. Różność jest jego istotą, dlatego też Stworzenie rozróżnia. Dlatego i Człowiek rozróżnia, bo jego istota jest różnością. Dlatego rozróżnia on także właściwości Pleromy, które nie istnieją. On wyróżnia je ze swej istoty. Dlatego Człowiek musi mówić o właściwościach Pleromy, które nie istnieją.

Powiadacie: jaka korzyść o tym mówić? Sam powiedziałeś, że nie popłaca nawet myśleć o Pleromie.

Powiedziałem wam, by was uwolnić od tej ułudy, że można myśleć o Pleromie. Gdy rozróżniamy właściwości Pleromy, to mówimy z naszej różności i o naszej różności, a nic nie powiedzieliśmy o Pleromie. Mówienie zaś o naszej różności jest konieczne, byśmy dostatecznie potrafili się odróżniać. Nasza istota jest różnością. Gdy tej istocie nie jesteśmy wierni, to nie dość się odróżniamy. Dlatego musimy rozróżniać właściwości.

Pytacie: co szkodzi nie odróżniać się?

Gdy nie czynimy różnic, to wypadamy poza naszą istotę, poza Stworzenie i popadamy w nieróżność, która jest drugą właściwością Pleromy. Popadamy w samą Pleromę i przestajemy być Stworzeniem. Ulegamy rozpadowi w Nicość.

To jest Śmierć Stworzenia. A więc umieramy o tyle, o ile nie czynimy różnicy. Dlatego Stworzenie z przyrodzenia zmierza do różności, do walki z prapoczątkową niebezpieczną jednakością. To nazywa się PRINCIPIUM INDIVDUATIONIS (zasada indywiduacji ..- termin jungowki a mi się
tak myśli, że individe – niepodzielny znaczy, że ten, kto scalił swoje ‚osobowości’). Ta zasada jest istotą Stworzenia. Widzicie zatem, dlaczego nieróżność i nieczynienie różnic jest wielkim niebezpieczeństwem dla Stworzenia.

Dlatego musimy rozróżniać właściwości Pleromy. Właściwości są PARAMI PRZECIWIEŃSTW, jako to

Czynne i Nieczynne,

Pełnia i Pustka,

Żywe i Martwe,

Różne i Jednakie,

Jasne i Ciemne,

Gorące i Zimne,

Moc i Materia,

Czas i Przestrzeń,

Dobre i Złe,

Piękne i Szpetne,

Jedność i Wielość i tak dalej.

Pary przeciwieństw są właściwościami Pleromy, których nie ma, gdyż znoszą się one nawzajem.

Ponieważ sami jesteśmy Pleroma, to mamy też wszystkie te właściwości w nas; ponieważ gruntem istoty jest różność, toteż mamy te właściwości w imię i na znak różności, a to oznacza, że:

—  po pierwsze: właściwości są w nas odróżnione od siebie, rozwiedzione, dlatego nie znoszą się nawzajem, lecz są czynne; dlatego jesteśmy ofiarą par przeciwieństw; w nas Pleroma jest pęknięta;

—  po wtóre: właściwości należą do Pleromy, a my możemy i powinniśmy je posiadać albo żyć nimi tylko w imię i na znak różności; powinniśmy odróżniać się od właściwości; w Pleromie znoszą się one nawzajem — w nas nie; odróżnianie się od nich zbawia.

Gdy dążymy do Dobra albo Piękna, to zapominamy o naszej istocie, która jest różnością, a popadamy we właściwości Pleromy, które jako takie są parami przeciwieństw. Usiłujemy osiągnąć Dobro i Piękno, ale zarazem też chwytamy Zło i Szpetotę, w Pleromie stanowią one bowiem jedno z Dobrem i Pięknem. Jeżeli zaś pozostajemy wierni naszej istocie, mianowicie różności, to odróżniamy się od Dobra i Piękna, a przeto i od Zła i Szpetoty, i nie popadamy w Pleromę, czyli w nicość i rozpad.

A wy wtrącacie: powiedziałeś, jakoby Różne i Jednakie też miały być właściwościami Pleromy. Jak to jest, gdy dążymy do różności? Czyż wtedy pozostajemy wierni swojej istocie? I czy musimy popadać w jednakość, gdy do różności dążymy?

