Przeznaczenie (II)

A więc było to tak. A były to mniej więcej trzy dni. Tylko, że jeden dzień składał się jakby z trzech dni i trzech nocy.

Pierwszego dnia zostałem zapytany – czy mam już dosyć, tego, tutaj to, materialnego życia i ziemskich zmagań i chciałbym się od tego wyreklamować.
Pytanie, można powiedzieć: całkiem zasadne, szczególnie ostatnie lata bowiem były dla mnie dość ciężkie.

Ha, i kto nie powie, że jednak wola czy w ogóle chce się istnieć czy nie
i ta choćby ludzka wolność nie jest czasem szanowana?

Kiedyś, pewien prof. dr hab. inż, znany ze swoich trzeźwo-rozsądkowych
poglądów, potwórzył po raz kolejny swoją mantrę: że nie mamy żadnej
wolności, choćby dlatego, że nie możemy wolnie wybrać - czy chcemy
istnieć czy nie. 
Wpadłem na krótką odpowiedź, a repliki się nie doczekałem:
- Powyższe twierdzenie Prof. inż. jest wadliwe ze swej natury, 
gdyż tylko w Istnieniu można w ogóle mówić o jakiejkolwiek 
wolności, by rozpatrywać jakieś alternatywy przede wszystkim
trzeba jakoś "być". 
Nieistniejący nie może nawet o żadnej wolności pomarzyć..

Jest to tak trochę tak: siły, które nam życzą dobrze, szanują tę wolność –
aż do przesady, wręcz chciałoby się, żeby czasem coś konkretniej nakazały czy precyzyjniej objaśniły. I odwrotnie: nazbyt konkretne, często zresztą bardzo zachęcające perspektywy, służenie pomocą nawet nieproszoną, przedstawianie gotowych dla nas – najlepszych rozwiązań i recept, szczególnie gdy sami jesteśmy zagubieni i nie wiemy co robić: często znak to, że tak naprawdę siły, które tak grzecznie działają – wcale nam naprawdę dobrze nie życzą..

Gdy zadane mi zostało – wprost – to pytanie, doraźna sytuacja wyglądała
mniej więcej tak:

Akurat miałem rozgrzebany, w drugim pokoju, na komputerze, montaż filmu o Amy Winehouse. Film..no cóż, raczej mi nie wyszedł i raczej nie ma sensu go pokazywać [jak ktoś bardzo chce może zlecić podanie linka w komentarzu..].

W sumie chyba cały plan nie był najlepszy.
Niemniej, mając wtedy ten montaż rozgrzebany, a może musnąwszy myślą ważącą ważką odpowiedź na okamgnienie także inne, mniejsze i większe powody, udzieliłem, z tego co pamiętam, dość szybko, mimo całej poważnej tak egzystencjalnej wagi pytania  – odpowiedzi, nieśmiało, ale jednak dość pewnej,
z pewnym nawet, że tak powiem, zawstydzeniem:

- No..spoko..Nie jest tak źle..zostanę jeszcze tutaj. 
  Popracuję..dokończę. Może w końcu coś pożytecznego wyjdzie..”. 

Jak się wydaje, odpowiedź została przyjęta i więcej mnie już nie naciskano
w tym temacie. Ha, ciekawy jestem, gdybym inaczej wtedy zdecydował..
Czy – gdy pytający czyniłby raźno zadość mojej wyrażonej decyzji – bym się szybciutko przekręcił? Czy bym się jeszcze obudził? A może właśnie wtedy: bym się zbudził..?

Tak minął wieczór, dzień pierwszy snu.

Po nim zaś była noc pierwsza, i sny w snach,
których treść pozostawię dla siebie.

Następny dzień, a składał się jakby z trzech dni i trzech nocy, rozpoczął się pewien koszmar. Zostało mi mianowicie wmówione, że jestem Synem Bożym.
Gdy piszę „wmówione” mam na myśli: została mi jakby wszczepiona pewność, trudna do kwestionowania, że tak jest, jak wspomniałem. Gdy piszę zaś Synem Bożym, mam na myśli węższe rozumienie tego pojęcia, nie tyle, jako żeśmy wszyscy dziećmi, synami i córami Bożymi, ale – w rozumieniu szczególnym, wybranym, rzecz nawet by można – zgoła Jedynym. Takim to, nie przymierzając, Chrystusem (i , bynajmniej, nie tak, tym razem,  że wszyscy jesteśmy Chrystusami).

Ten sen, ten dzień, te trzy noce chciałbym w zasadzie w opisie pominąć.
Nie ma czego żałować, uwierzcie, był to jeden wielki koszmar. Dość powiedzieć, że przez ten cały dzień-sen, ten dzień trawający trzy dni i trzy noce, targała mną jedna z najkoszmarniejszych nerwic, jakie zaznałem (a trochę zaznałem).
Co 5 – 10 minut musiałem wstawać, chodziłem po pokoju, pokojach jak lew
w klatce i wypaliłem chyba 5 paczek papierosów (w jeden dzień,
choć trwający trzy noce).

No i byłem przekonany, że zaraz, coś, z lewa czy z prawa, mnie – dla Wyższego Celu oczywiście i pożytku, z logiką zaiste wysublimowną – ukatrupi.
Bo jakże inaczej na Syna Bożego przystało?

Wychodząc na ulice wydawało mi się, że każdy samochód chce mnie rozjechać – poza tym – generalnie – i maksymalnie – czułem się totalnie nie na swoim miejscu.

Na szczęście minęło.

Tak minął ten dzień i noc, trwający 3 dni i 3 noce.

I nastał dzień drugi, i noc druga. Wmówione mi zostało, na tej samej zasadzie co poprzednio, że jestem – nie synem Bożym, a Bogiem Ojcem, Bogiem – Stworzycielem Wszechświata, Wszechrzeczy i bytów, wszystkiego.
Nerwica na szczęście popuściła, o siebie też się jakoś specjalnie nie bałem,
ale.. co tu dużo mówić, załamałem się.
Zacząłem rozpaczać i obwiniać się, co ja takiego, tym Stworzeniem,
narobiłem.

Przypomniałem sobie od razu, a to fakt, czysta prawda – z dzieciństwa, że będąc kilkulatkiem i ogólnie: małym dzieckiem, a dysponując pewnymi środkami tj. dość dużym, jak dla dziecka i bardzo wysokim pokojem oraz dużą liczbą różnorodnych klocków, ludzików – drewnianych, metalowych a także plastikowych (tych gorszych, polskich, które to ledwo stały albo leżały, wszystko było bowiem w nich niedopasowane, jedna noga krótsza od drugiej itd.; i tych lepszych, głównie ludzików lego..) oraz dysponując pewną, wydaje mi się, nie najmniejszych rozmiarów, fantazją, budowałem wtedy namiętnie całe światy.

Nie tylko zresztą budowałem, także opisywałem, planowałem itd. – bardzo kompleksowo, można powiedzieć: we wszystkich aspektach życia. Tworzyłem – można powiedzieć uniwersum – coś, co nazywa się czasem tak, gdy pisarz w taki właśnie kompleksowy sposób lokuje swoich bohaterów i fikcyjną historię w dopracowanym co do wszystkich właściwości (historia, polityka, gospodarka, genealogia, język itd.) świecie.

Przy czym, dość często te światy kończyły się w dość spektakularny sposób.
Na apokalipsę miałem różne pomysły, ale wypróbowany i powtarzany był taki
(a to dla jego spektakularnego efektu), gdy całość konstrukcji, które wcześniej wzniosłem obwiązywałem nitkami (czy też raczej grubszym szpagatem) i końcówki tych nitek zabierałem ze sobą do łóżka. Dzięki temu, zwykle rano, a czasem nawet w nocy, mogłem spowodować, nagle szarpiąc za wszystkie nitki dość kompleksowe i widowiskowe hekatomby – budynki z klocków waliły się, windy zawieszone pod sufitem spadały, książki, które zwykle stanowiły poziome piętra wysokościowców z pożądanym hukiem i świstem, spadały jedna na drugą, grzebiąc wszystko co pod nimi, to jest oczywiście, wszelkie zamieszkujące moje światy życie, a więc, wspomniane ludziki: tak drewniane, jak metalowe i oczywiście, plastikowe, te polskie, które i tak ledwo stały, ale i te zagraniczne, głównie lego, które stały zwykłe całkiem dobrze a nawet w różnych pozach
i pozycjach (..)

Wtedy to właśnie wizje tych moich zabaw z dzieciństwa nader jednoznacznie stanęły mi w oczach i, ponieważ wmówione mi było i nic na to poradzić nie mogłem, że jestem Bogiem – Ojcem, Bogiem – Stworzycielem Wszystkiego, byłem bardzo zasmucony, niesamowicie zakłopotany i stropiony, wszystko to w przerwach pomiędzy tym, gdy byłem autentycznie przerażony. Tym, co ja takiego, tak nieodpowiedzialnie, dla dziecięcej zabawy, narobiłem. Ile potworzyłem, ile zniszczyłem, niewiele dbając jak, dlaczego, za co biją i czemu niszczą.

De facto, przy tych zabawach elementy świata, a nawet ludziki, raczej się niszczyły – ot, rozpadały się, ale nie gubiły nóg i nie odpadały im głowy, tudzież nie broczyły jakimś rodzajem posoki, po prostu wszystko – w tym dużym pokoju, na dywanie, po Apokalipsie nitek (czy innej, byłem dość pomysłowy..) tworzyło bezładną kupę, zwaloną na siebie, CHAOS.

Z tego to chaosu zwykle zresztą dość wygodnie – wygodniej niżbym wyciągał z jakiś pudełek czy innych miejsc, gdzie zwykle trzyma się zabawki, gdy się nimi nie bawi – budować od razu, wznosić z ruin – kolejny świat.

Oczywiście, choć to wspomnienie z dzieciństwa prześladowało mnie wtedy, jako bardzo znaczące i metaforyczne, nie tylko tym się trapiłem. Generalnie, jako Bóg – Stworzyciel Wszystkiego – nie chciałem się nawet bronić czy rozgrzeszać – przywoływaniem jakichś usprawiedliwień, zresztą prawdziwych, takich to: że ja nie wiedziałem, nie chciałem, nie miałem pojęcia, że to wszystko żyło i sobie – dla siebie – było, gdy to zbudowałem  – powołałem do życia – a później, ze zwykłej żądzy zabawy, dla jakiegoś efektu, niszczyłem i „uśmiercałem”.

Co tu więcej dodać? Jak Bóg Ojciec, Stworzyciel Wszystkiego, było mi bardzo przykro i bardzo żal mi było, nie znajdywałem jednak słów, którymi mógłbym przeprosić ani rodzaju wynagrodzenia, odszkodowania, które mógłbym, Moim Wszystkim Ofiarom, wypłacić.
Coś jakby, tak sobie pomyślałem, inaczej, niż Bóg Ojciec – Stworzyciel Biblijny – który przecież Hiobowi, całkiem udatnie odszkodowanie wypłacił.

I wszyscy byli zadowoleni. I Hiob. I Bóg.

***

Aby się jakoś uspokoić jeszcze tej samej nocy wybrałem się,
około 1 czy 2, a może była nawet 3, w nocy, na spacer po osiedlu.

Niedaleko mnie jest klasztor a jego spore podwórze zamyka
– sterowana elektronicznie brama.
Była – jak wspomniałem – głęboka noc i nikogo wokół.

 Szedłem zamyślony, ale nie mogłem nie zauważyć, że dokładnie gdy znalazłem się przed bramą – zadźwięczał elektroniczny sygnał i brama powoli zaczęła się otwierać. Przystanąłem zdziwiony (kto to o tej porze będzie wyjeżdżał? Bo wjeżdżającego nikogo nie widziałem..), a brama pozostała otwarta. Jednak nikt i nic nie chciało przez bramę wyjechać (ani nie zapowiadało się, że cokolwiek chce wjechać), cały klasztor, jak i okolica, spał.

Nie oddałem się jednak jakiejś specjalnej fascynacji tym faktem, tylko, dość rzeczowo – próbowałem, jako, że konsekwentnie wmówione mi było, że jestem Bogiem Ojcem – Stworzycielem – bramę zamknąć (otwarła się bowiem bez mojego zamiaru czy też „boskiego” polecenia, niejako honorowo..). Tak więc na różne sposoby próbowałem wydać polecenie, by się zamknęła. Ale nic z tego, nie udało się.

A więc, pomyślałem sobie, po tych nieudanych próbach: 

 - Chociaż nie jestem Wszechmocny!

I tak myśl, powiem wam, tej nocy, trochę dodała mi w tym wszystkim otuchy.

Tak minął dzień i noc, druga.

Nastał ranek i dzień trzeci, i już odsunięto ode mnie, na szczęście, świadomość, że jestem Bogiem – Ojcem – Stwórcą. Na szczęście, motyw z Synem nie powrócił.
Nie dano mi też jakiejś kolejnej, nowej świadomości – i tożsamości.
Raczej wyczekiwano.  Ja natomiast czułem się jakoś pobudzony do zastanawiania się.
W pewnym sensie: kim jestem, ale wtedy akurat bardziej: co chciałbym robić, czym się konkretnie zająć? Jaki cel mieć – powiedzmy nawet: najważniejszy w życiu.

I – długo to nie trwało, bo pamiętam, że mogło być około południa.
I wtedy pomyślałem sobie, a wypływało to nie tylko z chwili czy jakiegoś nowego oświecenia, ale raczej z wielu zaszłości, doświadczeń, ale także i obaw i niepowodzeń. Pomyślałem sobie wtedy tak:

 - Widać nie jestem stworzony do jakichś zbyt wielkich ról.

A następnie pomyślałem i udzieliłem, Temu, kto najwyraźniej oczekiwał na tę odpowiedź, czy nawet zgodę:

-  W sumie to ja chciałbym to „tylko” opisać. Jak to było i jest. Ale tak Naprawdę.

I, jak się wydaje, poczułem się wtedy bardziej na swoim miejscu i wydaje mi się, że ten, kto tej deklaracji oczekiwał, ją przyjął.

 

Było to latem 2016 r.

Następnie zaś m.in. założyłem stronę cassiopaea.pl
(którą wnet znacząco zmienię, a dlaczego – uzasadnię), a niedługo
później ten oto blog.

***

Mohammad H Tamdgidi pisze w prologu do swojej cennej książki
m.in. tak:

„Three days into the meditation retreat, I not only experienced a state of mind, concentration, and attention I did not consider possible before (..)” Gurdjieff and Hypnosis, Prolog, s. XXI

I ja, w tym Wszystkim, miałem podobnie, choć nie było to związane z jakimś odosobnieniem na medytację. Pisząc: miałem podobnie – mam na myśli, że byłem w sposób tak niezwykły (czego chyba nie doświadczyłem nigdy wcześniej w życiu, tak samo jak powyżej wspomniany Autor) skoncentrowany, uważny
i wnikliwy, że i to, samo w sobie, trąciło to o szaleństwo. Wszystko dla mnie coś oznaczało, wszystko się ze sobą łączyło, wszystko zawierało pewne głębsze sensy – i choć pewną umiejętność dostrzegania takich związków miałem i wcześniej,
jej skala ilościowa w tamtych chwilach przeskoczyła dialektycznie w jakość
i, nie waham się powiedzieć, niejako odmieniła tymczasowo zwykłą, dostępną
ludzkiej egzystencji percepcję (a co za tym, także, częściowo, świadomość).

I tak, w pewnej mierze, pozostało, choć udało mi się, dzięki Bogu, nie zwariować!

Przeznaczenie (I)

Ludzie kierują się w swych wyborach różnymi sprawami. Nawet w bardzo istotnych wyborach. Bywa, że im istotniejszy wybór, tym dziwniejsze rzeczy nań wpływają.

Żył sobie kiedyś pewien historyk i marszand sztuki, świetnie zarabiał na początku lat 90-tych na skupie i renowacji m.in. antycznych mebli.
Przy tym był dość fajnym człowiekiem. Gdy umarła mu pierwsza żona,
drugą, młodziutką dziewczynę, w której odnajdywał nie tylko wspomnienie
o pierwszej, odnalazł w małej mazowieckiej wsi. Przy tym był dość fajnym człowiekiem, więc młodszą siostrę rzeczonej zabrał także do swojego wielkiego domu w dużym mieście i we wszystkim jej pomagał. I jego młoda żona i jej siostra, a także rodzice sióstr ( a także trzeciej, najmłodszej siostry) mieli zapewnione wszystko, co sobie mogli tylko wymarzyć. Był dobry i hojny. Był też lekko zwariowany, ale pozytywnie.
Pewnego dnia marszand, który był ledwie po 40-tce (a dziewczyny około 20-letnie) przyszedł do Młodszej Siostry, spojrzał jej w oczy a potem położył głowę na jej kolanach i powiedział:

– Pewnie to w jakiś sposób wiesz, bo wszystko wiesz; na co to wszystko, jak zdechnę jak ten pies..

