Przeznaczenie (II)

A więc było to tak. A były to mniej więcej trzy dni. Tylko, że jeden dzień składał się jakby z trzech dni i trzech nocy.

Pierwszego dnia zostałem zapytany – czy mam już dosyć, tego, tutaj to, materialnego życia i ziemskich zmagań i chciałbym się od tego wyreklamować.
Pytanie, można powiedzieć: całkiem zasadne, szczególnie ostatnie lata bowiem były dla mnie dość ciężkie.

Ha, i kto nie powie, że jednak wola czy w ogóle chce się istnieć czy nie
i ta choćby ludzka wolność nie jest czasem szanowana?

Kiedyś, pewien prof. dr hab. inż, znany ze swoich trzeźwo-rozsądkowych
poglądów, potwórzył po raz kolejny swoją mantrę: że nie mamy żadnej
wolności, choćby dlatego, że nie możemy wolnie wybrać - czy chcemy
istnieć czy nie. 
Wpadłem na krótką odpowiedź, a repliki się nie doczekałem:
- Powyższe twierdzenie Prof. inż. jest wadliwe ze swej natury, 
gdyż tylko w Istnieniu można w ogóle mówić o jakiejkolwiek 
wolności, by rozpatrywać jakieś alternatywy przede wszystkim
trzeba jakoś "być". 
Nieistniejący nie może nawet o żadnej wolności pomarzyć..

Jest to tak trochę tak: siły, które nam życzą dobrze, szanują tę wolność –
aż do przesady, wręcz chciałoby się, żeby czasem coś konkretniej nakazały czy precyzyjniej objaśniły. I odwrotnie: nazbyt konkretne, często zresztą bardzo zachęcające perspektywy, służenie pomocą nawet nieproszoną, przedstawianie gotowych dla nas – najlepszych rozwiązań i recept, szczególnie gdy sami jesteśmy zagubieni i nie wiemy co robić: często znak to, że tak naprawdę siły, które tak grzecznie działają – wcale nam naprawdę dobrze nie życzą..

Gdy zadane mi zostało – wprost – to pytanie, doraźna sytuacja wyglądała
mniej więcej tak:

Akurat miałem rozgrzebany, w drugim pokoju, na komputerze, montaż filmu o Amy Winehouse. Film..no cóż, raczej mi nie wyszedł i raczej nie ma sensu go pokazywać [jak ktoś bardzo chce może zlecić podanie linka w komentarzu..].

W sumie chyba cały plan nie był najlepszy.
Niemniej, mając wtedy ten montaż rozgrzebany, a może musnąwszy myślą ważącą ważką odpowiedź na okamgnienie także inne, mniejsze i większe powody, udzieliłem, z tego co pamiętam, dość szybko, mimo całej poważnej tak egzystencjalnej wagi pytania  – odpowiedzi, nieśmiało, ale jednak dość pewnej,
z pewnym nawet, że tak powiem, zawstydzeniem:

- No..spoko..Nie jest tak źle..zostanę jeszcze tutaj. 
  Popracuję..dokończę. Może w końcu coś pożytecznego wyjdzie..”. 

Jak się wydaje, odpowiedź została przyjęta i więcej mnie już nie naciskano
w tym temacie. Ha, ciekawy jestem, gdybym inaczej wtedy zdecydował..
Czy – gdy pytający czyniłby raźno zadość mojej wyrażonej decyzji – bym się szybciutko przekręcił? Czy bym się jeszcze obudził? A może właśnie wtedy: bym się zbudził..?

Tak minął wieczór, dzień pierwszy snu.

Po nim zaś była noc pierwsza, i sny w snach,
których treść pozostawię dla siebie.

Następny dzień, a składał się jakby z trzech dni i trzech nocy, rozpoczął się pewien koszmar. Zostało mi mianowicie wmówione, że jestem Synem Bożym.
Gdy piszę „wmówione” mam na myśli: została mi jakby wszczepiona pewność, trudna do kwestionowania, że tak jest, jak wspomniałem. Gdy piszę zaś Synem Bożym, mam na myśli węższe rozumienie tego pojęcia, nie tyle, jako żeśmy wszyscy dziećmi, synami i córami Bożymi, ale – w rozumieniu szczególnym, wybranym, rzecz nawet by można – zgoła Jedynym. Takim to, nie przymierzając, Chrystusem (i , bynajmniej, nie tak, tym razem,  że wszyscy jesteśmy Chrystusami).

Ten sen, ten dzień, te trzy noce chciałbym w zasadzie w opisie pominąć.
Nie ma czego żałować, uwierzcie, był to jeden wielki koszmar. Dość powiedzieć, że przez ten cały dzień-sen, ten dzień trawający trzy dni i trzy noce, targała mną jedna z najkoszmarniejszych nerwic, jakie zaznałem (a trochę zaznałem).
Co 5 – 10 minut musiałem wstawać, chodziłem po pokoju, pokojach jak lew
w klatce i wypaliłem chyba 5 paczek papierosów (w jeden dzień,
choć trwający trzy noce).

No i byłem przekonany, że zaraz, coś, z lewa czy z prawa, mnie – dla Wyższego Celu oczywiście i pożytku, z logiką zaiste wysublimowną – ukatrupi.
Bo jakże inaczej na Syna Bożego przystało?

Wychodząc na ulice wydawało mi się, że każdy samochód chce mnie rozjechać – poza tym – generalnie – i maksymalnie – czułem się totalnie nie na swoim miejscu.

Na szczęście minęło.

Tak minął ten dzień i noc, trwający 3 dni i 3 noce.

I nastał dzień drugi, i noc druga. Wmówione mi zostało, na tej samej zasadzie co poprzednio, że jestem – nie synem Bożym, a Bogiem Ojcem, Bogiem – Stworzycielem Wszechświata, Wszechrzeczy i bytów, wszystkiego.
Nerwica na szczęście popuściła, o siebie też się jakoś specjalnie nie bałem,
ale.. co tu dużo mówić, załamałem się.
Zacząłem rozpaczać i obwiniać się, co ja takiego, tym Stworzeniem,
narobiłem.

Przypomniałem sobie od razu, a to fakt, czysta prawda – z dzieciństwa, że będąc kilkulatkiem i ogólnie: małym dzieckiem, a dysponując pewnymi środkami tj. dość dużym, jak dla dziecka i bardzo wysokim pokojem oraz dużą liczbą różnorodnych klocków, ludzików – drewnianych, metalowych a także plastikowych (tych gorszych, polskich, które to ledwo stały albo leżały, wszystko było bowiem w nich niedopasowane, jedna noga krótsza od drugiej itd.; i tych lepszych, głównie ludzików lego..) oraz dysponując pewną, wydaje mi się, nie najmniejszych rozmiarów, fantazją, budowałem wtedy namiętnie całe światy.

Nie tylko zresztą budowałem, także opisywałem, planowałem itd. – bardzo kompleksowo, można powiedzieć: we wszystkich aspektach życia. Tworzyłem – można powiedzieć uniwersum – coś, co nazywa się czasem tak, gdy pisarz w taki właśnie kompleksowy sposób lokuje swoich bohaterów i fikcyjną historię w dopracowanym co do wszystkich właściwości (historia, polityka, gospodarka, genealogia, język itd.) świecie.

Przy czym, dość często te światy kończyły się w dość spektakularny sposób.
Na apokalipsę miałem różne pomysły, ale wypróbowany i powtarzany był taki
(a to dla jego spektakularnego efektu), gdy całość konstrukcji, które wcześniej wzniosłem obwiązywałem nitkami (czy też raczej grubszym szpagatem) i końcówki tych nitek zabierałem ze sobą do łóżka. Dzięki temu, zwykle rano, a czasem nawet w nocy, mogłem spowodować, nagle szarpiąc za wszystkie nitki dość kompleksowe i widowiskowe hekatomby – budynki z klocków waliły się, windy zawieszone pod sufitem spadały, książki, które zwykle stanowiły poziome piętra wysokościowców z pożądanym hukiem i świstem, spadały jedna na drugą, grzebiąc wszystko co pod nimi, to jest oczywiście, wszelkie zamieszkujące moje światy życie, a więc, wspomniane ludziki: tak drewniane, jak metalowe i oczywiście, plastikowe, te polskie, które i tak ledwo stały, ale i te zagraniczne, głównie lego, które stały zwykłe całkiem dobrze a nawet w różnych pozach
i pozycjach (..)

