Po powrocie z Jerusalem

Ale..ale; dlaczego mam się tylko tłumaczyć (jak w poprzednim dziś rano wpisie informacyjno-zapowiadającym) – że ten archiwalny zastój TUTAJ
za nie tak aż długo ożywi się GDZIE INDZIEJ?
A może ten czas jednak wypełnić.

Nie tak dawno przytoczyłem na Profilu FB przez chwilę i zyskało uznanie więc utrwalę tutaj mniej znanego Junga Kazanie I. Co czynię;
Nie bez kozery, gdyż 23/24 stycznia tego Roku, 2019, wróciłem z Jerozolimy. 

 

„Zmarli powrócili z Jeruzalem, gdzie nie znaleźli tego, czego szukali. Domagali się przystępu do mnie i żądali ode mnie nauki, i tak ich nauczałem:

Słuchajcie! Rozpoczynam od nicości. Nicość jest tym samym, co Pełnia. W nieskończoności pełne znaczy tyle, co i puste. Nicość jest pusta i pełna. Możecie też równie dobrze powiedzieć coś innego o nicości, na przykład jakoby była biała albo czarna czy też jakoby nie istniała albo istniała. Nieskończone i wieczne nie ma żadnych właściwości, albowiem posiada wszystkie właściwości.

Tę Nicość albo Pełnię zwiemy PLEROMA. Wewnątrz niej ustaje myślenie i bycie, gdyż wieczne i nieskończone nie ma żadnych właściwości. W niej nie ma nikogo, bo gdyby był, wówczas byłby odróżniony od Pleromy, miałby właściwości, co odróżniałoby go — jako coś — od Pleromy.

W Pleromie jest wszystko i nic — nie popłaca rozmyślanie o Pleromie, gdyż to by znaczyło: doprowadzać siebie samego do rozpadu.

STWORZENIE jest nie w Pleromie, lecz w sobie samym. Pleroma jest początkiem i końcem Stworzenia. Przechodzi ona przezeń jako światło słońca przenika przez powietrze. Choć Pleroma na wskroś przezeń przechodzi, przecież Stworzenie nie ma w tym udziału, tak jak ciało doskonale przejrzyste ani jasne, ani ciemne się staje przez światło, które przezeń przechodzi.

My zaś jesteśmy sami Pleroma, gdyż jesteśmy częścią wiecznego i nieskończonego. Nie mamy jednak w nim udziału, ale jesteśmy nieskończenie oddaleni od Pleromy — nie przestrzenią albo czasem, lecz ISTOTĄ, skoro w istocie odróżniamy się od Pleromy jako stworzenie, które ograniczone jest w przestrzeni i w czasie.

Skoro jesteśmy częściami Pleromy, to Pleroma jest w nas. Toteż i w najmniejszym punkcie jest Pleroma nieskończona, wieczna i cała, bo małe i wielkie to właściwości, które w niej się zawierają. Jest ona Nicością, która wszędzie jest całkowita i bezustanna. Stąd o Stworzeniu tylko w sposób symboliczny mówię, że jest częścią Pleromy, bo Pleroma naprawdę nigdzie nie jest podzielona, gdyż jest Nicością. Jesteśmy też całą Pleroma, symbolicznie jest bowiem Pleroma najmniejszym — przyjętym jeno, nie zaś bytującym — punktem w nas i nieskończonym sklepieniem świata wokół nas. Dlaczegóż w ogóle mówimy o Pleromie, jeżeli jest ona Wszystko i Nic?

Mówię o tym, by gdzieś zacząć i odebrać wam tę ułudę, że gdzieś na zewnątrz lub wewnątrz jest coś z góry stałego albo jakkolwiek określonego. Wszystko, co nazywa się stałe albo określone, jest względne. Tylko to, co podlega przemianie, jest stałe i określone.

A to, co przemienne, jest Stworzeniem, zatem jedynie ono jest stałe i określone, gdyż ma właściwości, co więcej — samo jest Właściwością.

Podniesiemy teraz kwestię: jak powstało Stworzenie? Stworzenia, owszem, powstały, nie zaś Stworzenie, bo ono jest właściwością samej Pleromy, tak jak ta nie stworzona, wieczna Śmierć. Stworzenie jest zawsze i wszędzie, Śmierć jest zawsze i wszędzie. Pleroma ma wszystko: różność i nieróżność.

Różność jest Stworzeniem. Ono jest różne. Różność jest jego istotą, dlatego też Stworzenie rozróżnia. Dlatego i Człowiek rozróżnia, bo jego istota jest różnością. Dlatego rozróżnia on także właściwości Pleromy, które nie istnieją. On wyróżnia je ze swej istoty. Dlatego Człowiek musi mówić o właściwościach Pleromy, które nie istnieją.

Powiadacie: jaka korzyść o tym mówić? Sam powiedziałeś, że nie popłaca nawet myśleć o Pleromie.

Powiedziałem wam, by was uwolnić od tej ułudy, że można myśleć o Pleromie. Gdy rozróżniamy właściwości Pleromy, to mówimy z naszej różności i o naszej różności, a nic nie powiedzieliśmy o Pleromie. Mówienie zaś o naszej różności jest konieczne, byśmy dostatecznie potrafili się odróżniać. Nasza istota jest różnością. Gdy tej istocie nie jesteśmy wierni, to nie dość się odróżniamy. Dlatego musimy rozróżniać właściwości.

Pytacie: co szkodzi nie odróżniać się?

Gdy nie czynimy różnic, to wypadamy poza naszą istotę, poza Stworzenie i popadamy w nieróżność, która jest drugą właściwością Pleromy. Popadamy w samą Pleromę i przestajemy być Stworzeniem. Ulegamy rozpadowi w Nicość.

To jest Śmierć Stworzenia. A więc umieramy o tyle, o ile nie czynimy różnicy. Dlatego Stworzenie z przyrodzenia zmierza do różności, do walki z prapoczątkową niebezpieczną jednakością. To nazywa się PRINCIPIUM INDIYIDUATIONIS. Ta zasada jest istotą Stworzenia. Widzicie zatem, dlaczego nieróżność i nieczynienie różnic jest wielkim niebezpieczeństwem dla Stworzenia.

Dlatego musimy rozróżniać właściwości Pleromy. Właściwości są PARAMI PRZECIWIEŃSTW, jako to

Czynne i Nieczynne,

Pełnia i Pustka,

Żywe i Martwe,

Różne i Jednakie,

Jasne i Ciemne,

Gorące i Zimne,

Moc i Materia,

Czas i Przestrzeń,

Dobre i Złe,

Piękne i Szpetne,

Jedność i Wielość i tak dalej.

Pary przeciwieństw są właściwościami Pleromy, których nie ma, gdyż znoszą się one nawzajem.

Ponieważ sami jesteśmy Pleroma, to mamy też wszystkie te właściwości w nas; ponieważ gruntem istoty jest różność, toteż mamy te właściwości w imię i na znak różności, a to oznacza, że:

—  po pierwsze: właściwości są w nas odróżnione od siebie, rozwiedzione, dlatego nie znoszą się nawzajem, lecz są czynne; dlatego jesteśmy ofiarą par przeciwieństw; w nas Pleroma jest pęknięta;

—  po wtóre: właściwości należą do Pleromy, a my możemy i powinniśmy je posiadać albo żyć nimi tylko w imię i na znak różności; powinniśmy odróżniać się od właściwości; w Pleromie znoszą się one nawzajem — w nas nie; odróżnianie się od nich zbawia.

Gdy dążymy do Dobra albo Piękna, to zapominamy o naszej istocie, która jest różnością, a popadamy we właściwości Pleromy, które jako takie są parami przeciwieństw. Usiłujemy osiągnąć Dobro i Piękno, ale zarazem też chwytamy Zło i Szpetotę, w Pleromie stanowią one bowiem jedno z Dobrem i Pięknem. Jeżeli zaś pozostajemy wierni naszej istocie, mianowicie różności, to odróżniamy się od Dobra i Piękna, a przeto i od Zła i Szpetoty, i nie popadamy w Pleromę, czyli w nicość i rozpad.

A wy wtrącacie: powiedziałeś, jakoby Różne i Jednakie też miały być właściwościami Pleromy. Jak to jest, gdy dążymy do różności? Czyż wtedy pozostajemy wierni swojej istocie? I czy musimy popadać w jednakość, gdy do różności dążymy?

Nie powinniście zapominać, że Pleroma nie ma żadnych właściwości. Tylko my je stwarzamy przez nasze myślenie. Jeśli więc dążycie do różności albo jednakości, albo do innych właściwości, to dążycie do myśli, które wypływają ku wam z Pleromy, mianowicie do myśli o nie istniejących właściwościach Pleromy. Uganiając się za tymi myślami, znowu popadacie w Pleromę i zyskujecie naraz różność i jednakość. Nie myślenie wasze, lecz wasza istota jest różnością. Dlatego powinniście zmierzać nie do różności takiej, jaką sobie umyśliliście, lecz DO SWEJ ISTOTY. Dlatego w gruncie rzeczy jest tylko jedno dążenie, mianowicie dążenie do własnej istoty. Gdybyście posiedli to dążenie, to nie potrzebowalibyście wcale wiedzieć o Pleromie i jej właściwościach i dotarlibyście do prawdziwego celu mocą własnej istoty. Ponieważ zaś myślenie wyobcowuje z istoty, zatem muszę nauczyć was wiedzy, byście z jej pomocą potrafili trzymać myśli na wodzy.”

(Sermo I, C.G.Jung)

Moja pierwsza firma (zawsze pozostała w nieformalnym kształcie) nazywała się New Demiurg Industries i była to niechybnie nazwa okrutnie pretensjonalna.
Ark mawia, chyba słusznie, że wszystkie nazwy takie są, dopóki się nie zestrzeją i do nich nie przywykniemy. 
Moja druga firma nazywa się Pleoroma. PL celowe i także LEO a Roma – czytaj od tyłu jak mawiał abp Petz z Poznania – znaczy Amor, który Omnia Vincit, a może
i pleroma (która zwycięża niebyt, choć sama nim jest także)

Już PRAWIE

Przepraszanie Innych i siebie nie jest najważniejsze, ważniejsze jest solidne (i pogodne) postanowienie poprawy a jeszcze ważniejszy: skutek naprawiający zaniedbanie.

Zapowiadałem wznowienie bloga i to na nieporównanie większą skalę tak tematyczną jak co do kategorii (będzie kilka cyklicznych), tudzież walorów
PRAKTYCZNYCH i nie tylko (a będą też formy wideo – jeszcze nie wiem czy Vimeo
czy jednak YouTube) – zapowiadałem ale kolejne daty mijały..i..

I piszę, by zapewnić, że będzie.

Nie rezygnacja czy nieprzezwyciężone trudności tu winne, a organizacja
– i to niemałej ilości składników, zapewnienie o wiele szybszego (będzie wygodniej czytać a przede wszystkim oglądać fot. i ..nie tylko) hostingu, bezpiecznego, inne bonosu. 

Jak obiecałem, tutaj dam znać – gdzie (pod nową domeną) prowadzony
będzie nowy blog – będzie to nawet blog niejeden. A wszystkie regularne.