Nie powinniście zapominać, że Pleroma nie ma żadnych właściwości. Tylko my je stwarzamy przez nasze myślenie. Jeśli więc dążycie do różności albo jednakości, albo do innych właściwości, to dążycie do myśli, które wypływają ku wam z Pleromy, mianowicie do myśli o nie istniejących właściwościach Pleromy. Uganiając się za tymi myślami, znowu popadacie w Pleromę i zyskujecie naraz różność i jednakość. Nie myślenie wasze, lecz wasza istota jest różnością. Dlatego powinniście zmierzać nie do różności takiej, jaką sobie umyśliliście, lecz DO SWEJ ISTOTY. Dlatego w gruncie rzeczy jest tylko jedno dążenie, mianowicie dążenie do własnej istoty. Gdybyście posiedli to dążenie, to nie potrzebowalibyście wcale wiedzieć o Pleromie i jej właściwościach i dotarlibyście do prawdziwego celu mocą własnej istoty. Ponieważ zaś myślenie wyobcowuje z istoty, zatem muszę nauczyć was wiedzy, byście z jej pomocą potrafili trzymać myśli na wodzy.”

(Sermo I, C.G.Jung)

Moja pierwsza firma (zawsze pozostała w nieformalnym kształcie) nazywała się New Demiurg Industries i była to niechybnie nazwa okrutnie pretensjonalna.
Ark mawia, chyba słusznie, że wszystkie nazwy takie są, dopóki się nie zestrzeją i do nich nie przywykniemy. 
Moja druga firma nazywa się Pleoroma. PL celowe i także LEO a Roma – czytaj od tyłu jak mawiał abp Petz z Poznania – znaczy Amor, który Omnia Vincit, a może
i pleroma (która zwycięża niebyt, choć sama nim jest także)

Już PRAWIE

Przepraszanie Innych i siebie nie jest najważniejsze, ważniejsze jest solidne (i pogodne) postanowienie poprawy a jeszcze ważniejszy: skutek naprawiający zaniedbanie.

Zapowiadałem wznowienie bloga i to na nieporównanie większą skalę tak tematyczną jak co do kategorii (będzie kilka cyklicznych), tudzież walorów
PRAKTYCZNYCH i nie tylko (a będą też formy wideo – jeszcze nie wiem czy Vimeo
czy jednak YouTube) – zapowiadałem ale kolejne daty mijały..i..

I piszę, by zapewnić, że będzie.

Nie rezygnacja czy nieprzezwyciężone trudności tu winne, a organizacja
– i to niemałej ilości składników, zapewnienie o wiele szybszego (będzie wygodniej czytać a przede wszystkim oglądać fot. i ..nie tylko) hostingu, bezpiecznego, inne bonosu. 

Jak obiecałem, tutaj dam znać – gdzie (pod nową domeną) prowadzony
będzie nowy blog – będzie to nawet blog niejeden. A wszystkie regularne.

Aby już nie przekroczyć, dookreślę bezpiecznie, że zaproszę (także przez wpis tutaj – ten blog, pod ta domeną traktować bedę jako archiwalny) na NOWE
POMIĘDZY POCZĄTKIEM KWIETNIA A ŚRODKIEM MAJA. TEGO ROKU, 2019.

Serdeczności

Marat Dakunin

(fot. Arkadiusz Jadczyk )
(fot. Arkadiusz Jadczyk) 

Odpowiedzi po 7 latach

Ostatnie dni przyniosły zagadki.. i rozwiązania tych sprzed wielu lat.

Ostatnie dni przyniosły naukę.

W ostatnich dniach zrozumiałem kolejny akapit swojej przyszłości. 

Jak zapowiadałem, od Nowego Roku – 2019 – będę pisał  i będę pisał dużo
i o różnych sprawach, i nawet na więcej niż jednym „blogu” (w tym jednym
albo może i dwóch czysto fotograficznych), ale już nie tutaj.
Te nowe miejsca będą każde miały swoją nazwą i domenę. 