Wtedy to właśnie wizje tych moich zabaw z dzieciństwa nader jednoznacznie stanęły mi w oczach i, ponieważ wmówione mi było i nic na to poradzić nie mogłem, że jestem Bogiem – Ojcem, Bogiem – Stworzycielem Wszystkiego, byłem bardzo zasmucony, niesamowicie zakłopotany i stropiony, wszystko to w przerwach pomiędzy tym, gdy byłem autentycznie przerażony. Tym, co ja takiego, tak nieodpowiedzialnie, dla dziecięcej zabawy, narobiłem. Ile potworzyłem, ile zniszczyłem, niewiele dbając jak, dlaczego, za co biją i czemu niszczą.

De facto, przy tych zabawach elementy świata, a nawet ludziki, raczej się niszczyły – ot, rozpadały się, ale nie gubiły nóg i nie odpadały im głowy, tudzież nie broczyły jakimś rodzajem posoki, po prostu wszystko – w tym dużym pokoju, na dywanie, po Apokalipsie nitek (czy innej, byłem dość pomysłowy..) tworzyło bezładną kupę, zwaloną na siebie, CHAOS.

Z tego to chaosu zwykle zresztą dość wygodnie – wygodniej niżbym wyciągał z jakiś pudełek czy innych miejsc, gdzie zwykle trzyma się zabawki, gdy się nimi nie bawi – budować od razu, wznosić z ruin – kolejny świat.

Oczywiście, choć to wspomnienie z dzieciństwa prześladowało mnie wtedy, jako bardzo znaczące i metaforyczne, nie tylko tym się trapiłem. Generalnie, jako Bóg – Stworzyciel Wszystkiego – nie chciałem się nawet bronić czy rozgrzeszać – przywoływaniem jakichś usprawiedliwień, zresztą prawdziwych, takich to: że ja nie wiedziałem, nie chciałem, nie miałem pojęcia, że to wszystko żyło i sobie – dla siebie – było, gdy to zbudowałem  – powołałem do życia – a później, ze zwykłej żądzy zabawy, dla jakiegoś efektu, niszczyłem i „uśmiercałem”.

Co tu więcej dodać? Jak Bóg Ojciec, Stworzyciel Wszystkiego, było mi bardzo przykro i bardzo żal mi było, nie znajdywałem jednak słów, którymi mógłbym przeprosić ani rodzaju wynagrodzenia, odszkodowania, które mógłbym, Moim Wszystkim Ofiarom, wypłacić.
Coś jakby, tak sobie pomyślałem, inaczej, niż Bóg Ojciec – Stworzyciel Biblijny – który przecież Hiobowi, całkiem udatnie odszkodowanie wypłacił.

I wszyscy byli zadowoleni. I Hiob. I Bóg.

***

Aby się jakoś uspokoić jeszcze tej samej nocy wybrałem się,
około 1 czy 2, a może była nawet 3, w nocy, na spacer po osiedlu.

Niedaleko mnie jest klasztor a jego spore podwórze zamyka
– sterowana elektronicznie brama.
Była – jak wspomniałem – głęboka noc i nikogo wokół.

 Szedłem zamyślony, ale nie mogłem nie zauważyć, że dokładnie gdy znalazłem się przed bramą – zadźwięczał elektroniczny sygnał i brama powoli zaczęła się otwierać. Przystanąłem zdziwiony (kto to o tej porze będzie wyjeżdżał? Bo wjeżdżającego nikogo nie widziałem..), a brama pozostała otwarta. Jednak nikt i nic nie chciało przez bramę wyjechać (ani nie zapowiadało się, że cokolwiek chce wjechać), cały klasztor, jak i okolica, spał.

Nie oddałem się jednak jakiejś specjalnej fascynacji tym faktem, tylko, dość rzeczowo – próbowałem, jako, że konsekwentnie wmówione mi było, że jestem Bogiem Ojcem – Stworzycielem – bramę zamknąć (otwarła się bowiem bez mojego zamiaru czy też „boskiego” polecenia, niejako honorowo..). Tak więc na różne sposoby próbowałem wydać polecenie, by się zamknęła. Ale nic z tego, nie udało się.

A więc, pomyślałem sobie, po tych nieudanych próbach: 

 - Chociaż nie jestem Wszechmocny!

I tak myśl, powiem wam, tej nocy, trochę dodała mi w tym wszystkim otuchy.

Tak minął dzień i noc, druga.

Nastał ranek i dzień trzeci, i już odsunięto ode mnie, na szczęście, świadomość, że jestem Bogiem – Ojcem – Stwórcą. Na szczęście, motyw z Synem nie powrócił.
Nie dano mi też jakiejś kolejnej, nowej świadomości – i tożsamości.
Raczej wyczekiwano.  Ja natomiast czułem się jakoś pobudzony do zastanawiania się.
W pewnym sensie: kim jestem, ale wtedy akurat bardziej: co chciałbym robić, czym się konkretnie zająć? Jaki cel mieć – powiedzmy nawet: najważniejszy w życiu.

I – długo to nie trwało, bo pamiętam, że mogło być około południa.
I wtedy pomyślałem sobie, a wypływało to nie tylko z chwili czy jakiegoś nowego oświecenia, ale raczej z wielu zaszłości, doświadczeń, ale także i obaw i niepowodzeń. Pomyślałem sobie wtedy tak:

 - Widać nie jestem stworzony do jakichś zbyt wielkich ról.

A następnie pomyślałem i udzieliłem, Temu, kto najwyraźniej oczekiwał na tę odpowiedź, czy nawet zgodę:

-  W sumie to ja chciałbym to „tylko” opisać. Jak to było i jest. Ale tak Naprawdę.

I, jak się wydaje, poczułem się wtedy bardziej na swoim miejscu i wydaje mi się, że ten, kto tej deklaracji oczekiwał, ją przyjął.

 

Było to latem 2016 r.

Następnie zaś m.in. założyłem stronę cassiopaea.pl
(którą wnet znacząco zmienię, a dlaczego – uzasadnię), a niedługo
później ten oto blog.

***

Mohammad H Tamdgidi pisze w prologu do swojej cennej książki
m.in. tak:

„Three days into the meditation retreat, I not only experienced a state of mind, concentration, and attention I did not consider possible before (..)” Gurdjieff and Hypnosis, Prolog, s. XXI

I ja, w tym Wszystkim, miałem podobnie, choć nie było to związane z jakimś odosobnieniem na medytację. Pisząc: miałem podobnie – mam na myśli, że byłem w sposób tak niezwykły (czego chyba nie doświadczyłem nigdy wcześniej w życiu, tak samo jak powyżej wspomniany Autor) skoncentrowany, uważny
i wnikliwy, że i to, samo w sobie, trąciło to o szaleństwo. Wszystko dla mnie coś oznaczało, wszystko się ze sobą łączyło, wszystko zawierało pewne głębsze sensy – i choć pewną umiejętność dostrzegania takich związków miałem i wcześniej,
jej skala ilościowa w tamtych chwilach przeskoczyła dialektycznie w jakość
i, nie waham się powiedzieć, niejako odmieniła tymczasowo zwykłą, dostępną
ludzkiej egzystencji percepcję (a co za tym, także, częściowo, świadomość).

I tak, w pewnej mierze, pozostało, choć udało mi się, dzięki Bogu, nie zwariować!

Przeznaczenie (I)

Ludzie kierują się w swych wyborach różnymi sprawami. Nawet w bardzo istotnych wyborach. Bywa, że im istotniejszy wybór, tym dziwniejsze rzeczy nań wpływają.

Żył sobie kiedyś pewien historyk i marszand sztuki, świetnie zarabiał na początku lat 90-tych na skupie i renowacji m.in. antycznych mebli.
Przy tym był dość fajnym człowiekiem. Gdy umarła mu pierwsza żona,
drugą, młodziutką dziewczynę, w której odnajdywał nie tylko wspomnienie
o pierwszej, odnalazł w małej mazowieckiej wsi. Przy tym był dość fajnym człowiekiem, więc młodszą siostrę rzeczonej zabrał także do swojego wielkiego domu w dużym mieście i we wszystkim jej pomagał. I jego młoda żona i jej siostra, a także rodzice sióstr ( a także trzeciej, najmłodszej siostry) mieli zapewnione wszystko, co sobie mogli tylko wymarzyć. Był dobry i hojny. Był też lekko zwariowany, ale pozytywnie.
Pewnego dnia marszand, który był ledwie po 40-tce (a dziewczyny około 20-letnie) przyszedł do Młodszej Siostry, spojrzał jej w oczy a potem położył głowę na jej kolanach i powiedział:

– Pewnie to w jakiś sposób wiesz, bo wszystko wiesz; na co to wszystko, jak zdechnę jak ten pies..

