Kartka z pamiętnika

Zanim – za kilka dni – nastąpi kontynuacja poprzedniego
wpisu („Cele pracy ezoterycznej”), ponieważ – wpis ten
zakończyłem pewnym meta-odwołaniem, czyli odwołaniem
się do sensu i powołania nauczyciela w pracy ezoterycznej
w ogólności, uczynię małe interludium i przypomnę
fragment pewnego pamiętnika.
Marat Dakunin

Marsylia, () 1986

Jestem transformatorem i konwerterem
energii. To jest esencja mojego istnienia.
To jedyny możliwy cel. Mogę wybrać, czy 
służyć temu celowi, czy nie. Mogę być tylko
transformatorem. (..)
Albo, mogę służyć jako kanał. To wybór
pomiędzy samowolą a dyscypliną. Co robi
„Ja” to samowola. Co działa poprzez „Ja”
nią nie jest. Powiniem pozwolić, by
Działało poprze mnie. Trzeba wyeliminować
samowolę. Ale, na Boga, nie samokontrolę!

Tak więc chcę wyeliminować samowolę, usunąć
autoidentyfikację. TO bardzo ważne.
Chcę (jednak) wglądu i samoobserwacji.
Chcę zaplanować każdą godzinę.
Chcę pozbyć się garbu, przestać być
wielbłądem.
Chcę słuchać. Chcę wewnętrznie rozważać.
(..)
Świat jest marnością. Marnością, która
przeminie. Niebo przeminie, Ziemia
przeminie, drzewa przeminą, ludzie
przeminą. Ludzkie aspiracje przeminą. Nauka
i wiedza przeminie. Wszystko co mnie spaja,
przeminie.
Cel – na tym poziomie – nie istnieje.
Wyznaczać cel na tym poziomie to
okłamywanie samego siebie.
Humanizm, prawda, wiedza – to puste słowa.
Słowa otoczone przez cierpienie, które jest
bez znaczenia. Kiedy mówię, że „chcę pomóc
ludzkości” – to puste słowa.Kiedy mówię
„wiedza”, „nauka”, „prawda”, „poznanie” –
to słowa fantomy.

Jestem transformatorem energii i potrzebuję
służyć jako taki. To jest to, co mogę.
Gdzie jest wyjście?
Nic nie pozostanie z tego, co robię.
Równie dobrze mógłbym nie istnieć.
Myśleć, że jestem inny, że jestem
wyjątkowy? Że dokonam rzeczy, których nikt
nie dokonał – ale mi się uda, gdyż mam
szczęście? Boże, to możliwe, żeby wierzyć w
tę iluzję!(..)
Jeden cel wydaje się osiągalny.
Gdy koniec będzie blisko, cierpienie będzie tak
wielkie, że odejdę z ulgą (..)

Gdzie jest wyjście? Jakiemu celowi służą
ludzie? To jest eksperyment!
To, co bierze początek we mnie się nie
liczy. Jedyne, co mogę zrobić, to pozwolić czemuś
potężniejszemu mówić przeze mnie. Czemuś
mądrzejszemu mówić do mnie i mówić przeze
mnie. Działać przeze mnie.
Jestem łupiną, maszyną. Jestem możliwością
dla czegoś większego do bycia we mnie i
działania przeze mnie. Jestem miejscem,
które czeka by zostało wypełnione.

Jestem powozem bez woźnicy i bez pana.
Tak, jest mózg, są członki ciała, są
zmysły. Ale jestem tylko powozem, bez
powożącego i bez pana. Osobą z pretensjami
by posiadać jakieś prawa. Która odgrywa
role, czasami woźnicy, czasami pana – która
mówi ciągla „Ja”.
Lecz jestem tylko powozem,
który jedzie do nikąd i skazany
jest rozkraczyć się w jakimś rowie.
Moje aspiracje, moje ambicje, moje chęci –
to wszystko należy do pustego powozu
i konia,
(koń w metaforze człowieka Gurdżijewa
symbolizuje uczucia, jako siłę napędową człowieka
– dopisek MD) 
pozostawionego bez kontroli.
Wszystko, co robię, nic nie znaczy.
Wszystko co robię jest „osobiste”. Wszystko
co z [tej fałszywej osobowości]
pochodzi to balast.
To wielbłądzigarb.

Jak przejść przez ucho igielne z tym
garbem? Trzeba odłożyć na bok tę osobę.
Aspiracje i fanaberie – to nie ja.
Błogosławieni, którzy są potulni.
Potrzebuję potulności. Wyeliminowania
rzeczy zbędnych. I świadomości, że każda
chwila jest odgałęzieniem Wszechświata.

(Ark, Arkadiusz Jadczyk,
tłumacz. wersji angielskiej MD, choć językiem
ojczystym autora jest j. polski) 

Cele pracy ezoterycznej

W tym odcinku postaram się ograniczyć czysto osobiste przemyślenia i komentarze (dopisek: nie udało mi się to do końca..).
Rzecz wyłożę w punktach – ma to na celu raczej uporządkowanie całości i przedstawienie poszczególnych tez a nie odnosi się do jakiegoś podziału czy klasyfikacji.

Pozycja, którą w tym zakresie polecam – Gnoza, aut. Borysa Murawiewa (w jęz. polskim niestety niedostępna) – choć nie można powiedzieć, że przedstawiająca Prawdę w 100 %, to jednak jest najwyższej jakości, a tak przemyślenia teoretyczne, jak, ciągle gromadzone, doświadczenie praktyczne, pozwalają mi tę prawdziwość w wielkim zakresie stwierdzić i biorę za to przed Każdym Czytelnikiem osobistą odpowiedzialność.

A więc, wracając do rekapitulacji celów..

I.