Tego, co zostało zaczęte tutaj, dokładnie w tej formie nie będę już
kontynuował, z różnych przyczyn, także merytorycznych.
Stronę z domeną cassiopaea.pl i ten blog, niejako do niej przypisany,
pozostawiam w formie (stronę, blog był zawsze raczej oderwany)
hołdu dla prawdziwej, pożytecznej i świetnie zorganizowanej
inicjatywy Laury i Arkadiusza. 
Jednak, poprzez nowe domeny i lokację, chciałbym podkreslić,
że jestem całkowicie niezależny (co znaczy także, że sam, od początku
muszę pracować na swoje imię i zaufanie – czy też jego brak).
Zostanie to jeszcze dokładniej i oficjalnie wyjaśnione w odpowiednim
dłuższym umocowaniu strony cassiopaea.pl, która pozostanie w sieci,
lecz już raczej nieaktywna – jako „tribute” właśnie dla Inicjatywy – dla
Ludzi zaś przede wszystkim, prawych i dzięki którym nauczyłem się
trochę z zakresu trudnej sztuki roztropności. 

O wszystkich nowych miejscach i ich adresach jednak w ostatnim
tutaj wpisie, pewnie już następnym po tym, powiadomię.

Wszystkim, którzy tutaj zaglądali, dziekuję. Obiecuję, że w nowych
miejscach będę pisał lepiej, systematyczniej. I przyjaźniej, jeszcze przyjaźniej
dla Czytelnika, unikając nie tylko pustosłowia co i nadmiernego komplikowania.
I – jak zawsze – unikając fantazjowania, którego tak pełno, na wszelkie tematy,
także w Internecie. Fantazjowania i czczych przechwałek. 
Mieć wyobraźnię – rzecz nie do przecenienia, bujać w chmurach
i myśleć życzeniowo, ślizgać się na nonsensach i domysłach:
to nie u mnie. Także nie u mnie: kierować się zasłyszanym ledwie,
uprzedzeniem czy bezkrytycznie przyjmowanymi intuicjami. 

Intuicja jest rzeczą wspaniałą: ale bezkrytycznie recypowana do
rozumu, a nawet rozumu w uzgodnieniu z sercem, traci na wartości, 
a nawet może być szkodliwa. 
Krytycyzm potrzebny jest zawsze gdy w gre wchodzi ludzki
aparat poznawczy, niezależnie od tego, czy poznaje strukturę krzesła
czy inne światy przez wizje, wglądy lub iluminacje. 
Krytycyzm potrzebny jest we wszystkim – w badaniu rzeczy
ulotnych, psychicznych, niematerialnej natury, wymagany jest
tym bardziej i tym ostrzejszy niż w naukach przyrodniczych.
Co nie znaczy, że musimy tutaj stosować te same metody badawcze.
Oczywiście – nie, bo i natura badanego jest inna. 
Na te tematy będzie z początku więcej, godzi się, zanim przejdzie
do przypadków poszczególnych a nawet ogólniejszych założeń czy
wniosków, przedstawić trochę formalności i metodologię.
Postaram się to zrobić bez nudy – ale rzetelnie. 

Ostatnie dni przyniosły odpowiedzi na pytania wielu lat. 

I sugestie, sugestie na których można zbudować lata,
a może nawet wieczność.

Pewne rozwiązania okrywa tajemnica.
Jest być może trochę tak, że porozumienie
nie zostało zawarte w ludzkim języku.

Odpowiedzi bywają czasem bardziej enigmatyczne niż pytania.

Być może, kiedyś, odpowiemy na wszystkie pytania skierowane
do siebie samego, do Siebie, Prawdziwego „Ja”. 
Integrujemy lewe z prawą, świadome z nieświadomym, żeńskie z męskim, potencjalne i aktualne, .. .., gdy spoimy się, wykrystlizujemy w Jedno,
przekroczymy Jednostkowość,
zobaczymy dokładnie to INDYWIDUALNE miejsce,
które zajmujemy w BOGU –  a wtedy do Niego wrócimy.

 

 

Marat Dakunin

Aktualności

Niedługo – dalszy ciąg niniejszego blogowania – i nie tylko
ale już pod nowym adresem.
W najbliższych tygodniach podam wszystkie nowe adresy
i ciekawe informacje.

Pozdrawiam!