Aby już nie przekroczyć, dookreślę bezpiecznie, że zaproszę (także przez wpis tutaj – ten blog, pod ta domeną traktować bedę jako archiwalny) na NOWE
POMIĘDZY POCZĄTKIEM KWIETNIA A ŚRODKIEM MAJA. TEGO ROKU, 2019.

Serdeczności

Marat Dakunin

(fot. Arkadiusz Jadczyk )
(fot. Arkadiusz Jadczyk) 

Odpowiedzi po 7 latach

Ostatnie dni przyniosły zagadki.. i rozwiązania tych sprzed wielu lat.

Ostatnie dni przyniosły naukę.

W ostatnich dniach zrozumiałem kolejny akapit swojej przyszłości. 

Jak zapowiadałem, od Nowego Roku – 2019 – będę pisał  i będę pisał dużo
i o różnych sprawach, i nawet na więcej niż jednym „blogu” (w tym jednym
albo może i dwóch czysto fotograficznych), ale już nie tutaj.
Te nowe miejsca będą każde miały swoją nazwą i domenę. 

Tego, co zostało zaczęte tutaj, dokładnie w tej formie nie będę już
kontynuował, z różnych przyczyn, także merytorycznych.
Stronę z domeną cassiopaea.pl i ten blog, niejako do niej przypisany,
pozostawiam w formie (stronę, blog był zawsze raczej oderwany)
hołdu dla prawdziwej, pożytecznej i świetnie zorganizowanej
inicjatywy Laury i Arkadiusza. 
Jednak, poprzez nowe domeny i lokację, chciałbym podkreslić,
że jestem całkowicie niezależny (co znaczy także, że sam, od początku
muszę pracować na swoje imię i zaufanie – czy też jego brak).
Zostanie to jeszcze dokładniej i oficjalnie wyjaśnione w odpowiednim
dłuższym umocowaniu strony cassiopaea.pl, która pozostanie w sieci,
lecz już raczej nieaktywna – jako „tribute” właśnie dla Inicjatywy – dla
Ludzi zaś przede wszystkim, prawych i dzięki którym nauczyłem się
trochę z zakresu trudnej sztuki roztropności. 

O wszystkich nowych miejscach i ich adresach jednak w ostatnim
tutaj wpisie, pewnie już następnym po tym, powiadomię.

Wszystkim, którzy tutaj zaglądali, dziekuję. Obiecuję, że w nowych
miejscach będę pisał lepiej, systematyczniej. I przyjaźniej, jeszcze przyjaźniej
dla Czytelnika, unikając nie tylko pustosłowia co i nadmiernego komplikowania.
I – jak zawsze – unikając fantazjowania, którego tak pełno, na wszelkie tematy,
także w Internecie. Fantazjowania i czczych przechwałek. 
Mieć wyobraźnię – rzecz nie do przecenienia, bujać w chmurach
i myśleć życzeniowo, ślizgać się na nonsensach i domysłach:
to nie u mnie. Także nie u mnie: kierować się zasłyszanym ledwie,
uprzedzeniem czy bezkrytycznie przyjmowanymi intuicjami. 

Intuicja jest rzeczą wspaniałą: ale bezkrytycznie recypowana do
rozumu, a nawet rozumu w uzgodnieniu z sercem, traci na wartości, 
a nawet może być szkodliwa. 
Krytycyzm potrzebny jest zawsze gdy w gre wchodzi ludzki
aparat poznawczy, niezależnie od tego, czy poznaje strukturę krzesła
czy inne światy przez wizje, wglądy lub iluminacje. 
Krytycyzm potrzebny jest we wszystkim – w badaniu rzeczy
ulotnych, psychicznych, niematerialnej natury, wymagany jest
tym bardziej i tym ostrzejszy niż w naukach przyrodniczych.
Co nie znaczy, że musimy tutaj stosować te same metody badawcze.
Oczywiście – nie, bo i natura badanego jest inna. 
Na te tematy będzie z początku więcej, godzi się, zanim przejdzie
do przypadków poszczególnych a nawet ogólniejszych założeń czy
wniosków, przedstawić trochę formalności i metodologię.
Postaram się to zrobić bez nudy – ale rzetelnie. 

Ostatnie dni przyniosły odpowiedzi na pytania wielu lat. 

I sugestie, sugestie na których można zbudować lata,
a może nawet wieczność.

Pewne rozwiązania okrywa tajemnica.
Jest być może trochę tak, że porozumienie
nie zostało zawarte w ludzkim języku.

Odpowiedzi bywają czasem bardziej enigmatyczne niż pytania.

Być może, kiedyś, odpowiemy na wszystkie pytania skierowane
do siebie samego, do Siebie, Prawdziwego „Ja”. 
Integrujemy lewe z prawą, świadome z nieświadomym, żeńskie z męskim, potencjalne i aktualne, .. .., gdy spoimy się, wykrystlizujemy w Jedno,
przekroczymy Jednostkowość,
zobaczymy dokładnie to INDYWIDUALNE miejsce,
które zajmujemy w BOGU –  a wtedy do Niego wrócimy.

 

 

Marat Dakunin

Aktualności

Niedługo – dalszy ciąg niniejszego blogowania – i nie tylko
ale już pod nowym adresem.
W najbliższych tygodniach podam wszystkie nowe adresy
i ciekawe informacje.

Pozdrawiam!

Marat Dakunin

PS

Ach ci Ludzie, często i większość zupełnie jak Strusie..
nie mogą się czasem zdecydować – chować tę głowę i nie widzieć
czy nie chować..
A jednak, przecież i nawet Struś się domyśla, że
WIEDZA OCHRANIA, natomiast
IGNORANCJA POWODUJE ZAGROŻENIE

 

 

 

Przeznaczenie (II)

A więc było to tak. A były to mniej więcej trzy dni. Tylko, że jeden dzień składał się jakby z trzech dni i trzech nocy.

Pierwszego dnia zostałem zapytany – czy mam już dosyć, tego, tutaj to, materialnego życia i ziemskich zmagań i chciałbym się od tego wyreklamować.
Pytanie, można powiedzieć: całkiem zasadne, szczególnie ostatnie lata bowiem były dla mnie dość ciężkie.

Ha, i kto nie powie, że jednak wola czy w ogóle chce się istnieć czy nie
i ta choćby ludzka wolność nie jest czasem szanowana?

Kiedyś, pewien prof. dr hab. inż, znany ze swoich trzeźwo-rozsądkowych
poglądów, potwórzył po raz kolejny swoją mantrę: że nie mamy żadnej
wolności, choćby dlatego, że nie możemy wolnie wybrać - czy chcemy
istnieć czy nie. 
Wpadłem na krótką odpowiedź, a repliki się nie doczekałem:
- Powyższe twierdzenie Prof. inż. jest wadliwe ze swej natury, 
gdyż tylko w Istnieniu można w ogóle mówić o jakiejkolwiek 
wolności, by rozpatrywać jakieś alternatywy przede wszystkim
trzeba jakoś "być". 
Nieistniejący nie może nawet o żadnej wolności pomarzyć..

Jest to tak trochę tak: siły, które nam życzą dobrze, szanują tę wolność –
aż do przesady, wręcz chciałoby się, żeby czasem coś konkretniej nakazały czy precyzyjniej objaśniły. I odwrotnie: nazbyt konkretne, często zresztą bardzo zachęcające perspektywy, służenie pomocą nawet nieproszoną, przedstawianie gotowych dla nas – najlepszych rozwiązań i recept, szczególnie gdy sami jesteśmy zagubieni i nie wiemy co robić: często znak to, że tak naprawdę siły, które tak grzecznie działają – wcale nam naprawdę dobrze nie życzą..

Gdy zadane mi zostało – wprost – to pytanie, doraźna sytuacja wyglądała
mniej więcej tak:

Akurat miałem rozgrzebany, w drugim pokoju, na komputerze, montaż filmu o Amy Winehouse. Film..no cóż, raczej mi nie wyszedł i raczej nie ma sensu go pokazywać [jak ktoś bardzo chce może zlecić podanie linka w komentarzu..].

W sumie chyba cały plan nie był najlepszy.
Niemniej, mając wtedy ten montaż rozgrzebany, a może musnąwszy myślą ważącą ważką odpowiedź na okamgnienie także inne, mniejsze i większe powody, udzieliłem, z tego co pamiętam, dość szybko, mimo całej poważnej tak egzystencjalnej wagi pytania  – odpowiedzi, nieśmiało, ale jednak dość pewnej,
z pewnym nawet, że tak powiem, zawstydzeniem:

- No..spoko..Nie jest tak źle..zostanę jeszcze tutaj. 
  Popracuję..dokończę. Może w końcu coś pożytecznego wyjdzie..”. 

Jak się wydaje, odpowiedź została przyjęta i więcej mnie już nie naciskano
w tym temacie. Ha, ciekawy jestem, gdybym inaczej wtedy zdecydował..
Czy – gdy pytający czyniłby raźno zadość mojej wyrażonej decyzji – bym się szybciutko przekręcił? Czy bym się jeszcze obudził? A może właśnie wtedy: bym się zbudził..?

Tak minął wieczór, dzień pierwszy snu.

Po nim zaś była noc pierwsza, i sny w snach,
których treść pozostawię dla siebie.

Następny dzień, a składał się jakby z trzech dni i trzech nocy, rozpoczął się pewien koszmar. Zostało mi mianowicie wmówione, że jestem Synem Bożym.
Gdy piszę „wmówione” mam na myśli: została mi jakby wszczepiona pewność, trudna do kwestionowania, że tak jest, jak wspomniałem. Gdy piszę zaś Synem Bożym, mam na myśli węższe rozumienie tego pojęcia, nie tyle, jako żeśmy wszyscy dziećmi, synami i córami Bożymi, ale – w rozumieniu szczególnym, wybranym, rzecz nawet by można – zgoła Jedynym. Takim to, nie przymierzając, Chrystusem (i , bynajmniej, nie tak, tym razem,  że wszyscy jesteśmy Chrystusami).

Ten sen, ten dzień, te trzy noce chciałbym w zasadzie w opisie pominąć.
Nie ma czego żałować, uwierzcie, był to jeden wielki koszmar. Dość powiedzieć, że przez ten cały dzień-sen, ten dzień trawający trzy dni i trzy noce, targała mną jedna z najkoszmarniejszych nerwic, jakie zaznałem (a trochę zaznałem).
Co 5 – 10 minut musiałem wstawać, chodziłem po pokoju, pokojach jak lew
w klatce i wypaliłem chyba 5 paczek papierosów (w jeden dzień,
choć trwający trzy noce).

No i byłem przekonany, że zaraz, coś, z lewa czy z prawa, mnie – dla Wyższego Celu oczywiście i pożytku, z logiką zaiste wysublimowną – ukatrupi.
Bo jakże inaczej na Syna Bożego przystało?

Wychodząc na ulice wydawało mi się, że każdy samochód chce mnie rozjechać – poza tym – generalnie – i maksymalnie – czułem się totalnie nie na swoim miejscu.

Na szczęście minęło.

Tak minął ten dzień i noc, trwający 3 dni i 3 noce.