Celem pracy ezoterycznej, a jest to głównie praca Człowieka nad Samym Sobą
[jak podkreślam jednak w nastepnych punktach – istotne jest przy tym
relizowanie celów zewnętrznych]– jest Przezwyciężenie Śmierci. Zbawienie. Dość komentarza do tego punktu zamieściłem w poprzednim odcinku. Będę zresztą do tego niejednokrotnie wracał, tutaj nie chcę się już powtarzać (choć chętnie odpowiedziałbym na jakiekolwiek pytania – to uczyniłoby od razu całą rzecz wartościowszą, gdyż mógłbym skupić się na konkrecie, choć oczywiście, nie znając pytania, nie gwarantuję czy znałbym na nie satysfakcjonującą odpowiedź czy znalazł odpowiednie wyjaśnienie).

Tutaj podsumuję jeszcze jedynie sytuację egzystencjalną LUDZI – jako mogących – POTENCJALNIE – udoskonalić się, awansować w hierarchi rozwoju bytów (nie tylko duchowej) wyżej.

Człowiek – jak wiadomo – jest „zawieszony” pomiędzy światem 
i „aspiracjami” roślinno – zwierzęcymi (gdzie cel jest prosty, 
przetrwanie i prokreacja, a na wątpliwości i wybory miejsca nie ma) 
a należącymi do wyższego, duchowego – boskiego porządku.
 Z jednej strony musi troszczyć się, podobnie jak zwierzę o przeżycie 
– a instynktowna część i często też nieopanowane pożądania – realizację seksualną i prokreacyjną. Z drugiej strony, choć u niemałej części ludzi jest ona nierozwinięta, nierozpoznana lub zduszona – człowiek poprzez swoje świadome wysiłki może wejść właśnie w coś, co może być nazwane 
linią rozwoju ezoterycznego. Ta linia pozwolić mu może na odkrycie 
w sobie i nawiązanie kontaktu – poza, funkcjonującymi i wystarczającymi „części zwierzęcej” niższymi centrami emocjonalnym (seksualnym) oraz typowo mechanicystyczno (pragmatyczno) – ludzkiemu niższemu centrum intelektualnemu – wyższych centrów, będących w człowieku w efekcie tchnienia w niego ducha (zapalenia Bożej „iskry”)  najczęściej w stanie zupełnie nierozwiniętym i często też nieuświadomionym, wyższemu centrum emocjonalnemu i intelektualnemu i ich unii wyrażającej się Prawdziwym Widzeniem [trzecie oko]). Nawiązując kontakt z tymi centrami człowiek może: przezwyciężyć Śmierć odzyskać utracony Raj. 
 Ot, co.

II. 

Z rzadkimi wyjątkami powyższy cel (cele) mogą być osiągnięte poprzez świadomy trud, ciężką i metodyczną pracę.
Na temat „wyjątków” już poczyniłem pewien komentarz wcześniej, będę do tej kwestii wracał też w przyszłości przy omawianiu kwestii szczegółowych.

II b.

Świadomy trud Człowieka na drodze pracy ezoterycznej obejmuje w przemożnej mierze pracę nad funkcjami, zdolnościami i centrami człowieczymi, które zwykle są w stanie uśpionym, nierozwiniętym i wręcz powszechnie zapomnianym, szczególnie u ludzi naszych czasów.

Cechy te mają zarówno charakter umysłowy, intelektualny, jak też bardziej uczuciowy, emocjonalny. Jest generalną regułą, że podstawowe i najważniejsze znaczenie ma praca nad centrum emocjonalnym, albowiem droga i jej istota zaczyna się w sercu.
Konieczna jest gorliwość, tęsknota – pożądanie wyrażone gorącym sercem człowieka. Aby poczynić postęp, należy zapłonąć.
Ogienek i trochę dymku nie wystarczą.

III.

Praca ezoteryczna, jak stwierdzono wyżej, jest przede wszystkim pracą Człowieka nad samym sobą, dokonuje się w większości poprzez i w jego wnętrzu. Jednak nie może być, z natury Świata (oraz z przyrodzonej, społecznej natury Człowieka) wykonywana w próżni.
Nie należy też oczekiwać bezpośrednich, a tym bardziej szybkich „rezultatów” – w tym sensie, w którym można by je przyrównać do nagrody za wysiłek, „zapłaty” za włożony trud.
Nagroda, co wynika chyba jasno z natury i celów pracy, jest i to jest wielka. W zasadzie napisać należy: Największa z możliwych. Jednak istotą pracy ezoterycznej – w tym właśnie pracy nad swoim centrum emocjonalnym (i pracy nad ograniczeniem swojego Ego w sensie fałszywych, narzuconych naszej prawdziwej Indywidualności, mnogich „Ja”, o których już też nie raz tutaj wspomniałem) jest upodobanie serca, bezinteresowność, a czasem, użyję tutaj tego słowa z ostrożnością: miłość.
Jest to trochę tak, że – choć pracuje się – i o Nagrodzie się WIE, to jednak istota dobrze wykonywanej pracy ezoterycznej, motywacja i myślenie człowieka nie może skupiać się na jego interesie w tym zakresie. Najlepiej gdy jest szczerze bezinteresowna, wzbudzona przez czyste dążenia serca i aspiracje uczynienia dobra i pożytku Innym, Światu, a nie sobie, w każdym razie, nie bezpośrednio i głównie Sobie.
W pewnym zakresie zasadę tą wyraża ewangeliczna rada: „Niech nie wie lewica co czyni prawica”. Gdy prawą ręką komuś dajesz coś darmo, niech lewa nie wysuwa się, nawet bezwiednie, po „nagrodę” za tę swoją dobroć.