Marat Dakunin

PS

Ach ci Ludzie, często i większość zupełnie jak Strusie..
nie mogą się czasem zdecydować – chować tę głowę i nie widzieć
czy nie chować..
A jednak, przecież i nawet Struś się domyśla, że
WIEDZA OCHRANIA, natomiast
IGNORANCJA POWODUJE ZAGROŻENIE

 

 

 

Plany, pienia i złe rozumienia

Ludzie są nieodpowiedzialni.

Sam jestem nieodpowiedzialny. Dlaczego mam się zatem dziwić, że w kwestii,
na której mi ostatnie pół roku bardzo zależało, na którą po prostu czekałem – spotkałem, można rzec: nawet więcej niż statystyka przewiduje nieodpowiedzialnych ludzi..

Bo choć się jeszcze to nie wyklarowało do końca, w tym momencie dużo wskazuje na to, że to, co było już prawie załatwione może jednak 
się nie udać, na razie.

Podejrzewam zresztą, że, jeśli tak będzie, wynika to nie tylko z:
– nieodpowiedzialności tych ludzi,
ale także:
– z odpowiedzialności pewnych innych nie-ludzi, którzy – być może biorąc pod uwagę pewną moją nieodpowiedzialność;
postanowili mi pokazać, no może nie tzw. „fucka” (o to bym ich nie podejrzewał, choć poczucie humoru to oni mają, oj, mają, to jednak z zasady niezłośliwe),
ale coś w rodzaju figi. Chorągiewki, króliczka, komunikatu: no, poczekaj sobie jeszcze, poćwicz sobie cierpliwość, wolę i umiejętność czasowego pożegnania się z tym, na czym bardzo ci zależało, bo dawało to rozliczne możliwości, niektóre nawet w rozmiarze pierwszym tak znaczącym w życiu.

Trafione w dziesiątkę, bo niewielu rzeczy bardziej nie cierpię niż rezygnować
z tego, co było już prawie, prawie – w zasadzie pewne, załatwione, gotowe.
Co było już do wdrażania w różnych aspektach przygotowywane przez ostanie pół roku. Na co czekałem.
Trafione, ale nie zatopione.
Albowiem, jeśli tak jednak wyjdzie, przecież poddać się nie mogę.
W szczególności nie mogę zrobić tego, co zwykle robiłem, gdy coś ważnego szło nie po mojej myśli. A wtedy włączała mi się zwykle tzw. przekora, sprowadzająca się w realiach i praktycznych skutkach głównie do tego, że mściłem się na samym sobie.
Może też tak macie? Bardzo to oczywiście, głupie.

Tak więc, nic innego nie pozostanie, jak z czekanych i utęsknionych, kilka dni temu prawie pewnych w możliwości realizacji, planów A, przejść, do póki to niezbędne, i tak, by oczywiście służyły one konstruktywnie planom A (odłożonym z musu, ale nie przekreślonym) do planów B, ciut awaryjnego i ascetycznego charakteru.
Przyjdzie to zrobić oczywiście bez entuzjazmu, bo kto się lubi samoograniczać? No, chyba tylko Bóg..

Postanowiłem jednocześnie zakończyć te często nawiązywanie tutaj do planów. Robi się już z tego pewna specyficzna meta-fizyka planowania. Trochę tak śmieszna, jak metafizyka uprawiana czy ‘dotykana’ w niektórych związkach wyznaniowych.
Będziemy po prostu działać, wg planów A, lub B, czas skończyć z tą potrzebą sumitowania się nad tym, co zaciemnia treści i cele, które przecież są najważniejsze.

Ostatnio napisałem kilka akapitów o tym boskim samoograniczeniu, przy okazji spaceru i wizyty w kościółku Mikołaja w Krakowie.

Ale zapomniałem tam wspomnieć, co mnie w zasadzie do napisania tamtego odcinka i pewnych refleksji bezpośrednio zainspirowało.

A był to mały śpiewniczek kościelny, leżący na jeden z ław. Rzuciłem do niego okiem i poślizgałem się po: znanych i mniej znanych tekstach różnych pieśni,
a tam takie, znane oczywiście i słyszane tak – jak się słyszy zwykle modlitwy i śpiewy religijne – czyli w ogóle się ich tak naprawdę nie słyszy, a szczególnie znaczenia poszczególnych słów czy też jakiejś logiki czy przekazu całości.