Dzień później przebiegał z ogrodu swojego wielkiego domu, w którym wszyscy mogli odnaleźć gościnę, na drugą stronę ulicy, do baru – po flaczki. Potrącił go samochód i umarł.

Po śmierci dobrego marszanda, wszyscy, szczególnie oczywiście Młoda Wdowa – i jej młodsza siostra; obie bowiem go kochały – jedna głównie jako mężczyznę i męża, druga głównie jako dobrego i pięknego człowieka, popadły w nieutuloną żałobę i depresję.

Nie był to krótki czas. A gdy jeszcze trwał, Młodszej Siostrze przyśnił się ojciec najbliższego przyjaciela nagle zmarłego, który niedawno także zmarł, na raka.
We śnie Duch poprosił dziewczynę, by wyszła za mąż za jego syna, to bowiem, dla tego syna, jedyny ratunek. Tylko ona może go – w jakiś sposób – ochronić przed nieszczęściem i śmiercią, która inaczej niechybnie go czeka, pociągając za sobą także potępienie.

Młodsza Siostra tak zrobiła.
Zdarzyło się także, że w pewnej sytuacji – bezpośrednio, uratowała temu człowiekowi życie. I choć najpiękniej jak można wychowała dwójkę wspólnych dzieci – chłopca i dziewczynkę, nie nauczyła swojego męża wdzięczności, ani za dobrobyt, ani za dzieci, ani za piękną i mądrą żonę. Wdzięczności do Boga – nie do siebie samej.
Wszystko układało się coraz gorzej, aż się rozstali. Mąż znęcał się nad nią psychicznie. Aby przeżyć, także dla dobra dzieci, Młodsza Siostra musiała się od tego człowieka odseparować.
Choć w jej życiu były od tego czasu jaśniejsze i ciemniejsze dni, nowy związek, w który się zaangażowała, skończył się wielkim, niezawinionym cierpieniem.
Także materialnie prześladował ją i prześladuje ciągle pech.
Gdy spotkała kiedyś człowieka, który, z wszelkich znaków na ziemi i niebie, był jej przeznaczony, choć zaczęło się pięknie, też się to wtedy nie udało.
Mało tego, Bóg powiedział jej wtedy, że „nie możecie być razem”.
I choć – już razem byli – postąpiła zgodnie z tym głosem, który słyszała.

Wszystko to stało się i dzieje najszczęśliwiej jak mogło – Młodsza Siostra – i ten mężczyzna, który był jej Prawdziwie przeznaczony, tak naprawdę są „w czepku urodzeni”. Wszystko to zmierza do finału, w którym można powiedzieć, że Radość jest Nie do Wyobrażenia.

Ale czy można się komuś dziwić, jeśli po drodze – trochę wątpi i trochę dramatyzuje?

Spacerując z przepełnionym naczyniem na głowie

Jeszcze przez jakiś czas coś chce mnie uczyć cierpliwości..

A ponieważ jeszcze przez bardzo krótki czas nie będę wiedział,
czy mogę przejść do następnych etapów realizacji planów A,
czy też będę musiał (na początku musiał bardziej niż chciał, niestety)
przejść do trochę awaryjnego charakteru planów B,
nie pozostaje mi nic innego, jak spacerować, trochę rozmyślać
i trochę się, konsekwentnie, dokształcać.

Dziś np. na spacerze zahaczyłem o kościół pod wezwaniem Mikołaja.

Z tyłu bryły kościoła była niegdyś piękna rzeźba.

Widać ją nawet – z jadącego pociągu – w minucie 8:52 mojej miniatury, którą ostatnio nawet przypominąłem „Pomiędzy 1/2″

Kilka lat później, a kilkanaście lat temu, tę rzeźbę odnowiono,
a także całość obudowano i zakryto szybą. Zapewne tak lepiej,
bo widziałem, że drewniane elementy niszczały, niemniej wrażenia tak estetyczne jak duchowe bardzo na tym ucierpiały. Nawet nie wiem czy teraz zwróciłbym uwagę na te figury w niszy zewnętrznej strony tylnej nawy.

Wszedłem na więcej niż chwilkę do wnętrza.

Ale nie żegnałem się, ani wchodząc, ani wychodząc,
choć przyklęknąłem.

Co do pierwszego, przyjdzie to szerzej wytłumaczyć,
kiedy odnajdę już sposób (a cały czas poszukuję)
jak przekazać tak naczynie wypełnione Wodą aż po brzegi,
by – zanim się ktokolwiek spragniony zdoła z niego napić,
nie rozlać wszystkiego nawet, do cna – do dna.
A ponieważ Spragnieni sami mogą, nawykli do niezdarności,
choć jej nie zawinili, stłuc i zmarnować naczynie, także dlatego,
że przepełnione się czasem o to prosi, trzeba tutaj pewnych
cyrkowych trochę sztuczek, by stąpać ostrożnie, pomiędzy nimi
i nierównościami gruntu, i z gracją.

Napiszę więc tylko tyle, żeby dać znać, że myślałem nad tymi
sprawami ponad 30 lat, miałem je już – na tyle, na ile byłem
wobec sprawy wymagający, a byłem, uporządkowane 
w pozytywnym sensie. Także dlatego, być może,
trudno mi od razu wyjaśnić pewną ewolucję. 

Od dzieciństwa miałem zwyczaj dawać jakoś znać o swojej pamięci
czy szacunku w miejscach związanych z ludzką wiarą. Bardziej w odludnych, odosobnionych, zapomnianych niż innych. Zapomnianej prawie leśnej kapliczce, rozpadającym się prawie górskim kościółku.
Trochę tak, jak jest to opisane w „Podróży na Wschód” Hermanna Hessego.

Już w wieku pomiędzy 15 a 25 rokiem życia uporządkowałem sobie pewne sprawy związane z wiarą, pewną część dość znacznie metaforyzując, jeśli jednak chodzi o zagadnienie podwójnej natury Syna Bożego – i jego ofiary na krzyżu,
tak w sferze intelektualnej, jak emocjonalnej, doszedłem do pewnych, zadawalających mnie osobiście rezultatów. Nie było to bynajmniej poprzestanie na zadowoleniu małym kosztem: tak intelektualnie, jak empatycznie.

Szczególnie po poznaniu Ewy, w 2002 roku, i poznaniu, ciut szerzej, różnych poglądów gnostyckich, wyrobiłem sobie zdanie, że różnego typu kwestionowanie – tak podwójnej natury Chrystusa, jak faktu jego realnej śmierci na Krzyżu – co występowało także w różnych odłamach myśli gnostycznej (mniej lub
bardziej prymitywne pomysły typu „ofiary pozornej”, „ciała fantomatycznego”
itp.) – jest jak najbardziej błędne.
Podawane tam rozwiązania tych kwestii oraz ich uzasadnienia były dla mnie albo bardziej lub mniej niekonsekwentne, albo były wynikiem niewłaściwego oglądu świata jako całości, co prowadziło do błędnych wniosków.

W szczególności pogląd dualistyczny, czy manicheizm, który stworzenie całego tego widzialnego, materialnego Świata, w którym żyjemy, przyznawał jakiemuś złemu demiurgowi, jakiemuś szatanowi – stwórcy zła i materii – w przeciwieństwie do Dobrego Boga – władcy i stwórcy Ducha i świata duchowego, odrzucałem od samego początku – i nadal odrzucam.

W tej kwestii jestem monistą. 
To, że dualizm (materii, cecha materii wręcz) i istnienie zła może znajdować,
tak intelektualne, jak emocjonalne uzasadnienie, bez uciekania się do jakiegoś przeciwnego do Boga – złego stwórcy, potrafiłem, i potrafię, uzasadniać na różne sposoby. I widzę też to, że mimo tego, ten monizm nie prowadzi do jakiegoś oskarżenia Boga, do zobaczenia w nim, w samej jego istocie – a także w jakichś jego „motywach” czy „działaniu” cienia, ciemności – Zła.
I, choć wgląd, w tym bezpośredni, i towarzyszące mu poglądy, się zmieniły i rozbudowały w wielu istotnych punktach – ewoluowały, gdyż nie mogły
się nie zmienić, gdy stanąłem bardziej niż kiedyś przed pewnymi faktami,
to jednak podstawowa monistyczna zasada została zachowana. Widzę Jedynego Najwyższego, jego działania jako doskonałe i nieobarczone żadnym błędem
(nie ma tu miejsca na jakiś wypadek czy rozbite naczynia – na jakieś „boskie
niekonsenwencje”, które pojawiają się w różnych teoriach, także gnostycznych
czy kabalistycznych), konsekwentne i takie, że przyznając Wolność – 
przyznał ją w takim rozmiarze i tak bezwzględnie konsekwentnie –
Wolność ta czasem przysłania bezmiar Miłości.
Ale przecież: MIŁOŚĆ TO WOLNOŚĆ!

Ktoś powie: cóż za bzdura! Przecież tak mało tej wolności
mamy w praktyce, tak bardzo jesteśmy uwarunkowani. 
To prawda. Może tak być – ba, w większości wypadków
tak bywa! Ale jest jeszcze większa prawda: że sami

wolnie możemy wybrać nawet największą niewolę!
I często nie bierze się pod uwagę faktu, że nie tylko
my, ludzie, zostaliśmy obdarzeni – jako stworzeni –
wolnością. A to daje pewne, bardzo smutne,
lecz niemniej realistyczne, wnioski..

Choć w stworzeniu jest zło, w Bogu zła nie ma – dualizm świata jest konieczny,
ze względu na pewne właściwości nauki własnej samoświadomej miłości,
od których nie da się uciec (ale można ją, Bożą Miłość, finalnie i same istnienie – odrzucić). Moc Boża była i jest immanentnie samoograniczona przez oddanie jego stworzonym dzieciom takiej wolności, która jest dosłownie nieograniczona.

I z tego płyną pewne problemy, nawet w o wiele większym rozmiarze, niż kiedyś myślałem. O wiele lepiej jednak też rozumiem, dlaczego. I prowadzi to mnie tylko do większego podziwu i zaufania w niezbędność wszystkiego, co jest. Prowadzi też do chęci wpłynięcia na to, żeby było coraz lepsze. Bo też i takie Bóg przewidział dla nas zadanie, jeśli oczywiście się na nie wolnie zgodzimy.

 

 

Być (czy) i Robić (?)!

Trudno mi się pisze ten wpis. Może materia nie jest aż tak bardzo skomplikowana, trudna w ujęciu – ale może swój własny, częściowo pewnie i emocjonalny, stosunek do tych kwestii nie jest jeszcze odpowiednio dojrzale ustalony.. By mógł zostać opisany, precyzyjnie, klarownie, rozciągnięty na rusztowaniu zdań wielokrotnie złożonych..

A może ten wpis ma być – taki właśnie – inny..
Na początku to, co tutaj pisałem, było zdominowane improwizacją, swobodą, lekkością. Później – im bardziej chciałem wchodzić w sprawę codziennej obowiązkowości, konsekwencji, samodyscypliny, która jest konieczna zawsze, by nie tylko drobić, zbudować coś większego, trwalszego niż ulotne wersy lekkich miniatur. Żeby zbudować coś w życiu – nie w literaturze. A nawet – żeby to była budowla pożytku społecznego..
Ale może ten wpis właśnie taki ma być, znajdzie swoje miejsce i będzie nośnikiem tego innego rodzaju zrozumienia – które nie bazuje na chirurgicznej logice i nie porządkuje świata przez nominalizmy i klasyfikacje.
Niech tak zatem będzie.

A jednak, mimo tak innej formy – te stany psyche, stany ducha, stany serca, stany pomiędzy ludźmi – stany pomiędzy stanami – są tutaj także jako dopowiedzenie do tego, przed czym 3 dni temu się ostrzegaliśmy (link do „Planowanie porażek”) 

+++

Kiedy to było..?
Ha, pewnie w czasie narastających problemów P. w zw. Z N – z EB.
Paweł powiedział wtedy do mnie tak:

- Bo widzisz.. – chodzi o to, czy mają nas kochać za to, kim jesteśmy ,czy za to, co robimy..

Wtedy się trochę żachnąłem.
Oczywiście, że idealista – romantyk bardziej ceni to, kim w całej swojej głębi jest..
Och, co za zabawne, zabawne nieporozumienia niby oczywistych spraw, potrafią wyniknąć, gdy w sprawę włącza się nasze słodkie ego..

Ale później rozmyślałem o tym, jak on to powiedział (było ważne także to właśnie, jak on to powiedział..).
I, dziwna rzecz, po pewnym czasie, może i kilku latach, doszedłem do wniosku, że stosunek do tej – tak wyrażonej – alternatywy (a czemu koniunkcji nie może być? Owszem, w idealnych przypadkach jest koniunkcja .. – nie mieliśmy wtedy do czynienia z przypadkami idealnymi i dalej z tym trudno..) u mnie się zmienił..
Oczywiście ważne jest, jak się to wszystko rozumie..
Ale ten wpis jest jaki jest i wracam w nim do mojego starego zwyczaju, by nie tłumaczyć kwestii, które mają szansę otrzeć się o jakąś tajemnicę. Tej zasadzie, mnożącej niejasności, niezrozumiałości, hermetyzm symboliki i metaforyki itd. byłem wierny bardzo długo, czy w piśmie, czy choćby w filmach..
Ale – choć teraz – jak nie raz pisałem, pod tym względem mi się, można rzecz, nawet odwróciło – to też wpaść w drugie ekstremum i banalizować wszystko rozstrząsaniem i wyjaśnianiem, byłoby: znów ominąć złoto.

Ale w ostatnich latach przecież – zgodziłem się i przyswoiłem jak swoje Ark’owe powtarzanie:

- Nie jest ważne, kim się jest, jest ważne: co się robi.

Rychło w czas, może to i mnie nawet trochę impregnowało przed szaleństwem albo jeszcze bardziej szalonym i jeszcze szkodliwszym, auto-jadem, bardziej niż grożącym komuś trzeciemu – totalnym przewróceniem w głowie..Nie przewróciło mi się jednak w głowie; choć, rozważając sprawy zupełnie trzeźwo – w odniesieniu np. do jakiegoś przeciętnego modelu średniego – typowego człowieka „tu i teraz” (tej doby, uśrednionych zalet i wad charakteru, produktu uśrednień cywilizacyjnych i etycznych..), to wydaje się, że przewrócić – takiemu standardowemu modelowi – to by się jednak zdrowo w głowie mogło. Jeśli by go spotkało to, co mnie spotkało..
Ale też i takie hipotetyczne analizy do pewnego stopnia nie mają sensu, bowiem, żeby pewne rzeczy pokojarzyć i pewne zauważyć (kto ma oczy..), trzeba byłoby jednak być mną..Żaden uśredniony model nie powiązał by nawet procenta tego, co ja , i wystrzegając sie życzeniowosci i może nawet ponad miarę niedowierzając synchronicznym potwierdzeniom zewsząd, wysnułem i snuję To co ważne,  z wszystkich elementów tej Gry Kolorowych paciorków i kamieni – jakby, nie przymierzając, ni mniej ni więcej: czytać sobie na wyrywki Kronikę (i) Akaszy..

×××

A więc mamy pytanie, dawno temu – retorycznie raczej – postawione..I wydaje mi się, że Ten, kto mówił, wiedział wtedy, że być dobrym, to jest starać się – starać się – to jest – wybierać, z czegoś rezygnować, coś poświęcać, by być wierny temu, kim jesteśmy..czy kim stać się chcemy. Ten potencjalny „Ja” nam jest bliski jednak, pociąga nas tym, że potrafi być dobry, prawdomówny, obowiązkowy, pracowity, konsekwentny. Za co spotyka go wdzięczność i czułość  albo i nie wdzięczność i złośliwość ludzka. To drugie może i częściej.
Jeśli już chcemy doceniać to, jacy jesteśmy – i mamy tutaj na myśli nie naszą Prawdziwą Indywidualność, nie nasze Wyższe Ja – nie siebie tylko wtedy, gdy kierujemy się własną prawdziwą wolą i siłą, niewrażliwi na przeszkody rzucane nam pod nogi przez nasze własne wady i „małe osobowości” (których wiele, legion)
– O.K. – doceniajmy to, tę bzyczącą chmurkę, ale tylko tak, by się motywować, a nie by się usprawiedliwiać, tłumaczyć czy budować na tym śmieszną roszczeniowość..