Może wydaje się to abstrakcyjne i trudne, ale, dla człowieka, który – jeśli prawidłowo widzi rzeczywistość, nie jest poważnie zakłamany i jest w stanie być w miarę uczciwym wobec samego siebie, nie jest to takie trudne.
W istocie jest czasem tak, że dla osoby, która ma dobrą szansę na powodzenia w pracy ezoterycznej wydaje się ona właśnie – dla niej samej – bardzo trudna, bo bywa, że osoba taka niezbyt dobrze, a nawet całkiem źle, ocenia samego siebie, swoje przymioty, bezinteresowność. Myśli nierzadko, że jest takim egoistą i ma tak słabą wolę, że praca ezoteryczna i bezinteresowność trudów i wyrzeczeń, taka o jakiej wyżej wspomniano, jest poza jej zasięgiem.
Tutaj mogę poczynić optymistyczną uwagę, że tak nie jest. Natomiast nasze wątpliwości co do samego siebie w pewnym zakresie niech dodadzą nam otuchy – świadczyć bowiem mogą, że mamy do siebie odpowiedni stosunek. Jest to bardzo ważne i odwaga w podjęciu Pracy może zaowocować tym, że nie tak długo będziemy mogli czekać na niedowierzanie i radosne zdziwienie, że coś, co wydawało się „zbyt dobre dla nas” jednak jest w naszym zasięgu!

Choć cały powyższy ustęp pochodzi bezpośrednio ode mnie i wsparty jest na moim doświadczeniu, podobnie pisze Borys Murawiew, stwierdzając „każda prawdziwa praca ezoteryczna przebiega w kierunku diametralnie odmiennym niż egoistyczne dążenia”.

Dlatego też, osoba, która tej pracy się podejmuje, nie powinna rozmarzać się i łudzić wizjami różnych korzyści, osiągnięć i nowych możliwości, które będzie osiągać, powinna zaś uzbroić się w wiarę (nie chodzi tu o wiarę w sensie religijnym, a przynajmniej akcent nie w tym leży..) i odwagę, koncentrując się na właściwych staraniach i pożytkach, nie ograniczających się do siebie samego,
z nich płynących.

III b.

Praca nie jest wykonywana, jak stwierdzono wyżej, w próżni. Powinna mieć pożyteczny cel. Konieczne jest zajęcie się CZYMŚ KONKRETNYM.
Ogień, płonący w sercu i duszy samotnika, który posłuży tylko do tego, by oddawał się czemuś (np. jakiejś niezrozumianej szerzej twórczości czy utopiom), z czego nikt w zasadzie nie ma żadnego pożytku – nie wystarczy. Mało tego, można się sparzyć; w rzeczy samej taka postawa byłaby raczej oszukiwaniem samego siebie a czasem i innych.

Dlatego konieczne jest znalezienie – by włożyć w nie swój świadomy trud – konkretnego PRAKTYCZNEGO ZASTOSOWANIA.

Nawet gorący płomień w sercu nie wystarczy, jeśli nie będzie mógł czegoś, poza nami, zapalić i skończy się na szarym dymie, zanim wygaśnie. Każda siła wymaga konkretnego punktu aplikacji i jeśli go nie odnajdzie, zdekomponuje się i zaniknie.

Zanim odpowiednie siły mogą znaleźć zastosowanie, „student” musi uczynić się odpowiednio użytecznym. Jego zadanie rozpocznie się tak naprawdę dopiero gdy od zamierzeń i słów przejdzie do działań, akcji.

IV.

Poszukujący jest wolny w swym wyborze.
Dyscyplina jest przyjęta na zasadzie wolnego wyboru, ale – jak już – musi być stalowa. Poszukujący może zaprzestać swoich wysiłków i w każdej chwili powrócić do normalnych życiowych, światowych interesów. Jednak, musi się liczyć z tym, że będąc już w pewnej mierze „zatruty” tym, co dokonał na drodze ezoterycznej oraz mając już przez to w pewnej mierze otworzone oczy, kolory i możliwości światowe, które wcześniej wydawały się bardzo atrakcyjne, teraz zblakną a nawet zupełnie stracą swą siłę motywacyjną. Tak jest ze wszystkim co wydawało się kiedyś godne pożądania: pieniędzmi, kobietami/mężczyznami, sławą (a nawet tzw. „spokojem udanego życia rodzinnego”).
Wolność wyboru i inicjatywy domaga się od poszukującego wystawienia siebie na różnorakie niebezpieczeństwa i próby. Może być też tak, że omyłkowo weźmie fałsz za prawdę, nieczyste za czyste, pozwoli na dopuszczenie do różnego rodzaju „skandali”. Jeśli jednak takie błędy zostaną popełnione przez czyste serce w rezultacie szczerego błędu, nie stanowią śmiertelnego niebezpieczeństwa. Zostanie on ostrzeżony na czas, nawet gdyby w błędzie pozostawał. Tutaj Murawiew przywołuje przykład nawrócenia Szawła – św. Pawła. Jednak nie muszę sam długo szukać by mnogie przykłady cisnęły mi się w pamięci, tak z historii, już mniej odległej, jak z całkiem nieodległej i niemal teraźniejszości.

Prawdziwe niebezpieczeństwo ma miejsce wtedy, gdy dopuszczamy się nieczystości serca – poszukujemy tak naprawdę realizacji naszych egoistycznych interesów i, tak naprawdę, jednej ze „światowych” wartości (tj. choćby wspomnianych – władzy, sławy, pieniędzy, czy nawet pewnych doczesnych rezultatów emocjonalnych). Może tak się stać, nawet nie do końca dla nas świadomie, w początkach, gdy dopuszczamy się jakiejkolwiek nieszczerości wobec samego siebie. Toteż najgorszym i najniebezpieczniejszym z kłamstw, na drodze ku pracy ezoterycznej, jest OKŁAMYWANIE SAMEGO SIEBIE. Jest to absolutnie zakazane!

Stwierdzam, że wpis robi się za długi. Dlatego na tym puncie teraz przerywam, w następnej części zaś – bardzo niedługo – bezpośrednia kontynuacja i dalsze punkty.