Dzień później przebiegał z ogrodu swojego wielkiego domu, w którym wszyscy mogli odnaleźć gościnę, na drugą stronę ulicy, do baru – po flaczki. Potrącił go samochód i umarł.

Po śmierci dobrego marszanda, wszyscy, szczególnie oczywiście Młoda Wdowa – i jej młodsza siostra; obie bowiem go kochały – jedna głównie jako mężczyznę i męża, druga głównie jako dobrego i pięknego człowieka, popadły w nieutuloną żałobę i depresję.

Nie był to krótki czas. A gdy jeszcze trwał, Młodszej Siostrze przyśnił się ojciec najbliższego przyjaciela nagle zmarłego, który niedawno także zmarł, na raka.
We śnie Duch poprosił dziewczynę, by wyszła za mąż za jego syna, to bowiem, dla tego syna, jedyny ratunek. Tylko ona może go – w jakiś sposób – ochronić przed nieszczęściem i śmiercią, która inaczej niechybnie go czeka, pociągając za sobą także potępienie.

Młodsza Siostra tak zrobiła.
Zdarzyło się także, że w pewnej sytuacji – bezpośrednio, uratowała temu człowiekowi życie. I choć najpiękniej jak można wychowała dwójkę wspólnych dzieci – chłopca i dziewczynkę, nie nauczyła swojego męża wdzięczności, ani za dobrobyt, ani za dzieci, ani za piękną i mądrą żonę. Wdzięczności do Boga – nie do siebie samej.
Wszystko układało się coraz gorzej, aż się rozstali. Mąż znęcał się nad nią psychicznie. Aby przeżyć, także dla dobra dzieci, Młodsza Siostra musiała się od tego człowieka odseparować.
Choć w jej życiu były od tego czasu jaśniejsze i ciemniejsze dni, nowy związek, w który się zaangażowała, skończył się wielkim, niezawinionym cierpieniem.
Także materialnie prześladował ją i prześladuje ciągle pech.
Gdy spotkała kiedyś człowieka, który, z wszelkich znaków na ziemi i niebie, był jej przeznaczony, choć zaczęło się pięknie, też się to wtedy nie udało.
Mało tego, Bóg powiedział jej wtedy, że „nie możecie być razem”.
I choć – już razem byli – postąpiła zgodnie z tym głosem, który słyszała.

Wszystko to stało się i dzieje najszczęśliwiej jak mogło – Młodsza Siostra – i ten mężczyzna, który był jej Prawdziwie przeznaczony, tak naprawdę są „w czepku urodzeni”. Wszystko to zmierza do finału, w którym można powiedzieć, że Radość jest Nie do Wyobrażenia.

Ale czy można się komuś dziwić, jeśli po drodze – trochę wątpi i trochę dramatyzuje?

Plany, pienia i złe rozumienia

Ludzie są nieodpowiedzialni.

Sam jestem nieodpowiedzialny. Dlaczego mam się zatem dziwić, że w kwestii,
na której mi ostatnie pół roku bardzo zależało, na którą po prostu czekałem – spotkałem, można rzec: nawet więcej niż statystyka przewiduje nieodpowiedzialnych ludzi..

Bo choć się jeszcze to nie wyklarowało do końca, w tym momencie dużo wskazuje na to, że to, co było już prawie załatwione może jednak 
się nie udać, na razie.

Podejrzewam zresztą, że, jeśli tak będzie, wynika to nie tylko z:
– nieodpowiedzialności tych ludzi,
ale także:
– z odpowiedzialności pewnych innych nie-ludzi, którzy – być może biorąc pod uwagę pewną moją nieodpowiedzialność;
postanowili mi pokazać, no może nie tzw. „fucka” (o to bym ich nie podejrzewał, choć poczucie humoru to oni mają, oj, mają, to jednak z zasady niezłośliwe),
ale coś w rodzaju figi. Chorągiewki, króliczka, komunikatu: no, poczekaj sobie jeszcze, poćwicz sobie cierpliwość, wolę i umiejętność czasowego pożegnania się z tym, na czym bardzo ci zależało, bo dawało to rozliczne możliwości, niektóre nawet w rozmiarze pierwszym tak znaczącym w życiu.

Trafione w dziesiątkę, bo niewielu rzeczy bardziej nie cierpię niż rezygnować
z tego, co było już prawie, prawie – w zasadzie pewne, załatwione, gotowe.
Co było już do wdrażania w różnych aspektach przygotowywane przez ostanie pół roku. Na co czekałem.
Trafione, ale nie zatopione.
Albowiem, jeśli tak jednak wyjdzie, przecież poddać się nie mogę.
W szczególności nie mogę zrobić tego, co zwykle robiłem, gdy coś ważnego szło nie po mojej myśli. A wtedy włączała mi się zwykle tzw. przekora, sprowadzająca się w realiach i praktycznych skutkach głównie do tego, że mściłem się na samym sobie.
Może też tak macie? Bardzo to oczywiście, głupie.

Tak więc, nic innego nie pozostanie, jak z czekanych i utęsknionych, kilka dni temu prawie pewnych w możliwości realizacji, planów A, przejść, do póki to niezbędne, i tak, by oczywiście służyły one konstruktywnie planom A (odłożonym z musu, ale nie przekreślonym) do planów B, ciut awaryjnego i ascetycznego charakteru.
Przyjdzie to zrobić oczywiście bez entuzjazmu, bo kto się lubi samoograniczać? No, chyba tylko Bóg..

Postanowiłem jednocześnie zakończyć te często nawiązywanie tutaj do planów. Robi się już z tego pewna specyficzna meta-fizyka planowania. Trochę tak śmieszna, jak metafizyka uprawiana czy ‘dotykana’ w niektórych związkach wyznaniowych.
Będziemy po prostu działać, wg planów A, lub B, czas skończyć z tą potrzebą sumitowania się nad tym, co zaciemnia treści i cele, które przecież są najważniejsze.

Ostatnio napisałem kilka akapitów o tym boskim samoograniczeniu, przy okazji spaceru i wizyty w kościółku Mikołaja w Krakowie.

Ale zapomniałem tam wspomnieć, co mnie w zasadzie do napisania tamtego odcinka i pewnych refleksji bezpośrednio zainspirowało.

A był to mały śpiewniczek kościelny, leżący na jeden z ław. Rzuciłem do niego okiem i poślizgałem się po: znanych i mniej znanych tekstach różnych pieśni,
a tam takie, znane oczywiście i słyszane tak – jak się słyszy zwykle modlitwy i śpiewy religijne – czyli w ogóle się ich tak naprawdę nie słyszy, a szczególnie znaczenia poszczególnych słów czy też jakiejś logiki czy przekazu całości.

No, i trochę to śmieszne, trochę smutne, że w większości tych zwrotek i refrenów dominują takie formułki, które mogłyby odnosić się do kogokolwiek podług ludzkich a nawet podludzkich miar, tylko nie do Boga..
Mogłyby w szczególności być to zwroty, apostrofy, panegiryki i błagania o litość do okrutnego dyktatora, zidiociałego ze starości tyrana, zwariowanego trefnisia, niepełnosprawnego ministra z Ministerstwa Dziwnych Kroków, Baby z targu, psychopaty, rozkapryszonego dziecka..

Np. tutaj pewne cechy nawet trafnie uchwycone, choć nie wszystkie i nie cała ich różnorodność – pieśń zaczyna się ok. 40 sek

Wszystko to, przypomina mi kwestię, jak od dawien dawna,
BÓG BYWA ŹLE ROZUMIANY, ŻLE ODBIERANY, ŻLE WYOBRAŻANY,
nawet źle odczuwany.
A można go, rozumieć, odbierać, odczuwać – lepiej, prawdziwiej.
Przecież jest – ponoć – na nasze podobieństwo (tak, zwykle tak właśnie
jest – nie odwrotnie, jak w oryginale..).
Jednak tak to śmiesznie bywa – że kształtujemy sobie go głównie
na podobieństwo bardziej naszych wad! I to już jest tragikomiczne..