I – by się – smucić.
Prawdziwie widząc: Nie mamy powodu do smutku!
Nawet do tego smutku, że „dobro jest takie trudne – więc mi się nie udaje i zapewne nie uda” – strasznego smutku i zniechęcenia, który więcej niż melancholią i acedią – jest resentymentem.
I co, naprawdę, rozsądnie rzecz biorąc, możemy się boczyć na to, że nauka miłości nie może ze swej natury być bezbolesna i że, prawdziwe i trwałe osiągnięcia muszą być trudne, muszą być okupione pewną ceną: jeśli bowiem coś kupimy nazbyt tanio – kupimy rzecz wartą równie mało, a często bywa, że nie tylko nawet i bezwartościową, ale przeklętą.

Można też tak..Tłumaczenie: – Szczęście to nie jest wystarczająco dobrze dla mnie..Domagam się euforii!

 PS do powyższego humorystycznego rysunku: – Ale nie ma powodu do minimalizmu i wcale nie o ascetyzm jestesmy proszeni- ba, przecież nawet i euforia zostanie nam dana, ale nie ta chorobliwa,  bazująca na zubożonym wykrzywionym wykorzystaniu ekstremów,  co jak wiadomo zawsze się podług zasad i praw naturalnych – mści!

 

A jednak, wszyscy mamy prawo do (bezwarunkowej) Miłości.
I tak naprawdę, wszyscy ją Mamy – ale nie mamy tego świadomości ze względu na niedostatki naszej świadomości właśnie!

Skupiamy się bowiem zwykle akurat na domaganiu się bezwarunkowego uczucia od innej, zupełnie od nas niezależnej, Bogu ducha winnej osoby: co już wcale prawem żadnym naszym nie jest. Jeśli się zdarzy jest Darem [mimo bycia dla siebie okrutnym i złym przez wiele lat życia, jednak: zostałem wspaniale i wielokrotnie obdarowany; a także pozwolono mi zatrzymać się i dostrzec ten z nich, który jest Absolutny i Wieczny]. Z tą świadomością dopiero pojmuję bezmiar bezsensu bluźnierstw typu: „Miałem wszystko co mieć można i okazało się to niewiele..”

Ale to i złe słowo wynikające z trybu, że można coś absolutnego „posiadać” ten bezsens wywołało..W istocie tylko To Coś może posiadać nas, nie odwrotnie.

Podobnie – chęć posiadania choćby „prawa i sprawiedliwości” obraca się w swoje własne przeciwieństwo..

To piękne tonalnie i kolorystycznie zdjęcie zrobił mi ok. 10 lat temu w Warszawie właśnie Paweł..

A jednak teraz pewnie porównując nikt by nie poznał jednego człowieka ..może i dlatego, że wewnętrznie, tak naprawdę, człowiek wcale nie był jeden.. .

Po drodze zaś aż do dzisiaj były czasy lepsze i gorsze (A nawet tragiczne). Czasem mój cień był tak samotny, że zastygał jak tafla jeziora w cichą Pełnię..

Były też burze i..zawirowania..

autoportret MD.

Ale, Bogu dzięki, przed zwariowaniem się ustrzegłem.

Ja..

Dlaczego było mi wtedy,
z 10 lat temu, bliższe „za to, kim jestem” niż „co robię”?
Było w tym nie tylko odbicie wad, zniekształceń osobowości, zaniedbań, rozkwitającego nawyknięcia do lenistwa. Było w tym też coś pozytywnego..- pewna czułość do siebie samego, w której gdzieś partycypowało się w jakiejś intuicji, ogólniejszej niż tylko nasza osobista natury, że bycie dla Siebie Samego dobrym (w dobrym, prawdziwym rozumieniu pojęcia, i „siebie” i „dobra”) jest bardzo ważne. Czułość zapowiadająca szansę na odnalezienie w nas tego, co dzielimy z wieczną miłością, z której wszystko wzięło i podtrzymuje swe istnienie.

***

I Piotr zapłakał gorzko gdy kogut zapiał.
 Wtedy się obudził,
 W tym momencie pojął NAUKĘ EMOCJONALNIE.
 Zobaczył siebie w świetle nauki, której był nauczany.
 Zobaczył dystans pomiędzy tym, co wiedział, a tym KIM BYŁ.
 W miejsce tylko WIEDZY weszło ZROZUMIENIE.
 Wcześniej jego wiara polegała na zmysłach, nie miał w sobie korzenia, wierzył za pośrednictwem Chrystusa – i gdy coś poszłoby źle (a poszło) przestałby.
 Taka wiara może innych zniechęcić a nie zachęcić. Wierzyć porywczo, przemocą to na najczęściej łamać czyjąś, drugiego, innych ludzi - Wolność i Wolę.

Ano bo w kontekście pytania: kim się jest, trzeba też wiedzieć, że jest bycie i Bycie i że jedne drugiemu nierówne.. mało tego jedne bywa drugiego przeciwieństwem.. O takim, prawdziwym, wysokim, Byciu, mówił nam np. niekiedy Gurdżijew..

Reszta już- na dzisiejszy wieczór i noc –  jest milczeniem.

Bo się zamyśliłem.
Bo wspominam Pawła i zastanawiam się jak mu się wiedzie..

Ale..dał mi znać nie aż tak bardzo dawno, że:

– Przyjaciel wie..

Ale to w sumie nie tak bardzo istotne – o wiele ważniejsze: co z tym robi, że wie.

Wielką frajdą a w zasadzie po prostu „szczęściem w działaniu” była możliwość wspólnych zabaw artystycznych..tutaj m.in Paweł na planie wspólnego filmu..

A tutaj: Marat i jego wymyślony przyjaciel na wspólnym spacerze ;- > ♡♤

fot. Henri Le Secq

Dobrej Nocy. 

Planowanie Porażek (?)

Postanowiłem już dziś jednak zamieścić spóźniony wpis, który zastąpiłem sensacyjnym lekko omówieniem ciekawej przyczyny tego opóźnienia..
Wpis dodałem dopiero dzisiaj w nocy, więc podaję do niego bezpośredni link:
http://blog.cassiopaea.pl/2018/05/16/zdarzenie-i-opoznienie-tj-czy-sedziemu-wystarczy-rozum-czy-przydalaby-sie-cala-dusza/

To zaś, o czym pisze poniżej, zanotowałem w głównych zrębach już w marcu. Wtedy bowiem, zastanawiając się na ile – mając pewne istotne kwestie, głównie pragmatyczne, mocno niewyjaśnione – dookreślać i publikować wcześniej ramówkę planów na ten rok i czas najbliższy.. Było to dla mnie ważne, gdyż to, co napisałbym, stałoby się dla mnie jednocześnie niesłychanie mocno wiążące, jako przecież – przyrzeczone przy Świadkach (PT Czytelnikach).

Mogłem pewne plany rozgraniczyć – dzieląc je na takie, dostępne do całkowitej realizacji, bez względu na dookreślenie się pewnych realiów w okolicach połowy tego roku i na takie, które byłyby niejako zawieszone – a możliwe do rozpoczęcia, po pozytywnym wyjaśnieniu się szczegółów pragmatycznej właśnie natury.

Stąd też dziura na blogu w marcu/kwietniu (chyba cały kwiecień?) – która zaowocowała i wyrzutami sumienia i tym, że – jak wiadomo – podjąłem się
– i realizuję auto-nakaz publikacji w cyklach ok. 3-dniowych.

Może jednak summa summarum dobrze się stało, gdyż do finalnego wyjaśnienia wspomnianych realiów brakuje już tylko kilku tygodni – powinny się one wyklarować dostatecznie w pierwszej połowie czerwca.

Przystąpiłem zatem do poruszenia pewnych tematów, które miały poprzedzać jeszcze kluczowe wpisy, zawierające plany, z podaniem różnych konkretów i szczegółów – także, jak mniemam interesujących. Pisałem tutaj bowiem do tej pory dużo metaforycznie i symbolicznie – obiecując co jakiś czas, że podam pewne konkrety i faktycznie wdrażane przedsięwzięcia własne (a nie są one małego kalibru..), ale także np. pewne konkrety nt. wspomnianych „szkół ezoterycznych”

wspomnianych choćby we wpisach:

http://blog.cassiopaea.pl/2017/11/07/gnosis/

http://blog.cassiopaea.pl/2018/03/17/pewne-wlasciwosci-ezoteryki/

lub też, pośrednio, np. w tym

http://blog.cassiopaea.pl/2017/12/24/co-nas-laczy-w-wigilie-i-nie-tylko/

 

O Prawdziwych Szkołach Ezoterycznych – tak rzadkich w obecnej dobie,
jak i zawsze, choć może tym rzadszych, można powiedzieć, im bardziej globalna jest nasza ziemska informacyjna wioska. Cały czas pamiętajmy też o tym, by obciążany, czasem śmiesznością, czasem podejrzliwością, termin ezoteryka itp. – tłumaczyć prosto i z czystym sercem.
Najprościej i najkrócej powtórzę raz jeszcze: przez ezoterykę – jako wiedzę (i sztukę, w sensie praktyki i umiejętności życiowych) kierującą swoje poszukiwania do wnętrza Człowieka, do samego siebie, bo poprzez nasze głębokie, często uśpione, w zarodku tylko będące i nieuświadomione, psychiczne i duchowe (drugie zawiera pierwsze, nie odwrotnie) możliwości i potencjał – 

najpewniej i najszczerzej zmierzać możemy do poznania Prawdy,
tego co najpiękniejsze i tego co najlepsze, najważniejsze. Do Boga.
A w gruncie rzeczy z powrotem do Siebie – tylko tego prawdziwego i pełnego. I tym jest Gnoza.

Napisałem tutaj już dość dawno, że celem rozwoju ezoterycznego jest „zbawienie”. I choć trochę się z tym terminem podroczyłem, choć oznacza także nieśmiertelność, zbyt dużo mam w sobie szczeniackiego (czy raczej kociego) życia i, jednak, pewnej pokory, by tak ujęte cele mnie bezpretensjonalnie motywowały.

Tutaj chciałbym jednak powiedzieć, że ważniejszym i prawdziwszym celem jest: Osiągnięcie Miłości. Używając tak nadużywanego pojęcia i słowa, najczęściej przypisywanego różnorakim objawom najprzeróżniejszych stanów i uczuć ludzkich (i nie tylko, tak tych godnych pochwały, jak wprost przeciwnie) musimy pamiętać, że warto szukać i – tak, nauczyć się, 
Miłości Prawdziwej. Tylko ona bowiem jest absolutna i wieczna,
Będziemy o niej mówić, zwykle nie wprost. W istocie zresztą cały czas o niej mówimy, nie zawsze choćby słowem; bo skoro 
Wszystko powstało tylko dzięki miłości, czymże innym może być cokolwiek staramy się czynić z twórczym, nakierowanym na Dobro, popędem?

 

Na jednak konkrety konkretów – z przytoczeniem nazw, namiarów
i przykładów oraz pewnej charakterystyki, czas będzie właśnie – już
w czerwcu.

W tym odcinku  napiszę o pewnych – mających trochę ostrzegawczy charakter – przemyśleniach i intuicjach, które związane były z tym, że – mając w planach opublikowanie planów, bardzo nie chciałem by jednak de facto zamieniło się to wszystko w PLANOWANIE PORAŻEK.

O tym właśnie fenomenie tutaj i w następnej części, już za 2 dni, więcej napiszę.

Planując wykonanie czegoś nierzadko można zaplanować niewykonanie planu.

Kilka miesięcy temu mówiłem sobie: poczekam jeszcze, dopóki nie zorganizuję tego – co wokół i dopóki nie zorganizuję siebie Tutaj – Tak
 (w ten sposób i odpowiednio skutecznie) – by Treść życia, a może nawet Bycia w pełni WSPÓŁBRZMIAŁA z tym, o czym pisze. By moje bycie było też jednym tonem, jednym brzmieniem, aktywną i dobrą myślą, snującą ważne i konsekwentne plany, takie, które co do treści, które niosą, graniczą z PEWNOŚCIĄ – mówią o PRZYSZŁOŚCI takiej, jak racjonalnie rzecz ujmując – naszą wolą, umysłem i sercem – poznajemy. Zaplanowane w tym sensie i przedstawione znaczy zatem bardziej WYBRANE BY TAK WŁAŚNIE ZAISTNIAŁO.

 Pesymizm, niewiara, zwątpienie? – utrata poczucia sensu, jakieś wielkie przebudowania czy jakieś poczucie rozdźwięku, nieszczerości między tym o czym chce się mówić a stanem wewnętrznym i stanem tego, co obok nas
(przez nas czasem zawinionym, czasem zastanym tylko
 i nawet niezmienialnym w ogóle).

Bynajmnej, jak najdalej. Gdyby tak było, byłoby znaczenie gorzej. Chodzi mi raczej o pewne estetyczne dopasowanie.

I byłem pewien że takie warunki, wewnętrzne i zewnętrzne (te drugie  -także dzięki naszym wysiłkom, by się takie stały) nadejdą. Ba, nawet – 2 czy 3 miesiące temu napisałem tutaj – że jestem pewien, że najpóźniej do połowy roku pewne rzeczy się staną, pewne rzeczy się zmienią.
Tak więc byłem pewien – nie wiedziałem jednak na ile PEWNE rzeczy będą zawieszone.

Nie chciałem, by przez braku tego akordu zgodności, moje plany tutaj podane były bardziej podobne do tego co można nazwać planowaniem porażek.

Jednak takiej niezgody na rozdźwięk nie można przedłużać PONAD MIARĘ.

Dlatego..:

Klara roześmiała się i wypiła łyk wody.

 – “Aby zmienić się, musimy spełnić trzy warunki. Po pierwsze musimy na głos wyrazić naszą decyzję co do zmiany, tak, by intencja nas słyszała. Po drugie musimy zaangażować naszą świadomość przez dłuższy okres czasu. Nie możemy czegoś rozpocząć i wkrótce zaniechać tylko z tego powodu ze czujemy się zniechęceni. Po trzecie musimy spostrzegać wynik naszych działań z poczuciem zupełnego nie przywiązania. Oznacza to, że nie możemy uwikłać się w myślenie w kategoriach sukcesu i porażki.

- “Jeśli będziesz podążać za tymi trzema wskazaniami możesz zmienić każde nie chciane uczucie czy pragnienie w sobie samej” – zapewniła mnie Klara.

- “Nie wiem. Klaro” – powiedziałam sceptycznie – “To brzmi w twoich ustach bardzo prosto".

(..)

Oczekiwałam od niego bardziej precyzyjnych wyjaśnień tego, co rozumie przez intencję. Emilito przeniósł więc tłumaczenie na bardziej osobisty poziom. Stwierdził,
 że wszystko co opowiedziałam o sobie Klarze, świadczy o tym, że moją intencją była całkowita porażka. Zawsze przejawiałam intencję, krótko mówiąc, by być zdesperowaną, szaloną i zagubioną osobą.

“Klara przekazała mi wszystko, co jej o sobie powiedziałaś” – kontynuował. Emilito cmokając swoim językiem – “Przykładowo, mógłbym powiedzieć, że wyskoczyłaś wówczas w Japonii na arenę walki, nie po to, by zademonstrować swoje umiejętności lecz w tym celu, by potwierdzić swoją intencję do przegrywania".

Zwrócił się do mnie z naciskiem, mówiąc ze wszystko co dotąd robiłam było naznaczone chęcią przegrywania. Z tego względu bardzo ważną rzeczą, którą robiłam w chwili obecnej, było przeformułowanie i znalezienie nowej intencji. Dodał, że znów            intencja nazywa się intencją czarownika. Nie oznacza ona robienie czegoś nowego, lecz przebicie się przez tysiącletnie trudy gatunku ludzkiego i odnalezienie oryginalnego działania.

[Cytowałem już nie raz M. Rafaela (albo H. Reeda, hehe), że oryginalność nie polega na tym, żeby wytworzyć coś absolutne nowego – byłoby to bezwartościowe, jak lokaj w „Tangu” Mrożka (skrót myślowy) – polega na tym, co sugeruje etymologia „origin” – by dotrzeć do i uchwycić korzenie nas samych i rzeczy Świata.]

(..)
 Powiedział, że w obszarze intencji czarownika nie ma miejsca na porażki. Czarownicy mają przed sobą tylko jedną perspektywę odnosić sukcesy we wszystkim, czego się podejmują.

Aby uzyskać wgląd pełen mocy i jasności czarownicy muszą przekształcić całe swoje istnienie. Do tego potrzebne jest zarówno głębokie zrozumienie, jak też siła wewnętrzna. Zrozumienie pochodzi z przeprowadzenia rekapitulacji swego życia. Natomiast siła gromadzi się pod wpływem nieskazitelnego działania.

[Inaczej przecież osłabia nas najbardziej własny żal do siebie samego, prawda?]

[podane wyżej fragmenty – poza tym, co nie piszę w kwadratowych nawiasach pochodzą z przypadkowo ściągniętej krótkiej powieści w formie wspomnień – jest to jakby „żeńska wersja Castanedy” – opowiada o treningu kobiety, analogicznie do treningu autora przez Don Juana Matusa. Może nie jest to tak nowe jak klasyczny cykl Castanedy, ale widać po coś przypadkiem na to trafłem. Choćby po to, żeby tutaj zacytować – a wcześniej po to, żeby wywołać u mnie pewne skojarzenia..) [jeśli ktoś chce namiary na tytuł i autorkę albo nawet chciałby otrzymać, mogę przesłać link, na którym znalazłem – wystarczy zgłosić takie zapotrzebowanie – np. w komentarzu..]

Tak pisałem zaś 13 lat temu:

(..) Dwie rzeczy można jednak na wstępie o pseudointelektualiście powiedzieć:
 że jest słaby i że pragnie. Biorąc pod uwagę cyklofreniczne rytmy życiowe większości pseudointelektualistów pragnie on raz samozbawienia, raz sa mozabawy a bywa żei samozagłady, będąc onanistą i ofiarnikiem w jednym. 
W modelu pseudointelektualnej potencjalności należy przyjąć, iż w codziennym postępowaniu, owym nizaniu najdrobniejszych ludzkich czynności na łańcuszek - wieniec, który ma ozdobić czoło lub chociaż ogrzać ciemię, króluje ekstremalny rodzaj minimalizmu, codziennie oczekuje się jednak efektów i skutków maksymalnych, przekraczających, nieprzeciętnych, genialnych. Parafrazując Kołakowskiego - pseudointelektualista chce minimalnym staraniem osiągać maksymalne rezultaty. (..)

(Z „Podręcznika Pseudointelektualisty”, 2005, Zakopane, tę krótką eksperymentalną książkę już linkowałem we wcześniejszych wpisach).

 

Następny odcinek – z pewnymi przykładami dotyczącymi tutaj 
poruszonych wątków – już pojutrze! 

Na koniec zaś trochę..sztuki.

I sportu.

Warto bowiem zachować uniweralność – a Prawdą jest też, że Duch zdrowy
rychlej będzie w zdrowym ciele.

Stąd pochwalę się konceptualną fotografią, którą zrobiłem
i ukończyłem dzisiaj, bo mi się podoba ta moja robota.

Za piłka nożną nie przepadam, ale to akurat jest 
GWIAZDA PIŁKARSKA – w zagraniu zwanym: OUT.

fot i wykonianie: Marat Dakunin

Sporty walki też są sportami.
Czasem jednak trzeba na serio zmierzyć się z przeciwnikiem.
Pamiętać jednak warto, że ważne także JAK się wygrywa, 
nie tylko, ŻE..
A bronią Niebieskich, bronią szlachetną – jest broń biała.

I – też z ostatnich dni – mamy tutaj przykład takiego operowania
czym co może jest jakąś dzidą, lancą może dłuższą szpadą etc.

wszystkie niepodpisane fot. na tym blogu też są moje 🙂

 

A – będąc przy szermierce tych na Górze, Szermierce Ducha,
mamy na to przykładów i wizualizacji więcej,
że – kończąc – przypomnę ten oto wpis – zapraszam serdecznie
kto nie widział, a kto widział: czemu nie zobaczyć raz jeszcze. 
Mi się te fotografie dalej podobają. Ale też mi jest 
łatwo – i niewielka w tym jakaś moja zasługa czy umiejętność!
Przecież ja tylko utrwalam to, co do mnie przychodzi.
A czasem nawet nie utrwalam, wtedy, najbardziej komiczne
i pocieszne, pocieszają mnie gdy przychodzą chwile smutku.
Dziękuję moim modelom i dziękuję za Pomoc (..)! 58

Szermierka Ducha

Tymczasem!

 

Zdarzenie i Opóźnienie (tj. czy Sędziemu wystarczy rozum, czy przydałaby się cała Dusza?)

Zdarzenie i Opóźnienie
podtytuł:  czy Sędziemu wystarczy rozum (specyficznie stosowany),
czy przydałaby się cała Dusza?

Choć pewne fragmenty tego wpisu, wyrwane z całości i kontekstu,
mogą brzmieć jak próby bagatelizowania i usprawiedliwienia się,
chciałbym, by podstawowa jego wymowa została odebrana wprost
przeciwnie: jako ostrzeżenie, że nieodpowiedzialne, wydające się
drobnymi, zachowania, mogą prowadzić do o wiele bardziej
przykrych konsekwencji niż możemy przypuszczać, nawet
biorąc pod uwagę różne ewentualności. Mi – tak naprawdę –
nic się nie stało, ale przymusowe „wyjęcia kogoś z życia”
na prawie dobę – może rodzić często, dla kogoś, skutki
o wiele poważniejsze i naprawdę przykre..

Nie wszystko można przewidzieć i zdarzyć się mogą niespodziewane sytuacje, które uniemożliwiają nie tylko napisanie czegoś, użycie Internetu czy komputera, ale także choćby: spanie we własnym łóżku (a także trzeba oddać pasek – spodnie lecą, frotkę do włosów – robi się fleja hippi trochę czy nawet na noc okulary – robi się krecik..).

Taka niespodziewana okoliczność nastąpiła wieczorem już, między godz. 21 a 22 w poniedziałek, ledwo godzinę po tym, jak przyjechałem do Miasta
i włączywszy komputer robiłem sobie kolację (nie dane mi było jej zjeść).

Zostałem aresztowany.

Nie powiem, by mnie to jakoś bardzo zdenerwowało, w istocie byłem dość stoicki aż do końca, ale jednak niedogodność i – opóźnienie – którego tak bardzo nie chciałem usprawiedliwiać – nastąpiły..

Pewnie denerwowałbym się, gdybym coś przeskrobał, gdybym zrobił coś złego – ale nic takiego
(..w zasadzie, nie wprost i na pewno nie proporcjonalnie – co wyjasniam niżej dokładniej..)
nie zrobiłem,
czułem się więc trochę jak Józef K.

 

Trochę szczegółów:

No dobrze, po pierwsze;

Nie był to jednak totalny surreal, zamach na mnie amerykańskich sił związanych z COINTELPRO itp., nie była to też egzystencjalno – klaustrofobiczna austriacka kafkowska ingerencja irracjonalnego industrialnego zniewolenia. 

Bo jednak, coś „złego” pół roku temu zrobiłem – tyle, że aresztowanie miało z tym związek dość pośredni i lekko mówiąc, głupawy. W istocie, 
w terminologii prawnej nie nazywało się to „aresztowaniem”, choć musiałem wyjść od razu z policjantami, zabrawszy tylko niezbędne rzeczy, które i tak trafiły do depozytu na całe zatrzymanie; 
spędzić noc (z dwoma całkiem sympatycznymi panami, których z tego miejsca zaocznie pozdrawiam..jeden miał ponoć 37 dni takiego zatrzymania..lub raczej już "aresztu" - współczuję!)
  a później, w eleganckich kajdankach, pojechać (w luksusowym luku z tyłu furgonetki, ponad 100 km od mego obecnego głównego "domu") i wrócić sobie już wolny samemu..
założone delikatnie i luźno, za co dziękuję (jeszcze raz podkreślę – co do policji – zarówno z wiecz. i nocy jak rannego dowozu – klasa!)

Nie było to „aresztowanie” lecz tzw. zatrzymanie w celu doprowadzenia.

Z czego się wzięło?
Panowie policjanci (zresztą bardzo mili, z tego miejsca też serdecznie
– równie zaocznie – pozdrawiam!), poza ogólnikami odnośnie kwalifikacji prawnej (paragraf k.w.), nie potrafili mi powiedzieć, czego to właściwie dotyczy
i jakiego czynu in concreto. Podobnie pisma, które otrzymałem (sygnatura wskazywała sprawę, ale przecież mogłem tylko kojarzyć,  a nie przeczytać expressis verbis). Nie mogli jednak zrobić nic innego jak mnie bezzwłocznie
i przymusowo zatrzymać „w celu doprowadzenia” (tyle, że następnego dnia,
o 11..), gdyż wynikało to z nakazu sądowego, sądu w D.
W D. nie byłem od lat, więc musiałem pogłówkować, z czym to może być związane wszystko – po 30 sek. się domyśliłem i okazało się, że miałem rację.
Nie było to jednak takie trudne, kojarzyłem bowiem tylko jeden, jedyny kłopot prawny, który mógł, przy dużej dozie pecha, się tak niespodziewanie skomplikować..Chodziło o zdarzenie z grudnia zeszłego roku.
Czy popełniłem coś złego? No cóż, można tak powiedzieć,
choć uważam, że raczej coś bardzo głupiego. Chodziło o zapalenie
w autobusie w toalecie papierosa..
Był to dość nerwowy dla mnie okres, co oczywiście mnie nie tłumaczy (zresztą
o ile w pociągach jeszcze sobie na „dymek” czasem pozwalałem – oczywiście tak, by nie przeszkadzało to żadnemu z pasażerów – czyli też głównie w miejscu osobnym, przy otwartym oknie.., ale w autobusie nie paliłem od kiedy pamiętam). A jednak, ten pierwszy raz okazał się pechowy i dobrze mi tak. Papieros spaliłem może 1/3, wydawało mi się, żę w ogóle nie nasmrodziłem,
a jednak jakoś wtedy to wyszło, choć uważałem, paląc 1/3 dmuchając 
prosto w dół, gasząc po 30 sek. – by nie aktywować jakiegoś czujnika.
I nie czujnik to, z tego co wiem, wykazał, ale wyjątkowy węch pasażerki,
która wyniuchała cosik w toalecie 15 czy 20 min. później,
po czym, najpierw wskazując na zupełnie inną osobę, a potem,
kierując się, słusznie tym, że też mnie widziała korzystającego
z tej toalety – zrobiła tak straszliwy raban, jakby już zdążył
u niej rozkwitnąć złośliwy nowotwór płuc z przerzutami
na jajniki. 
Nie pierwszy raz nam palaczom wydaje się, że nic nie czuć – 
niech i ta uwaga będzie tutaj pożytkiem: pamiętajmy, dla dobra
Niepalących, że my możemy absolutnie nie czuć nic, ale oni mogą,
nawet na dworze, nawet na tzw. otwartym powietrzu (bo nie każdy
wie, ale miejsca publiczne z zakazem palenia obejmują nie tylko np.
wiaty przystankowe, ale także np. parki – nie wszystkie.
Wyczuć zatem można nawet po godzinach,dniach 
czy eonach,
jeśli ktoś nie pali albo jest uczulony..

De facto, przykładowo w niektórych parkach itp., które literalnie
podpadają pod zakaz palenia -  obserwacji dowodzi, 
że nawet gdy bezpośrednio odpowiednie władze są tego świadkiem
(np. naprzeciwko idzie patrol Policji) - to jednak w takich
przypadkach nie reagują.
Pożytkiem tej uwagi niech będzie taka informacja:
- w takim przypadku mamy do czynienia z instytucją prawną
zwaną desuetudo tzn. niekaralność z powodu "wyjścia z użycia".
To stara zasada, która mówi, że gdy spełnione są w zasadzie,
łącznie, dwie przesłanki, to ustaje karalność danego czynu,
choćby prawo pisane go nadal zakazywało.
Te przesłanki to:
- norma jest powszechnie łamana
- odpowiednie służby na to nie reagują..

Co tutaj warto jeszcze napomknąć, by wyjaśnić absurd całej sprawy?
A to: kilka mieś. temu byłem na komisariacie (ale wtedy m.in. nie miałem
pojęcia, że sprawa trafi do sądu w D., a to dlatego, że autobus akurat wtedy – był na wysokości autostrady w granicach D., pi razy oko), tam miło i sprawnie porozmawiałem
z panią prowadzącą dochodzenie w sprawie..Pani doradziła mi m.in. bym
w uzasadnieniu wniosku o dobrowolne poddanie się karze grzywny (do 500 zł – jak wynika z k.w.) podał jakieś informacje, poza bardziej oczywistymi typu dochodowymi (zarobkowymi), które były nader nikłe zresztą; mogące mieć wpływ na złagodzenie kary, którą w zasadzie mógł być tylko grzywna..
(zastępująca tę w formie mandatowej). Sugerowała podanie informacji np. dotyczących także chorób i leczenia. Osobiście wcale nie uważam,
że np. choroba nerwowa uzasadnia to,
że ktoś może sobie palić w miejscach zakazanych, ale jakoś dałem się przekonać..- i we wniosku była informacja, że wcześniej leczyłem się
dłuższy czas na nerwicę i miałem zdiagnozowany epizod/epizody depresyjne.
Obecnie oczywiście tym bardziej uważam, że informacje te podane 
zostały zupełnie zbędnie. 
Rzeczywiście, ostatni okres 2017 r. w tym grudzień raczej był dla mnie nerwowy (śmierć Stryjka, załatwianie samotne wszystkiego co z nią związane, nieplanowana wcześniej przeprowadzka, konflikt pewnego typu w bliskim otoczeniu, pewne niezbyt czyste i uczciwe zagrania, które mnie akurat wtedy spotkały ze strony niektórych osób..; mniejsza z tym wszystkim), choć stan chorób i leczenia był w zasadzie na finalnym, pozytywnym etapie zdrowienia (z przyzwyczajenia raczej nie, żeby skutkował, np. popularny antydepresant typu generyk Effectin’u np. – czy też lekki, nie psychotropowy środek uspokajający, wspomający teoretycznie sen – dziś już, także ze względu
na przeprowadzkę, od kilku miesięcy odstawione z, także 
nie odwiedzając już poradni, w byłym głównym miejscu zam.

Kwestia „depresji” 

Celowo piszę wyżej „epizody”, a nie „depresja” bo to pojęcie jest strasznie nadużywane a większość ludzi nie ma pojęcia jak poważną i straszną chorobą jest depresja. Być może jest to najgorsza choroba ducha (i ciała, także ze wzgl.
na jej objawy wegetatywne ale nie tylko..) ze wszystkich. Mój tata– może On, można powiedzieć, że miał pewien czas, ponad 20 lat temu, prawdziwą depresję. Ja, śmiałości, by twierdzić, że ja też na taką cierpiałem – nie mam.
Piszę o tym, bo wiedza na temat depresji i empatia w stosunku do chorych
na nią w naszym kraju dalej jest w powijakach (i naprawdę, uwagi typu: jakbyś się ruszył do roboty, to by ci depresja minęła, w stosunku do prawdziwie chorego, są bezmyślne i bardzo głupie). Dodatkowo jeszcze: chorzy na depresję często,
na przekór sobie, nie są ludźmi łatwymi i milutkimi w kontakcie i obyciu.
Warto jednak być dla nich wyrozumiałym i wiedzieć, że jeśli ktoś naprawdę na depresję właśnie choruje (a nie piszę tutaj o sobie, ja ledwie miałem te „epizody” i nie czuję się, bym mógł mówić o pełnych objawach depresji..), to jest on
w sytuacji takiej, gdy życie boli tak, że myśl o śmierci, zniknięciu i uwolnieniu
od tego wszechogarniającego lęku, bólu i bezsilności przed dnie i noce (bo zwykle nie można spać) jawi się takiemu choremu jako wybawienie, najprostsze zaś czynności życiowe, i w ogóle sam stan „bycia”, są koszmarem.

Tyle na ten temat.