Pod koniec tylko jedna, w pewnej mierze autotematyczna uwaga.
Istnieje zasada, że na pewnym etapie pracownik jest zobowiązany także do nauczania, do przekazywania Innym tego, co wie, szczerze korzystając ze swojego doświadczenia. Jest to jednak śliska sprawa.
Albowiem, wydaje się, że nazbyt wielu uważa się do tego powołanych.
Przez to, w ogóle, ezoteryka doczekała się nienajlepszej opinii 
i nierzadko bywa wyśmiewana – i słusznie! Nie ma bowiem
nic gorszego niż lipnie lub oszukańczo uprawiana praca ezoteryczna
czy wszelkiego rodzaju życzeniowo – fantazyjne okultyzmy.
Czyniły one i czynią – tym bardziej w dobie globalnego obiegu

informacji i mediów – wielką szkodę Prawdziwej sprawie.
Czy rzeczywiście jesteśmy do tego zobowiązani, o tym powie nam nie własna aspiracja czy, nawet dobre, chęci – w rzeczy samej: sami możemy się czuć do tego absolutnie niegotowi i sami siebie osądzać jako znający rzecz tak słabo a nasze doświadczenia za tak niewymierne, że „u nas” nie powstałby nawet zamiar przyjęcia na siebie, nawet w pewnej mierze, roli nauczyciela.
Czy musimy to jednak, będąc w zgodzie z naszymi obowiązkami i powołaniem, uczynić powie nam bardziej konfiguracja faktów i Świata oraz liczne, niedające się zignorować sygnały i znaki. Niemniej, pomimo tego wszystkiego, ktoś, kto rzeczywiście ma już także nauczać, do końca może się czuć do tego nieprzygotowany i tego niegodny. Jest to jedna z kolejnych właściwości, która cechuje ezoteryzm i która się opłaca – lepiej sobie, a musi płynąc to raczej z natury a nie z jakichś świadomych czy wymuszonych starań „skromności” – umniejszać niż odwrotnie. Trudność polega na tym, że umniejszając sobie, niejako naturalnie tracimy motywację do działania, szczególnie w takiej dziedzinie, o której mowa. Tak, jest to trudne ale o tym, że praca ezoteryczna jest rzeczą trudną, jak widać tutaj: w znacznej mierze właśnie psychologicznie, była już mowa.

Adresy naszego zamieszkania

Dziś – trochę obok, ale już jutro – c.d. i bardziej ad rem
tego, co zacząłem tydzień temu.

Tydzień temu sumitowałem się, że wpis, i tak zbyt długo odkładany,
nie wyszedł mi najlepiej. Bardziej formalnie nawet niż merytorycznie.
Ale forma jest bardzo ważna.

Kiedyś zanotowałem np., że CEREMONIAŁ wg mnie – z czym pewnie
wielu z Was się zgodzi – choć w zasadzie powinien być mało istotny,
[na pewno nie wychodzić na pierwszy plan – inaczej buduje się „szopkę”,
i wartości, wierzenia czy ideały lub inne ważne sprawy konstruuje
z – trawestując S.I. Leca – słów tak pustych, że mogłyby więzić narody..]
jest jednak ważny – tak jak ważna jest forma – bo – np. tworzy ramy,
w których łatwiej jest zapomnieć o tym, o czym człowiekowi zapomnieć
bardzo trudno – mianowicie ciągle obecnym dyktatem jego „Ja”. 

Przez formę można do Innych Ludzi dotrzeć albo wcale – można ich zrazić, zniechęcić, wykluczyć w zasadzie to, że jeszcze kiedyś będą chcieli poświęcić jakikolwiek swój czas, by zapoznać się z jakimś z prezentów, które chcemy im dać. Stwierdzą, że nie mają one wartości albo są dla nich nieprzydatne.

Dziesięć lat temu, gdy ukazał się mój „prezent” dla studentów,
stosunkowo nowatorsko ułożony podręcznik
„Podstawy prawa” – już o tym wiedziałem.
We wstępie bowiem napisałem między innymi:

Władysław Tatarkiewicz pisał niegdyś, że aby pewna treść przeszła z umysłu piszącego do umysłu czytającego, musi być dokonana pewna praca, a jest lepiej, gdy tę pracę wykona piszący. (..) Starałem się przede wszystkim dokonać możliwej do zaakceptowania syntezy prezentowanych zagadnień prawnych, nie tracąc jednak z pola widzenia jak największej ilości ich istotnych cech. Czy został osiągnięty w tej sferze rozsądny kompromis pomiędzy stopniem szczegółowości a przejrzystością opracowania, warunkowany także technicznymi możliwościami składu drukarskiego w określonym formacie, ocenią Czytelnicy.

Podstawy Prawa, wyd. C.H.Beck, Warszawa 2008

 

Dawno temu, szczególnie w materii twórczej,
bardzo sobie lekceważyłem Cudzą uwagę, uważałem,
że ten, kto chce coś oryginalnego powiedzieć nie jest
skrępowany jakimiś wymogami zrozumiałości, winien
wyłącznie być wierny sobie – jeśli materia o której się
wypowiada jest z jednej strony tajemnicza a z drugiej skomplikowana,
to ma pełne prawo do całkowitej hermetyczności przekazu,
do utonięcia w nazbyt zawiłej metaforyce, zbyt dalekich odwołaniach, niepotrzebnym mnożeniu wątpliwej czasem symboliki itd.
A jeśli jeszcze robi to, gdyż wydaje mu się, że pisząc zawile
(arcydzieła – wydaje mi się, są proste, choć dotykają spraw
najważniejszych – potrafią, na różnych poziomach oddziaływania
czasem – dotrzeć i do analfabety i do erudyty..a to, czy dotrą
do tego pierwszego uznałbym za lepszą cenzurę ich wartości
jako sztuki niż to, czy zachwycą drugiego)
czy trudno wykazuje swoją błyskotliwość – klęska tego jego pisania,
czy jakiegokolwiek innego tworzenia, murowana
(z wyjątkiem oddziaływania na snobów – jeśli komuś na tym
zależy..Choć: jeśli w sprawę wdadzą się też odpowiednie
środki marketingowe czy kontakty, to można i na
BEŁKOCIE udającym WYRAFINOWANIE i zarobić i zrobić
tzw. „karierę”… – aktualnie przykładów niemało..)