No, i trochę to śmieszne, trochę smutne, że w większości tych zwrotek i refrenów dominują takie formułki, które mogłyby odnosić się do kogokolwiek podług ludzkich a nawet podludzkich miar, tylko nie do Boga..
Mogłyby w szczególności być to zwroty, apostrofy, panegiryki i błagania o litość do okrutnego dyktatora, zidiociałego ze starości tyrana, zwariowanego trefnisia, niepełnosprawnego ministra z Ministerstwa Dziwnych Kroków, Baby z targu, psychopaty, rozkapryszonego dziecka..

Np. tutaj pewne cechy nawet trafnie uchwycone, choć nie wszystkie i nie cała ich różnorodność – pieśń zaczyna się ok. 40 sek

Wszystko to, przypomina mi kwestię, jak od dawien dawna,
BÓG BYWA ŹLE ROZUMIANY, ŻLE ODBIERANY, ŻLE WYOBRAŻANY,
nawet źle odczuwany.
A można go, rozumieć, odbierać, odczuwać – lepiej, prawdziwiej.
Przecież jest – ponoć – na nasze podobieństwo (tak, zwykle tak właśnie
jest – nie odwrotnie, jak w oryginale..).
Jednak tak to śmiesznie bywa – że kształtujemy sobie go głównie
na podobieństwo bardziej naszych wad! I to już jest tragikomiczne..

A pośrednio przypomina też, że – tak mi się wydaje, a znajduje to potwierdzenie w pewnym ciekawym źródle, które często, weryfikowane, okazuje się, że całkiem słusznie prawi, że nawet tak zaawansowane, realistyczne pod kątem wyciągania wniosków w rzeczywistego obrazu świata i jego mechanizmów, analizy, jak analizy Gurdżijewa, kosmologiczne i antropologiczne, w tym przede wszystkim tyczące się relacji na linii ‚Bóg – jego stworzenia – człowiek’ przedstawiają TYLKO JEDNĄ STRONĘ MEDALU.

Analizy, szczególnie psychologiczne, Gurdżijewa, są niesłychanie cenne
(i niemało wymagające, poza celowo fikuśną formą, przede wszystkim pewnej odwagi dostrzegania spraw takimi, jakie są, bez upiększeń i życzeniowości), jednak,
w pewnym sensie, ujmują tylko JEDNĄ STRONĘ MEDALU.
A może – pokazując dwie, zapominają o trzeciej, która była i jest
jednak bardziej pierwotna, podstawowa i – w całym tego Słowa
znaczeniu – kreatywna..
Tak jak jedną stroną byłaby wolność – a druga konieczność, tak trzecią,
jednak – i przede wszystkim miłość.
Ale zawsze nawiązując do miłości, najłatwiej to spłycić albo bardziej lub mniej niepostrzeżenie zboczyć na tereny, które z prawdziwą, absolutną miłością nic wspólnego nie mają. 

Tymczasem, w ramach zarówno planów A, jak i B, z uwagą doczytuję książkę Mohammada Tamdgidi’ego, (poleconą przez Arka! – dzięki!), która świetnie wiele aspektów tego, co Gurdżijew powiedział (czy raczej chciał powiedzieć, w istocie), klaruje. I stąd też właśnie, im bardziej się to wszystko mi wyjaśnia,
tym bardziej mi się ta pewna, jednostronność, rozjaśnia.
Ale to nie tyle zarzut do G., co wyzwanie dla mnie.
I to mnie cieszy, albowiem więcej jest pożytecznego do zrobienia,
tym bardziej, że stopniowo coraz lepiej wiem, jak to zrobić.

Spacerując z przepełnionym naczyniem na głowie

Jeszcze przez jakiś czas coś chce mnie uczyć cierpliwości..

A ponieważ jeszcze przez bardzo krótki czas nie będę wiedział,
czy mogę przejść do następnych etapów realizacji planów A,
czy też będę musiał (na początku musiał bardziej niż chciał, niestety)
przejść do trochę awaryjnego charakteru planów B,
nie pozostaje mi nic innego, jak spacerować, trochę rozmyślać
i trochę się, konsekwentnie, dokształcać.