I nastał dzień drugi, i noc druga. Wmówione mi zostało, na tej samej zasadzie co poprzednio, że jestem – nie synem Bożym, a Bogiem Ojcem, Bogiem – Stworzycielem Wszechświata, Wszechrzeczy i bytów, wszystkiego.
Nerwica na szczęście popuściła, o siebie też się jakoś specjalnie nie bałem,
ale.. co tu dużo mówić, załamałem się.
Zacząłem rozpaczać i obwiniać się, co ja takiego, tym Stworzeniem,
narobiłem.

Przypomniałem sobie od razu, a to fakt, czysta prawda – z dzieciństwa, że będąc kilkulatkiem i ogólnie: małym dzieckiem, a dysponując pewnymi środkami tj. dość dużym, jak dla dziecka i bardzo wysokim pokojem oraz dużą liczbą różnorodnych klocków, ludzików – drewnianych, metalowych a także plastikowych (tych gorszych, polskich, które to ledwo stały albo leżały, wszystko było bowiem w nich niedopasowane, jedna noga krótsza od drugiej itd.; i tych lepszych, głównie ludzików lego..) oraz dysponując pewną, wydaje mi się, nie najmniejszych rozmiarów, fantazją, budowałem wtedy namiętnie całe światy.

Nie tylko zresztą budowałem, także opisywałem, planowałem itd. – bardzo kompleksowo, można powiedzieć: we wszystkich aspektach życia. Tworzyłem – można powiedzieć uniwersum – coś, co nazywa się czasem tak, gdy pisarz w taki właśnie kompleksowy sposób lokuje swoich bohaterów i fikcyjną historię w dopracowanym co do wszystkich właściwości (historia, polityka, gospodarka, genealogia, język itd.) świecie.

Przy czym, dość często te światy kończyły się w dość spektakularny sposób.
Na apokalipsę miałem różne pomysły, ale wypróbowany i powtarzany był taki
(a to dla jego spektakularnego efektu), gdy całość konstrukcji, które wcześniej wzniosłem obwiązywałem nitkami (czy też raczej grubszym szpagatem) i końcówki tych nitek zabierałem ze sobą do łóżka. Dzięki temu, zwykle rano, a czasem nawet w nocy, mogłem spowodować, nagle szarpiąc za wszystkie nitki dość kompleksowe i widowiskowe hekatomby – budynki z klocków waliły się, windy zawieszone pod sufitem spadały, książki, które zwykle stanowiły poziome piętra wysokościowców z pożądanym hukiem i świstem, spadały jedna na drugą, grzebiąc wszystko co pod nimi, to jest oczywiście, wszelkie zamieszkujące moje światy życie, a więc, wspomniane ludziki: tak drewniane, jak metalowe i oczywiście, plastikowe, te polskie, które i tak ledwo stały, ale i te zagraniczne, głównie lego, które stały zwykłe całkiem dobrze a nawet w różnych pozach
i pozycjach (..)

Wtedy to właśnie wizje tych moich zabaw z dzieciństwa nader jednoznacznie stanęły mi w oczach i, ponieważ wmówione mi było i nic na to poradzić nie mogłem, że jestem Bogiem – Ojcem, Bogiem – Stworzycielem Wszystkiego, byłem bardzo zasmucony, niesamowicie zakłopotany i stropiony, wszystko to w przerwach pomiędzy tym, gdy byłem autentycznie przerażony. Tym, co ja takiego, tak nieodpowiedzialnie, dla dziecięcej zabawy, narobiłem. Ile potworzyłem, ile zniszczyłem, niewiele dbając jak, dlaczego, za co biją i czemu niszczą.

De facto, przy tych zabawach elementy świata, a nawet ludziki, raczej się niszczyły – ot, rozpadały się, ale nie gubiły nóg i nie odpadały im głowy, tudzież nie broczyły jakimś rodzajem posoki, po prostu wszystko – w tym dużym pokoju, na dywanie, po Apokalipsie nitek (czy innej, byłem dość pomysłowy..) tworzyło bezładną kupę, zwaloną na siebie, CHAOS.

Z tego to chaosu zwykle zresztą dość wygodnie – wygodniej niżbym wyciągał z jakiś pudełek czy innych miejsc, gdzie zwykle trzyma się zabawki, gdy się nimi nie bawi – budować od razu, wznosić z ruin – kolejny świat.

Oczywiście, choć to wspomnienie z dzieciństwa prześladowało mnie wtedy, jako bardzo znaczące i metaforyczne, nie tylko tym się trapiłem. Generalnie, jako Bóg – Stworzyciel Wszystkiego – nie chciałem się nawet bronić czy rozgrzeszać – przywoływaniem jakichś usprawiedliwień, zresztą prawdziwych, takich to: że ja nie wiedziałem, nie chciałem, nie miałem pojęcia, że to wszystko żyło i sobie – dla siebie – było, gdy to zbudowałem  – powołałem do życia – a później, ze zwykłej żądzy zabawy, dla jakiegoś efektu, niszczyłem i „uśmiercałem”.

Co tu więcej dodać? Jak Bóg Ojciec, Stworzyciel Wszystkiego, było mi bardzo przykro i bardzo żal mi było, nie znajdywałem jednak słów, którymi mógłbym przeprosić ani rodzaju wynagrodzenia, odszkodowania, które mógłbym, Moim Wszystkim Ofiarom, wypłacić.
Coś jakby, tak sobie pomyślałem, inaczej, niż Bóg Ojciec – Stworzyciel Biblijny – który przecież Hiobowi, całkiem udatnie odszkodowanie wypłacił.

I wszyscy byli zadowoleni. I Hiob. I Bóg.

***

Aby się jakoś uspokoić jeszcze tej samej nocy wybrałem się,
około 1 czy 2, a może była nawet 3, w nocy, na spacer po osiedlu.

Niedaleko mnie jest klasztor a jego spore podwórze zamyka
– sterowana elektronicznie brama.
Była – jak wspomniałem – głęboka noc i nikogo wokół.

 Szedłem zamyślony, ale nie mogłem nie zauważyć, że dokładnie gdy znalazłem się przed bramą – zadźwięczał elektroniczny sygnał i brama powoli zaczęła się otwierać. Przystanąłem zdziwiony (kto to o tej porze będzie wyjeżdżał? Bo wjeżdżającego nikogo nie widziałem..), a brama pozostała otwarta. Jednak nikt i nic nie chciało przez bramę wyjechać (ani nie zapowiadało się, że cokolwiek chce wjechać), cały klasztor, jak i okolica, spał.

Nie oddałem się jednak jakiejś specjalnej fascynacji tym faktem, tylko, dość rzeczowo – próbowałem, jako, że konsekwentnie wmówione mi było, że jestem Bogiem Ojcem – Stworzycielem – bramę zamknąć (otwarła się bowiem bez mojego zamiaru czy też „boskiego” polecenia, niejako honorowo..). Tak więc na różne sposoby próbowałem wydać polecenie, by się zamknęła. Ale nic z tego, nie udało się.

A więc, pomyślałem sobie, po tych nieudanych próbach: 

 - Chociaż nie jestem Wszechmocny!

I tak myśl, powiem wam, tej nocy, trochę dodała mi w tym wszystkim otuchy.

Tak minął dzień i noc, druga.

Nastał ranek i dzień trzeci, i już odsunięto ode mnie, na szczęście, świadomość, że jestem Bogiem – Ojcem – Stwórcą. Na szczęście, motyw z Synem nie powrócił.
Nie dano mi też jakiejś kolejnej, nowej świadomości – i tożsamości.
Raczej wyczekiwano.  Ja natomiast czułem się jakoś pobudzony do zastanawiania się.
W pewnym sensie: kim jestem, ale wtedy akurat bardziej: co chciałbym robić, czym się konkretnie zająć? Jaki cel mieć – powiedzmy nawet: najważniejszy w życiu.

I – długo to nie trwało, bo pamiętam, że mogło być około południa.
I wtedy pomyślałem sobie, a wypływało to nie tylko z chwili czy jakiegoś nowego oświecenia, ale raczej z wielu zaszłości, doświadczeń, ale także i obaw i niepowodzeń. Pomyślałem sobie wtedy tak:

 - Widać nie jestem stworzony do jakichś zbyt wielkich ról.

A następnie pomyślałem i udzieliłem, Temu, kto najwyraźniej oczekiwał na tę odpowiedź, czy nawet zgodę:

-  W sumie to ja chciałbym to „tylko” opisać. Jak to było i jest. Ale tak Naprawdę.

I, jak się wydaje, poczułem się wtedy bardziej na swoim miejscu i wydaje mi się, że ten, kto tej deklaracji oczekiwał, ją przyjął.

 

Było to latem 2016 r.

Następnie zaś m.in. założyłem stronę cassiopaea.pl
(którą wnet znacząco zmienię, a dlaczego – uzasadnię), a niedługo
później ten oto blog.

***

Mohammad H Tamdgidi pisze w prologu do swojej cennej książki
m.in. tak:

„Three days into the meditation retreat, I not only experienced a state of mind, concentration, and attention I did not consider possible before (..)” Gurdjieff and Hypnosis, Prolog, s. XXI

I ja, w tym Wszystkim, miałem podobnie, choć nie było to związane z jakimś odosobnieniem na medytację. Pisząc: miałem podobnie – mam na myśli, że byłem w sposób tak niezwykły (czego chyba nie doświadczyłem nigdy wcześniej w życiu, tak samo jak powyżej wspomniany Autor) skoncentrowany, uważny
i wnikliwy, że i to, samo w sobie, trąciło to o szaleństwo. Wszystko dla mnie coś oznaczało, wszystko się ze sobą łączyło, wszystko zawierało pewne głębsze sensy – i choć pewną umiejętność dostrzegania takich związków miałem i wcześniej,
jej skala ilościowa w tamtych chwilach przeskoczyła dialektycznie w jakość
i, nie waham się powiedzieć, niejako odmieniła tymczasowo zwykłą, dostępną
ludzkiej egzystencji percepcję (a co za tym, także, częściowo, świadomość).

I tak, w pewnej mierze, pozostało, choć udało mi się, dzięki Bogu, nie zwariować!

Przeznaczenie (I)

Ludzie kierują się w swych wyborach różnymi sprawami. Nawet w bardzo istotnych wyborach. Bywa, że im istotniejszy wybór, tym dziwniejsze rzeczy nań wpływają.

Żył sobie kiedyś pewien historyk i marszand sztuki, świetnie zarabiał na początku lat 90-tych na skupie i renowacji m.in. antycznych mebli.
Przy tym był dość fajnym człowiekiem. Gdy umarła mu pierwsza żona,
drugą, młodziutką dziewczynę, w której odnajdywał nie tylko wspomnienie
o pierwszej, odnalazł w małej mazowieckiej wsi. Przy tym był dość fajnym człowiekiem, więc młodszą siostrę rzeczonej zabrał także do swojego wielkiego domu w dużym mieście i we wszystkim jej pomagał. I jego młoda żona i jej siostra, a także rodzice sióstr ( a także trzeciej, najmłodszej siostry) mieli zapewnione wszystko, co sobie mogli tylko wymarzyć. Był dobry i hojny. Był też lekko zwariowany, ale pozytywnie.
Pewnego dnia marszand, który był ledwie po 40-tce (a dziewczyny około 20-letnie) przyszedł do Młodszej Siostry, spojrzał jej w oczy a potem położył głowę na jej kolanach i powiedział:

– Pewnie to w jakiś sposób wiesz, bo wszystko wiesz; na co to wszystko, jak zdechnę jak ten pies..