Ta sprawa, którą się zajmujemy nazbyt jest ważna,
by dopuszczać się takich przewin. Wyrasta poza twórczość,
tak jak w kalokagatii dokonuje się swego rodzaju synestezja wartości:
Prawda spokrewnia się z Dobrem,żeni z Pięknem i Sprawiedliwością.

Utyskiwałem też ostatnio, że – odwrotnie niż w prawie każdym wcześniejszym odcinku – brak mi naturalnego materiału, choćby wizualnego – czy piosenki, do ilustracji tekstu, do uczynienia całości przyjemniejszym i różnorodniejszym.
Narzekałem na impas. Ostatnio np. w zakresie fotografii został mi tylko aparat w telefonie komórkowym. Ale dlaczego się tym zrażać? Przecież wiem, że zimą, do wiosny, Znaki na Niebie trochę przymarzają, kostnieją i nie kwitną tak bogato jak latem, pełną wiosną czy nie kłębią się tak gęsto jak jesienią. Poza tym – przecież wiem, że wiosną znów będę miał np. aparat fotograficzny. Skąd ta wiedza, czy to pewność? Nie tyle..to już raczej wysnuwanie wniosków z pewnego logicznego ciągu wydarzeń w naszym życiu. A tym, czym się ostatnio zajmuję, postanowiłem się zająć – od ponad już półtora roku –niemal zawodowo. Nie w sensie: zarobkowo. Ale w sensie miejsca danych starań w życiu, na pewno.

Gdy następują zmiany, przejściowa częściowa dezorganizacja warsztatu pracy jest wpisana w naturę procesu. Wierzę, że proces ten zachowuje się zgodnie
z krzywą nachylenia ewolucji, nie inwolucji; doskonalenia, nie cofania się czy pogrążania. Bardziej jednak niż wierzę, wiem; wysnuwam wnioski z pewnego logicznego ciągu wydarzeń, którego nazwać przyczynowo – skutkowym
li tylko to zubożyć i odjąć aspektu jego Istoty – jak myśli pozostawić
tylko mózgowe zwoje – odbierając ducha..
(ciągu wydarzeń logicznego jak wszystkie fakty „rzeczywiste” – pleonazm
wymuszony przed powszechne obecne nadużywanie pojęć – ba!,
w niemałej ilości punktów, aspektów – wręcz magicznego – co, ciekawe,
gdy działa po Jasnej Stronie Mocy – nie wyklucza się z logicznym!)

Ostatnio też przyszło mi zmienić główne miejsce zamieszkania.

W 1988 roku, 30 lat temu, zamieszkałem w Rzeszowie.
Od około zaś dwóch miesiący wróciłem z tym – głównym – miejscem zamiekszania do Krakowa, gdzie się urodziłem. Co ciekawe,
w miejsce odległe o kilkaset tylko metrów od mojego pierwszego
adresu na świecie..

Oto rzut oka – jeszcze przed nastaniem naszej Zimy –
nowe otoczenie..:

 

A tak wyglądał/wygląda (poniżej – z lewej) mój,
obecnie już nie „główny” (zajmowałem tam w zasadzie
całą wyższą kondygnację, zwaną „Wieżą Marata Dakunina” )
od Strony Wschodniej (nazywałem ją też Stroną Kotów).

dom, Wsch. I

Dlaczego kotów? Mniej więcej dlatego, dlaczego Stronę Zachodnią
nazywałem Stroną Smoków. Od Zachodu bowiem pojawiały się
motywy serpentualne i paszczato – zębate..;- ).

 

Tak wyglądał z perspektywy zamieszującego – dom (czyli raczej
jego „ogród” z przodu) pewnej bajkowej, mroźnej, zimowej nocy..

Tak zaś – na przełomie – Zimy i Jesieni..

Dom stał/stoi na sympatycznym [choć zdjęcie niżej zapewne udziela
się w innym klimacie niż jednoznacznie sympatyczny..],
wypełnionym niską zabudową osiedlu – choć na tej mojej fotografii
(wykonanej zresztą telefonem)
widać za wysokim żywopłotem budynek wyższy – przypomina mi,
ha! – gmach/pawilon jakiegoś obozowego krematorium..
[w rzeczywistości jest to klasztor.. – wybudowany zaledwie
kilka lat temu na terenie darowanym przez miasto za procent
wartości siostrom zakonnym, które prowadzą tam też przedszkole
(oczywiście wysoko odpłatne) – i wyjątkowo mający pozwolenie
na większą wysokość niż ustalony rodzaj zabudowy na osiedlu..]

 

Zmiana, zmiany – przyszły pod koniec zeszłego roku. Tak, bardziej przyszła – nie planowałem bowiem tego z wyprzedzeniem. Gdy jednak potrzeba czy nawet konieczność zaistniała okazało się, że nietrudno mi wysnuć wnioski z pewnego logicznego, zmierzającego w coraz mniej zagadkowym a coraz bardziej pociągającym, także szansą na skuteczną realizację, ciągu zdarzeń. Za to, że zdarzenia układają się finalnie w kierunku, który bardziej SPRZYJA niż nie sprzyja, dziękuję Temu i Tym, którzy maczali w tym palce.. choć nie od razu to widać, czasem na początku widać głównie, przemożnie negatywność, przeszkodę, zły układ losowy.

Ale..jakiś czas temu zanotowałem to spostrzeżenie.. pisząc też coś o jakiejś tajemnicy. Bo i jest to tajemnicze – ale, nawet że takie właśnie jest – wynika już z rozpoznania, nie z tajemniczości.