A pośrednio przypomina też, że – tak mi się wydaje, a znajduje to potwierdzenie w pewnym ciekawym źródle, które często, weryfikowane, okazuje się, że całkiem słusznie prawi, że nawet tak zaawansowane, realistyczne pod kątem wyciągania wniosków w rzeczywistego obrazu świata i jego mechanizmów, analizy, jak analizy Gurdżijewa, kosmologiczne i antropologiczne, w tym przede wszystkim tyczące się relacji na linii ‚Bóg – jego stworzenia – człowiek’ przedstawiają TYLKO JEDNĄ STRONĘ MEDALU.

Analizy, szczególnie psychologiczne, Gurdżijewa, są niesłychanie cenne
(i niemało wymagające, poza celowo fikuśną formą, przede wszystkim pewnej odwagi dostrzegania spraw takimi, jakie są, bez upiększeń i życzeniowości), jednak,
w pewnym sensie, ujmują tylko JEDNĄ STRONĘ MEDALU.
A może – pokazując dwie, zapominają o trzeciej, która była i jest
jednak bardziej pierwotna, podstawowa i – w całym tego Słowa
znaczeniu – kreatywna..
Tak jak jedną stroną byłaby wolność – a druga konieczność, tak trzecią,
jednak – i przede wszystkim miłość.
Ale zawsze nawiązując do miłości, najłatwiej to spłycić albo bardziej lub mniej niepostrzeżenie zboczyć na tereny, które z prawdziwą, absolutną miłością nic wspólnego nie mają. 

Tymczasem, w ramach zarówno planów A, jak i B, z uwagą doczytuję książkę Mohammada Tamdgidi’ego, (poleconą przez Arka! – dzięki!), która świetnie wiele aspektów tego, co Gurdżijew powiedział (czy raczej chciał powiedzieć, w istocie), klaruje. I stąd też właśnie, im bardziej się to wszystko mi wyjaśnia,
tym bardziej mi się ta pewna, jednostronność, rozjaśnia.
Ale to nie tyle zarzut do G., co wyzwanie dla mnie.
I to mnie cieszy, albowiem więcej jest pożytecznego do zrobienia,
tym bardziej, że stopniowo coraz lepiej wiem, jak to zrobić.

Spacerując z przepełnionym naczyniem na głowie

Jeszcze przez jakiś czas coś chce mnie uczyć cierpliwości..

A ponieważ jeszcze przez bardzo krótki czas nie będę wiedział,
czy mogę przejść do następnych etapów realizacji planów A,
czy też będę musiał (na początku musiał bardziej niż chciał, niestety)
przejść do trochę awaryjnego charakteru planów B,
nie pozostaje mi nic innego, jak spacerować, trochę rozmyślać
i trochę się, konsekwentnie, dokształcać.

Dziś np. na spacerze zahaczyłem o kościół pod wezwaniem Mikołaja.

Z tyłu bryły kościoła była niegdyś piękna rzeźba.

Widać ją nawet – z jadącego pociągu – w minucie 8:52 mojej miniatury, którą ostatnio nawet przypominąłem „Pomiędzy 1/2″

Kilka lat później, a kilkanaście lat temu, tę rzeźbę odnowiono,
a także całość obudowano i zakryto szybą. Zapewne tak lepiej,
bo widziałem, że drewniane elementy niszczały, niemniej wrażenia tak estetyczne jak duchowe bardzo na tym ucierpiały. Nawet nie wiem czy teraz zwróciłbym uwagę na te figury w niszy zewnętrznej strony tylnej nawy.

Wszedłem na więcej niż chwilkę do wnętrza.

Ale nie żegnałem się, ani wchodząc, ani wychodząc,
choć przyklęknąłem.

Co do pierwszego, przyjdzie to szerzej wytłumaczyć,
kiedy odnajdę już sposób (a cały czas poszukuję)
jak przekazać tak naczynie wypełnione Wodą aż po brzegi,
by – zanim się ktokolwiek spragniony zdoła z niego napić,
nie rozlać wszystkiego nawet, do cna – do dna.
A ponieważ Spragnieni sami mogą, nawykli do niezdarności,
choć jej nie zawinili, stłuc i zmarnować naczynie, także dlatego,
że przepełnione się czasem o to prosi, trzeba tutaj pewnych
cyrkowych trochę sztuczek, by stąpać ostrożnie, pomiędzy nimi
i nierównościami gruntu, i z gracją.

Napiszę więc tylko tyle, żeby dać znać, że myślałem nad tymi
sprawami ponad 30 lat, miałem je już – na tyle, na ile byłem
wobec sprawy wymagający, a byłem, uporządkowane 
w pozytywnym sensie. Także dlatego, być może,
trudno mi od razu wyjaśnić pewną ewolucję. 

Od dzieciństwa miałem zwyczaj dawać jakoś znać o swojej pamięci
czy szacunku w miejscach związanych z ludzką wiarą. Bardziej w odludnych, odosobnionych, zapomnianych niż innych. Zapomnianej prawie leśnej kapliczce, rozpadającym się prawie górskim kościółku.
Trochę tak, jak jest to opisane w „Podróży na Wschód” Hermanna Hessego.

Już w wieku pomiędzy 15 a 25 rokiem życia uporządkowałem sobie pewne sprawy związane z wiarą, pewną część dość znacznie metaforyzując, jeśli jednak chodzi o zagadnienie podwójnej natury Syna Bożego – i jego ofiary na krzyżu,
tak w sferze intelektualnej, jak emocjonalnej, doszedłem do pewnych, zadawalających mnie osobiście rezultatów. Nie było to bynajmniej poprzestanie na zadowoleniu małym kosztem: tak intelektualnie, jak empatycznie.

Szczególnie po poznaniu Ewy, w 2002 roku, i poznaniu, ciut szerzej, różnych poglądów gnostyckich, wyrobiłem sobie zdanie, że różnego typu kwestionowanie – tak podwójnej natury Chrystusa, jak faktu jego realnej śmierci na Krzyżu – co występowało także w różnych odłamach myśli gnostycznej (mniej lub
bardziej prymitywne pomysły typu „ofiary pozornej”, „ciała fantomatycznego”
itp.) – jest jak najbardziej błędne.
Podawane tam rozwiązania tych kwestii oraz ich uzasadnienia były dla mnie albo bardziej lub mniej niekonsekwentne, albo były wynikiem niewłaściwego oglądu świata jako całości, co prowadziło do błędnych wniosków.

W szczególności pogląd dualistyczny, czy manicheizm, który stworzenie całego tego widzialnego, materialnego Świata, w którym żyjemy, przyznawał jakiemuś złemu demiurgowi, jakiemuś szatanowi – stwórcy zła i materii – w przeciwieństwie do Dobrego Boga – władcy i stwórcy Ducha i świata duchowego, odrzucałem od samego początku – i nadal odrzucam.

W tej kwestii jestem monistą. 
To, że dualizm (materii, cecha materii wręcz) i istnienie zła może znajdować,
tak intelektualne, jak emocjonalne uzasadnienie, bez uciekania się do jakiegoś przeciwnego do Boga – złego stwórcy, potrafiłem, i potrafię, uzasadniać na różne sposoby. I widzę też to, że mimo tego, ten monizm nie prowadzi do jakiegoś oskarżenia Boga, do zobaczenia w nim, w samej jego istocie – a także w jakichś jego „motywach” czy „działaniu” cienia, ciemności – Zła.
I, choć wgląd, w tym bezpośredni, i towarzyszące mu poglądy, się zmieniły i rozbudowały w wielu istotnych punktach – ewoluowały, gdyż nie mogły
się nie zmienić, gdy stanąłem bardziej niż kiedyś przed pewnymi faktami,
to jednak podstawowa monistyczna zasada została zachowana. Widzę Jedynego Najwyższego, jego działania jako doskonałe i nieobarczone żadnym błędem
(nie ma tu miejsca na jakiś wypadek czy rozbite naczynia – na jakieś „boskie
niekonsenwencje”, które pojawiają się w różnych teoriach, także gnostycznych
czy kabalistycznych), konsekwentne i takie, że przyznając Wolność – 
przyznał ją w takim rozmiarze i tak bezwzględnie konsekwentnie –
Wolność ta czasem przysłania bezmiar Miłości.
Ale przecież: MIŁOŚĆ TO WOLNOŚĆ!

Ktoś powie: cóż za bzdura! Przecież tak mało tej wolności
mamy w praktyce, tak bardzo jesteśmy uwarunkowani. 
To prawda. Może tak być – ba, w większości wypadków
tak bywa! Ale jest jeszcze większa prawda: że sami

wolnie możemy wybrać nawet największą niewolę!
I często nie bierze się pod uwagę faktu, że nie tylko
my, ludzie, zostaliśmy obdarzeni – jako stworzeni –
wolnością. A to daje pewne, bardzo smutne,
lecz niemniej realistyczne, wnioski..