Dziś np. na spacerze zahaczyłem o kościół pod wezwaniem Mikołaja.

Z tyłu bryły kościoła była niegdyś piękna rzeźba.

Widać ją nawet – z jadącego pociągu – w minucie 8:52 mojej miniatury, którą ostatnio nawet przypominąłem „Pomiędzy 1/2″

Kilka lat później, a kilkanaście lat temu, tę rzeźbę odnowiono,
a także całość obudowano i zakryto szybą. Zapewne tak lepiej,
bo widziałem, że drewniane elementy niszczały, niemniej wrażenia tak estetyczne jak duchowe bardzo na tym ucierpiały. Nawet nie wiem czy teraz zwróciłbym uwagę na te figury w niszy zewnętrznej strony tylnej nawy.

Wszedłem na więcej niż chwilkę do wnętrza.

Ale nie żegnałem się, ani wchodząc, ani wychodząc,
choć przyklęknąłem.

Co do pierwszego, przyjdzie to szerzej wytłumaczyć,
kiedy odnajdę już sposób (a cały czas poszukuję)
jak przekazać tak naczynie wypełnione Wodą aż po brzegi,
by – zanim się ktokolwiek spragniony zdoła z niego napić,
nie rozlać wszystkiego nawet, do cna – do dna.
A ponieważ Spragnieni sami mogą, nawykli do niezdarności,
choć jej nie zawinili, stłuc i zmarnować naczynie, także dlatego,
że przepełnione się czasem o to prosi, trzeba tutaj pewnych
cyrkowych trochę sztuczek, by stąpać ostrożnie, pomiędzy nimi
i nierównościami gruntu, i z gracją.

Napiszę więc tylko tyle, żeby dać znać, że myślałem nad tymi
sprawami ponad 30 lat, miałem je już – na tyle, na ile byłem
wobec sprawy wymagający, a byłem, uporządkowane 
w pozytywnym sensie. Także dlatego, być może,
trudno mi od razu wyjaśnić pewną ewolucję. 

Od dzieciństwa miałem zwyczaj dawać jakoś znać o swojej pamięci
czy szacunku w miejscach związanych z ludzką wiarą. Bardziej w odludnych, odosobnionych, zapomnianych niż innych. Zapomnianej prawie leśnej kapliczce, rozpadającym się prawie górskim kościółku.
Trochę tak, jak jest to opisane w „Podróży na Wschód” Hermanna Hessego.

Już w wieku pomiędzy 15 a 25 rokiem życia uporządkowałem sobie pewne sprawy związane z wiarą, pewną część dość znacznie metaforyzując, jeśli jednak chodzi o zagadnienie podwójnej natury Syna Bożego – i jego ofiary na krzyżu,
tak w sferze intelektualnej, jak emocjonalnej, doszedłem do pewnych, zadawalających mnie osobiście rezultatów. Nie było to bynajmniej poprzestanie na zadowoleniu małym kosztem: tak intelektualnie, jak empatycznie.

Szczególnie po poznaniu Ewy, w 2002 roku, i poznaniu, ciut szerzej, różnych poglądów gnostyckich, wyrobiłem sobie zdanie, że różnego typu kwestionowanie – tak podwójnej natury Chrystusa, jak faktu jego realnej śmierci na Krzyżu – co występowało także w różnych odłamach myśli gnostycznej (mniej lub
bardziej prymitywne pomysły typu „ofiary pozornej”, „ciała fantomatycznego”
itp.) – jest jak najbardziej błędne.
Podawane tam rozwiązania tych kwestii oraz ich uzasadnienia były dla mnie albo bardziej lub mniej niekonsekwentne, albo były wynikiem niewłaściwego oglądu świata jako całości, co prowadziło do błędnych wniosków.

W szczególności pogląd dualistyczny, czy manicheizm, który stworzenie całego tego widzialnego, materialnego Świata, w którym żyjemy, przyznawał jakiemuś złemu demiurgowi, jakiemuś szatanowi – stwórcy zła i materii – w przeciwieństwie do Dobrego Boga – władcy i stwórcy Ducha i świata duchowego, odrzucałem od samego początku – i nadal odrzucam.