Napisałem mniej więcej:

Zdradzę - darmo - jedną tajemnicę..jedną z podstawowych..

[i od razu wiedziałem, że źle napisałem – tajemnic bowiem nie 
powinno się zdradzać; tym bardziej swoich – to ostatnie jest
po prostu niezbyt mądre..]

pewien ogół wniosków tego typu czasami się pojawia jako hipotezy,
 ale rozwinięcie to już raczej nie bardzo 
(powód? - brak wystarczającego materiału i totalnie 
rozklekotana metoda; pycha rujnująca wartościowość ugólnień 
lub brak odwagi, niepozwalający na jej postawienie)

Służby A nie działają wprost, bo byłoby to gwałtem na 
niezależnym Innym 
(czyli narzuceniem swoje, choćby pomocnej, woli, innemu Podmiotowi).
W jaki sposób zatem mogą ingerować, przeszkadzając i niwecząc siły B?

Ano w taki sposób, że szkodliwe, oczywiście gwałcące 
(a i zawłaszczające, na mniejszym lub większym wyniszczeniu tym polega wszelka kradzież (ogólnie zawsze: energetyczna, aż do "wyssania" innego bytu w całości/eksterminacji - to "kradzież" w pełnym, najstraszliwszym wymierze - można rzec)
układy sił kierowane przez siły B - są w pewnym punkcie tak odkształcane, wprowadzany jest dodatkowy element itp., że w rezultacie, sytuacja zagrożonego podmiotu jest taka, że "może" wyjść mu to NA DOBRE.
 "Może" - pod dużym warunkiem - często - tego, że sam ten podmiot ma 
dobrą wolę..Niektórym też pomaga "zorientowania się" w tym, że coś
 nie spotyka go przypadkowo (miks dobrej woli z taką orientacją, 
intuicyjną lub wykształconą jakoś czasem zwie się wielkim szczęściem).

To tak najprościej pisząc..

(najkrócej można to ująć w haśle: z czyichś niecnych planów, złych zamiarów, robimy, często bolesny, ale finalnie mogący wyjść na dobre ofierze - dowcip).

Tak przedstawia się, najogólniej, ale dość często działanie sił Światła,
które można rozpoznać także po tym, że jeśli nam się już jakoś ujawnią,
to niczego absolutnie nie narzucają, nie krępują, nie grożą/straszą
czy przekupują..a delikatnie tylko pokazują konsekwencje, by poszerzyć
zakres naszej świadomości w danym zakresie: byśmy mogli wybrać przy udziale jak najpełniejszej WOLNEJ WOLI.

Dlatego też WIEDZA jest ważna, bardzo ważna (choć nie najważniejsza),
bo zwiększa zakres WOLNEGO WYBORU - a co za tym idzie niweluje oszustwa
i manipulacje.

 

Więc o czym ja pisałem nazbyt długimi zdaniami ostatnio i co niniejszym kontynuuję?
Po raz kolejny przywołałem to, że

CZYNIENIE DOBRA JEST NAGRODĄ SAMĄ W SOBIE.

Można to przyrównać do hasła, które w logo wytwórni Metro Goldwyn Mayer otacza ryczącego Lwa – Sama Sztuka jest Nagrodą Artystów..

I od tego, znowu, lecz nie powtarzając się niepotrzebnie, zaczniemy gdy c.d.n.
czyli już JUTRO.

Cele nie tylko w ciele, cele Duszy i Ducha (cz. I)

Ha, Walenty Impotent!
Impas! Imbecyl! Immanentny Impertynent Improwizacji!
Miglanc! Dyscypliny mu!

Piszę, by z impasu wyjść, ale i świadectwo impasu
w tym odbić się niestety musi. Nawet tytuł – bez polotu,
choć wskazuje na to, że wpis ten był zapowiadany przez kilka
wcześniejszych, choćby ten o tytule
„Cele w ciele” (Gnosis cz. II)  – a tutaj do niego wygodny link.

Dziś wigilia (tak, tak..) Świętego Walentego.
Rok temu – dzień następny – przełamał impas.
Jak będzie tym razem?

Ha, Walentynki (nie przepadam za tym świętem,
nie lubiąc sztuczności i komercjalizacji,
ale to nic oryginalnego, to przepadanie
czy nieprzepadanie, by się rozpisywać; niemniej
datę i znaczenie stworzono i zaznaczono)
wypadałoby może napisać o Duszach Polarnych,
ale nie mogę.

Czy raczej: nie powinienem. Bo przecież prawdziwa,
dojrzała miłość to także odpowiedzialność
(nie tylko działanie chwilą, inspiracją,
AUTOMATYZMY NAMIĘTNOŚCI);
to wypełnianie swych zobowiązań,
to możność polegania na sobie, ba: wierność.
Więc będąc wierny zobowiązaniu (co to znaczy?
Sobie!) powinienem w końcu napisać – co przekładałem
od grudnia, i w międzyczasie pojawiły się trochę „reakcyjne”
wpisy, o tym co obiecywałem i co zapowiadałem
(mianowicie o Celach, z II Tomu Gnosis, Borysa Murawiewa).
I tak zrobię. W stylu, o którym też już się zająknąłem, czyli moja,
dość wierna w tym wypadku parafraza, z pewnym komentarzem..