Natomiast finał tej trochę śmiesznej, trochę żałosnej pechowej sprawy, wyglądał tak, że niestety, w związku z zamieszkiwaniem tutaj, organizując dopiero mieszknie i podstawy życiowe – cały czas od stycznia, ale nadal (choćby kilka mieś. czekałem na to, by Akademia Muzyczna odebrała, cenne dla nich książki – duży księgozbiór specjalistyczny, muzykologiczny i dokumenty,
liczne zbiory redakcyjne i pisane – gdyż stosunkowo niespodziewana śmierć
przerwała Bratu Ojca pracę nad ważną dla niego książką. Nie miałem serca
tych rzeczy po prostu wyrzucić..- w końcu, dzięki uprzejmości ludzi, przyjaciół
Zmarłego z Akademii Muz. – udało się, wywieziono prawie 20
wielkich koszy książek, dokumentów i CD z bardzo rzadkimi przeważnie nagraniami). Jednak także częste wyjazdy do miasta, w którym mieszkałem ostatnie 30 lat, oraz w zw. z pechowymi zbieżnościami (m.in. terminem świąt wielkanocnych) oraz pewnym faktem dotyczącym skrzynek na dole bloku mieszkalnego (tam poczta składa awiza), nie odebrałem pewnego pisma 2 miesiące temu (z awizo wynikało, że już wróciło do nadawcy z poczty).
W tym piśmie, czego absolutnie nie przewidziałem, okazało się, że Sąd – który chyba chciał zweryfikować (tylko po co? – jaki to tak naprawdę miało istotny
związek ze sprawą? Itd.itd.) te moje informacje podane we wniosku, dotyczące leczenia, skierował mnie na obowiązkową konsultację lekarską,
w miejscowości..tak, tej, koło której przejeżdżał autobus, ponad 100 km od miejsca, z którego piszę (a i sporo od tego, gdzie jeżdzę). Ponieważ zaś, nie odebrawszy pisma, nie pojawiłem się tam i nie przesłałem usprawiedliwienia, zarządził nakazem przymusowe zatrzymanie i doprowadzenie.
Osobiście, na to, że tego rodzaju informacje sąd uwzględni przy np. odstąpieniu od kary pieniężnej (a sam zaproponowałem poddanie się karze 200 zł – co uważam, wcale nie było nazbyt zaniżone, wręcz przeciwnie – wszak maksimum to 500 zł!), nie liczyłem. Może niepotrzebnie przeszedłem do porządku dziennego nad sugestią by takie informacje także podać – bardzo miłej Pani Policjant

 (i jeszcze bardziej profesjonalnej 
 - bo amerykańska dewiza policyjna mówiąca, że wsparcie
 i pomoc - służba - obywatelom - jest równie ważnym ich zadaniem jak ich i
 porządku publicznego ochrona - w oryg., o ile pamiętam "serve and protect"
- gdzie serve jest nawet na I miejscu!; 
to, że etymologicznie "administracja" oznacza służba, 
a minister - sługę, w pewnych realiach brzmi niewiarygodnie..)


która sporządzała w moim imieniu wniosek do sądu..

 

Nie będę tutaj wnikał w logikę sądu, ale na pewno warto właśnie ludziom,
którzy kiedyś mieli problemy choćby typu nerwicowego, serwować tego rodzaju niespodzianki. Przy czym, to, że w zasadzie, do samego końca, 
niezbyt mnie to wszystko wzruszyło, biorę sobie za jeden z, mimo wszystko,
pozytywów tej pechowej sytuacji. 

Podejrzewam, że motywy postępowania sądu były raczej psychologiczne
i to nie tyle chęć „pozytywnego wpłynięcia” na sprawcę – czyli jak czasem
mówi język kodyfikacji prawnokarnych „wychowania sprawcy” (czyli mnie
– ale ze mną trochę jak z Wokulskim, który jak wiadomo co do swego
wychowania odpowiedział p. Wąsowskiej jednoznacznie..). Być może Wysoki
Sąd poczuł się „olany” tym, że nie zjawiłem się na wyznaczonym badaniu. Toteż postanowił „mi pokazać”.

No cóż, kiedyś, będąc na konferencji filozofów prawa, najwybitniejsi polscy profesorowie oraz młodzi zdolni (tematem była m.in. praktyka orzekania sędziów) postulowali, by doskonały sąd inkorporował jednak, w wiecznym sporze pomiędzy „duchem przepisów” a „wykładnią literalną”, w swoją,
w imieniu Rzeczypospolitej wykonywaną, tak szlachetną i tak ważną ze swej natury rolę, więcej empatii i czysto ludzkiego rozumienia bezstronności także jako tego, by powstrzymać się przed okazywaniem swego prywatnego, emocjonalnego w podłożu zapewne, niezadowolenia przez bezsensowne, tak prakseologicznie jak ekonomicznie zarządzenia i nakazy proceduralne.

Policjanci i samochód na pewno znalazłby lepsze zastosowanie niż to – tym bardziej, że z samej wizyty nic nie wynikło, bo lekarz nawet nie bardzo mnie pytał o stan zdrowia, a tylko wypełnił sobie formularz, skupiwszy się głównie na danych typu urzędowego..).

Zarządzenie przymusowego zatrzymania i przymusowego dostarczenia (oczywiście wg procedury kajdankowej, co mnie bawiło w sumie) – przy odrobienia ruszenia głową, przewyższa znacznie swoją uciążliwością nawet maksymalny wymiar kary w przypadku tego wykroczenia (500 zł albo nagana..). Zatem, filozoficzno – prawnie mówiąc, można powiedzieć, że nie tylko już teraz zasada nemo bis in idem będzie naruszona w sensie materialnie rozumianego wymiaru kary, ale i wszelka proporcja, która – poza tym, że gdy skrajnie naruszona, marnuje środki policji, to jest podstawą Prawdziwie rozumianej sprawiedliwości.
[W.Sąd też (zaocznie) pozdrawiam].

 

PS
Z wszelkich niedogodności należy próbować wysnuć jakieś plusy, dlatego piszę ten tekst głównie by poruszyć tematy, które może gdzieś, jakoś zaplusują. Sami policjanci, co do których nie mam cienia zarzutów (zresztą przepraszałem ich,
że marnują czas na coś takiego..), wspominali, że coraz częściej zdarza się ostatnio, by ktoś spędził kilka dni „w areszcie” – w sprawie gdzie grzywna wynosi kilkaset zł.. (zapewne specyficznie rozumiana polityka „bezlitosności dla przestępców” pod kierunkiem Władzy Ministerstwa S.)
Tak wygląda właśnie rzeczywistość stosowania pewnych środków, które niejako wyprzedzają i przewyższają samą karę (zresztą przecież de facto i de iure jeszcze nie wymierzoną w ogóle wyrokiem!) i to za jedne z najlżejszych chyba możliwych wykroczeń). 

Niemniej, nauczkę mam. I mniej o wiele paliłem (prawie całą noc w ogóle!)
– z czego, ale nie tylko z tego, się cieszę.
A..- i pamiętajmy wszyscy: niezależnie jak bardzo jest to utrudnione, starajmy
się nigdy nie bagatelizować odbierania formalnej (poczta, awizo) korespondencji,
gdyż – Dalibóg – są rzeczy na Ziemi (na Niebie to akurat widzę jakie ;-), których nie przewidzimy racjonalnie nigdy!

W drodze o drodze (wpis awaryjny)

W zasadzie od, nie tak krótkiego już, czasu wiedziałem, że wszystko składa się jak precyzyjna – więcej nawet
niż 3-wymiarowa (o wiele więcej..- przez co jeszcze bardziej złożona i niesamowita w tym fakcie dopasowywania 
i konsekwencji) układanka. Konsekwencje, synchroniczności, potwierdzenia, wyjaśnienia, czasem łączące rzeczy
i czasy bardzo odległe także w naturalnie postrzeganym łańcuchu przyczyn – wszystko to dawało to pewien 
rodzaj śmiałości.

A jednak – przykładowo: warto często COŚ ZAPISAĆ – później zaś np. przeczytać na głos itp. 
– zyskuje się wtedy jakby dodatkowe uporządkowanie i dodatkową siłę, jasność co do tego, co dla nas ważne
(czy są to nasze postanowienia, plany czy zapis jakichś doświadczeń czy wniosków). Podobnie – warto czasem
spotkać jeszcze jedno, dodatkowe jakby potwierdzenie tego wszystkiego, co niby już sami wiemy i co tak się 
nam kompleksowo i konsekwentnie „składa w całość”. Warto czasem usłyszeć „to samo” głosem zupełnie obcej osoby, która opisuje i bazuje na dla nas nieznanych, bo tej osoby tylko konkretnych doświadczeniach i jej
sytuacji życiowej. I dziwnej dodatkowej siły (praktycznej!) dodaje nam wtedy to, że słyszymy swoje wnioski
i swoje obserwacje, bywa, że zgodne w detalach – oparte przecież na zupełnie nieznanym nam do tej pory życiu, często zupełnie odmiennym od naszego.

Mniej więcej takie odczucia mam, bedąc w początkowych stadiach lektury „The Anatomy of Calling: 
A Doctor’s Journey from the Head to the Heart” (Anatomia powołania – droga lekarza od głowy do serca)aut. lekarki, Lissy Rankin
na którą natknąłem się, oczywiście przypadkowo, kilka tygodni temu..

 

Mam określone plany zakupowe dotyczące lektur (poza tym, że niejedna na mnie czeka, ale tutaj
staram się trzymać priorytetów czasowych..) , głównie takich będących po prostu narzędziami
pracy i bezpośrednio związanymi z moimi planami na ten i następne lata. Plany te wyjdą z etapu głownie przygotowywawczego 
w czerwcu. Jednak tę pozycję – za kilka dolarów (ebook na Amazon – kupuję przez amazon.uk) – kupiłem już teraz
– skuszony wyjątkowo znajomo wyglądającym opisem, streszczeniem – co pogłębiła tylko jeszcze lektura kilku tekstów autorki
dostępnych w Internecie. Kątem oka zauważyłem ilość opinii pozytywnych (88), kątem drugiego jakąś tam pozycję
w rankingu kategorii (bodjaże 358..) i nie wahając się już kliknąłem „kup”. Tak więc ebooka (i audiobooka) mam i sobie czytam. 
To co napisałem bezpośrednio wyżej, napisałem także w intencji by zasygnalizować pewną rzecz:

 Tak, możemy posługiwać się, dla poparcia (może i odparcia - różnego rodzaju ostrzeżenia czy przestrogi) naszych
 intuicji jakąś techniką skojarzeniową, która bardziej lub mniej niesie dla nas znaczenia symboliczne i metaforyczne.
 Ważne, wg mnie, jest jednak to, by nigdy na tego rodzaju, ze swej istoty nigdy NIE SPRAWDZALNYCH DO KOŃCA
 rozumowo i logicznie przesłankach, znakach, symbolach, technikach itd. - nie bazować jako na jedynych wyznacznikach.
 Byłoby to bardzo nierozsądne, a często zahaczałoby wręcz o szkodliwe wariactwo, przypominając raczej hazard, i to głupszy
 (dający mniej "przyjemności" - nawet takie hedonistyczne dookreślenie tutaj wystarczy, a hedonizm jest zwykle przekonywujący..).
 Tego rodzaju przesłanki można brać pod uwagę jako dodatkowy sygnał, jednak opierać się w głównej mierze o rozeznanie TREŚCI
 tego, na co chcemy się zdecydować, co wybrać czy za czym podążyć. A jeszcze bardziej - w oparciu o wartości, które, 
 poddając ostrożnemu rozróżnieniu, nie dając  pofolgować zbytnio ani naszej życzeniowości ani naiwności, przeczuwamy - 
 ale w sposób niemal pewny - tak, że nawet nie widząc wprost, możemy powiedzieć, że w danym wypadku widzimy roentgenowsko.
 W istocie - jak mi się wydaje, różne symboliczne techniki - nie tyle nawet decydują o czymkolwiek i nie tyle nawet
 powinny przeważać w podejmowaniu merytorycznych decyzji, co służą jako rodzaj dodatkowego potwierdzenia, czegoś, 
 CO JUŻ I TAK WIEMY - lub decyzji, którą merytorycznie i tak już podjęliśmy (czy bylibyśmy podjęli) ,
 przynosząc też rodzaj dodatkowej siły - czy dodając koniecznej wytrwałości, gdy nie wszystko idzie jak po maśle.

Nie inaczej było w tym wypadku, dlatego, choć – jak wspomniam wyżej – o tym wszystkim co dotyczy mitów to ja już wiem i wiedziałem,
czasem nawet od dawna (znając choćby np. pewne lektury i struktury dla scenariuszy filmowych, technikę ich pisania itp.),
to i dla mnie, czytanie o tym na nowo – w tak bardzo bliskim mi kontekście, opartym jednak przecież o doświadczenia
i światopogląd zupełnie innej osoby – jest fascynujące. I wartościowe. 
Dlatego pewne, choć być może i Wam w dużej mierze znajome, słowa i znaczenia – klucze oraz ważniejsze uwagi,
ujęte słowami Lissy Rankin czyta się z przyjemnością i wielkim pożytkiem. 

Zobaczmy najpierw co Autorka pisze o sobie (ze wstępu do książki, ale celowo pomijając wcześniejsze wyjaśnienia..).

(..)
 Pięć długich, bolesnych lat minęło odkąd powiedziałam Światu: - Wchodzę w to. 
 Podczas Powrotu - znalawszy Świętego Graala - uklekłam przy moście, czując się weteranem bojowym,
 z poobcieraną skórą i wyszeptałam z ulgą i wdzięcznością: - Dlaczego mnie nie ostrzeżono, jak trudne to wszystko będzie?
 A Świat odpowiedział: - Dlatego, że wtedy byś się nie zgodziła.
 (..)

 

We wcześniejszej części przedmowy Lissa pisze w zasadzie o tym, co znane jest z popularnych
– opiniotwórczych i uznanych – przynajmniej w kręgach amerykańskich scenarzystów filmowych i szerzej: twórców – pisarzy, ale także akademików czy nawet specjalistów
od zarządzania czy biznesu (nauka o biznesie w USA czerpie chyba ze wszystkiego i może to nie tak źle..)
pozycji dotyczących STUKTURY klasycznego MITU, legend, opowieści.

Treści te są docenione nawet a może szczególnie w zepsutym Hollywood (europejskie i azjatycie scenariusze są o wiele 
częściej pisane bez takiego jak w USA bazowaniu na klasycznych regułach dramatycznych czy warsztatowych, co nie zawsze
odbija się pozytywnie na jakości dzieł, a prawie zawsze negatywnie na ich oglądalności..prawda?) 
– pewnie dużą rolę odgrywa fakt, jak bardzo np. swoje GWIEZDNE WOJNY
George Lucas wzorował właśnie na klasycznej strukturze mitu. Zresztą, o współcześniejszym kinowym micie – hicie 
(ekranizacji powieści Tolkiena)
można powiedzieć dokładnie to samo.

Usystematyzowana wiedza i analiza tego tematu, tak bardzo inspirująca, że mogąca być z powodzeniem
używana tak do analiz psychologicznych i terapeutycznych, ambitnych poszukiwań teologicznych i światopoglądowych,
jak do konstrukcji kasowych hitów popkultury, jest głównie dziełem Josepha Campbella, amerykańskiego
znawcy mitów i religii. Oczywiście, miał on wielu prekursorów (w szerszym ujęciu choćby Frazera ze „Złotą gałęzią”,
w węższym – Otto Rank’a (Mit narodzin bohatera), ale dzieło Campbella okazało się najbardziej uniwersalne, detaliczne
i prawdziwe. Jego główna książka na ten temat to „The Hero with a Thousand Faces” – Bohater o Tysiącu Twarzy.

Jak zawsze – nie jest moim celem na tym blogu powtarzać się i dublować, wyważać otwarte drzwi czy odnawiać
rzeczy już w całości znane. Dlatego także w tym wypadku przytaczam tylko wybrane myśli związane z tematem – 
kwestia ujęcia mitu, sprawy „calling” (wezwania, powołania), postaci „bohatera”, jego podróży etc.etc. przez Cambella
jest od dawna klasyczna i całkowicie bezpłatnie w Internecie – także polskojęzycznym znajduje się wiele opracowań
przedstawiających i analizujących te zagadnienia pod różnymi kątami. Kto nie zna – jak najbardziej WARTO się zapoznać.

Dlatego, wracając do tego, co pisze Lissa Rankin, wybieram tylko krótki, jednozdaniowy fragment, oczywiście bardzo istotny,
uwagę z wprowadzenia do Jej „Anatomii Wezwania” (podtytuł też jest nawiązaniem do tematu mitów i mitografii Campbell’a).

Zdanie to jednak współbrzmi z wszystkimi innymi, którymi Autorka opisuje swoje doświadczenie, jest tylko przykładem, wymienia tylko, można by
rzecz, jeden symptom spośród wielu, wielu objawów i przejawów. Identyczne zdanie powiedziałem 
sam do siebie, nie tak dawno. Brzmi ono, parafrazuję tutaj i Rankin i siebie:

Odkrywa się, że wszystkie puzzle CAŁEGO życia – cała nasze historia i to, co się nam wydarzyło, zarówno to, co dobre i to, co wspominane
jako tragiczne, to czym się szczycimy i to, co chcielibyśmy zapomnieć, nawet to, co uważaliśmy za stratę czasu czy nie dające żadnego
owocu niepowodzenie, błędny zaułek itp., biorąc pod uwagę Wyzwanie i drogę, która się przed nami pojawiła, idealnie do siebie pasują.
I co jeszcze ciekawsze: że w zasadzie wszystko, czym się do tej pory zajmowaliśmy, co poznaliśmy, co przeczytaliśmy, ćwiczyliśmy itp.,
nawet zupełnie uboczne, było nieustannym treningiem, dającym nam określone umiejętności, wiedzę, zdolności, fragmenty wiedzy czy nawet wspomnień – 
wszystkie służące właśnie temu i nadające się właśnie do tego, co teraz przedstawia się nam jako nasze prawdziwe powołanie.

 

Jak zapowiedziałem wczoraj w komentarzu do poprzedniego wpisu „Kury i Anioły” – 
dzisiejszy wpis ma niejako charakter awaryjny a i tak opóźniony o 1 dzień do nieodwołalnie postanowionego CYKLU publikowania co 3 dni.
Książkę (ebook) Rankin miałem jednak na telefonie (a Internet tylko doraźnie) i dlatego mogłem napisać nie do końca awaryjny i miniaturowy wpis.
Do usłyszenia za 3 dni! A może za 2..biorąc pod uwagę możliwość wyrównania opóźnienia.

Na koniec zaś, mając w telefonie kilka chmurek,  może nie bardzo spektakularnych ale za to wesołych i z ostatnich dni, macham do Was serdecznie!

 

Pewne właściwości ezoteryki

Znów opóźnienie.
Znów, po kilku cieplejszych dniach i jaśniejszym niebie –
atak zimy. Ale właściwie nie mam, póki co, nawet czym
(w sensie narzędzi) fotografować, więc może lepiej,
że wiosna się jeszcze odwlecze.
Opóźnienia, sparaliżowanie tym, że tyle trzeba zrobić,
tyle jest planów, a tak ciężko przychodzi cokolwiek.
Na przełomie lat, w styczniu, częściowo lutym sytuacja była
na tyle napięta i stres na tyle ostry, że jakoś, mimo wszystko,
łatwiej się było zebrać. Potem zostało tylko wszechotaczający
chaos wokół, który udziela się wewnętrznie, konieczność
organizowania całego środowiska życia od podstaw i zasadniczy
brak jakichkolwiek środków ku temu.
Totalne sparaliżowanie, same siebie napędzające, faktem,
że tak trudno cokolwiek pożytecznego wykrzesać.
A im bardziej się człowiek temu poddaje, tym gorzej.
I sygnały, wprost i pośrednio, jak bardzo jak źle i jak bardzo
nie można sobie pozwolić na bezczynność – na narzekanie sobie
pozwolić to jakby napluć Słońcu w twarz.

I tyle planów, tyle możliwości – i tyle brakuje, by je realizować.
Ale bardziej we mnie brakuje niż w tym wszystkim, co – w otoczeniu, wszelakiego rodzaju, które póki co – nie sprzyja w każdym prawie aspekcie.
I nie ma innej możliwości niż robić mu wszystko na przekór, powoli,
jeśli się nie da szybko, wywozić śmiecie i cokolwiek budować.

Opisałem kilka ważnych kwestii, takich, które mobilizują,
ale nie mogę ich zamieścić, dopóki nie zamieszczę dokończenia
tematu, który przecież się tak opóźnił.
Opublikowałem go już zresztą tutaj – ponad tydzień temu..
Skasowałem. Dziś mam zrobić wszystko, by go już nie skasować.
Trzeba być wystarczająco dobrym rodzicem także dla tego,
czym warto (trzeba) się podzielić.

A następne dni – być może będzie trochę przejrzyściej..
I przyśpieszyć. Jeszcze przed Wiosną..

Jak skontatował Jan Klimak, przecież:
Prawdziwie mądry człowiek wie, jak obrócić wszystko 
na swoja korzyść..
(i bynajmniej nie amoralizm i oportunizm mamy tu na myśli).

Było powiedziane – w poprzednim wpisie „Cele pracy ezoterycznej”
bardzo ważne: że każda taka praca dopomina się konkretnego
zastosowania. I należy uczynić się użytecznym i odnaleźć odpowiednie
pole, zakres i metody pracy – potrzebne jest Tu i Teraz i konkretna Treść
i konkretne zadanie.

Na ten temat będzie dużo w dwóch następnych wpisach.
O pewnych Konkretnych możliwościach, podając pewne przykłady –
oraz: o moich, takoż konkretnych planach na ten, 2018 rok.
Ujętych w dwa działy, realistycznie podzielonych, obejmujących to,
co można, biorąc pod uwagę braki i przeciwieństwa, nie dające się nawet wytężonymi staraniami własnymi obecnie usunąć oraz takie, które mogą
zyskać na realizmie a nawet od razu być wdrażane – gdy pewne warunki się diametralnie zmienią. A jest na to, cały czas i nawet przed połową jeszcze roku – przed latem, duża (realistycznie) szansa; dlatego plany na cały rok powinny
te możliwości uwzględniać.

Tutaj zaś chciałbym dokończyć, wątek przedostatniego – wpisu
„Cele pracy ezoterycznej” (tutaj link).

Cele pracy ezoterycznej

Ważny to był odcinek.
A zakończenie go w określonym miejscu miało swoje uzasadnienie,
nie tylko płynące z faktu, że wpis, jak na „bloga” robił się zbyt długi.
Uzasadnieniem jest również to, że to o czym i jak pisze dalej Murawiew
w akapitach poświęconych rekapitulacji celów pracy ezoterycznej,
jest raczej dopowiedzeniem i komentarzem do wcześniejszych tez.

A więc, po pierwsze: Borys zauważa, a muszę się z nim całkowicie
zgodzić i Wam też pewnie z przytaknięciem na taką obserwację
po drodze, gdy tylko zauważycie co się dzieje choćby..w Internecie.

Zauważamy więc, że dziwny fenomen zachodzi
w umyśle ludzkim w przypadku generalnie hermetycznych

(tj. wymagających, nie tak znów łatwych
i dla każdego oczywistych)  nauk i praktyk ezoterycznych.

W przypadku wiedzy – tak zwanej (jak to się kiedyś,
gdy ludzie myśleli, że mogą obiektywnie przyrodę
poznać w całości i szczegółach i wiedzę tę precyzyjnie
i niesprzecznie wyłożyć..)
pozytywnej
(nauki przyrodnicze bezpieczniej tu pierwsze wymienić
, ale i humanistyka, nauki społeczne, się zaliczają)
jest generalnie przyjęte, że ktoś musi posiadać pewną,
zweryfikowaną jakoś, wiedzę, by jego opinia w danym temacie
mogła być uznana za miarodajną, liczącą się –by w ogóle warto
było brać ją pod uwagę. Mówiąc poważnie: Ktoś musi mówić o tym,
co Wie, na czym się zna, co zakłada pewne wcześniejsze studia
nad tematem, jakąś naukę, wysiłek własny.

W domenie ezoterycznej zaś bywa (a w zasadzie trzeba powiedzieć: jest) dokładnie inaczej. Tutaj widzimy się wszyscy jako kompetentni
(przypomina się powiedzenie, że każdy Polak zna się na polityce..),
nawet mimo faktu, że nie mamy choćby podstawowego wykształcenia
czy obycia w temacie. Osądzamy, krytykujemy, wypowiadamy opinie
czy wysnuwamy wnioski zanim ukształtujemy w sobie odpowiedni
instrument, który władny byłby to nam w ogóle umożliwić
(i to tak nie gwarantując słuszności sądu).

A przecież wiemy, że coś może być poznane, zrozumiane czy osądzone tylko
przez coś co jest na podobnym, równym poziomie lub na poziomie
wyższym.

Choćby: student matematyki może ocenić coś w zakresie materiału szkoły podstawowej, ale nie odwrotnie. Tak jak świat w którym żyjemy jest niewidzialny do płodu zamkniętego w macicy matki – przed narodzinami,
tak wyższe rejony życia, jak plan astralny czy duchowy, są podobnie zamknięte
i niewidzialne dla nas, przed Drugimi Narodzinami.
Przed tym, człowiek może tylko formułować hipotezy lub odwoływać się do świadectwa autorów, którzy te Drugie Narodziny (zatem i Duchową Śmierć..) mają za sobą. A dla wydania wiążącego osądu czy wysnucia miarodajnych wniosków należy zaś osiągnąć więcej.

Osobiście muszę tutaj przyznać się do pewnej rzeczy: w wyżej zarysowanej materii nie jestem teoretykiem. Wręcz odwrotnie. Co do usystematyzowanej wiedzy na ten temat jestem wręcz profanem. To co teraz, w zasadzie współbieżnie gdy piszę o tym, może z pewnym wyprzedzeniem dla wewnętrznego zweryfikowania tego, że to co piszę, na pewno oddaje w wystarczającej mierze Prawdę i pewnego usystematyzowania, ale –
to co teraz piszę – jest i dla mnie w znacznej mierze, jako wiedza
– i jako teoria – nowe.
Bo w wyżej zarysowanej materii było u mnie (i jest) raczej tak,
że najpierw pewne rzeczy praktycznie się wydarzyły, coś przeżyłem,
coś się, interaktywnie ze mną (myślą, uczuciem, inspiracją, nawet wizją,
głównej jednak tokiem zdarzeń życiowych) STAŁO.
Później zaś dopiero okazało się (i okazuje), że mogę to podciągnąć
pod pewną teorię, pod pewne informacje, jak choćby te,
zawarte w Gnosis Murawiewa.
Jak sądzę, mimo tego, że tak mogłoby się niekiedy i komuś wydawać,
nie jest to najgorsza kolejność, szczególnie może nawet w tej materii
o której mówimy. Najpierw przeżyć, zakosztować i mieć doświadczenie
później zaś zobaczyć, trafiając (celowo ale i będąc, co nieraz się zdarzyło, nakierowanym, zdawałoby się – czysto przypadkowo) na pewne materiały teoretyczne, pewne uogólnienia i zapisy doświadczeń i wiedzy Innych
ludzi (i nie tylko..) – to kolejność, która, jak mi się wydaje, chroni przed
pewnymi błędami, które nierzadko w ogóle mogą wykluczyć zbliżenie
się do prawdziwej mądrości. Które mogą pogrążyć człowieka
w fantazjowaniu  (w czczej fantazji, pobudzanej myśleniem życzeniowym
i znudzeniem prozą życia – nie w tym, co zwie się Wyobraźnią
– którą można z największym pożytkiem jako daru używać)
i zamiast zbliżać do realizacji jakichś Ważnych Celów – dać tylko
złudzenia, które gdy opadną, odepchną nas w ogóle od tego,
czym naprawdę warto było się w życiu zająć Najbardziej,
a gdy nie opadną – pozwalają wieść życie czysto fikcyjne i „osiągać”,
tak w sobie jak i Rzeczywistości czysto iluzoryczne wartości.

Dlatego, w dużej mierze, przygodę z Wiedzą ezoteryczną – przeżywamy
tutaj razem. Dlatego też, piszę raczej tylko o tym, co potwierdza to,
co wcześniej zaznałem, doświadczyłem w różnoraki, realny jednak
sposób. Dlatego też wreszcie – staram się pisać jednak praktycznie
i wiele rzeczy wspierać realnym doświadczeniem i faktem;
i następne wpisy będą w przeważającej mierze bardzo, pod tym
względem, konkretne.

Pojawiło się wyżej kilka dziwnych pojęć – jak choćby „plan astralny”.
Gdyby zająć się wyjaśnianiem tego w sposób wystarczająco
wyczerpujący – musiałbym napisać co najmniej serię wpisów.
Dlatego, choć wypada pewne wyjaśnienia tutaj poczynić,
ograniczę je do minimum.

Nazbyt wiele bzdur napisano i nieporozumień powstało na temat
choćby czegoś takiego jak astral czy ciało astralne – strony
internetowe żonglujące tego rodzaju magiczno – mistyczną
nowomową (o bardzo starych tradycjach) idą w tysiące.
Nie chce dokładać do tego kolejnej cegiełki.

Jednak, na temat ontologii światów (i „fizjologii” ciał – innych niż
to najbardziej oczywiste fizyczne i materialne będzie
więcej, tam gdzie będzie tego wymagał temat i kontekst, głównie
dbając o to, by przedstawienie danego zagadnienia nie było
bez tego niezrozumiałe.

Tutaj zatem, kilka tylko uwag o tym, co pozwala sobie na tak
zagadkową nazwę, jak „astralność”.

Termin jak się wydaje, wziął się stąd, że kiedyś uważano,
iż dusza ludzka jest zbudowana z tej samej materii, co gwiazdy.
Przewijało się to u Platona, w neoplatonizmie oraz towarzyszyło
różnym prądom, szkołom, religiom i gnozom później – aż do czasów obecnych. Przy czym, biorąc pod uwagę wiedzę, którą dostarcza nam współczesna
fizyka i astronomia (jednak, trzeba sobie zdawać sprawę, że tak naprawdę
o podstawowych kwestiach, dotyczących choćby narodzin gwiazd
czy galaktyk wiemy dotąd bardzo mało i nadal brak jest prawdziwego zrozumienia w szeregu podstawowych kwestii, co do których
współczesna nauka mogłaby użyć pojęcia „astralne”) bardziej współczesne
teorie i szkoły, jak choćby ezoteryczne (jogiczne, tantryczne) prądy Wschodnie
i Zachodnie (wcześniejsze – gnostyczne czy kabalistyczne, aż do –
począwszy od XIX/XX wiecznego ożywienia tematu w tzw.
teozofii, w odpowiedzi na mechanicystyczny materializm Oświeceniowy
oraz wieku „pary i wynalazków” XIX – stulecia – po całkiem aktualne
„changellingowe” czy inne..) często odmiennie definiują zagadnienie
i inaczej lokują czy też inne właściwości przypisują temu,
co określone być może jako astralne. Jeśli ktoś chciałby się z tym zapoznać – niech raczej sięgnie do uniwersyteckich opracowań tego tematu (czy nawet, choćby, do anglojęzycznej Wikipedii), lecz wystrzega się raczej czerpania informacji na ten temat z, jak wspomniano, tysiąca różnych stron,
prowadzonych często w dobrej, czasem zaś w złej wierze, przez
różne osoby prywatne czy organizacje.

Tutaj, ponieważ preferujemy maksymalny krytycyzm i obostrzenia,
mające ukrócić zbytnie folgowanie sobie ludzkiej wyobraźni (i typowemu dla nas „szukaniu łatwizny”, drogi na skróty) – z drugiej zaś strony, zachowując jednocześnie, czasem aż z nadmiarem, poprzedni warunek, ponieważ duża część informacji w nim zawartych okazuje się wartościowa, dająca się weryfikować praktycznie i współbieżna z innymi wartościowymi źródłami, warto sięgnąć
w tym zakresie do przekazu G.I.Grudżijewa.
Najkrócej zaś mówiąc, w Szkole IV Drogi Gurdżijewa: ciało astralne jest przyporządkowane Wyższemu Centrum Emocjonalnemu (ciało mentalne zaś – Wyższemu Centrum Intelektualnemu). Warto dodać, że zarówno pierwsze jak drugie istnieje u Człowieka – w zasadzie – tylko potencjalnie. Może być osiągnięte – rozwinięte – jak często już u mnie była mowa – na drodze świadomego starania, trudu i planowej pracy (w tym: pracy ezoterycznej): nie jest dane każdemu i za darmo (i nie chodzi tu o elitarność, co raczej o elementarną sprawiedliwość).