Dzień później przebiegał z ogrodu swojego wielkiego domu, w którym wszyscy mogli odnaleźć gościnę, na drugą stronę ulicy, do baru – po flaczki. Potrącił go samochód i umarł.

Po śmierci dobrego marszanda, wszyscy, szczególnie oczywiście Młoda Wdowa – i jej młodsza siostra; obie bowiem go kochały – jedna głównie jako mężczyznę i męża, druga głównie jako dobrego i pięknego człowieka, popadły w nieutuloną żałobę i depresję.

Nie był to krótki czas. A gdy jeszcze trwał, Młodszej Siostrze przyśnił się ojciec najbliższego przyjaciela nagle zmarłego, który niedawno także zmarł, na raka.
We śnie Duch poprosił dziewczynę, by wyszła za mąż za jego syna, to bowiem, dla tego syna, jedyny ratunek. Tylko ona może go – w jakiś sposób – ochronić przed nieszczęściem i śmiercią, która inaczej niechybnie go czeka, pociągając za sobą także potępienie.

Młodsza Siostra tak zrobiła.
Zdarzyło się także, że w pewnej sytuacji – bezpośrednio, uratowała temu człowiekowi życie. I choć najpiękniej jak można wychowała dwójkę wspólnych dzieci – chłopca i dziewczynkę, nie nauczyła swojego męża wdzięczności, ani za dobrobyt, ani za dzieci, ani za piękną i mądrą żonę. Wdzięczności do Boga – nie do siebie samej.
Wszystko układało się coraz gorzej, aż się rozstali. Mąż znęcał się nad nią psychicznie. Aby przeżyć, także dla dobra dzieci, Młodsza Siostra musiała się od tego człowieka odseparować.
Choć w jej życiu były od tego czasu jaśniejsze i ciemniejsze dni, nowy związek, w który się zaangażowała, skończył się wielkim, niezawinionym cierpieniem.
Także materialnie prześladował ją i prześladuje ciągle pech.
Gdy spotkała kiedyś człowieka, który, z wszelkich znaków na ziemi i niebie, był jej przeznaczony, choć zaczęło się pięknie, też się to wtedy nie udało.
Mało tego, Bóg powiedział jej wtedy, że „nie możecie być razem”.
I choć – już razem byli – postąpiła zgodnie z tym głosem, który słyszała.

Wszystko to stało się i dzieje najszczęśliwiej jak mogło – Młodsza Siostra – i ten mężczyzna, który był jej Prawdziwie przeznaczony, tak naprawdę są „w czepku urodzeni”. Wszystko to zmierza do finału, w którym można powiedzieć, że Radość jest Nie do Wyobrażenia.

Ale czy można się komuś dziwić, jeśli po drodze – trochę wątpi i trochę dramatyzuje?

Spacerując z przepełnionym naczyniem na głowie

Jeszcze przez jakiś czas coś chce mnie uczyć cierpliwości..

A ponieważ jeszcze przez bardzo krótki czas nie będę wiedział,
czy mogę przejść do następnych etapów realizacji planów A,
czy też będę musiał (na początku musiał bardziej niż chciał, niestety)
przejść do trochę awaryjnego charakteru planów B,
nie pozostaje mi nic innego, jak spacerować, trochę rozmyślać
i trochę się, konsekwentnie, dokształcać.

Dziś np. na spacerze zahaczyłem o kościół pod wezwaniem Mikołaja.

Z tyłu bryły kościoła była niegdyś piękna rzeźba.

Widać ją nawet – z jadącego pociągu – w minucie 8:52 mojej miniatury, którą ostatnio nawet przypominąłem „Pomiędzy 1/2″

Kilka lat później, a kilkanaście lat temu, tę rzeźbę odnowiono,
a także całość obudowano i zakryto szybą. Zapewne tak lepiej,
bo widziałem, że drewniane elementy niszczały, niemniej wrażenia tak estetyczne jak duchowe bardzo na tym ucierpiały. Nawet nie wiem czy teraz zwróciłbym uwagę na te figury w niszy zewnętrznej strony tylnej nawy.

Wszedłem na więcej niż chwilkę do wnętrza.

Ale nie żegnałem się, ani wchodząc, ani wychodząc,
choć przyklęknąłem.

Co do pierwszego, przyjdzie to szerzej wytłumaczyć,
kiedy odnajdę już sposób (a cały czas poszukuję)
jak przekazać tak naczynie wypełnione Wodą aż po brzegi,
by – zanim się ktokolwiek spragniony zdoła z niego napić,
nie rozlać wszystkiego nawet, do cna – do dna.
A ponieważ Spragnieni sami mogą, nawykli do niezdarności,
choć jej nie zawinili, stłuc i zmarnować naczynie, także dlatego,
że przepełnione się czasem o to prosi, trzeba tutaj pewnych
cyrkowych trochę sztuczek, by stąpać ostrożnie, pomiędzy nimi
i nierównościami gruntu, i z gracją.

Napiszę więc tylko tyle, żeby dać znać, że myślałem nad tymi
sprawami ponad 30 lat, miałem je już – na tyle, na ile byłem
wobec sprawy wymagający, a byłem, uporządkowane 
w pozytywnym sensie. Także dlatego, być może,
trudno mi od razu wyjaśnić pewną ewolucję. 

Od dzieciństwa miałem zwyczaj dawać jakoś znać o swojej pamięci
czy szacunku w miejscach związanych z ludzką wiarą. Bardziej w odludnych, odosobnionych, zapomnianych niż innych. Zapomnianej prawie leśnej kapliczce, rozpadającym się prawie górskim kościółku.
Trochę tak, jak jest to opisane w „Podróży na Wschód” Hermanna Hessego.

Już w wieku pomiędzy 15 a 25 rokiem życia uporządkowałem sobie pewne sprawy związane z wiarą, pewną część dość znacznie metaforyzując, jeśli jednak chodzi o zagadnienie podwójnej natury Syna Bożego – i jego ofiary na krzyżu,
tak w sferze intelektualnej, jak emocjonalnej, doszedłem do pewnych, zadawalających mnie osobiście rezultatów. Nie było to bynajmniej poprzestanie na zadowoleniu małym kosztem: tak intelektualnie, jak empatycznie.

Szczególnie po poznaniu Ewy, w 2002 roku, i poznaniu, ciut szerzej, różnych poglądów gnostyckich, wyrobiłem sobie zdanie, że różnego typu kwestionowanie – tak podwójnej natury Chrystusa, jak faktu jego realnej śmierci na Krzyżu – co występowało także w różnych odłamach myśli gnostycznej (mniej lub
bardziej prymitywne pomysły typu „ofiary pozornej”, „ciała fantomatycznego”
itp.) – jest jak najbardziej błędne.
Podawane tam rozwiązania tych kwestii oraz ich uzasadnienia były dla mnie albo bardziej lub mniej niekonsekwentne, albo były wynikiem niewłaściwego oglądu świata jako całości, co prowadziło do błędnych wniosków.

W szczególności pogląd dualistyczny, czy manicheizm, który stworzenie całego tego widzialnego, materialnego Świata, w którym żyjemy, przyznawał jakiemuś złemu demiurgowi, jakiemuś szatanowi – stwórcy zła i materii – w przeciwieństwie do Dobrego Boga – władcy i stwórcy Ducha i świata duchowego, odrzucałem od samego początku – i nadal odrzucam.

W tej kwestii jestem monistą. 
To, że dualizm (materii, cecha materii wręcz) i istnienie zła może znajdować,
tak intelektualne, jak emocjonalne uzasadnienie, bez uciekania się do jakiegoś przeciwnego do Boga – złego stwórcy, potrafiłem, i potrafię, uzasadniać na różne sposoby. I widzę też to, że mimo tego, ten monizm nie prowadzi do jakiegoś oskarżenia Boga, do zobaczenia w nim, w samej jego istocie – a także w jakichś jego „motywach” czy „działaniu” cienia, ciemności – Zła.
I, choć wgląd, w tym bezpośredni, i towarzyszące mu poglądy, się zmieniły i rozbudowały w wielu istotnych punktach – ewoluowały, gdyż nie mogły
się nie zmienić, gdy stanąłem bardziej niż kiedyś przed pewnymi faktami,
to jednak podstawowa monistyczna zasada została zachowana. Widzę Jedynego Najwyższego, jego działania jako doskonałe i nieobarczone żadnym błędem
(nie ma tu miejsca na jakiś wypadek czy rozbite naczynia – na jakieś „boskie
niekonsenwencje”, które pojawiają się w różnych teoriach, także gnostycznych
czy kabalistycznych), konsekwentne i takie, że przyznając Wolność – 
przyznał ją w takim rozmiarze i tak bezwzględnie konsekwentnie –
Wolność ta czasem przysłania bezmiar Miłości.
Ale przecież: MIŁOŚĆ TO WOLNOŚĆ!

Ktoś powie: cóż za bzdura! Przecież tak mało tej wolności
mamy w praktyce, tak bardzo jesteśmy uwarunkowani. 
To prawda. Może tak być – ba, w większości wypadków
tak bywa! Ale jest jeszcze większa prawda: że sami

wolnie możemy wybrać nawet największą niewolę!
I często nie bierze się pod uwagę faktu, że nie tylko
my, ludzie, zostaliśmy obdarzeni – jako stworzeni –
wolnością. A to daje pewne, bardzo smutne,
lecz niemniej realistyczne, wnioski..

Choć w stworzeniu jest zło, w Bogu zła nie ma – dualizm świata jest konieczny,
ze względu na pewne właściwości nauki własnej samoświadomej miłości,
od których nie da się uciec (ale można ją, Bożą Miłość, finalnie i same istnienie – odrzucić). Moc Boża była i jest immanentnie samoograniczona przez oddanie jego stworzonym dzieciom takiej wolności, która jest dosłownie nieograniczona.

I z tego płyną pewne problemy, nawet w o wiele większym rozmiarze, niż kiedyś myślałem. O wiele lepiej jednak też rozumiem, dlaczego. I prowadzi to mnie tylko do większego podziwu i zaufania w niezbędność wszystkiego, co jest. Prowadzi też do chęci wpłynięcia na to, żeby było coraz lepsze. Bo też i takie Bóg przewidział dla nas zadanie, jeśli oczywiście się na nie wolnie zgodzimy.

 

 

Być (czy) i Robić (?)!

Trudno mi się pisze ten wpis. Może materia nie jest aż tak bardzo skomplikowana, trudna w ujęciu – ale może swój własny, częściowo pewnie i emocjonalny, stosunek do tych kwestii nie jest jeszcze odpowiednio dojrzale ustalony.. By mógł zostać opisany, precyzyjnie, klarownie, rozciągnięty na rusztowaniu zdań wielokrotnie złożonych..

A może ten wpis ma być – taki właśnie – inny..
Na początku to, co tutaj pisałem, było zdominowane improwizacją, swobodą, lekkością. Później – im bardziej chciałem wchodzić w sprawę codziennej obowiązkowości, konsekwencji, samodyscypliny, która jest konieczna zawsze, by nie tylko drobić, zbudować coś większego, trwalszego niż ulotne wersy lekkich miniatur. Żeby zbudować coś w życiu – nie w literaturze. A nawet – żeby to była budowla pożytku społecznego..
Ale może ten wpis właśnie taki ma być, znajdzie swoje miejsce i będzie nośnikiem tego innego rodzaju zrozumienia – które nie bazuje na chirurgicznej logice i nie porządkuje świata przez nominalizmy i klasyfikacje.
Niech tak zatem będzie.