Nie jestem fanem teologii zmarłego papieża – rodaka (polecam książkę niemieckiego teologa Horsta Herrmanna „Jan Paweł II złapany za słowo”)
a resztę tutaj muszę choćby z racji miejsca zmilczeć (za dużo trzeba byłoby napisać), lecz wydaje się, że słusznie i trafnie kiedyś to on właśnie napisał:

Karol Wojtyła w „Miłości i odpowiedzialności”:
„Resentyment polegał na błędnym, wypaczonym stosunku
do wartości. Jest to brak obiektywizmu w ocenie i 
wartościowaniu, a źródła jego leżą w słabości woli. 
Chodzi o to, że wyższa wartość
domaga się większego wysiłku, woli, 
jeśli chcemy ją osiągnąć lub zrealizować. 
Aby więc subiektywnie zwolnić się od tego wysiłku, 
aby przed samym sobą usprawiedliwić brak takiej wartości, 
pomniejszamy jej znaczenie, odmawiamy jej tego, 
co w rzeczywistości jej przysługuje, 
widzimy w niej wręcz jakieś zło, 
choć obiektywizm zobowiązuje do uznania dobra. 
Resentyment posiada, jak widać,
znamienne cechy tej kardynalnej wady, 
jaką jest lenistwo. Św. Tomasz określa lenistwo 
(acedia) jako » smutek płynący stąd, że dobro, jest trudne «

By zrównoważyć to, co wyżej, wspomnę też, zanim przejdę
do sedna tego wpisu, o rzeczach lżejszych. Ale krótko.

Podczytuję bowiem ostatnio trochę bajek dla dorosłych oraz
poważnych rozpraw naukowych dla dzieci.

I przeczytałem, w takiej malutkiej książeczce, między innymi, że..

..Ludzie - Lwy, biorąc pod uwagę Czwórnię Elementów (Pierwiastków), 
reprezentują Ogień i Ziemię (Ogień - Kreatywność, Ziemia - Pragmatyczność,
Realizm). Ludzie - Wodę i Ziemię (Woda - uczucia, spełnienie emocjonalne).
Koty wcielają się jako ludzie bardzo rzadko, gdyż jest to bardzo
problematyczne - dochodzi bowiem do połączenia Ognia z Wodą.
Wybuchowa Kreatywność walczy z Emocjonalnością. Wielkie problemy
z Pierwiastkiem Pragmatyczności..

Ha, spyta ktoś - skąd taki akurat wybór tej "lżejszej" odskoczni
w niniejszym wpisie. Odpowiedzieć mogę tutaj tylko najkrócej:
- zaklinam impas.

 

Przejdźmy już teraz do niezwykle ważnej, treściwej i w miarę konkretnej rekapitulacji pewnych faktów ze wstępu do Gnosis (Tomu II), Murawiewa.

Finalnym celem (celami), które może osiągnąć człowiek
poprzez pracę ezoteryczną 
są Drugie (Powtórne)
Narodziny i Pokonanie Śmierci.

Cel od dawien dawna jest jasno wyłożony w różnych pismach
i omówiony przez różne doktryny (i religie). To jest ZBAWIENIE.

Tutaj mała uwaga: Drugie Narodziny można rozumieć trochę inaczej,
jako pewien, niezbędny i kluczowy etap, na drodze do Całkowitego Pokonania Śmierci, Zbawienia. Musiałbym poruszyć zbyt wiele wątków na raz, by tutaj wyczerpująco to rozróżnienie wyjaśnić. Ale czyniłem to– pośrednio – tutaj,
nawet w pierwszych notkach, wydawałoby się, że raczej osobistych,
z sierpnia 2017 r. I do sprawy, już bezpośrednio, konkretniej
i szczegółowo – wrócę.

Zatrzymam się tutaj na dłużej nad tym słówkiem,
pojęciem, które padło, tj. ZBAWIENIEM.

No cóż, pomijając już to, co pisałem tutaj już nie raz, a pisałem z grubsza, że..

CZYNIENIE DOBRA JEST NAGRODĄ SAMĄ W SOBIE. Jeśli potrafimy być w tym skuteczni i widzimy rezultaty, trudno sobie wyobrazić większą Radość. Jeśli kogoś to nie pociąga, jeśli do kogoś nie przemawia:
 - niech się dobrze zastanowi, czy na pewno dobrze sobie wyobraża, to o czym mowa. A może myśli o rozczarowaniach, bezowocnej idealistycznej harówce, łudzeniu siebie i Innych? Bynajmniej nie o to chodzi..
 Jeśli ktoś zaś lubi myśleć ekonomicznie, ba, nawet marketingowo, biznesowo – PIAROWO – to przecież, warto znać swoją, ludzką, psychologię, i wiedzieć, że zarówno porzekadła, jak przykłady z życia, a i badania i dane, mówią, że ani sława ani pieniądze ani nawet wydawałoby się mniej materialne korzyści nie dają człowiekowi prawdziwego szczęścia. Jeśli maksymalnie to spragmatyzować psychologicznie, szczęście daje nam poczucie własnej wartości. A na to poczucie składa się przede wszystkim przecież nasza sprawczość: co czynimy, jak czynimy i jak jesteśmy postrzegani przez innych, w społeczeństwie. 

Co absolutnie nie znaczy, że wyznacznikiem ma być właśnie jakaś WIĘKSZOŚĆ.
 
Choć właśnie bardziej takie starania widać dookoła, to nic bardziej mylnego - wartości są stałe, rozpoznane i wybrane jako godne realizacji przez nas, osobiście, naszą, od Boga daną, Wolną Wolą i nie potrzeba ani przejmować się tym, jak widzą i oceniają nas inni (należy się właśnie tego rodzaju, naturalnej, tendencji, do przypodobania się społeczeństwu czy innym, w tym sensie, pozbyć). 
A więc nie ma tutaj miejsca dla oportunizmów czy populizmów, utwierdzać nas w naszej wartości mogą tylko ludzie NAM RÓWNI - nie w sensie elitarnym, ale w sensie szczerego i konsekwentnego przykładu życiowego..
Zdaję sobie sprawę, że tego rodzaju tyradę, by kogoś przekonać, że nie mówię tutaj o utopii - należałoby znacznie rozbudować. Nie ma takiej potrzebny ani też takiej możliwości. Ja po prostu mówię o wartości szlachetnośći przeglądającej się w lustrach z tego samego kryształu,

Dla tych, którzy potrafią to dostrzec, mogę odwołać się do obserwacji -  widać nie od dziś bowiem NACHODZĄCĄ ZMIANĘ.
 Jeśli jednak ktoś świadomie może stwierdzić, że go to nie bawi, to nie jest jego cel, powołanie, Zadanie, które można uczynić najważniejszym w życiu – to niech idzie swoją drogą. Daleki jestem od tego, żeby takiego Kogoś przekonywać, że jednak powinien obrać drogę na przekór sobie. Niech się święci wolna wola (oby jednak, świadoma) – tak kiedyś zdecydował Bóg – i źle czynią religie czy ideolodzy, którzy chcą innym wcisnąć swoje ideały jako najlepsze także dla nich. Tyle tego..