Choć w stworzeniu jest zło, w Bogu zła nie ma – dualizm świata jest konieczny,
ze względu na pewne właściwości nauki własnej samoświadomej miłości,
od których nie da się uciec (ale można ją, Bożą Miłość, finalnie i same istnienie – odrzucić). Moc Boża była i jest immanentnie samoograniczona przez oddanie jego stworzonym dzieciom takiej wolności, która jest dosłownie nieograniczona.

I z tego płyną pewne problemy, nawet w o wiele większym rozmiarze, niż kiedyś myślałem. O wiele lepiej jednak też rozumiem, dlaczego. I prowadzi to mnie tylko do większego podziwu i zaufania w niezbędność wszystkiego, co jest. Prowadzi też do chęci wpłynięcia na to, żeby było coraz lepsze. Bo też i takie Bóg przewidział dla nas zadanie, jeśli oczywiście się na nie wolnie zgodzimy.

 

 

Ona jest M. – Vulnerable (przekaz w piosenkach Roxette – cz. 3)

Rabbi  Bunam, uczeń Jakuba Izaaka z Przysuchy
(mimo tego, że był od tego drugiego starszy, o ile pamiętam..
skąd zaś pamiętam? Z „Goga i Magoga” Martina Bubera)
miał kiedyś zamiar napisać książkę o wszystkim, co związane jest
z człowiekiem i nadać jej tytuł „Adam”.
Po namyśle jednak odstąpił od tego zamiaru..
Zaprawdę mądry był rabbi Bunam!

Z innej beczki literackiej - czasami "Finnegans Wake" Joyca określa się próbą zawarcia dorobku cywilizacji w jednym dziele. Czy udaną, nie wiem..
Na pewno trzeba być perfekcyjnie anglosaskim 
(pardon James! - irlandzkim!) nie tylko językowo ale i zanurzonym w subtelności kulturowe, by móc to odpowiedzialniej określić..

Dzisiaj 3 część cyklu o przekazie niektórych piosenek Roxette..
Część specjalna, gdyż zajmę się utworem, który prowokuje do napisania o..: Wszystkim. A to chyba nigdy nie jest możliwe.

Właściwy dobór – tak jak właściwe ograniczenie – czy właściwe abstrahowanie, nawet, gdyby trzeba było rezygnować z dużej części tego,
co jest równe Istotne, jest dolą nazywającego rozumu..
na to jesteśmy skazani.
I to także powoduje to panujące tutaj rozumowe złudzenie – iluzję,
że wszyscy jesteśmy wzajemnie odseparowani – tak od siebie,
jak od reszty Świata. To sprawa konstrukcji i form poznania możliwych dla ograniczonego na tym etapie umysłu; ba, właściwe abstrahowanie, czasem jest kluczowe dla fundacji np. nauk ścisłych. Humaniści miewają z tym problem
i to wcale nie jest dobrze..

Kiedyś, ciekawostka, próbowałem, nawet w dość krótkiej formie
 zawrzeć Połowę wszystkiego (np. tutaj http://12.koprodukcje.pl
- a nawet wszystko 
 (http://alfaomega.koprodukcje.pl

 

Jednak starzenie się przesuwa ciężar z ciekawostek na pożyteczność.

Tymczasem znów się z tym wpisem opóźniłem.
Na początku, mimo, że nie wyczerpując wszystkiego, chciałem
napisać zarówno o aspekcie Uniwersalnym jak i Indywidualnym,
jeden i drugi zresztą siłą rzeczy zanurzone w osobistych doświadczeniach, przeżyciach i intuicjach. Następnego dnia chciałem opracować tylko wybrane kwestie z aspektu uniwersalnego, osobisty zostawiając na inne teksty, inny czas, może nawet nie w tym roku – związane byłoby to także z tym, co jeszcze się nie dookreśliło finalnie oraz z większymi całościami (książkami),
które przygotowuję.Wczoraj chciałem zaś napisać to jeszcze inaczej.
Dziś w końcu zaś zamieszczam – a będzie to głównie poruszenie wybranych spraw o bardziej uniwersalnym charakterze, choć –  pozwolę sobie na wątek osobisty. Zrobię tak także dlatego, że: 

Dziś, a nie jest to częste, miałem kontakt z M.
Jeśli chodzi o kontakt między nami – to jest on i był zawsze – bardzo utrudniony. Nie tylko wiadomości nie dochodziły, spoźniały się czasem
niewytłumaczalnie o 2 lata..
Tak było np. z serią sms-ów wysłanych 7 lat temu, które doszły
z 2-letnim opóźnieniem, gdy byłem w szpitalu..
Waga ich była znaczna – być może do pewnych dramatycznych wydarzeń
w ogóle by nie doszło – albo doszło do znacznie łagodniejszych, gdybym otrzymał te wiadomości w normalnym terminie. Ale zdarzały się rzeczy jeszcze ciekawsze: np. wiadomość odczytana pewnego dnia, gdy sprawdzałem ją kilka dni później – miała inną treść. I to także wpłynęło negatywnie, głównie emocjonalnie.
Ale teraz już nie daję się nabierać. I M także,
choć ostatnio dziwiła się jeszcze, dlaczego nie może do mnie NIC przesłać.
 

To jest, najkrócej mówiąc, tak, jak ostrzega i Gurdżijew i Murawiew: ewolucja duchowa Człowieka jest przeciwna pewnym Prawom Naturalnym [choć
nie wykluczam, że w sprawę zaangażowane były też mniej „naturalne”
czynniki] 
 Choć nie jest przeciwna Boskiemu planu – w zasadzie odwrotnie:
człowieka Upadek był temu, w pewnym sensie, przeciwny ..- to trzeba byłoby szerzej wytłumaczyć – i zrobię to, ale nie teraz i tutaj
.
Dlatego „Świat”, mówiąc ogólnie, im bardziej ktoś wymyka się spod rządów
i kontroli Prawa Ogólnego (General Law) i – stara się przedostać –  pod rządy Prawa Wyjątku  (Law of Exception) tym bardziej reaguje (kontr-atakuje) na różne sposoby, by temu zapobiec, to utrudnić..
Pozytywna ewolucja ma szansę zasadniczo tylko dzięki odpowiedniej postawie człowieka, i oczywiście – wykształceniu odpowiedniej świadomości rzeczy.
Bardzo ważne są warunki początkowe – albo ujmując to ciut inaczej, 
i słuszniej, skala zdegenerowania osobowości, na której bazując musimy
zaczynać nasze próby..
Postęp jest możliwy głównie dzięki wytężonej woli i świadomym, konsekwentnym trudom, nie należy jednak nie doceniać tego, jak wiele
więcej może przyjść nam z pomocą: przez Serce, a nie rozum. Bywają mniejsze lub większe wyjątki, ale liczyć na nie nie należy; czasami pomaga człowiekowi znacznie.. synchroniczność i tzw. „Przypadek”.

Tyle na ten temat – wątek osobisty zabrzmi jeszcze –
choć nie wybrzmi – na końcu. 
Będzie to, jak zaznaczyłem, znacząco inny wpis niż dwa poprzednie odcinki
cz. 1 i cz. 2 dotyczące przekazu ezoterycznego w utworach zespołu Roxette,
nie podaję linków, gdyż znajdują się na tym blogu bezpośrednio przed tym 
wpisem.
Tutaj też mamy do czynienia z piosenką i też Roxette, ale jej wymowa i znaczenie przekracza znacznie ramy tego mini-cyklu. Dlatego jeszcze raz wyjaśnię,
że pewne treści, które mógłbym opatrzyć interpretacją, zostawiam na kiedyś. Zapewne wtedy będę mógł to zrobić nawet lepiej i pożyteczniej,
dlatego nie ma czego żałować.

Zastanawiałem się przez te dni opóźnienia – czy opatrywać tekst utworu,
niosący znaczenie o wręcz kapitalnym znaczeniu dla KAŻDEGO – choć nie każdemu piosenka może przypaść do gustu w sensie estetycznym – konkretnym komentarzem, interpretacją. I tak jednak nie uczynię. Albowiem tekst jest
– jak zwykle bywa z piosenkami, tym bardziej Roxette, stosunkowo prosty.