A jednak, mimo tak innej formy – te stany psyche, stany ducha, stany serca, stany pomiędzy ludźmi – stany pomiędzy stanami – są tutaj także jako dopowiedzenie do tego, przed czym 3 dni temu się ostrzegaliśmy (link do „Planowanie porażek”) 

+++

Kiedy to było..?
Ha, pewnie w czasie narastających problemów P. w zw. Z N – z EB.
Paweł powiedział wtedy do mnie tak:

- Bo widzisz.. – chodzi o to, czy mają nas kochać za to, kim jesteśmy ,czy za to, co robimy..

Wtedy się trochę żachnąłem.
Oczywiście, że idealista – romantyk bardziej ceni to, kim w całej swojej głębi jest..
Och, co za zabawne, zabawne nieporozumienia niby oczywistych spraw, potrafią wyniknąć, gdy w sprawę włącza się nasze słodkie ego..

Ale później rozmyślałem o tym, jak on to powiedział (było ważne także to właśnie, jak on to powiedział..).
I, dziwna rzecz, po pewnym czasie, może i kilku latach, doszedłem do wniosku, że stosunek do tej – tak wyrażonej – alternatywy (a czemu koniunkcji nie może być? Owszem, w idealnych przypadkach jest koniunkcja .. – nie mieliśmy wtedy do czynienia z przypadkami idealnymi i dalej z tym trudno..) u mnie się zmienił..
Oczywiście ważne jest, jak się to wszystko rozumie..
Ale ten wpis jest jaki jest i wracam w nim do mojego starego zwyczaju, by nie tłumaczyć kwestii, które mają szansę otrzeć się o jakąś tajemnicę. Tej zasadzie, mnożącej niejasności, niezrozumiałości, hermetyzm symboliki i metaforyki itd. byłem wierny bardzo długo, czy w piśmie, czy choćby w filmach..
Ale – choć teraz – jak nie raz pisałem, pod tym względem mi się, można rzecz, nawet odwróciło – to też wpaść w drugie ekstremum i banalizować wszystko rozstrząsaniem i wyjaśnianiem, byłoby: znów ominąć złoto.

Ale w ostatnich latach przecież – zgodziłem się i przyswoiłem jak swoje Ark’owe powtarzanie:

- Nie jest ważne, kim się jest, jest ważne: co się robi.

Rychło w czas, może to i mnie nawet trochę impregnowało przed szaleństwem albo jeszcze bardziej szalonym i jeszcze szkodliwszym, auto-jadem, bardziej niż grożącym komuś trzeciemu – totalnym przewróceniem w głowie..Nie przewróciło mi się jednak w głowie; choć, rozważając sprawy zupełnie trzeźwo – w odniesieniu np. do jakiegoś przeciętnego modelu średniego – typowego człowieka „tu i teraz” (tej doby, uśrednionych zalet i wad charakteru, produktu uśrednień cywilizacyjnych i etycznych..), to wydaje się, że przewrócić – takiemu standardowemu modelowi – to by się jednak zdrowo w głowie mogło. Jeśli by go spotkało to, co mnie spotkało..
Ale też i takie hipotetyczne analizy do pewnego stopnia nie mają sensu, bowiem, żeby pewne rzeczy pokojarzyć i pewne zauważyć (kto ma oczy..), trzeba byłoby jednak być mną..Żaden uśredniony model nie powiązał by nawet procenta tego, co ja , i wystrzegając sie życzeniowosci i może nawet ponad miarę niedowierzając synchronicznym potwierdzeniom zewsząd, wysnułem i snuję To co ważne,  z wszystkich elementów tej Gry Kolorowych paciorków i kamieni – jakby, nie przymierzając, ni mniej ni więcej: czytać sobie na wyrywki Kronikę (i) Akaszy..

×××

A więc mamy pytanie, dawno temu – retorycznie raczej – postawione..I wydaje mi się, że Ten, kto mówił, wiedział wtedy, że być dobrym, to jest starać się – starać się – to jest – wybierać, z czegoś rezygnować, coś poświęcać, by być wierny temu, kim jesteśmy..czy kim stać się chcemy. Ten potencjalny „Ja” nam jest bliski jednak, pociąga nas tym, że potrafi być dobry, prawdomówny, obowiązkowy, pracowity, konsekwentny. Za co spotyka go wdzięczność i czułość  albo i nie wdzięczność i złośliwość ludzka. To drugie może i częściej.
Jeśli już chcemy doceniać to, jacy jesteśmy – i mamy tutaj na myśli nie naszą Prawdziwą Indywidualność, nie nasze Wyższe Ja – nie siebie tylko wtedy, gdy kierujemy się własną prawdziwą wolą i siłą, niewrażliwi na przeszkody rzucane nam pod nogi przez nasze własne wady i „małe osobowości” (których wiele, legion)
– O.K. – doceniajmy to, tę bzyczącą chmurkę, ale tylko tak, by się motywować, a nie by się usprawiedliwiać, tłumaczyć czy budować na tym śmieszną roszczeniowość..

I – by się – smucić.
Prawdziwie widząc: Nie mamy powodu do smutku!
Nawet do tego smutku, że „dobro jest takie trudne – więc mi się nie udaje i zapewne nie uda” – strasznego smutku i zniechęcenia, który więcej niż melancholią i acedią – jest resentymentem.
I co, naprawdę, rozsądnie rzecz biorąc, możemy się boczyć na to, że nauka miłości nie może ze swej natury być bezbolesna i że, prawdziwe i trwałe osiągnięcia muszą być trudne, muszą być okupione pewną ceną: jeśli bowiem coś kupimy nazbyt tanio – kupimy rzecz wartą równie mało, a często bywa, że nie tylko nawet i bezwartościową, ale przeklętą.

Można też tak..Tłumaczenie: – Szczęście to nie jest wystarczająco dobrze dla mnie..Domagam się euforii!

 PS do powyższego humorystycznego rysunku: – Ale nie ma powodu do minimalizmu i wcale nie o ascetyzm jestesmy proszeni- ba, przecież nawet i euforia zostanie nam dana, ale nie ta chorobliwa,  bazująca na zubożonym wykrzywionym wykorzystaniu ekstremów,  co jak wiadomo zawsze się podług zasad i praw naturalnych – mści!

 

A jednak, wszyscy mamy prawo do (bezwarunkowej) Miłości.
I tak naprawdę, wszyscy ją Mamy – ale nie mamy tego świadomości ze względu na niedostatki naszej świadomości właśnie!

Skupiamy się bowiem zwykle akurat na domaganiu się bezwarunkowego uczucia od innej, zupełnie od nas niezależnej, Bogu ducha winnej osoby: co już wcale prawem żadnym naszym nie jest. Jeśli się zdarzy jest Darem [mimo bycia dla siebie okrutnym i złym przez wiele lat życia, jednak: zostałem wspaniale i wielokrotnie obdarowany; a także pozwolono mi zatrzymać się i dostrzec ten z nich, który jest Absolutny i Wieczny]. Z tą świadomością dopiero pojmuję bezmiar bezsensu bluźnierstw typu: „Miałem wszystko co mieć można i okazało się to niewiele..”

Ale to i złe słowo wynikające z trybu, że można coś absolutnego „posiadać” ten bezsens wywołało..W istocie tylko To Coś może posiadać nas, nie odwrotnie.

Podobnie – chęć posiadania choćby „prawa i sprawiedliwości” obraca się w swoje własne przeciwieństwo..

To piękne tonalnie i kolorystycznie zdjęcie zrobił mi ok. 10 lat temu w Warszawie właśnie Paweł..

A jednak teraz pewnie porównując nikt by nie poznał jednego człowieka ..może i dlatego, że wewnętrznie, tak naprawdę, człowiek wcale nie był jeden.. .

Po drodze zaś aż do dzisiaj były czasy lepsze i gorsze (A nawet tragiczne). Czasem mój cień był tak samotny, że zastygał jak tafla jeziora w cichą Pełnię..

Były też burze i..zawirowania..

autoportret MD.

Ale, Bogu dzięki, przed zwariowaniem się ustrzegłem.

Ja..

Dlaczego było mi wtedy,
z 10 lat temu, bliższe „za to, kim jestem” niż „co robię”?
Było w tym nie tylko odbicie wad, zniekształceń osobowości, zaniedbań, rozkwitającego nawyknięcia do lenistwa. Było w tym też coś pozytywnego..- pewna czułość do siebie samego, w której gdzieś partycypowało się w jakiejś intuicji, ogólniejszej niż tylko nasza osobista natury, że bycie dla Siebie Samego dobrym (w dobrym, prawdziwym rozumieniu pojęcia, i „siebie” i „dobra”) jest bardzo ważne. Czułość zapowiadająca szansę na odnalezienie w nas tego, co dzielimy z wieczną miłością, z której wszystko wzięło i podtrzymuje swe istnienie.

***

I Piotr zapłakał gorzko gdy kogut zapiał.
 Wtedy się obudził,
 W tym momencie pojął NAUKĘ EMOCJONALNIE.
 Zobaczył siebie w świetle nauki, której był nauczany.
 Zobaczył dystans pomiędzy tym, co wiedział, a tym KIM BYŁ.
 W miejsce tylko WIEDZY weszło ZROZUMIENIE.
 Wcześniej jego wiara polegała na zmysłach, nie miał w sobie korzenia, wierzył za pośrednictwem Chrystusa – i gdy coś poszłoby źle (a poszło) przestałby.
 Taka wiara może innych zniechęcić a nie zachęcić. Wierzyć porywczo, przemocą to na najczęściej łamać czyjąś, drugiego, innych ludzi - Wolność i Wolę.

Ano bo w kontekście pytania: kim się jest, trzeba też wiedzieć, że jest bycie i Bycie i że jedne drugiemu nierówne.. mało tego jedne bywa drugiego przeciwieństwem.. O takim, prawdziwym, wysokim, Byciu, mówił nam np. niekiedy Gurdżijew..

Reszta już- na dzisiejszy wieczór i noc –  jest milczeniem.

Bo się zamyśliłem.
Bo wspominam Pawła i zastanawiam się jak mu się wiedzie..

Ale..dał mi znać nie aż tak bardzo dawno, że:

– Przyjaciel wie..

Ale to w sumie nie tak bardzo istotne – o wiele ważniejsze: co z tym robi, że wie.

Wielką frajdą a w zasadzie po prostu „szczęściem w działaniu” była możliwość wspólnych zabaw artystycznych..tutaj m.in Paweł na planie wspólnego filmu..

A tutaj: Marat i jego wymyślony przyjaciel na wspólnym spacerze ;- > ♡♤

fot. Henri Le Secq

Dobrej Nocy. 

Planowanie Porażek (?)

Postanowiłem już dziś jednak zamieścić spóźniony wpis, który zastąpiłem sensacyjnym lekko omówieniem ciekawej przyczyny tego opóźnienia..
Wpis dodałem dopiero dzisiaj w nocy, więc podaję do niego bezpośredni link:
http://blog.cassiopaea.pl/2018/05/16/zdarzenie-i-opoznienie-tj-czy-sedziemu-wystarczy-rozum-czy-przydalaby-sie-cala-dusza/

To zaś, o czym pisze poniżej, zanotowałem w głównych zrębach już w marcu. Wtedy bowiem, zastanawiając się na ile – mając pewne istotne kwestie, głównie pragmatyczne, mocno niewyjaśnione – dookreślać i publikować wcześniej ramówkę planów na ten rok i czas najbliższy.. Było to dla mnie ważne, gdyż to, co napisałbym, stałoby się dla mnie jednocześnie niesłychanie mocno wiążące, jako przecież – przyrzeczone przy Świadkach (PT Czytelnikach).

Mogłem pewne plany rozgraniczyć – dzieląc je na takie, dostępne do całkowitej realizacji, bez względu na dookreślenie się pewnych realiów w okolicach połowy tego roku i na takie, które byłyby niejako zawieszone – a możliwe do rozpoczęcia, po pozytywnym wyjaśnieniu się szczegółów pragmatycznej właśnie natury.

Stąd też dziura na blogu w marcu/kwietniu (chyba cały kwiecień?) – która zaowocowała i wyrzutami sumienia i tym, że – jak wiadomo – podjąłem się
– i realizuję auto-nakaz publikacji w cyklach ok. 3-dniowych.

Może jednak summa summarum dobrze się stało, gdyż do finalnego wyjaśnienia wspomnianych realiów brakuje już tylko kilku tygodni – powinny się one wyklarować dostatecznie w pierwszej połowie czerwca.

Przystąpiłem zatem do poruszenia pewnych tematów, które miały poprzedzać jeszcze kluczowe wpisy, zawierające plany, z podaniem różnych konkretów i szczegółów – także, jak mniemam interesujących. Pisałem tutaj bowiem do tej pory dużo metaforycznie i symbolicznie – obiecując co jakiś czas, że podam pewne konkrety i faktycznie wdrażane przedsięwzięcia własne (a nie są one małego kalibru..), ale także np. pewne konkrety nt. wspomnianych „szkół ezoterycznych”

wspomnianych choćby we wpisach:

http://blog.cassiopaea.pl/2017/11/07/gnosis/

http://blog.cassiopaea.pl/2018/03/17/pewne-wlasciwosci-ezoteryki/

lub też, pośrednio, np. w tym

http://blog.cassiopaea.pl/2017/12/24/co-nas-laczy-w-wigilie-i-nie-tylko/

 

O Prawdziwych Szkołach Ezoterycznych – tak rzadkich w obecnej dobie,
jak i zawsze, choć może tym rzadszych, można powiedzieć, im bardziej globalna jest nasza ziemska informacyjna wioska. Cały czas pamiętajmy też o tym, by obciążany, czasem śmiesznością, czasem podejrzliwością, termin ezoteryka itp. – tłumaczyć prosto i z czystym sercem.
Najprościej i najkrócej powtórzę raz jeszcze: przez ezoterykę – jako wiedzę (i sztukę, w sensie praktyki i umiejętności życiowych) kierującą swoje poszukiwania do wnętrza Człowieka, do samego siebie, bo poprzez nasze głębokie, często uśpione, w zarodku tylko będące i nieuświadomione, psychiczne i duchowe (drugie zawiera pierwsze, nie odwrotnie) możliwości i potencjał – 

najpewniej i najszczerzej zmierzać możemy do poznania Prawdy,
tego co najpiękniejsze i tego co najlepsze, najważniejsze. Do Boga.
A w gruncie rzeczy z powrotem do Siebie – tylko tego prawdziwego i pełnego. I tym jest Gnoza.

Napisałem tutaj już dość dawno, że celem rozwoju ezoterycznego jest „zbawienie”. I choć trochę się z tym terminem podroczyłem, choć oznacza także nieśmiertelność, zbyt dużo mam w sobie szczeniackiego (czy raczej kociego) życia i, jednak, pewnej pokory, by tak ujęte cele mnie bezpretensjonalnie motywowały.

Tutaj chciałbym jednak powiedzieć, że ważniejszym i prawdziwszym celem jest: Osiągnięcie Miłości. Używając tak nadużywanego pojęcia i słowa, najczęściej przypisywanego różnorakim objawom najprzeróżniejszych stanów i uczuć ludzkich (i nie tylko, tak tych godnych pochwały, jak wprost przeciwnie) musimy pamiętać, że warto szukać i – tak, nauczyć się, 
Miłości Prawdziwej. Tylko ona bowiem jest absolutna i wieczna,
Będziemy o niej mówić, zwykle nie wprost. W istocie zresztą cały czas o niej mówimy, nie zawsze choćby słowem; bo skoro 
Wszystko powstało tylko dzięki miłości, czymże innym może być cokolwiek staramy się czynić z twórczym, nakierowanym na Dobro, popędem?

 

Na jednak konkrety konkretów – z przytoczeniem nazw, namiarów
i przykładów oraz pewnej charakterystyki, czas będzie właśnie – już
w czerwcu.

W tym odcinku  napiszę o pewnych – mających trochę ostrzegawczy charakter – przemyśleniach i intuicjach, które związane były z tym, że – mając w planach opublikowanie planów, bardzo nie chciałem by jednak de facto zamieniło się to wszystko w PLANOWANIE PORAŻEK.

O tym właśnie fenomenie tutaj i w następnej części, już za 2 dni, więcej napiszę.

Planując wykonanie czegoś nierzadko można zaplanować niewykonanie planu.

Kilka miesięcy temu mówiłem sobie: poczekam jeszcze, dopóki nie zorganizuję tego – co wokół i dopóki nie zorganizuję siebie Tutaj – Tak
 (w ten sposób i odpowiednio skutecznie) – by Treść życia, a może nawet Bycia w pełni WSPÓŁBRZMIAŁA z tym, o czym pisze. By moje bycie było też jednym tonem, jednym brzmieniem, aktywną i dobrą myślą, snującą ważne i konsekwentne plany, takie, które co do treści, które niosą, graniczą z PEWNOŚCIĄ – mówią o PRZYSZŁOŚCI takiej, jak racjonalnie rzecz ujmując – naszą wolą, umysłem i sercem – poznajemy. Zaplanowane w tym sensie i przedstawione znaczy zatem bardziej WYBRANE BY TAK WŁAŚNIE ZAISTNIAŁO.

 Pesymizm, niewiara, zwątpienie? – utrata poczucia sensu, jakieś wielkie przebudowania czy jakieś poczucie rozdźwięku, nieszczerości między tym o czym chce się mówić a stanem wewnętrznym i stanem tego, co obok nas
(przez nas czasem zawinionym, czasem zastanym tylko
 i nawet niezmienialnym w ogóle).

Bynajmnej, jak najdalej. Gdyby tak było, byłoby znaczenie gorzej. Chodzi mi raczej o pewne estetyczne dopasowanie.

I byłem pewien że takie warunki, wewnętrzne i zewnętrzne (te drugie  -także dzięki naszym wysiłkom, by się takie stały) nadejdą. Ba, nawet – 2 czy 3 miesiące temu napisałem tutaj – że jestem pewien, że najpóźniej do połowy roku pewne rzeczy się staną, pewne rzeczy się zmienią.
Tak więc byłem pewien – nie wiedziałem jednak na ile PEWNE rzeczy będą zawieszone.

Nie chciałem, by przez braku tego akordu zgodności, moje plany tutaj podane były bardziej podobne do tego co można nazwać planowaniem porażek.

Jednak takiej niezgody na rozdźwięk nie można przedłużać PONAD MIARĘ.

Dlatego..:

Klara roześmiała się i wypiła łyk wody.

 – “Aby zmienić się, musimy spełnić trzy warunki. Po pierwsze musimy na głos wyrazić naszą decyzję co do zmiany, tak, by intencja nas słyszała. Po drugie musimy zaangażować naszą świadomość przez dłuższy okres czasu. Nie możemy czegoś rozpocząć i wkrótce zaniechać tylko z tego powodu ze czujemy się zniechęceni. Po trzecie musimy spostrzegać wynik naszych działań z poczuciem zupełnego nie przywiązania. Oznacza to, że nie możemy uwikłać się w myślenie w kategoriach sukcesu i porażki.

- “Jeśli będziesz podążać za tymi trzema wskazaniami możesz zmienić każde nie chciane uczucie czy pragnienie w sobie samej” – zapewniła mnie Klara.

- “Nie wiem. Klaro” – powiedziałam sceptycznie – “To brzmi w twoich ustach bardzo prosto".

(..)

Oczekiwałam od niego bardziej precyzyjnych wyjaśnień tego, co rozumie przez intencję. Emilito przeniósł więc tłumaczenie na bardziej osobisty poziom. Stwierdził,
 że wszystko co opowiedziałam o sobie Klarze, świadczy o tym, że moją intencją była całkowita porażka. Zawsze przejawiałam intencję, krótko mówiąc, by być zdesperowaną, szaloną i zagubioną osobą.

“Klara przekazała mi wszystko, co jej o sobie powiedziałaś” – kontynuował. Emilito cmokając swoim językiem – “Przykładowo, mógłbym powiedzieć, że wyskoczyłaś wówczas w Japonii na arenę walki, nie po to, by zademonstrować swoje umiejętności lecz w tym celu, by potwierdzić swoją intencję do przegrywania".

Zwrócił się do mnie z naciskiem, mówiąc ze wszystko co dotąd robiłam było naznaczone chęcią przegrywania. Z tego względu bardzo ważną rzeczą, którą robiłam w chwili obecnej, było przeformułowanie i znalezienie nowej intencji. Dodał, że znów            intencja nazywa się intencją czarownika. Nie oznacza ona robienie czegoś nowego, lecz przebicie się przez tysiącletnie trudy gatunku ludzkiego i odnalezienie oryginalnego działania.

[Cytowałem już nie raz M. Rafaela (albo H. Reeda, hehe), że oryginalność nie polega na tym, żeby wytworzyć coś absolutne nowego – byłoby to bezwartościowe, jak lokaj w „Tangu” Mrożka (skrót myślowy) – polega na tym, co sugeruje etymologia „origin” – by dotrzeć do i uchwycić korzenie nas samych i rzeczy Świata.]

(..)
 Powiedział, że w obszarze intencji czarownika nie ma miejsca na porażki. Czarownicy mają przed sobą tylko jedną perspektywę odnosić sukcesy we wszystkim, czego się podejmują.

Aby uzyskać wgląd pełen mocy i jasności czarownicy muszą przekształcić całe swoje istnienie. Do tego potrzebne jest zarówno głębokie zrozumienie, jak też siła wewnętrzna. Zrozumienie pochodzi z przeprowadzenia rekapitulacji swego życia. Natomiast siła gromadzi się pod wpływem nieskazitelnego działania.

[Inaczej przecież osłabia nas najbardziej własny żal do siebie samego, prawda?]

[podane wyżej fragmenty – poza tym, co nie piszę w kwadratowych nawiasach pochodzą z przypadkowo ściągniętej krótkiej powieści w formie wspomnień – jest to jakby „żeńska wersja Castanedy” – opowiada o treningu kobiety, analogicznie do treningu autora przez Don Juana Matusa. Może nie jest to tak nowe jak klasyczny cykl Castanedy, ale widać po coś przypadkiem na to trafłem. Choćby po to, żeby tutaj zacytować – a wcześniej po to, żeby wywołać u mnie pewne skojarzenia..) [jeśli ktoś chce namiary na tytuł i autorkę albo nawet chciałby otrzymać, mogę przesłać link, na którym znalazłem – wystarczy zgłosić takie zapotrzebowanie – np. w komentarzu..]

Tak pisałem zaś 13 lat temu:

(..) Dwie rzeczy można jednak na wstępie o pseudointelektualiście powiedzieć:
 że jest słaby i że pragnie. Biorąc pod uwagę cyklofreniczne rytmy życiowe większości pseudointelektualistów pragnie on raz samozbawienia, raz sa mozabawy a bywa żei samozagłady, będąc onanistą i ofiarnikiem w jednym. 
W modelu pseudointelektualnej potencjalności należy przyjąć, iż w codziennym postępowaniu, owym nizaniu najdrobniejszych ludzkich czynności na łańcuszek - wieniec, który ma ozdobić czoło lub chociaż ogrzać ciemię, króluje ekstremalny rodzaj minimalizmu, codziennie oczekuje się jednak efektów i skutków maksymalnych, przekraczających, nieprzeciętnych, genialnych. Parafrazując Kołakowskiego - pseudointelektualista chce minimalnym staraniem osiągać maksymalne rezultaty. (..)

(Z „Podręcznika Pseudointelektualisty”, 2005, Zakopane, tę krótką eksperymentalną książkę już linkowałem we wcześniejszych wpisach).

 

Następny odcinek – z pewnymi przykładami dotyczącymi tutaj 
poruszonych wątków – już pojutrze! 

Na koniec zaś trochę..sztuki.

I sportu.

Warto bowiem zachować uniweralność – a Prawdą jest też, że Duch zdrowy
rychlej będzie w zdrowym ciele.

Stąd pochwalę się konceptualną fotografią, którą zrobiłem
i ukończyłem dzisiaj, bo mi się podoba ta moja robota.

Za piłka nożną nie przepadam, ale to akurat jest 
GWIAZDA PIŁKARSKA – w zagraniu zwanym: OUT.

fot i wykonianie: Marat Dakunin

Sporty walki też są sportami.
Czasem jednak trzeba na serio zmierzyć się z przeciwnikiem.
Pamiętać jednak warto, że ważne także JAK się wygrywa, 
nie tylko, ŻE..
A bronią Niebieskich, bronią szlachetną – jest broń biała.

I – też z ostatnich dni – mamy tutaj przykład takiego operowania
czym co może jest jakąś dzidą, lancą może dłuższą szpadą etc.

wszystkie niepodpisane fot. na tym blogu też są moje 🙂

 

A – będąc przy szermierce tych na Górze, Szermierce Ducha,
mamy na to przykładów i wizualizacji więcej,
że – kończąc – przypomnę ten oto wpis – zapraszam serdecznie
kto nie widział, a kto widział: czemu nie zobaczyć raz jeszcze. 
Mi się te fotografie dalej podobają. Ale też mi jest 
łatwo – i niewielka w tym jakaś moja zasługa czy umiejętność!
Przecież ja tylko utrwalam to, co do mnie przychodzi.
A czasem nawet nie utrwalam, wtedy, najbardziej komiczne
i pocieszne, pocieszają mnie gdy przychodzą chwile smutku.
Dziękuję moim modelom i dziękuję za Pomoc (..)! 58

Szermierka Ducha

Tymczasem!

 

Zdarzenie i Opóźnienie (tj. czy Sędziemu wystarczy rozum, czy przydałaby się cała Dusza?)

Zdarzenie i Opóźnienie
podtytuł:  czy Sędziemu wystarczy rozum (specyficznie stosowany),
czy przydałaby się cała Dusza?

Choć pewne fragmenty tego wpisu, wyrwane z całości i kontekstu,
mogą brzmieć jak próby bagatelizowania i usprawiedliwienia się,
chciałbym, by podstawowa jego wymowa została odebrana wprost
przeciwnie: jako ostrzeżenie, że nieodpowiedzialne, wydające się
drobnymi, zachowania, mogą prowadzić do o wiele bardziej
przykrych konsekwencji niż możemy przypuszczać, nawet
biorąc pod uwagę różne ewentualności. Mi – tak naprawdę –
nic się nie stało, ale przymusowe „wyjęcia kogoś z życia”
na prawie dobę – może rodzić często, dla kogoś, skutki
o wiele poważniejsze i naprawdę przykre..

Nie wszystko można przewidzieć i zdarzyć się mogą niespodziewane sytuacje, które uniemożliwiają nie tylko napisanie czegoś, użycie Internetu czy komputera, ale także choćby: spanie we własnym łóżku (a także trzeba oddać pasek – spodnie lecą, frotkę do włosów – robi się fleja hippi trochę czy nawet na noc okulary – robi się krecik..).

Taka niespodziewana okoliczność nastąpiła wieczorem już, między godz. 21 a 22 w poniedziałek, ledwo godzinę po tym, jak przyjechałem do Miasta
i włączywszy komputer robiłem sobie kolację (nie dane mi było jej zjeść).

Zostałem aresztowany.

Nie powiem, by mnie to jakoś bardzo zdenerwowało, w istocie byłem dość stoicki aż do końca, ale jednak niedogodność i – opóźnienie – którego tak bardzo nie chciałem usprawiedliwiać – nastąpiły..

Pewnie denerwowałbym się, gdybym coś przeskrobał, gdybym zrobił coś złego – ale nic takiego
(..w zasadzie, nie wprost i na pewno nie proporcjonalnie – co wyjasniam niżej dokładniej..)
nie zrobiłem,
czułem się więc trochę jak Józef K.

 

Trochę szczegółów:

No dobrze, po pierwsze;

Nie był to jednak totalny surreal, zamach na mnie amerykańskich sił związanych z COINTELPRO itp., nie była to też egzystencjalno – klaustrofobiczna austriacka kafkowska ingerencja irracjonalnego industrialnego zniewolenia. 

Bo jednak, coś „złego” pół roku temu zrobiłem – tyle, że aresztowanie miało z tym związek dość pośredni i lekko mówiąc, głupawy. W istocie, 
w terminologii prawnej nie nazywało się to „aresztowaniem”, choć musiałem wyjść od razu z policjantami, zabrawszy tylko niezbędne rzeczy, które i tak trafiły do depozytu na całe zatrzymanie; 
spędzić noc (z dwoma całkiem sympatycznymi panami, których z tego miejsca zaocznie pozdrawiam..jeden miał ponoć 37 dni takiego zatrzymania..lub raczej już "aresztu" - współczuję!)
  a później, w eleganckich kajdankach, pojechać (w luksusowym luku z tyłu furgonetki, ponad 100 km od mego obecnego głównego "domu") i wrócić sobie już wolny samemu..
założone delikatnie i luźno, za co dziękuję (jeszcze raz podkreślę – co do policji – zarówno z wiecz. i nocy jak rannego dowozu – klasa!)

Nie było to „aresztowanie” lecz tzw. zatrzymanie w celu doprowadzenia.

Z czego się wzięło?
Panowie policjanci (zresztą bardzo mili, z tego miejsca też serdecznie
– równie zaocznie – pozdrawiam!), poza ogólnikami odnośnie kwalifikacji prawnej (paragraf k.w.), nie potrafili mi powiedzieć, czego to właściwie dotyczy
i jakiego czynu in concreto. Podobnie pisma, które otrzymałem (sygnatura wskazywała sprawę, ale przecież mogłem tylko kojarzyć,  a nie przeczytać expressis verbis). Nie mogli jednak zrobić nic innego jak mnie bezzwłocznie
i przymusowo zatrzymać „w celu doprowadzenia” (tyle, że następnego dnia,
o 11..), gdyż wynikało to z nakazu sądowego, sądu w D.
W D. nie byłem od lat, więc musiałem pogłówkować, z czym to może być związane wszystko – po 30 sek. się domyśliłem i okazało się, że miałem rację.
Nie było to jednak takie trudne, kojarzyłem bowiem tylko jeden, jedyny kłopot prawny, który mógł, przy dużej dozie pecha, się tak niespodziewanie skomplikować..Chodziło o zdarzenie z grudnia zeszłego roku.
Czy popełniłem coś złego? No cóż, można tak powiedzieć,
choć uważam, że raczej coś bardzo głupiego. Chodziło o zapalenie
w autobusie w toalecie papierosa..
Był to dość nerwowy dla mnie okres, co oczywiście mnie nie tłumaczy (zresztą
o ile w pociągach jeszcze sobie na „dymek” czasem pozwalałem – oczywiście tak, by nie przeszkadzało to żadnemu z pasażerów – czyli też głównie w miejscu osobnym, przy otwartym oknie.., ale w autobusie nie paliłem od kiedy pamiętam). A jednak, ten pierwszy raz okazał się pechowy i dobrze mi tak. Papieros spaliłem może 1/3, wydawało mi się, żę w ogóle nie nasmrodziłem,
a jednak jakoś wtedy to wyszło, choć uważałem, paląc 1/3 dmuchając 
prosto w dół, gasząc po 30 sek. – by nie aktywować jakiegoś czujnika.
I nie czujnik to, z tego co wiem, wykazał, ale wyjątkowy węch pasażerki,
która wyniuchała cosik w toalecie 15 czy 20 min. później,
po czym, najpierw wskazując na zupełnie inną osobę, a potem,
kierując się, słusznie tym, że też mnie widziała korzystającego
z tej toalety – zrobiła tak straszliwy raban, jakby już zdążył
u niej rozkwitnąć złośliwy nowotwór płuc z przerzutami
na jajniki. 
Nie pierwszy raz nam palaczom wydaje się, że nic nie czuć – 
niech i ta uwaga będzie tutaj pożytkiem: pamiętajmy, dla dobra
Niepalących, że my możemy absolutnie nie czuć nic, ale oni mogą,
nawet na dworze, nawet na tzw. otwartym powietrzu (bo nie każdy
wie, ale miejsca publiczne z zakazem palenia obejmują nie tylko np.
wiaty przystankowe, ale także np. parki – nie wszystkie.
Wyczuć zatem można nawet po godzinach,dniach 
czy eonach,
jeśli ktoś nie pali albo jest uczulony..

De facto, przykładowo w niektórych parkach itp., które literalnie
podpadają pod zakaz palenia -  obserwacji dowodzi, 
że nawet gdy bezpośrednio odpowiednie władze są tego świadkiem
(np. naprzeciwko idzie patrol Policji) - to jednak w takich
przypadkach nie reagują.
Pożytkiem tej uwagi niech będzie taka informacja:
- w takim przypadku mamy do czynienia z instytucją prawną
zwaną desuetudo tzn. niekaralność z powodu "wyjścia z użycia".
To stara zasada, która mówi, że gdy spełnione są w zasadzie,
łącznie, dwie przesłanki, to ustaje karalność danego czynu,
choćby prawo pisane go nadal zakazywało.
Te przesłanki to:
- norma jest powszechnie łamana
- odpowiednie służby na to nie reagują..

Co tutaj warto jeszcze napomknąć, by wyjaśnić absurd całej sprawy?
A to: kilka mieś. temu byłem na komisariacie (ale wtedy m.in. nie miałem
pojęcia, że sprawa trafi do sądu w D., a to dlatego, że autobus akurat wtedy – był na wysokości autostrady w granicach D., pi razy oko), tam miło i sprawnie porozmawiałem
z panią prowadzącą dochodzenie w sprawie..Pani doradziła mi m.in. bym
w uzasadnieniu wniosku o dobrowolne poddanie się karze grzywny (do 500 zł – jak wynika z k.w.) podał jakieś informacje, poza bardziej oczywistymi typu dochodowymi (zarobkowymi), które były nader nikłe zresztą; mogące mieć wpływ na złagodzenie kary, którą w zasadzie mógł być tylko grzywna..
(zastępująca tę w formie mandatowej). Sugerowała podanie informacji np. dotyczących także chorób i leczenia. Osobiście wcale nie uważam,
że np. choroba nerwowa uzasadnia to,
że ktoś może sobie palić w miejscach zakazanych, ale jakoś dałem się przekonać..- i we wniosku była informacja, że wcześniej leczyłem się
dłuższy czas na nerwicę i miałem zdiagnozowany epizod/epizody depresyjne.
Obecnie oczywiście tym bardziej uważam, że informacje te podane 
zostały zupełnie zbędnie. 
Rzeczywiście, ostatni okres 2017 r. w tym grudzień raczej był dla mnie nerwowy (śmierć Stryjka, załatwianie samotne wszystkiego co z nią związane, nieplanowana wcześniej przeprowadzka, konflikt pewnego typu w bliskim otoczeniu, pewne niezbyt czyste i uczciwe zagrania, które mnie akurat wtedy spotkały ze strony niektórych osób..; mniejsza z tym wszystkim), choć stan chorób i leczenia był w zasadzie na finalnym, pozytywnym etapie zdrowienia (z przyzwyczajenia raczej nie, żeby skutkował, np. popularny antydepresant typu generyk Effectin’u np. – czy też lekki, nie psychotropowy środek uspokajający, wspomający teoretycznie sen – dziś już, także ze względu
na przeprowadzkę, od kilku miesięcy odstawione z, także 
nie odwiedzając już poradni, w byłym głównym miejscu zam.

Kwestia „depresji” 

Celowo piszę wyżej „epizody”, a nie „depresja” bo to pojęcie jest strasznie nadużywane a większość ludzi nie ma pojęcia jak poważną i straszną chorobą jest depresja. Być może jest to najgorsza choroba ducha (i ciała, także ze wzgl.
na jej objawy wegetatywne ale nie tylko..) ze wszystkich. Mój tata– może On, można powiedzieć, że miał pewien czas, ponad 20 lat temu, prawdziwą depresję. Ja, śmiałości, by twierdzić, że ja też na taką cierpiałem – nie mam.
Piszę o tym, bo wiedza na temat depresji i empatia w stosunku do chorych
na nią w naszym kraju dalej jest w powijakach (i naprawdę, uwagi typu: jakbyś się ruszył do roboty, to by ci depresja minęła, w stosunku do prawdziwie chorego, są bezmyślne i bardzo głupie). Dodatkowo jeszcze: chorzy na depresję często,
na przekór sobie, nie są ludźmi łatwymi i milutkimi w kontakcie i obyciu.
Warto jednak być dla nich wyrozumiałym i wiedzieć, że jeśli ktoś naprawdę na depresję właśnie choruje (a nie piszę tutaj o sobie, ja ledwie miałem te „epizody” i nie czuję się, bym mógł mówić o pełnych objawach depresji..), to jest on
w sytuacji takiej, gdy życie boli tak, że myśl o śmierci, zniknięciu i uwolnieniu
od tego wszechogarniającego lęku, bólu i bezsilności przed dnie i noce (bo zwykle nie można spać) jawi się takiemu choremu jako wybawienie, najprostsze zaś czynności życiowe, i w ogóle sam stan „bycia”, są koszmarem.

Tyle na ten temat.

Natomiast finał tej trochę śmiesznej, trochę żałosnej pechowej sprawy, wyglądał tak, że niestety, w związku z zamieszkiwaniem tutaj, organizując dopiero mieszknie i podstawy życiowe – cały czas od stycznia, ale nadal (choćby kilka mieś. czekałem na to, by Akademia Muzyczna odebrała, cenne dla nich książki – duży księgozbiór specjalistyczny, muzykologiczny i dokumenty,
liczne zbiory redakcyjne i pisane – gdyż stosunkowo niespodziewana śmierć
przerwała Bratu Ojca pracę nad ważną dla niego książką. Nie miałem serca
tych rzeczy po prostu wyrzucić..- w końcu, dzięki uprzejmości ludzi, przyjaciół
Zmarłego z Akademii Muz. – udało się, wywieziono prawie 20
wielkich koszy książek, dokumentów i CD z bardzo rzadkimi przeważnie nagraniami). Jednak także częste wyjazdy do miasta, w którym mieszkałem ostatnie 30 lat, oraz w zw. z pechowymi zbieżnościami (m.in. terminem świąt wielkanocnych) oraz pewnym faktem dotyczącym skrzynek na dole bloku mieszkalnego (tam poczta składa awiza), nie odebrałem pewnego pisma 2 miesiące temu (z awizo wynikało, że już wróciło do nadawcy z poczty).
W tym piśmie, czego absolutnie nie przewidziałem, okazało się, że Sąd – który chyba chciał zweryfikować (tylko po co? – jaki to tak naprawdę miało istotny
związek ze sprawą? Itd.itd.) te moje informacje podane we wniosku, dotyczące leczenia, skierował mnie na obowiązkową konsultację lekarską,
w miejscowości..tak, tej, koło której przejeżdżał autobus, ponad 100 km od miejsca, z którego piszę (a i sporo od tego, gdzie jeżdzę). Ponieważ zaś, nie odebrawszy pisma, nie pojawiłem się tam i nie przesłałem usprawiedliwienia, zarządził nakazem przymusowe zatrzymanie i doprowadzenie.
Osobiście, na to, że tego rodzaju informacje sąd uwzględni przy np. odstąpieniu od kary pieniężnej (a sam zaproponowałem poddanie się karze 200 zł – co uważam, wcale nie było nazbyt zaniżone, wręcz przeciwnie – wszak maksimum to 500 zł!), nie liczyłem. Może niepotrzebnie przeszedłem do porządku dziennego nad sugestią by takie informacje także podać – bardzo miłej Pani Policjant

 (i jeszcze bardziej profesjonalnej 
 - bo amerykańska dewiza policyjna mówiąca, że wsparcie
 i pomoc - służba - obywatelom - jest równie ważnym ich zadaniem jak ich i
 porządku publicznego ochrona - w oryg., o ile pamiętam "serve and protect"
- gdzie serve jest nawet na I miejscu!; 
to, że etymologicznie "administracja" oznacza służba, 
a minister - sługę, w pewnych realiach brzmi niewiarygodnie..)


która sporządzała w moim imieniu wniosek do sądu..

 

Nie będę tutaj wnikał w logikę sądu, ale na pewno warto właśnie ludziom,
którzy kiedyś mieli problemy choćby typu nerwicowego, serwować tego rodzaju niespodzianki. Przy czym, to, że w zasadzie, do samego końca, 
niezbyt mnie to wszystko wzruszyło, biorę sobie za jeden z, mimo wszystko,
pozytywów tej pechowej sytuacji. 

Podejrzewam, że motywy postępowania sądu były raczej psychologiczne
i to nie tyle chęć „pozytywnego wpłynięcia” na sprawcę – czyli jak czasem
mówi język kodyfikacji prawnokarnych „wychowania sprawcy” (czyli mnie
– ale ze mną trochę jak z Wokulskim, który jak wiadomo co do swego
wychowania odpowiedział p. Wąsowskiej jednoznacznie..). Być może Wysoki
Sąd poczuł się „olany” tym, że nie zjawiłem się na wyznaczonym badaniu. Toteż postanowił „mi pokazać”.

No cóż, kiedyś, będąc na konferencji filozofów prawa, najwybitniejsi polscy profesorowie oraz młodzi zdolni (tematem była m.in. praktyka orzekania sędziów) postulowali, by doskonały sąd inkorporował jednak, w wiecznym sporze pomiędzy „duchem przepisów” a „wykładnią literalną”, w swoją,
w imieniu Rzeczypospolitej wykonywaną, tak szlachetną i tak ważną ze swej natury rolę, więcej empatii i czysto ludzkiego rozumienia bezstronności także jako tego, by powstrzymać się przed okazywaniem swego prywatnego, emocjonalnego w podłożu zapewne, niezadowolenia przez bezsensowne, tak prakseologicznie jak ekonomicznie zarządzenia i nakazy proceduralne.

Policjanci i samochód na pewno znalazłby lepsze zastosowanie niż to – tym bardziej, że z samej wizyty nic nie wynikło, bo lekarz nawet nie bardzo mnie pytał o stan zdrowia, a tylko wypełnił sobie formularz, skupiwszy się głównie na danych typu urzędowego..).

Zarządzenie przymusowego zatrzymania i przymusowego dostarczenia (oczywiście wg procedury kajdankowej, co mnie bawiło w sumie) – przy odrobienia ruszenia głową, przewyższa znacznie swoją uciążliwością nawet maksymalny wymiar kary w przypadku tego wykroczenia (500 zł albo nagana..). Zatem, filozoficzno – prawnie mówiąc, można powiedzieć, że nie tylko już teraz zasada nemo bis in idem będzie naruszona w sensie materialnie rozumianego wymiaru kary, ale i wszelka proporcja, która – poza tym, że gdy skrajnie naruszona, marnuje środki policji, to jest podstawą Prawdziwie rozumianej sprawiedliwości.
[W.Sąd też (zaocznie) pozdrawiam].

 

PS
Z wszelkich niedogodności należy próbować wysnuć jakieś plusy, dlatego piszę ten tekst głównie by poruszyć tematy, które może gdzieś, jakoś zaplusują. Sami policjanci, co do których nie mam cienia zarzutów (zresztą przepraszałem ich,
że marnują czas na coś takiego..), wspominali, że coraz częściej zdarza się ostatnio, by ktoś spędził kilka dni „w areszcie” – w sprawie gdzie grzywna wynosi kilkaset zł.. (zapewne specyficznie rozumiana polityka „bezlitosności dla przestępców” pod kierunkiem Władzy Ministerstwa S.)
Tak wygląda właśnie rzeczywistość stosowania pewnych środków, które niejako wyprzedzają i przewyższają samą karę (zresztą przecież de facto i de iure jeszcze nie wymierzoną w ogóle wyrokiem!) i to za jedne z najlżejszych chyba możliwych wykroczeń). 

Niemniej, nauczkę mam. I mniej o wiele paliłem (prawie całą noc w ogóle!)
– z czego, ale nie tylko z tego, się cieszę.
A..- i pamiętajmy wszyscy: niezależnie jak bardzo jest to utrudnione, starajmy
się nigdy nie bagatelizować odbierania formalnej (poczta, awizo) korespondencji,
gdyż – Dalibóg – są rzeczy na Ziemi (na Niebie to akurat widzę jakie ;-), których nie przewidzimy racjonalnie nigdy!