Zbawienie. Powiem  szczerze– mnie osobiście to jakoś bardzo nie podnieca..
Bo i cóż to znaczy? Mało to mamy dowcipów o „rozrywkowym” piekle i „niebie”, w którym można zdechnąć z nudów? Bujanie na chmurkach? A nawet ta „wieczna szczęśliwość płynąca z obcowania z Bogiem” nie jest wg mnie właściwym postawieniem tematu.

Załóżmy więc, że Zbawienie – to nie koniec pewnej drogi,
że to początek Następnego Etapu. Że nie czeka nas
od razu Wieczna Nagroda czy słodkie nieróbstwo,
ale że czeka Nowa Przygoda, Nowe Wyzwania (poza tym
nowe dominanty świata..niekoniecznie już zatem Egoizm jako
spiritus movens..) i nowe MOŻLIWOŚCI
(i nowe, procesualnie, nie finalnie, rzecz ujmując, radości).

Konkrety? No dobrze, mi np. utkwiło w głowie:
- Na tym (wyższym) poziomie, fizyczność/materialność 
jest WARIABILNA - zmienna. Fizyczność, ciało, nie jest już więzieniem 
(dla duszy..), lecz domem - który możemy kształtować, z którego
możemy swobodnie korzystać i zmieniać. 
Pamiętam też ważkie znaczeniowo zdanie, które
wydaje się fantastyczne, ale w gruncie rzeczy raczej jest
ostrzeżeniem..:
('na tym poziomie myślenie życzeniowe staje się 
rzeczywistością dla tego poziomu').

 

Wracamy do Gnosis.
A tam dalej idzie tak:


Z RZADKIMI WYJĄTKAMI cel ten (patrz wyżej..) może być
osiągnięty przez CIĘŻKĄ I METODYCZNĄ PRACĘ.
Suma koniecznych ŚWIADOMYCH WYSIŁKÓW danej jednostki,
osobowości – do osiągnięcia celu konieczna – jest wprost
proporcjonalna do stopnia degeneracji tej jednostki, osobowości.

Zatrzymajmy się chwilę nad tymi wyjątkami.

Kiedyś, co do wyjątków, miałem różne wątpliwości.
Choćby takie, jak wyjątki pogodzić w ogólnie braną Sprawiedliwością
Bożą etc. No cóż, wydaje się, że – nie mając tutaj miejsca na omówienie
sprawy szerzej – należy pogodzić się z tym, że jeśli są jakieś „wyjątki”,
to tylko z pewnego punktu widzenia, z danego subiektywnego odniesienia,
a całościowo rzecz biorąc sobie na to wcześniej odpowiednio zapracowały
i nie mamy tutaj do czynienia z daniem komuś więcej darmo czy zwolnieniem
z czegoś, z powodu jakiegoś wyjątkowego „upodobania”.

Większość ludzi, jak się wydaje, lubi zapominać o wszelkich wątpliwościach,
jeśli „wyjątkowość” przyznaje akurat samemu sobie – ta droga iluzji zasługuje na to, by przed nią specjalnie przestrzec! Odwrotnie nawet – warto sobie pod tym względem umniejszać, to popłaca.
Osobiście np. rozważając dawniej pewne możliwe rozwiązania teologiczne,
kosmiczne, stworzenia, kształtu świata, etapów istnienia itp. – jako jedną z podstawowych reguł weryfikujących potencjalne szanse na bliskość faktom tych pomysłów – miałem taką, by – jeśli dane rozwiązanie czy teoria akurat mnie, tutaj, w tych faktycznych okolicznościach życiowych, stawiały w pozycji jakoś uprzywilejowanej, coś mi „ułatwiały”, albo z czegoś zwalniały – to do takich teorii należy żywić jak najdalej idące uprzedzenie i traktować w najwyższy sposób podejrzliwie, jeśli nie z miejsca odrzucić (raczej odrzucałem z miejsca!)
Takie podejście wydaje się nazbyt ostre, ale się zwykle opłaca –
oczywiście nie można popaść w drugą skrajność i jakiś transcendentalny
masochizm (!)

Patrząc na to, jak wyżej udało (czy raczej nie udało) mi się sformułować
myśli, zwykle – zwykle tutaj płynące lepiej, sprawniej i przejrzyściej odbiorczo
– dostrzegłem odcisk kopyta impasu..

Zaklinam go już u początków tego wpisu, więc spróbuję skończyć z nim na dobre w pętli. Zatem  (i w tym momencie) podjąłem pewną decyzję będę pisał ciut krócej, za to częściej. Do tej pory bowiem wpisy zawierały dość dużo treści, tekstu. A ten, na domiar złego jest chyba pierwszy, bez żadnego obrazka, fotografii, piosenki czy innej Zachęty. Dlatego, w tym momencie podjąłem decyzję, by ten, tak istotny przecież, temat, podzielić na dwa, a może nawet trzy części..
Za to spotkamy się niebawem, będziemy spotykać się częściej, impas może, dzięki temu wybiegowi ustąpi, a temat zacznie swobodniej płynąć. I, last but not least – może już do następnej części znajdą się jakieś, wizualne, dźwiękowe, a może
i jeszcze inne, ilustracje.
Albowiem wyobraźnia jest najważniejsza! – a umiejętność wizualizacji:
nie do przecenienia.