W tej kwestii jestem monistą. 
To, że dualizm (materii, cecha materii wręcz) i istnienie zła może znajdować,
tak intelektualne, jak emocjonalne uzasadnienie, bez uciekania się do jakiegoś przeciwnego do Boga – złego stwórcy, potrafiłem, i potrafię, uzasadniać na różne sposoby. I widzę też to, że mimo tego, ten monizm nie prowadzi do jakiegoś oskarżenia Boga, do zobaczenia w nim, w samej jego istocie – a także w jakichś jego „motywach” czy „działaniu” cienia, ciemności – Zła.
I, choć wgląd, w tym bezpośredni, i towarzyszące mu poglądy, się zmieniły i rozbudowały w wielu istotnych punktach – ewoluowały, gdyż nie mogły
się nie zmienić, gdy stanąłem bardziej niż kiedyś przed pewnymi faktami,
to jednak podstawowa monistyczna zasada została zachowana. Widzę Jedynego Najwyższego, jego działania jako doskonałe i nieobarczone żadnym błędem
(nie ma tu miejsca na jakiś wypadek czy rozbite naczynia – na jakieś „boskie
niekonsenwencje”, które pojawiają się w różnych teoriach, także gnostycznych
czy kabalistycznych), konsekwentne i takie, że przyznając Wolność – 
przyznał ją w takim rozmiarze i tak bezwzględnie konsekwentnie –
Wolność ta czasem przysłania bezmiar Miłości.
Ale przecież: MIŁOŚĆ TO WOLNOŚĆ!

Ktoś powie: cóż za bzdura! Przecież tak mało tej wolności
mamy w praktyce, tak bardzo jesteśmy uwarunkowani. 
To prawda. Może tak być – ba, w większości wypadków
tak bywa! Ale jest jeszcze większa prawda: że sami

wolnie możemy wybrać nawet największą niewolę!
I często nie bierze się pod uwagę faktu, że nie tylko
my, ludzie, zostaliśmy obdarzeni – jako stworzeni –
wolnością. A to daje pewne, bardzo smutne,
lecz niemniej realistyczne, wnioski..

Choć w stworzeniu jest zło, w Bogu zła nie ma – dualizm świata jest konieczny,
ze względu na pewne właściwości nauki własnej samoświadomej miłości,
od których nie da się uciec (ale można ją, Bożą Miłość, finalnie i same istnienie – odrzucić). Moc Boża była i jest immanentnie samoograniczona przez oddanie jego stworzonym dzieciom takiej wolności, która jest dosłownie nieograniczona.

I z tego płyną pewne problemy, nawet w o wiele większym rozmiarze, niż kiedyś myślałem. O wiele lepiej jednak też rozumiem, dlaczego. I prowadzi to mnie tylko do większego podziwu i zaufania w niezbędność wszystkiego, co jest. Prowadzi też do chęci wpłynięcia na to, żeby było coraz lepsze. Bo też i takie Bóg przewidział dla nas zadanie, jeśli oczywiście się na nie wolnie zgodzimy.

 

 

Ezoteryka w piosenkach Roxette (cz. 2)

No cóż, „jutro” wyszło za 3 dni. Cuda jednak z 3 które są jednym
i odwrotnie są nie tylko moją specjalnością.

Poprzednio (we wpisie „Przesłanie ezoteryczne w utworach
zespołu Roxette (cz. 1)” tutaj link
http://blog.cassiopaea.pl/2018/05/25/przeslanie-ezoteryczne-utworach-zespolu-roxette-cz-1/)
omówiliśmy, głównie społeczne, przesłanie jednej z piosenek z ostatniego albumu zespołu „Dobra Karma”. Tytułowa piosenka z tej płyty nie jest zbyt ciekawa, by poddać ją dłuższemu omówieniu; nie ma też do niej teledysku. Ostatnia zwrotka jest bardzo jasna w wymowie i w pełni koresponduje z tytułem – i piosenki i całego albumu:

Sense
 Life was a train passing by
 But your heart is heaven on fire
 Just when you thought that you died
 You came out bright
 And so alive

Zajmiemy się teraz starszym utworem, gdzie nie ma bezpośredniej, konkretnej symboliki, gdzie znaczenia są podane prościej i psychologicznie.

Piosenka pt. „Almost Unreal”.