Nie dodając do niego moich interpretacji ryzykuję, że pewne, kluczowe znaczenie, może zostać jakoś przegapione (Ale zaryzykuję – bo wiem też, że do znaczeń w tej, skromnej, piosence, będę wracał nie raz i na różne sposoby).

Tak, niestety bywa często, że przeoczymy Najważniejsze sprawy. 
Nie dlatego, że ludzie są generalnie głupi czy złej woli, ale raczej dlatego, że są nieuważni, strudzeni, znudzeni; że nie mają oczu i uszu na to,
co akurat – nawet w ich najlepiej rozumianym interesie – w całym Życiu
– warto zobaczyć i warto usłyszeć. Trudno im się jednak bardzo dziwić, dlatego, że otaczają nas zewsząd kakofonia informacyjna; różne słowa, zdania, pojęcia, wielkie i małe – wielkie rozmieniane na drobne i małe wywyższane jakby były naprawdę coś warte.. 
W tej ciżbie nadużywanego języka łatwo popaść w otępienie i przegapić to,
co ważne, a jeszcze trudniej temu uwierzyć. To wina nas samych, bowiem dopuściliśmy do tak wielkiego zamętu, inflacji znaczeń i prostytucji nawet Najświętszych pojęć. O roli języka i jego inflacji także niemało
i z naciskiem pisał G. Gurdżijew. 

 I choć teraz jest wyjątkowe ŹLE, to trudno przyjąć, że kiedyś, nawet bardzo dawno temu, było znacząco lepiej. Ludzki język i komunikacja, w tym wszechobecne KŁAMSTWO i PÓŁPRAWDY, ma po prostu taką inflacyjną naturę. Tym bardziej i tym gorzej w dobie obecnej, gdzie więcej jest Pisarzy niż Czytelników, i tak wielu wydaje się, że są powołani do przekazu Istotnych treści czy oświecania, oceniania lub nauczania Innych.
Ale ta epoka, dzień dzisiejszy to także czas, czas zapowiadany, era Ducha, w której wszystko, co było dotąd zakryte, musi zostać ujawnione.
I tak będzie – tak już się dzieje!
A to, co staram się robić – choć czasem może tak zabrzmieć – za co przepraszam, bo wtedy zawsze jest błędne – jest jak najdalsze od oceny, od pouczania czy oświecania na siłę.

Jednak – aby czegoś nie stracić – NALEŻY SIĘ TYM DZIELIĆ!

I tym, a nie pouczaniem ani narzucaniem swych ocen, jestem motywowany.
Przede wszystkim zaś święta jest wolna wola każdego, i jak najdalszy jestem, by dzielić się CZYMKOLWIEK  z Kimokolwiek, kto sam nic ode mnie nie chce!

Kto chce – niech korzysta, ale też nie wierzy w nic – bez osobistego sprawdzenia. Wszystko można i należy weryfikować, a to, że tylu ludzi myśli (wierzy), że ewidentne kłamstwa i bzdury – tylko dlatego, że nadane w telewizji, wydrukowane, czy podane przez taki czy inny „autorytet” – odpowiadają Prawdzie – dowodzi nie tylko starań, by ludzi zmanipulować, ale także, jak łatwo to osiągnąć, większość z nas woli bowiem wierzyć niż myśleć samodzielnie. A jeśli nawet myślenie tak bardzo danej osoby nie boli, to wtedy bywa, że nie weryfikuje czegoś i przyjmuje „na wiarę” z czystego lenistwa (jak w moim przypadku często bywało; z czym staram się walczyć).

Przypomnę jednak, co napisałem tutaj w zeszłym roku, bo to niesłychanie istotne.
(w bardzo ważnych wpisach – tym pt. „Cele (w ciele) II  
oraz tym pt. „Cele pracy ezoterycznej„) 

Pisałem tam coś, co jest bardzo ważne, także dlatego, żeby Czytelnik
wiedział, że nic mu się tutaj nie narzuca – wręcz odwrotnie – próbuje
raczej wspomóc w wolnym wyborze.
Tak bowiem jest, że im większa WIEDZA tym większy zakres wolnego wyboru.
Jeśli zostaliśmy okłamani i zmanipulowani – nasza wolność może wręcz
skurczyć się do rozmiarów celi więziennej!

Tak to napisałem, a udało mi się, myślę, dobrze i nawet jasno,
napisać: 

Mieć cel, to ważna sprawa.

Odkryć dla siebie swój fundamentalny, życiowy cel – KAŻDY
 – SAM DLA SIEBIE – i się go trzymać – sprawa jeszcze ważniejsza!

Ilu z nas żyje właściwie, pomijając drobne życiowe zabiegania
 – BEZCELOWO?

Czy aby tak należy podchodzić do życia, które tutaj, w ciele,
 na Ziemi, wiedziemy?

Mi się wydaje, że tak teoretyczne (w swoich poglądach, odczuciach)
 jak praktycznie prowadzenie życia bezcelowego nie jest ani mądre
 ani godne, ani nawet (sic!) popłatne. Jest tutaj, na marginesie cały
 problem SENSUrozczarowań, doświadczeń, temat depresji,
 temat NIHILIZMU wreszcie.
 O wszystkich tych, tak ważnych w naszym życiu, że czasem je najsilniej definiujących (lub..negujących) sprawach, napiszę. Napiszę już wkrótce!

Ja, piszący to, nie chcę Wam nic dawać zupełnie gotowego.
 Bo w tej materii, do której zmierzam: tak nie można. Tak się nie uda.
 Kto nam narzuca sztywne cele – czy aby jest przyjacielem
 naszej Wolnej Woli? Czy aby jest tą Stroną, która Nam życzy dobrze?
 Warto to przemyśleć..


Z celami, czy wszystkim innym, przez jakichś innych nam
 wyznaczonymi, narzuconymi, czy nawet tylko podsuniętymi
 czy doradzonymi – nie wiedze się zbyt dobrze. Bo i słusznie
 – dlaczego przekonywać nas miałby i prawdziwe motywować cel,
 który nie od nas samych – w całym tego słowa znaczeniu – pochodzi?

Najlepiej, by każdy sam dla siebie – coś – do budowania własnym życiem
 i staraniami – odnalazł zupełnie samodzielnie.

Bo, powtórzę, za sobą sprzed kilku dni, tak mi się to podoba : ) :

Dobrze byłoby (jednak) zasygnalizować Cel,

 tak by Inni mogli się (..) zorientować co do niego. Co do CELU.

 No i co do mnie.

 A na końcu, finalnie, tak byłoby najlepiej i to byłoby

 jak najbardziej Celowe: by się Inni mogli zorientować też co do Siebie,

 co do swoich Celów. Celów swoich Wnętrz. Celów ich prawdziwych „Ja”.

Każdy bowiem jest różny!
 Każdy ma do rozmnożenia talenty! – choć nie każdy ma je
 w tej samej walucie i tak samo łatwo wymienialne.
 Każdy jednak może je zamienić, zmienić a może nawet Transmutować
 w Wartości. Najlepiej te nieprzemijające.

O moich celach – konkretnie i na przykładach – będę pisał już w tym miesiącu.
Przygotowywałem to od pół roku.
Nie wszystko można ująć w słowa – nie wszystko można napisać.
Ale – między innymi – moim celem jest opisać, najjaśniej i najprecyzyjniej,
to, co do tej pory nie udawało się tak opisać. Zadanie to nadzwyczaj trudne.
Dlatego mam też i inne, ale wszystkie się ze sobą wiążą..

Choć późniejsze niż styczniowe wpisy tutaj rzadko oceniam jako udane – na tyle dobre na ile wydawały mi się te powstałe bardziej improwizacją – to, nie mam wyboru, i muszę dokładać tutaj cegiełek systematycznie, nie tylko gdy pisze się gładko i natchnieniem chwili. Zauważyłem jednak, że pewne sprawy, także właśnie języka, mogę poprawić, nawet gdy piszę z ducha dyscypliny a nie czystej inspiracji. Choćby to, co ostatnio bardzo się pogorszyło: budowałem za długie, zbyt złożone zdania. To trzeba poprawić czym prędzej. Bowiem nie zawsze mierzymy się tutaj z bardzo łatwymi tematami do naturalnego pojęcia i tym bardziej nie należy rzeczy stosunkowo wymagających utrudniać jeszcze niepotrzebną komplikacją języka. Moja wina i – proszę mi nawrzucać – gdy znów się zapomnę i tej b. ważnej kwestii nie dopilnuję – miałem zawsze tendencję do nazbyt długich konstrukcji myślowych, a także do nazbyt wielu dygresji.
To, co leży u tych tendencji podstaw, jest cenne i może być z wielkim pożytkiem wykorzystane: jeśli ktoś bez wysiłku dostrzega wielość w jedności i jedność
w wielości – tak materii jak ducha
– daje to niezwykłe możliwości.
Jednak nie można – nie podejmując już odpowiedniego wysiłku uporządkowania, scalenia i zformalizowania – w ten sam sposób próbować przekazać sprawy innym – słuchającym, czytelnikom – choćby pełnym i dobrej woli i obdarzonych największymi zaletami umysłu, bo obowiązek dbania o klarowność przekazu spoczywa zawsze na tym, który go przekazuje. Tak jak w trenerskim aforyzmie: za podanie odpowiada zawsze podający.
Przepraszam, postaram się poprawiać i poprawić.

***

A teraz już bezpośrednio o „Vulnerable”.

Nie będę podawał swoich interpretacji tekstu piosenki.
Zrobię co innego – przetłumaczę ten tekst na nasz język – niedoskonale,
tak, jak z jednej strony pozwala mi znajomość obu języków, która oczywiście ogranicza, z drugiej strony jednak tak, by spróbować w tłumaczeniu podkreślić
i uwydatnić to, co, jednocześnie i Proste, i Wielkie, i Prawdziwe – jest w tym tekście zawarte.

Najpierw zamieszczam tekst oryginalny:

Vulnerable

Everywhere I look I see her smile
Her absent minded eyes
And she has kept me wondering for so long
How this thing could go wrong

It seems to me that we are both the same
Playing the same game
But as darkness falls
This true love falls apart
Into a riddle of her heart

She’s so vulnerable
Like china in my hands
She’s so vulnerable
And I don’t understand

I could never hurt the one I love
She’s all I’ve got
But she’s so vulnerable
Oh so vulnerable

Days like these no one should be alone
No heart should hide away
Her touch is gently conquering my mind
There’s nothing words can say

She’s coloured all the secrets of my soul
I’ve whispered all my dreams
But just as nighttime falls
This vision falls apart
Into a riddle of her heart, yeah

She’s so vulnerable
Like china in my hand
She’s so vulnerable
And I don’t understand
I could never hurt the one I love
She’s all I’ve got
But she’s so vulnerable
Oh so vulnerable, yeah

Don’t hide your eyes…

 

Ponieważ oryginał jest częściowo rymowany i ja nadam polskiemu
tłumaczeniu pewne rymy. Raczej wewnętrzne i łamane niż aa/bb
i podobne, jak w oryginale, w jęz. polskim brzmiałyby bowiem zbyt częstochowsko i ujmowały powagi całości. To także wpłynie na to,
że nie jest to tłumaczenie dosłowne, ale – na tyle na ile potrafię
– jest to tłumaczenie Wierne. Na pewno wierne – samemu sobie.

Tytuł dosłownie oznacza: Wrażliwy/wrażliwa/czuły/czuła itp. 

Tytuł ten tłumaczę jednak bardzo niedosłownie,
 jako: Ona jest Miłością

Wszechświat śmieje się do mnie jej ustami
Patrzy oczyma słońca i księżyca
Przebyłem podróż życia zanim ją poznałem
[W najtrudniejszych chwilach, jednak]
Podejrzewając, że nic nie może się nie udać

Już wiem, że tak naprawdę jesteśmy Całością
Jesteśmy tacy sami; oboje gramy w jedną grę
Choć niegdyś, gdy nadchodził mrok
ta pewność pogrążała się w zagadce naszych serc

Ona jest Miłością
Czułą porcelaną w moich rękach

Nie mógłbym chcieć jej skrzywdzić
Prędzej zraniłbym siebie niż Ją
Wiedziałem, że jest wszystkim co mam
gdy nie sądziłem jeszcze, że jest samym mną.

..

Ten dzień jest wieczny i nikt nie jest w nim sam
Serca nie bawią się już w chowanego
Ich dotyk mówi nam więcej niż wszelki rozum
Niewypowiadalnego

***

Teraz zaś przejdę do teledysku do tej piosenki – który, moze bardziej nawet niż którykolwiek inny, tak bogaty jest w mniej lub bardziej ukryte znaczenia.
Poniżej dotknę tylko niektórych, wybranych symboli, scen i znaczeń – skupijąc się na bardziej uniwersalnej niż indywidualno – osobistej ich wymowie. Tak będzie, jak sądzę tutaj lepiej – aspekt osobisty każdy, kto będzie chciał – najlepiej, aby zaczerpnął – tak z tekstu, jak z towarzyszących mu obrazów – samodzielnie.
Komentarze postaram się uczynić jak najkrótszymi i najtreściwszymi.

[analizę i stopklatki z teledysku dodałem kilka godz. tj. ok. godz. 20 
po publikacji] 

Wybrane sceny omawiam i wstawiam odnośne kadry w kolejności
chronologicznej – od początku teledysku do końca. 

Żyrandol w neobarokowym (?) pałacyku, w którym kręcono zdjęcia wnętrz
do teledysku. Narzuca się symbolika orbitalno – kosmiczno -atomiczna.
Zgodnie ze znaną poradą:

- Kto rozumie, ten oblicza.

policzyłem i wyszło mi 2 razy po 8 – 8 czarnych i osiem czerwonych.
Tutaj mi narzuca się interpretacja indywidualna tj. osobista, 
gdyż ja po prostu jestem 8.8. 
Wydaje się (taka wsobna uwaga), że muszę tu uzupełnić do Trójni do
harmonii i balansu. Stąd pewne specjalne znaczenie ma też zestawienie 8
z inną liczbą..Ale to jest indywidualne, więc nie będę tego poszerzał.
Ciekawostka od kota – dla kotów: 8-mki oczywiście są związane z Lwami..
(vide astrologia, tarot, ale nie tylko..)

Zaś uniwersalniej: warto sobie sprawdzić (leksykony, itp. – 
doradzam bardziej niż strony internetowe, na których czasem
pisze wszystko, tylko nie to, co sensowne..) symbolikę ósemki oczywiście.
Ode mnie: 8 stojące jako cyferka normalnie – w pionie to także 
lemniskata. 
8 leżące – to oczywiście: nieskończoność

W ogóle ten pałacyk i jego wnętrza sa ciekawe – może ktoś
coś ciekawego sam wypatrzy : – ). 
Mi korytarze przypominają pewne miejsce, pałacyk niedaleko Tuluzy. 

W początkowych scenach teledysku jest też pokazany:

– kot (kotka) 

Tutaj też przeważa moja indyuwidualno – osobista odnośnia.
Ale warto też poszperać na temat różnych znaczeń związanych z kotami – 
niewykluczone, że także zagorzali Kociarze (Kociarki) mogą dowiedzieć
się czegoś jeszcze nieznanego..

-Per, który użycza swój wokal (Marie tylko podśpiewuje – nuci) w tej piosence
pisze w kilku scenach na maszynie.

W sumie jest to całkiem humorystycznie pokazana historyjka..
 Jak wiadomo, wokalista śpiewa, jak bardzo wrażliwa jest Ona - 
 tak wrażliwa, delikatna, krucha - jak chińska porcelana..

Sceny teledysku pokazują dosłownie, że śpiewający Mężczyzna
 boi się, że cokolwiek by napisał - nawet zupełnie niewinnego czy - przecież 
 - pięknego czy jednoznacznie pozytywnego - do Niej - Tak Wrażliwej - 
 to może sie okazać, że jakoś ją to dotknie, że wywoła nieprzewidzianą
 reakcję, niechcący jakoś jednak zrani - cokolwiek by nie chciał jej 
 przekazać, powiedzieć, napisać - jest tak Wrażliwa - że obawia się
 ..
 Dlatego w końcu znajduje rozwiązanie komiczne, ale też ciepłe..
 Jeśli obejrzymy dokładnie teledysk, zobaczymy, co Mężczyzna w końcu
 zdecyduje się napisać do Niej, Tak Wrażliwej..
 Ja tego tutaj nie mam potrzeby zdradzać i nikogo wyręczać ..;- ) 

Z maszyną i pisaniem są też związane inne znaczenia.
Można poszukać, także intuicyjnie.
Ja wskażę na dosłowność: maszyna to zapewne produkt 
firmy – lub nazwa modelu, którą widać na korpusie: FACIT. 

Facit – znaczy CZYNIĆ.
Nie myśleć, nie teoretyzować, ale robić jakieś konkretne rzeczy.
Bo rzeczy same się nie robią.