Na koniec tych krótkich uwag, wspomnę o czymś takim, chyba nawet dość popularnym czy modnym, co zwykło nazywać się „podróżowaniem astralnym” czy też bliskoznacznie (choć czasem niewiele ma to z tym wspólnego, trzymając się jakichś rygorów intelektualnych i poznawczych) – pojawiają się także tutaj często nazwy „Świadome Śnienie” (LD – Lucid Dreams) czy też OBE (pisane też OOBE) – z ang. Out o Body Experience,  lub NDE – Near Death Experience  – Doświadczenia Poza Ciałem, Doświadczenia Około – Śmiertne..
Doświadczenia poza ciałem – jako takie – wcale nie muszą być zbieżne
z czymolwiek co można odnieść do jakiejś „astralności” – rozumiane np. jako specyficzne doświadczenia raportowane w niektórych  przypadkach śmierci klinicznej (gdzie często wymienia się takie fenomeny, jak: obserwacja tunelu światła, duchowo – mistyczne doznania, potrzeganie nielokalne, przez ściany, „swojego ciała” etc.etc.).
Na ten temat powstało wiele opracowań bez większej wartości, które przyczyniają się do udanego dezawuowania i ignorowania tematu przez
czynniki naukowe, neurochirurgów, psychiatrów, psychologów i innych.
Są też jednak opracowania rzetelne, których nie można podobnie, będąc uczciwym intelektualnie, ignorować.
Całość tematu zasługuje – być może – na całkiem osobny wpis. Tutaj zaś, przykładowo tylko, podać mogę link do artykułu w fachowym piśmie medycznym Lancet (rzetelne opracowanie książkowe – naukowe,
w tym temacie, jest w moim posiadaniu, wypożyczone od dawna na wieczne nieoddanie Mamie – może kiedyś podrzucę i tutaj..).

Pod tym linkiem (tutaj) rzeczony artykuł naukowy. 

Autorzy kończą artykuł m.in. stwierdzeniami:

"With lack of evidence for any other theories for NDE, the thus far assumed, but never proven, concept that consci. and memories are localised in the brain should be discussed." "NDE pushes at the limits of medical ideas about the range of human consci. and the mind - brain relation".
Pobieżne tłumaczenie: Z powodu braku dowodów na jakiekolwiek (naukowe) teorie dotyczące NDE, które zostały wysunięte, ale nigdy nie udowodnione, koncepcja, że świadomość i pamięć są zlokalizowane w mózgu jest kwestią dyskusyjną, otwartą. NDE rozszerza (zmienia) granice nauk medycznych dotyczące zakresu ludzkiej świadomości i relacji mózg – umysł.

Natomiast osobiście, dbając o to, by był to raczej materiał reportażowy, chłodny
i obiektywny, bez komentarza ze strony filmowca (czyli mnie), pokazując zarówno słabe (skłonności do fantazjowania i iluzje) jak i mocniejsze
(zasadniczą szczerość wypowiedzi – dlatego stosowałem w głównej mierze ujęcia kamery na dużych zbliżeniach: na usta mówiących, oczy itd.) strony zjawiska, przestawiłem temat w filmie dokumentalnym, nakręconym w 2008 r. (ha, na jesieni będzie zatem równe 10 lat) na zlocie pasjonatów takich typowych można powiedzieć (jak to obecnie jest przynajmniej przedstawiane w Internecie) podróży astralnych.
Film można obejrzeć np. tutaj (link):

(„Pod podszewką snów”, Polska 2008, wersja skrócona ok. 30 min,
reż/zdj/mont. Marat Dakunin i przyjaciele) 

A oto i dwa kadry, przedstawiające uczestników zlotu (film nie sili się na oddanie, np. efektami komputerowymi czy wizualnymi, wrażeń czy też „wyglądu” doświadczeń, o których mowa).

 

Na koniec zaś, całkowicie szczerze ode mnie, uwaga: Czy warto się podobnymi „podróżami” zajmować? – biorąc pod uwagę to, co zostało już podkreślone, mianowicie fakt, że praca ezoteryczna domaga się od nas: bycia użytecznym
i oddania się konkretnej pracy nad osiąganiem konkretnych celi?
Otóż, wydaje się, a jest to potwierdzone pewnym źródłem, które, jeśli zweryfikowane, czasem biorę pod uwagę – że nie warto. Wg tego źródła, tego rodzaju podróże astralne czy też „świadome śnienie” może mieć wartość czysto rekreacyjną (rozrywkową). Co za tym idzie, w przypadku gdy myślimy
o poważnej pracy ezoterycznej: nie ma wartości.

Także w powyższej mierze, jak zostało zauważone na wstępie tego wpisu,
po raz kolejny objawia się często wzmiankowany fenomen, taki mianowicie,
że przeciętny Człowiek – nawet będąc całkiem w dobrej wierze, uważa, że jest władny do odpowiedniego rozumienia i wnioskowania w sferach zupełnie
mu i jego codziennemu doświadczeniu obcych. I mści się to tym, że
osiąga w tej mierze czysto iluzoryczne jedynie rezultaty – w większości wypadków łudząc samego siebie, a nierzadko, co gorsza, także innych.

Ma to dwie podstawowe przyczyny.

Po pierwsze, przyczyną jest generalna tendencja, by uważać, że właściwości, które człowiek posiada jedynie potencjalnie tj. może w sobie rozwinąć
(na drodze właśnie – pracy ezoterycznej, jej pierwszego etapu) – posiada od
początku – każdy – i to: bez żadnego wysiłku czy też jakiejś kwalifikacji duchowej..

Po drugie, jest to konsekwencja podświadomej deifikacji
(przyznaniu zbyt znacznej niż realna ważności) Osobowości, jako „wszechmocnej” w każdym rodzaju rzeczywistości.

Pokora jest konieczna w Prawdziwej pracy ezoterycznej – jej brak
mści się w rezultatach u wszystkich, którzy w teorii posiedli zdolność penetrowania rzeczywistości ponadzmysłowej.

Przy czym warto podkreślić, że nie mówimy tutaj o ludziach ZŁEJ WOLI
(tj. takich, którzy czynią coś umyślnie, ze złymi zamiarami), ale mówimy
o ludziach szczerych i o uczciwym zamiarach, którzy po prostu błądzą..

Nasz „cywilizowany” umysł, szczególnie dzisiejszych czasów, jest głodny widocznych rezultatów i zjawisk – faktów, materialnie manifestujących się fenomenów, które można najzupełniej tradycyjnie zaobserwować i tymi wrażeniami nasycić głodną wrażeń inteligencje i fascynującą się emocjonalność.

Ale Świat Nadzmysłowy nie jest jakąś jednorodną całością jak świat materialny. Przeciwnie, można wyróżnić w nim wiele różnych „planów” czy rodzajów „niebios”. Paweł z Tarsu podaje przykład człowieka (ravi), który znalazł się w „trzecim niebie”. Prorok Mahomet miał niejako na swoim koniu Bouraqu odwiedzić inne niebo (gdzie rozmawiał z Chrystusem i Mojżeszem).
Znane są inne liczne tego rodzaju świadectwa..(nie wypowiadam się
tutaj o ich prawomocności..)
To, co wyżej, napomknąłem o (różnych) rozumieniach „świata” astralnego
(itp.) dopowiada – jedynie bardzo syntetycznie oczywiście – do powyższej myśli.

W pracy ezoterycznej nasz, przyzwyczajony do fenomenów materialnych,
umysł szuka FAKTÓW.
Ze swej natury, i z naszej – zawsze w pierwszym rzędzie szukającej raczej łatwiejszej drogi i bardziej oczywistego potwierdzenia – poszukuje manifestacji, które po prostu dowiodłyby, że coś (tę pracę) dobrze wykonał lub czegoś, co po prostu satysfakcjonowałoby jego ciekawość, w mniej szlachetnym rozumieniu niż ta, niewinna i czysta – jak u dziecka (czy nawet jak u..kota) – płynąca raczej
z zachwycenia światem a nie z chęci otrzymywania od niego potwierdzeń
i gratyfikacji.

To naraża osobę, która jest zbyt łatwowierna lub szuka nazbyt tanich wrażeń na różnorakie pomyłki, ekscesy fantazji i wyobraźni czy nawet różnorakie problemy psychiczne i emocjonalne.

Sprawdzającym się porzekadłem jest to, że 
„ŁATWOWIERNOŚĆ JEST ODWROTNIE PROPORCJONALNA 
DO  PRAWDZIWEJ WIARY”.
Piszącemu, skoro mowa już o wierze, przypomina się tutaj, charakterystycznie dla niego lapidarne i pozornie paradoksalne – celne, powiedzenie Nietzschego:
 Prawdziwie wierzący mogą sobie pozwolić nawet na luksus sceptycyzmu. Ich wiara jest bowiem dostatecznie silna (i odwrotnie: ortodoksi zatem chadzają niejako na „szczudłach” dogmatów, gdyż w głębi swego serca i umysłu są niedowiarkami).

Wiele jest sztuczek i oszustw (najczęściej i najskuteczniej przybierają one oczywiście formę auto-oszustw, co wynika z generalnej zasady, podkreślonej ostatnio, że najbardziej fundamentalną przeszkodą w pracy ezoterycznej jest okłamywanie samego siebie..), które zastawiają na nas siły wrogie naszej potencjalnej ewolucji.

Jedną z nich, jak zauważa Murawiew, jest to, że możemy zostać skutecznie złudzeni, że JESTEŚMY JUŻ NA DRODZE– podczas, gdy w rzeczywistości dopiero jej poszukujemy, często jeszcze niepewnie, w różnych kierunkach.

Kwestii tej – mianowicie: wszelakich przeszkód, zmyłek, błędnych znaków, mylnie odczytanych sygnałów, fantazji branych za Prawdziwą rzeczywistość duchową, życzeniowych fantazmatów, emocjonalnych nad – i niedointerpretacji, oszustw i najróżniejszych rodzajów samooszustw – poświęcę wiele miejsca, czerpiąc z doświadczenia, praktyki i obserwacji, już niebawem.
I sam sobie teraz w pamięci i chęci karbuję, żeby o tak praktycznych
aspektach pamiętać przy omawianiu każdego prawie tematu.
Na każdym bowiem można się, poprzez ww. przeszkody, pośliznąć..

 

Adresy naszego zamieszkania

Dziś – trochę obok, ale już jutro – c.d. i bardziej ad rem
tego, co zacząłem tydzień temu.

Tydzień temu sumitowałem się, że wpis, i tak zbyt długo odkładany,
nie wyszedł mi najlepiej. Bardziej formalnie nawet niż merytorycznie.
Ale forma jest bardzo ważna.

Kiedyś zanotowałem np., że CEREMONIAŁ wg mnie – z czym pewnie
wielu z Was się zgodzi – choć w zasadzie powinien być mało istotny,
[na pewno nie wychodzić na pierwszy plan – inaczej buduje się „szopkę”,
i wartości, wierzenia czy ideały lub inne ważne sprawy konstruuje
z – trawestując S.I. Leca – słów tak pustych, że mogłyby więzić narody..]
jest jednak ważny – tak jak ważna jest forma – bo – np. tworzy ramy,
w których łatwiej jest zapomnieć o tym, o czym człowiekowi zapomnieć
bardzo trudno – mianowicie ciągle obecnym dyktatem jego „Ja”. 

Przez formę można do Innych Ludzi dotrzeć albo wcale – można ich zrazić, zniechęcić, wykluczyć w zasadzie to, że jeszcze kiedyś będą chcieli poświęcić jakikolwiek swój czas, by zapoznać się z jakimś z prezentów, które chcemy im dać. Stwierdzą, że nie mają one wartości albo są dla nich nieprzydatne.

Dziesięć lat temu, gdy ukazał się mój „prezent” dla studentów,
stosunkowo nowatorsko ułożony podręcznik
„Podstawy prawa” – już o tym wiedziałem.
We wstępie bowiem napisałem między innymi:

Władysław Tatarkiewicz pisał niegdyś, że aby pewna treść przeszła z umysłu piszącego do umysłu czytającego, musi być dokonana pewna praca, a jest lepiej, gdy tę pracę wykona piszący. (..) Starałem się przede wszystkim dokonać możliwej do zaakceptowania syntezy prezentowanych zagadnień prawnych, nie tracąc jednak z pola widzenia jak największej ilości ich istotnych cech. Czy został osiągnięty w tej sferze rozsądny kompromis pomiędzy stopniem szczegółowości a przejrzystością opracowania, warunkowany także technicznymi możliwościami składu drukarskiego w określonym formacie, ocenią Czytelnicy.

Podstawy Prawa, wyd. C.H.Beck, Warszawa 2008

 

Dawno temu, szczególnie w materii twórczej,
bardzo sobie lekceważyłem Cudzą uwagę, uważałem,
że ten, kto chce coś oryginalnego powiedzieć nie jest
skrępowany jakimiś wymogami zrozumiałości, winien
wyłącznie być wierny sobie – jeśli materia o której się
wypowiada jest z jednej strony tajemnicza a z drugiej skomplikowana,
to ma pełne prawo do całkowitej hermetyczności przekazu,
do utonięcia w nazbyt zawiłej metaforyce, zbyt dalekich odwołaniach, niepotrzebnym mnożeniu wątpliwej czasem symboliki itd.
A jeśli jeszcze robi to, gdyż wydaje mu się, że pisząc zawile
(arcydzieła – wydaje mi się, są proste, choć dotykają spraw
najważniejszych – potrafią, na różnych poziomach oddziaływania
czasem – dotrzeć i do analfabety i do erudyty..a to, czy dotrą
do tego pierwszego uznałbym za lepszą cenzurę ich wartości
jako sztuki niż to, czy zachwycą drugiego)
czy trudno wykazuje swoją błyskotliwość – klęska tego jego pisania,
czy jakiegokolwiek innego tworzenia, murowana
(z wyjątkiem oddziaływania na snobów – jeśli komuś na tym
zależy..Choć: jeśli w sprawę wdadzą się też odpowiednie
środki marketingowe czy kontakty, to można i na
BEŁKOCIE udającym WYRAFINOWANIE i zarobić i zrobić
tzw. „karierę”… – aktualnie przykładów niemało..)

Ta sprawa, którą się zajmujemy nazbyt jest ważna,
by dopuszczać się takich przewin. Wyrasta poza twórczość,
tak jak w kalokagatii dokonuje się swego rodzaju synestezja wartości:
Prawda spokrewnia się z Dobrem,żeni z Pięknem i Sprawiedliwością.

Utyskiwałem też ostatnio, że – odwrotnie niż w prawie każdym wcześniejszym odcinku – brak mi naturalnego materiału, choćby wizualnego – czy piosenki, do ilustracji tekstu, do uczynienia całości przyjemniejszym i różnorodniejszym.
Narzekałem na impas. Ostatnio np. w zakresie fotografii został mi tylko aparat w telefonie komórkowym. Ale dlaczego się tym zrażać? Przecież wiem, że zimą, do wiosny, Znaki na Niebie trochę przymarzają, kostnieją i nie kwitną tak bogato jak latem, pełną wiosną czy nie kłębią się tak gęsto jak jesienią. Poza tym – przecież wiem, że wiosną znów będę miał np. aparat fotograficzny. Skąd ta wiedza, czy to pewność? Nie tyle..to już raczej wysnuwanie wniosków z pewnego logicznego ciągu wydarzeń w naszym życiu. A tym, czym się ostatnio zajmuję, postanowiłem się zająć – od ponad już półtora roku –niemal zawodowo. Nie w sensie: zarobkowo. Ale w sensie miejsca danych starań w życiu, na pewno.

Gdy następują zmiany, przejściowa częściowa dezorganizacja warsztatu pracy jest wpisana w naturę procesu. Wierzę, że proces ten zachowuje się zgodnie
z krzywą nachylenia ewolucji, nie inwolucji; doskonalenia, nie cofania się czy pogrążania. Bardziej jednak niż wierzę, wiem; wysnuwam wnioski z pewnego logicznego ciągu wydarzeń, którego nazwać przyczynowo – skutkowym
li tylko to zubożyć i odjąć aspektu jego Istoty – jak myśli pozostawić
tylko mózgowe zwoje – odbierając ducha..
(ciągu wydarzeń logicznego jak wszystkie fakty „rzeczywiste” – pleonazm
wymuszony przed powszechne obecne nadużywanie pojęć – ba!,
w niemałej ilości punktów, aspektów – wręcz magicznego – co, ciekawe,
gdy działa po Jasnej Stronie Mocy – nie wyklucza się z logicznym!)