Pierwsze sceny do teledysku pokazują od tyłu fotel, który przybiera taki kształt:

W tym kawałku nie będę wskazywał jakichś konkretnych symboli,
układów metafor, ewidentnych wizualnych czy fabularnych nośników
znaczeń duchowych – ale, dla przykładu, wskażę jak kształtuje się przekaz tekstu. Krąży on w zasadzie wokół czegoś, co można by określić „pogodną psychologią”, może miejscami ciut banalną, ale trzymającą się generalnie standardów formułowania pewnych prawd czy pociech duchowych.

Weźmy np.:

  • – wezwanie do oddania się swojej pasji, talentowi – jedno z podstawowych ezoterycznych wskazań życiowych, obecne a jakże także w ewangeliach (np. przypowieść o sługach i talentach – tam oczywiście nazwa odnosi się bezpośrednio do środka pieniężnego, waluty), śpiewane
    „..and do what you do best..” 
  • – typowo ezoteryczne, magiczne, w ostatnim Czasie nawet szczególnie podkreślane no i oczywiście nader aktualne, przeświadczenie, że Miłość zwycięży, zawsze odnajdzie drogę, że „idze za nami” i przeznaczenie zostało tak zaaranżowane, żeby nas wspomóc, byśmy stali się Kompletni, ewoluowali, że los/przypadek itd. konspirują kierowane przez Ducha, także by nas, ludzi, wspomóc, choćby w słowach: „..I do believe love came our way and fate did arrange for us to meet„.
    Kilka już wpisów, szczególnie przy samym początku niniejszego blogapoświęciłem tej kwestii, a będę o tym pisał jeszcze nie raz i mocniej.
    Sam mogę bowiem zaświadczyć z pełnym przekonaniem i wiedzą (a nie tylko domysłem, przeświadczeniem czy wiarą), że tak dokładnie bywa. Nie zawsze jest tak, że „przeznaczenie” konfiguruje zdarzenia i wypadki naszego życia dla nas bezboleśnie; ale jeśli widzimy, co trzeba widzieć i potrafimy dostrzec w negatywnych z pozoru doświadczeniach naukę, plusy i tło do obrania przez nas dobrej drogi – w zasadzie trudno – mi chociażby – byłoby wtedy w całym moim życiu wskazać jakiekolwiek doświadczenia, które nie byłyby w tym sensie owocne. A proszę mi wierzyć, trochę w życiu ekstremów, doświadczyłem,i to po obu stronach sinusoidy „przyjemne – bolesne”.
  • – „you’ve got the power to heal ” – też mógłbym szerzej komentować (choćby, także typowe dla ezoteryki przeświadczenie o mocy uzdrawiania samego siebie, które człowiek może odkryć i poznać vide np. Reiki itp.).
  • – Mądrość powinna mówić nam, że są pewne rzeczy, siły wyższe, których zmienić nie sposób – ale także podpowiada, że można znaleźć pociechę i pomocne środki, że nie jesteśmy sami..- „hey, we can’t stop the rain  
    let’s find a place by the fire”.
     
  • – „sometimes I feel, strange as it seems you’ve been in my dreams all my life” 
    Oczywiste. Znane z teorii, przykładów Innych ludzi ale przede wszystkim
    – znane z własnego doświadczenia. Literalnie i dosłownie, też tylko przykładowo: spotkając naszą Duszę Polarną może okazać się, że w jakimś sensie i w jakiś sposób znała nas już wcześniej, np. śniła o nieznajomym, a jednak znajomym..

Ostatnie zdanie pozostawiam bez szerszego komentarza:

"It's a crazy world out there
 let's hope our prayers are in good hands tonight."

[dosłowne tłum.: Ten świat jest szalony.
 Miejmy nadzieję, że nasze modlitwy znajdują się w dobrych rękach tego wieczora]

Kto wnikliwszy dostrzeże tu od razu aluzję do oszustw
obecnych w przekazach wielu naszych religii i choćby faktu,
że modląc się do Jahve, takiego, jaki jest znany ze Starego Testamentu, niewykluczone, że modlimy się do „demona” a nie żadnego Boga,
tym bardziej Najwyższego..

Słowa te padają na końcu piosenki (i teledysku)
a towarzyszy im taka oto wizualizacja: