Plany, pienia i złe rozumienia

Ludzie są nieodpowiedzialni.

Sam jestem nieodpowiedzialny. Dlaczego mam się zatem dziwić, że w kwestii,
na której mi ostatnie pół roku bardzo zależało, na którą po prostu czekałem – spotkałem, można rzec: nawet więcej niż statystyka przewiduje nieodpowiedzialnych ludzi..

Bo choć się jeszcze to nie wyklarowało do końca, w tym momencie dużo wskazuje na to, że to, co było już prawie załatwione może jednak 
się nie udać, na razie.

Podejrzewam zresztą, że, jeśli tak będzie, wynika to nie tylko z:
– nieodpowiedzialności tych ludzi,
ale także:
– z odpowiedzialności pewnych innych nie-ludzi, którzy – być może biorąc pod uwagę pewną moją nieodpowiedzialność;
postanowili mi pokazać, no może nie tzw. „fucka” (o to bym ich nie podejrzewał, choć poczucie humoru to oni mają, oj, mają, to jednak z zasady niezłośliwe),
ale coś w rodzaju figi. Chorągiewki, króliczka, komunikatu: no, poczekaj sobie jeszcze, poćwicz sobie cierpliwość, wolę i umiejętność czasowego pożegnania się z tym, na czym bardzo ci zależało, bo dawało to rozliczne możliwości, niektóre nawet w rozmiarze pierwszym tak znaczącym w życiu.

Trafione w dziesiątkę, bo niewielu rzeczy bardziej nie cierpię niż rezygnować
z tego, co było już prawie, prawie – w zasadzie pewne, załatwione, gotowe.
Co było już do wdrażania w różnych aspektach przygotowywane przez ostanie pół roku. Na co czekałem.
Trafione, ale nie zatopione.
Albowiem, jeśli tak jednak wyjdzie, przecież poddać się nie mogę.
W szczególności nie mogę zrobić tego, co zwykle robiłem, gdy coś ważnego szło nie po mojej myśli. A wtedy włączała mi się zwykle tzw. przekora, sprowadzająca się w realiach i praktycznych skutkach głównie do tego, że mściłem się na samym sobie.
Może też tak macie? Bardzo to oczywiście, głupie.

Tak więc, nic innego nie pozostanie, jak z czekanych i utęsknionych, kilka dni temu prawie pewnych w możliwości realizacji, planów A, przejść, do póki to niezbędne, i tak, by oczywiście służyły one konstruktywnie planom A (odłożonym z musu, ale nie przekreślonym) do planów B, ciut awaryjnego i ascetycznego charakteru.
Przyjdzie to zrobić oczywiście bez entuzjazmu, bo kto się lubi samoograniczać? No, chyba tylko Bóg..

Postanowiłem jednocześnie zakończyć te często nawiązywanie tutaj do planów. Robi się już z tego pewna specyficzna meta-fizyka planowania. Trochę tak śmieszna, jak metafizyka uprawiana czy ‘dotykana’ w niektórych związkach wyznaniowych.
Będziemy po prostu działać, wg planów A, lub B, czas skończyć z tą potrzebą sumitowania się nad tym, co zaciemnia treści i cele, które przecież są najważniejsze.

Ostatnio napisałem kilka akapitów o tym boskim samoograniczeniu, przy okazji spaceru i wizyty w kościółku Mikołaja w Krakowie.

Ale zapomniałem tam wspomnieć, co mnie w zasadzie do napisania tamtego odcinka i pewnych refleksji bezpośrednio zainspirowało.

A był to mały śpiewniczek kościelny, leżący na jeden z ław. Rzuciłem do niego okiem i poślizgałem się po: znanych i mniej znanych tekstach różnych pieśni,
a tam takie, znane oczywiście i słyszane tak – jak się słyszy zwykle modlitwy i śpiewy religijne – czyli w ogóle się ich tak naprawdę nie słyszy, a szczególnie znaczenia poszczególnych słów czy też jakiejś logiki czy przekazu całości.

No, i trochę to śmieszne, trochę smutne, że w większości tych zwrotek i refrenów dominują takie formułki, które mogłyby odnosić się do kogokolwiek podług ludzkich a nawet podludzkich miar, tylko nie do Boga..
Mogłyby w szczególności być to zwroty, apostrofy, panegiryki i błagania o litość do okrutnego dyktatora, zidiociałego ze starości tyrana, zwariowanego trefnisia, niepełnosprawnego ministra z Ministerstwa Dziwnych Kroków, Baby z targu, psychopaty, rozkapryszonego dziecka..

Np. tutaj pewne cechy nawet trafnie uchwycone, choć nie wszystkie i nie cała ich różnorodność – pieśń zaczyna się ok. 40 sek

Wszystko to, przypomina mi kwestię, jak od dawien dawna,
BÓG BYWA ŹLE ROZUMIANY, ŻLE ODBIERANY, ŻLE WYOBRAŻANY,
nawet źle odczuwany.
A można go, rozumieć, odbierać, odczuwać – lepiej, prawdziwiej.
Przecież jest – ponoć – na nasze podobieństwo (tak, zwykle tak właśnie
jest – nie odwrotnie, jak w oryginale..).
Jednak tak to śmiesznie bywa – że kształtujemy sobie go głównie
na podobieństwo bardziej naszych wad! I to już jest tragikomiczne..

A pośrednio przypomina też, że – tak mi się wydaje, a znajduje to potwierdzenie w pewnym ciekawym źródle, które często, weryfikowane, okazuje się, że całkiem słusznie prawi, że nawet tak zaawansowane, realistyczne pod kątem wyciągania wniosków w rzeczywistego obrazu świata i jego mechanizmów, analizy, jak analizy Gurdżijewa, kosmologiczne i antropologiczne, w tym przede wszystkim tyczące się relacji na linii ‚Bóg – jego stworzenia – człowiek’ przedstawiają TYLKO JEDNĄ STRONĘ MEDALU.

Analizy, szczególnie psychologiczne, Gurdżijewa, są niesłychanie cenne
(i niemało wymagające, poza celowo fikuśną formą, przede wszystkim pewnej odwagi dostrzegania spraw takimi, jakie są, bez upiększeń i życzeniowości), jednak,
w pewnym sensie, ujmują tylko JEDNĄ STRONĘ MEDALU.
A może – pokazując dwie, zapominają o trzeciej, która była i jest
jednak bardziej pierwotna, podstawowa i – w całym tego Słowa
znaczeniu – kreatywna..
Tak jak jedną stroną byłaby wolność – a druga konieczność, tak trzecią,
jednak – i przede wszystkim miłość.
Ale zawsze nawiązując do miłości, najłatwiej to spłycić albo bardziej lub mniej niepostrzeżenie zboczyć na tereny, które z prawdziwą, absolutną miłością nic wspólnego nie mają. 

Tymczasem, w ramach zarówno planów A, jak i B, z uwagą doczytuję książkę Mohammada Tamdgidi’ego, (poleconą przez Arka! – dzięki!), która świetnie wiele aspektów tego, co Gurdżijew powiedział (czy raczej chciał powiedzieć, w istocie), klaruje. I stąd też właśnie, im bardziej się to wszystko mi wyjaśnia,
tym bardziej mi się ta pewna, jednostronność, rozjaśnia.
Ale to nie tyle zarzut do G., co wyzwanie dla mnie.
I to mnie cieszy, albowiem więcej jest pożytecznego do zrobienia,
tym bardziej, że stopniowo coraz lepiej wiem, jak to zrobić.

Dodaj komentarz