Ostatnio też przyszło mi zmienić główne miejsce zamieszkania.

W 1988 roku, 30 lat temu, zamieszkałem w Rzeszowie.
Od około zaś dwóch miesiący wróciłem z tym – głównym – miejscem zamiekszania do Krakowa, gdzie się urodziłem. Co ciekawe,
w miejsce odległe o kilkaset tylko metrów od mojego pierwszego
adresu na świecie..

Oto rzut oka – jeszcze przed nastaniem naszej Zimy –
nowe otoczenie..:

 

A tak wyglądał/wygląda (poniżej – z lewej) mój,
obecnie już nie „główny” (zajmowałem tam w zasadzie
całą wyższą kondygnację, zwaną „Wieżą Marata Dakunina” )
od Strony Wschodniej (nazywałem ją też Stroną Kotów).

dom, Wsch. I

Dlaczego kotów? Mniej więcej dlatego, dlaczego Stronę Zachodnią
nazywałem Stroną Smoków. Od Zachodu bowiem pojawiały się
motywy serpentualne i paszczato – zębate..;- ).

 

Tak wyglądał z perspektywy zamieszującego – dom (czyli raczej
jego „ogród” z przodu) pewnej bajkowej, mroźnej, zimowej nocy..

Tak zaś – na przełomie – Zimy i Jesieni..

Dom stał/stoi na sympatycznym [choć zdjęcie niżej zapewne udziela
się w innym klimacie niż jednoznacznie sympatyczny..],
wypełnionym niską zabudową osiedlu – choć na tej mojej fotografii
(wykonanej zresztą telefonem)
widać za wysokim żywopłotem budynek wyższy – przypomina mi,
ha! – gmach/pawilon jakiegoś obozowego krematorium..
[w rzeczywistości jest to klasztor.. – wybudowany zaledwie
kilka lat temu na terenie darowanym przez miasto za procent
wartości siostrom zakonnym, które prowadzą tam też przedszkole
(oczywiście wysoko odpłatne) – i wyjątkowo mający pozwolenie
na większą wysokość niż ustalony rodzaj zabudowy na osiedlu..]

 

Zmiana, zmiany – przyszły pod koniec zeszłego roku. Tak, bardziej przyszła – nie planowałem bowiem tego z wyprzedzeniem. Gdy jednak potrzeba czy nawet konieczność zaistniała okazało się, że nietrudno mi wysnuć wnioski z pewnego logicznego, zmierzającego w coraz mniej zagadkowym a coraz bardziej pociągającym, także szansą na skuteczną realizację, ciągu zdarzeń. Za to, że zdarzenia układają się finalnie w kierunku, który bardziej SPRZYJA niż nie sprzyja, dziękuję Temu i Tym, którzy maczali w tym palce.. choć nie od razu to widać, czasem na początku widać głównie, przemożnie negatywność, przeszkodę, zły układ losowy.

Ale..jakiś czas temu zanotowałem to spostrzeżenie.. pisząc też coś o jakiejś tajemnicy. Bo i jest to tajemnicze – ale, nawet że takie właśnie jest – wynika już z rozpoznania, nie z tajemniczości.

Napisałem mniej więcej:

Zdradzę - darmo - jedną tajemnicę..jedną z podstawowych..

[i od razu wiedziałem, że źle napisałem – tajemnic bowiem nie 
powinno się zdradzać; tym bardziej swoich – to ostatnie jest
po prostu niezbyt mądre..]

pewien ogół wniosków tego typu czasami się pojawia jako hipotezy,
 ale rozwinięcie to już raczej nie bardzo 
(powód? - brak wystarczającego materiału i totalnie 
rozklekotana metoda; pycha rujnująca wartościowość ugólnień 
lub brak odwagi, niepozwalający na jej postawienie)

Służby A nie działają wprost, bo byłoby to gwałtem na 
niezależnym Innym 
(czyli narzuceniem swoje, choćby pomocnej, woli, innemu Podmiotowi).
W jaki sposób zatem mogą ingerować, przeszkadzając i niwecząc siły B?

Ano w taki sposób, że szkodliwe, oczywiście gwałcące 
(a i zawłaszczające, na mniejszym lub większym wyniszczeniu tym polega wszelka kradzież (ogólnie zawsze: energetyczna, aż do "wyssania" innego bytu w całości/eksterminacji - to "kradzież" w pełnym, najstraszliwszym wymierze - można rzec)
układy sił kierowane przez siły B - są w pewnym punkcie tak odkształcane, wprowadzany jest dodatkowy element itp., że w rezultacie, sytuacja zagrożonego podmiotu jest taka, że "może" wyjść mu to NA DOBRE.
 "Może" - pod dużym warunkiem - często - tego, że sam ten podmiot ma 
dobrą wolę..Niektórym też pomaga "zorientowania się" w tym, że coś
 nie spotyka go przypadkowo (miks dobrej woli z taką orientacją, 
intuicyjną lub wykształconą jakoś czasem zwie się wielkim szczęściem).

To tak najprościej pisząc..

(najkrócej można to ująć w haśle: z czyichś niecnych planów, złych zamiarów, robimy, często bolesny, ale finalnie mogący wyjść na dobre ofierze - dowcip).

Tak przedstawia się, najogólniej, ale dość często działanie sił Światła,
które można rozpoznać także po tym, że jeśli nam się już jakoś ujawnią,
to niczego absolutnie nie narzucają, nie krępują, nie grożą/straszą
czy przekupują..a delikatnie tylko pokazują konsekwencje, by poszerzyć
zakres naszej świadomości w danym zakresie: byśmy mogli wybrać przy udziale jak najpełniejszej WOLNEJ WOLI.

Dlatego też WIEDZA jest ważna, bardzo ważna (choć nie najważniejsza),
bo zwiększa zakres WOLNEGO WYBORU - a co za tym idzie niweluje oszustwa
i manipulacje.

 

Więc o czym ja pisałem nazbyt długimi zdaniami ostatnio i co niniejszym kontynuuję?
Po raz kolejny przywołałem to, że

CZYNIENIE DOBRA JEST NAGRODĄ SAMĄ W SOBIE.

Można to przyrównać do hasła, które w logo wytwórni Metro Goldwyn Mayer otacza ryczącego Lwa – Sama Sztuka jest Nagrodą Artystów..

I od tego, znowu, lecz nie powtarzając się niepotrzebnie, zaczniemy gdy c.d.n.
czyli już JUTRO.

Improwizacja (7-1-7) oraz Wolna Zemsta na Wrogu

Muszę przywołać siebie* do Porządku.

Siebie – tzn. moje Prawdziwe Ja.

[*tych małych „siebie” to nie mam co do porządku przywoływać –
nie posłuchają się, każde popędzi w inne strony i np. 
wejdą w świnie, a te skoczą do morza i potopią się, te małe
zwalczające się osobowości, z których każda chce czego innego
to nie ja – to coś, co mi narzucono, by moje „Ja” w tym pogubić,
– wiele ich, legion] 

Bo przecież – zapowiadałem – choćby w tych notkach:

tej,

tej

czy tej 

kontynuację i przedstawienie konkretnych kwestii – a –
już i „Na Nowy Rok” i teraz – nawet – odchodzę –
oddryfowuję od Tematu!

Ale to się nie powtórzy.
To jest ostatnia Improwizacja*.


*[a co później? Chcę zaplanowac każdą godzinę. 
Wykorzystać ją pożytecznie. Reagować przemyślanie.
Zasięgać rady tak Serca jak Rozumu zanim Uczynię!] 

A improwizacje są potrzebne, mają swoje miejsce!
Co się złego, niekorzystnego wydarzy,  – i z tego należy spróbować wyimprowizować jakiś pozytyw! – ubocznie, jakiś plusik spróbować
wyciągnąć.

Ale też pamiętam, jak pisał Ark:
„Działanie w improwizacji, impulsowe, natchnieniem
– bardzo się sprawdza!
Ale rzadko!
Na co dzień sprawdza się samodyscyplina!”

Z tym drugim u mnie bardzo źle. Ale – może i to – co
mnie ostatnio spotyka– a źle się dzieje w Państwie D(aku)-
nińskim – to i po to, by u mnie z tym, co źle – było lepiej?

Kolejne zastosowanie zasady Ruchu, Różnicy Potencjałów,
tego, że potrzeba czasem Negatywnego Impulsu by
wytworzyć Pozytywną Reakcję. Tak to jakoś bowiem jest,
że gdy się nam za dobrze wiedzie, gdy nic nie dolega,
gdy tyko życzliwość i przyjaźń i Sprawiedliwość w okół nas
– to jakby też NIC nas nie pcha do rozwoju, Zmiany – wpadamy
w stagnację, zastój, psujemy się, gnuśniejemy, tracimy WIGOR
– i ze światem nawet bywa podobnie.

Bo przecież, jak napisałem, 10 lat temu, w eksplikacji
do filmu „Alfa Omega”:

Stałość i zmiana.
 Metafora dotyczy przede wszystkim kwestii trwania i mijania, zmiany. Tęsknimy zarówno do niezmienności, zachowania tego co jest (trwaj chwilo), obawiamy się zmiany, równocześnie jednak odrzucamy zamarcie w skostnieniu, zatrzymaniu, zanik automatyzmów (namiętności), powtarzalność, nudę.
 Idea musi stawić czoła rzeczywistości, gdy świat realny zatrzymuje się, marzenie (urojenie) materializuje się siłą samego marzenia. Gdy czas staje, idea trwa wiecznie.
 A jednak ruch - to życie. Bezruch - to śmierć. Jeśli marzenie może mieć moc sprawczą, musi towarzyszyć mu wybór. Wiara, że stanie się coś, czego nie znamy, może sprawić, że zaufamy niewiadomej. Ubezpieczenie dotyczy zawsze zdarzenia przyszłego i niepewnego. Nadzieja na wieczną miłość leży w wierze i wyborze.

Dawno nie było u mnie piosenki, nie sądzicie?
No, może nie aż tak dawno..ale..
Ostatnio słuchałem trochę starego „One”.

I sam nie wiem, czy oryginał jest U2 (Bono) czy Casha.
Mi się ostatnio podoba Casha, Bono kiedyś,
a wersja Stipe’a z R.E.M. w ogóle.

Umówiłem się z pewnym pieśniarzem, bardzo wstępnie na razie,
ale zawsze, że, z jego gitarą i na dwa głosy zaśpiewamy „One”
na wiosnę.
Póki co – można go posłuchać jako barda i zobaczyć teledysk:

(…)

No, jak ktoś zobaczył cały teledysk Wyżej, to tę Ostatnią Improwizację
można (i wypada nawet) zacząć jakby od Początku (a środku niech będzie
Ungrund).

Ale Nowy Początek ma zawsze w sobie coś ze Starego Końca – inaczej
skąd by się Wziął? 🙂 – można powiedzieć – stosując się do tzw. zasady
logiki buddyjskiej…(per analogiam Wielki Wybuch – Oscylacja – Stworze”nia”)

***

Bądźcie Błogosławieni Nadwrażliwi!*

[*prof. Kazimierz Dąbrowski. Kto nie zna, to tym prędzej, a można nawet on-line, niech się zapozna, choćby z teorią „dezintegracji pozytywnej” – ale i dla ogólnej higieny psychicznej warto..]

Bądźcie Błogosławieni Którzy się Wstydzicie za Tych,
którzy Wstydu Nie Mają!

Zabawne, można mieć nawet taką empatię,
że można myśleć, iż się nie ma empatii.

Bądźcie Błogosławieni Którzy nie potraficie
Krzywdzić Innych z Premedytacją!

Albowiem tendencje się polaryzują.

Albowiem ludzie wybierają.

Albowiem teraz ludzie wybierają finalnie swój los.

I ci, którzy wybierają los tak tragiczny,
cierpi się za nich podwójnie.
Cierpi się za nich przedwcześnie.

"W blasku ranka, w nocy cieniach

Ktoś się rodzi dla cierpienia

W cieniach nocy, w dnia jasności

Ktoś się rodzi dla radości

Ktoś się rodzi dla radości

Ktoś się rodzi dla ciemności"

(W. Blake) 

Nie, nie ma żadnej pieprzonej predesytancji,
(szczególnie tej w wersji KALWIŃSKIEJ – o której –
jak brzmi dobry bunuelowski dowcip – nie wypada nawet
ludziom dobrze wychowanym zagadnąć przy obiedzie..),
jesteśmy wolni, ale im bardziej wybieramy Kłamstwo,
tym bardziej się od niego uzależniamy, im bardziej wchodzimy
w niewolę, tym mniej już mamy wolności, w tym sensie można
nawet wolność prawie do końca utracić…

{Ha, atakuje mnie 1000 dygresji, jak kiedyś, więc zamknę tego
diabła w butelce – i pozwolę sobie tylko w tym wpisie na improwizację.

I ta improwizacja – jest moją REAKCJĄ – jest moją zemstą,
jest moją Odpłatą, jest moją vendettą.

Można zresztą, kto chce, przeczytać mój - sprzed lat - ale
 jak gdyby czekał na tę okazję przygotowany..esej - dwucześciowy
 pt. "Perwersje Wolności".

Tutaj cz. I -  PERWERSJE WOLNOŚCI 
("Wolność jest perwersyjna - lubi ulegać swoim przeciwnikom...") 

A tutaj cz. II 

- przepraszam, wersje redakcyjne, możliwe usterki
i literówki, gdzieś w tej całej improwizacji zapodziały się pdf'y finalne 
po korekcie red.]

Kto lubi, może sobie posłuchać „Zemsty”, którą
obmyśla Ojciec – by pomścić zhańbioną córkę
(ale przemoc rodzi przemoc i Ojciec – który zhańbienie
na siebie nierozważnie zresztą wcześniej ściągnął,
i swej vendetty pożałuje – opłaci stratą największą
– śmiercią córki – aria Zemsty z Rigolett’a G. Verdiego:

Jeśli ktoś nie przepada za wyjcami operowymi to jest tez i wersja bardziej „swojska”

I już.
Lepiej posłuchać piosenki niż działać
nierozważnie, prawda?

Albo pomyśleć o tym, że jesteśmy Jednym, ale nie jesteśmy Tacy Sami
(„One”)

Is it getting better
Or do you feel the same
Will it make it easier on you
Now you got someone to blame

You say
One love
One life
When it’s one need
In the night
It’s one love
We get to share it
It leaves you baby
If you don’t care for it
Did I disappoint you?
Or leave a bad taste in your mouth?
You act like you never had love
And you want me to go without
Well it’s too late
Tonight
To drag the past out
Into the light
We’re one
But we’re not the same
We get to carry each other
Carry each other
One

Have you come here for forgiveness
Have you come to raise the dead
Have you come here to play Jesus
To the lepers in your head
Did I ask too much
More than a lot
You gave me nothing
Now it’s all I got
We’re one
But we’re not the same
We hurt each other
Then we do it again

You say
Love is a temple
Love a higher law
Love is a temple
Love the higher law
You ask me to enter
But then you make me crawl
And I can’t be holding on
To what you got
When all you got is hurt

One love
One blood
One life
You got to do what you should

One life
With each other

Sisters
Brothers

One life
But we’re not the same
We get to carry each other
Carry each other

One

Niech jednak też każdy znajdzie pociechę w tym, że „świat”
(i pisząc „świat” bynajmniej nie mam na myśli czegoś, co jest ‘naturalne’
czy też porządku jakiegoś ‘boskiego pochodzenia’) – że świat i jego słudzy,
jeśli z Nim– z Tobą – Ty, On, Ona, Ono, który, która, które to czytasz –
jeśli dają Ci się we znaki – znaczy to, żeś już nie tylko DonKichotem!
Bo na Don Kichotów wystarczą same wiatraki. Znajdź otuchę w tym,
że twoje działania zaczęły przynosić realne skutki, że wreszcie
odnalazłeś się w Rzeczywistości, prawdziwie złamałeś choć część Iluzji.
Że zaczynasz Czynić.

Że rozpocząłeś marsz ku Zwycięstwu.

Ale, cóż to byłby za Bóg – gdyby prowadziła do niego
tylko jedna Droga!
(jak odpowiedział raz chasydom Rabbi Jakow
Izzak Widzący z Lublina).

Jesteśmy Jednym, ale nie jesteśmy Tacy Sami!

Szanujmy się, Dbajmy o siebie!

Badźmy dla siebie Dobrzy,
wczuwajmy się w to co czynimy Drugim!

Bracia!
Siostry!

MD