Dawno już temu, chyba 10 lat temu, gdy poznałem – na odległość
Arka i jego pisanie – tutaj link (https://www.salon24.pl/u/arkadiusz-jadczyk/)
– a było to jesienią 2008 r., gdy wróciłem z Australii, 
 
założyłem też swój mały blog na salonie24 i napisałem tam,
trochę w duchu ironicznym i melancholicznym o czymś
związanym z ‚facit‚ –
ironicznie ciut, bo i ku  temu się wówczas skłaniałem
(bardziej umysłowo oczywiście
niż uczuciowo; kolejny rodzaj samo-ochrony.
Taki np. cynizm zresztą – to 
ochrona silniejsza, ale i zgubniejsza

Wspomniałem mianowicie jedno zdanie z nie tak znanej, a szkoda
(śmiechu warte, że tak piszę, sam jej bowiem wcale nie skończyłem..)
powieści Tomasza Manna – „Doktor Faustus„. 
Powieść ta, najkrócej mówiąc, poza narracją społeczną – obejmującą
pewne analizy zmian społecznych i państwowych, oczywiście u Manna
związanych z Niemcami i faszyzmem, opisuje kontrakt pewnego
kompozytora (muzyka) z Diabłem..
Zdanie to, zagubione i całkiem przypadkiem wyłowione zapamiętałem jako:

Dominus  Dicis et non facis 

Pada to tam bez szerszych – czy też nawet żadnych wyjaśnień, 
że nawiązuje do Diabła/Szatana itd. – wynika z kontekstu.

Co zaś to znaczy? To:
Ten (pan), który MÓWI A NIE CZYNI. 

W teledysku jest też mnóstwo nawiązań – zupełnie wprost,
lub trochę pośrednio do np. Złotego Podziału, pewnych matematycznej
natury zasad budowy kosmosu, symboli związanych
z tzw. świętą geometrią (nie lubię tego określenia).

Więcej na ten temat pisać raczej nie muszę –  Internet zalany jest wręcz
różnymi stronami z tym związanymi – czasem bardzo ładnymi – rzadziej mądrymi – a jeszcze rzadziej mającymi coś wspólnego z Rzeczywistością.
Sam się na tym zresztą nieszczególnie znam.
Jak zwykle – jeśli będę coś wiedział (i sobie w tej materii trochę ufał),
na wszelkie pytania, sugestie itp. z wdzięcznością odpowiem (choćby
wymijająco, z braku laku..) w Komentarzach, które Każdy może
zamieścić pod każdą z notek na tym blogu (nie trzeba się logować – 
wystarczy podanie – można i fałszywego – pseudo). 

Trochę związany z tą ‚geometrią’ ale niosący też szersze 
znaczenia, a dla mnie oczywiście także indywidualnie – przypominający
o czymś – jest także obecny w teledysku, na różne sposoby, Słonecznik..

Na koniec jeszcze 3 widoki nucącej wokalistki Roxette – Marie – 
przy witrażach w pałacyku. 

I tutaj trochę to we mnie pozostawia ambiwalentne wrażenia. 
Dlaczego? Dlatego, że symbolika oczywiście nawiązuje do RÓŻOKRZYŻA
A ze mną to jest tak, że szkołom rozwoju duchowego, ezoterycznym, 
magicznym, i wszelkim temu podobnym, to generalnie nie ufam.
Nie wolno tutaj bazować jedynie na teoretycznej wiedzy czy intuicji.
Ponieważ szkoły takie, stowarzyszenia i tym podobne (czy nazwać
je religiami czy sektami – to tylko etykietki) mogą także WYRZĄDZIĆ
WIELKIE SZKODY nieprzygotowanej, wrażliwej jednostce (a największe
wyrządziły i wyrządzają największe uznane religie, niestety) – to trzeba
być z tym bardzo ostrożnym. 
Dlatego i więcej na ten temat nie napiszę ani złego ani dobrego:
nie znaczy to wszystko, ż nie podoba mi się Różokrzyż, różne jego odłamy (na pewno szwedzki
– w ogóle skandynawskie – są dość prężne vide H.) ani też nie znaczy,
że mi się podoba!
Nie znaczy to też, że pisząc: nie ufam – nie ufam, mając do tego podstawy.
Wychodzę z innego założenia: dopóki osobiście, wszechstronnie
i wieloaspektowo nie poznam – tak co do teorii i przekazu ale przede
wszystkim jeśli chodzi o praktykę czy też OWOCE, jakie dana
szkoła – działaność i szerzona wiedza – przynosi;
jak 
oddziaływuje na ludzi, czy czyni więcej zła, czy zdecydowanie rodzi 
tylko dobre owoce – dotąd nie mogę mówić ani o zaufaniu ani o 
pozytywnej ocenie, ani takiego czegoś nikomu jako pożyteczne,
polecać nie będę. 
Dlatego mój stosunek i brak zaufania wynika nie z niechęci
czy złych doświadzeń – ale raczej z niewiedzy i po prostu braku doświadczeń.
To jest o wiele ważniejsze, by wstrzymać się od oceny niż np. wnioski,
płynące choćby z tego, że – być może – początki Różokrzyża vide
Christian Rosenkreutz (ale nie zawsze są te kwestie w ogóle istotne
dla obecnych stowarzyszeń odwołujących się do symboliki Krzyża i Róży –
która też jest bardzo różnie tłumaczona, i czasem zgoła odmiennie..
łącznie z odwołaniem do egipskiego miasta..)
związane są z Mistyfikacją/Oszustwem/Fałszerstwem.
Oczywiście – pewne rzeczy można przekazać tylko metaforycznie,
symbolicznie, w pewnej zawoalowanej formie.
Ale mistyfikacje, wg mnie – nie są już niezbędne.. 
Ta kwestia jednak nie jest na pewno decydująca a nawet ważna.
Ale jakiś znak to jest..
Jeszcze jedna kwestia..
Różnie się do tego podchodzi – czasem mawia – że robienie z czegoś tajemnicy
czy ukrywanie pewnych kwestii, pod różnymi nazwami (wtajemniczenia, 
dojrzenia do „wyższych arkanów wiedzy”, koniecznością testów osoby itp.) 
jest konieczne, nawet dobre, czy co najmniej: nie jest złe, szkodliwe.

Ark jednak mawiał, że jeśli coś jest ukrywane, z czegoś robi się
tajemnicę, to najpewniej głównie dlatego,
że jakby przyjrzeć się temu dokładnie, to ŚMIERDZI.

I, znając pewne realia, a niektórych się domyślajac, polecam
jednak mieć to na uwadze, ostrożne oczywiście – by nikogo oczywiście niezasłużenie nie skrzywdzić nazbyt złym przed-sądem (uprzedzeniem) 

EPILOG

Per – na tym teledysku jest oczywiście młodszy niż obecnie.
Ale na szczęście nie nosi już tego strasznego „długowłosego jeża” na głowie,
z czasów początków Roxette.
Jak już pisałem, Per i Maria zastarzeli się raczej sympatycznie.
Ja tez się postarzałem.

dwa pierwsze fot. – MD, niedługo po maturze

Na szczęście, jeża nigdy nie nosiłem, a także: nie muszę sobie rozjaśniać fryzury..Sama zawsze jaśnieje o kilka a może więcej tonów od słońca.
I ciemnieje zimą.

Pieniny, 1998 – 21 lat (MD)
Mroczne Czasy lecz z kocią źrenicą – MD, circa 2014/15
MD, maj 2018, poniżej przed fryzjerem (zbieram się..)

 

Choć mógłbym jeszcze ją ciągnąć – na podstawie niektórych innych piosenek – kończę serię związaną z Roxette, następny wpis będzie miał już zupełnie inny charakter.
Ten jednak niech zakończy się Ciszą, której nie można wykrzywić, zepsuć, uczynić nieważną czy pomijalną, jak można to uczynić ze słowami.
I inną piosenką, ciut inną niż Roxette estetyką..

Words like violence
Break the silence

 All I ever wanted
 All I ever needed
 Is here in my arms

Words are very unnecessary
 They can only do harm

Vows are spoken
 To be broken
 Feelings are intense
 Words are trivial

Pleasures remain
 So does the pain

Words are meaningless
 And forgettable

All I ever wanted
 All I ever needed
 Is here in my arms
 Words are very unnecessary
 They can only do harm
mal. Salvador Dali, korekta MD, Gala zastąpiona M.