Przeznaczenie (II)

A więc było to tak. A były to mniej więcej trzy dni. Tylko, że jeden dzień składał się jakby z trzech dni i trzech nocy.

Pierwszego dnia zostałem zapytany – czy mam już dosyć, tego, tutaj to, materialnego życia i ziemskich zmagań i chciałbym się od tego wyreklamować.
Pytanie, można powiedzieć: całkiem zasadne, szczególnie ostatnie lata bowiem były dla mnie dość ciężkie.

Ha, i kto nie powie, że jednak wola czy w ogóle chce się istnieć czy nie
i ta choćby ludzka wolność nie jest czasem szanowana?

Kiedyś, pewien prof. dr hab. inż, znany ze swoich trzeźwo-rozsądkowych
poglądów, potwórzył po raz kolejny swoją mantrę: że nie mamy żadnej
wolności, choćby dlatego, że nie możemy wolnie wybrać - czy chcemy
istnieć czy nie. 
Wpadłem na krótką odpowiedź, a repliki się nie doczekałem:
- Powyższe twierdzenie Prof. inż. jest wadliwe ze swej natury, 
gdyż tylko w Istnieniu można w ogóle mówić o jakiejkolwiek 
wolności, by rozpatrywać jakieś alternatywy przede wszystkim
trzeba jakoś "być". 
Nieistniejący nie może nawet o żadnej wolności pomarzyć..

Jest to tak trochę tak: siły, które nam życzą dobrze, szanują tę wolność –
aż do przesady, wręcz chciałoby się, żeby czasem coś konkretniej nakazały czy precyzyjniej objaśniły. I odwrotnie: nazbyt konkretne, często zresztą bardzo zachęcające perspektywy, służenie pomocą nawet nieproszoną, przedstawianie gotowych dla nas – najlepszych rozwiązań i recept, szczególnie gdy sami jesteśmy zagubieni i nie wiemy co robić: często znak to, że tak naprawdę siły, które tak grzecznie działają – wcale nam naprawdę dobrze nie życzą..

Gdy zadane mi zostało – wprost – to pytanie, doraźna sytuacja wyglądała
mniej więcej tak:

Akurat miałem rozgrzebany, w drugim pokoju, na komputerze, montaż filmu o Amy Winehouse. Film..no cóż, raczej mi nie wyszedł i raczej nie ma sensu go pokazywać [jak ktoś bardzo chce może zlecić podanie linka w komentarzu..].

W sumie chyba cały plan nie był najlepszy.
Niemniej, mając wtedy ten montaż rozgrzebany, a może musnąwszy myślą ważącą ważką odpowiedź na okamgnienie także inne, mniejsze i większe powody, udzieliłem, z tego co pamiętam, dość szybko, mimo całej poważnej tak egzystencjalnej wagi pytania  – odpowiedzi, nieśmiało, ale jednak dość pewnej,
z pewnym nawet, że tak powiem, zawstydzeniem:

- No..spoko..Nie jest tak źle..zostanę jeszcze tutaj. 
  Popracuję..dokończę. Może w końcu coś pożytecznego wyjdzie..”. 

Jak się wydaje, odpowiedź została przyjęta i więcej mnie już nie naciskano
w tym temacie. Ha, ciekawy jestem, gdybym inaczej wtedy zdecydował..
Czy – gdy pytający czyniłby raźno zadość mojej wyrażonej decyzji – bym się szybciutko przekręcił? Czy bym się jeszcze obudził? A może właśnie wtedy: bym się zbudził..?

Tak minął wieczór, dzień pierwszy snu.

Po nim zaś była noc pierwsza, i sny w snach,
których treść pozostawię dla siebie.

Następny dzień, a składał się jakby z trzech dni i trzech nocy, rozpoczął się pewien koszmar. Zostało mi mianowicie wmówione, że jestem Synem Bożym.
Gdy piszę „wmówione” mam na myśli: została mi jakby wszczepiona pewność, trudna do kwestionowania, że tak jest, jak wspomniałem. Gdy piszę zaś Synem Bożym, mam na myśli węższe rozumienie tego pojęcia, nie tyle, jako żeśmy wszyscy dziećmi, synami i córami Bożymi, ale – w rozumieniu szczególnym, wybranym, rzecz nawet by można – zgoła Jedynym. Takim to, nie przymierzając, Chrystusem (i , bynajmniej, nie tak, tym razem,  że wszyscy jesteśmy Chrystusami).

Ten sen, ten dzień, te trzy noce chciałbym w zasadzie w opisie pominąć.
Nie ma czego żałować, uwierzcie, był to jeden wielki koszmar. Dość powiedzieć, że przez ten cały dzień-sen, ten dzień trawający trzy dni i trzy noce, targała mną jedna z najkoszmarniejszych nerwic, jakie zaznałem (a trochę zaznałem).
Co 5 – 10 minut musiałem wstawać, chodziłem po pokoju, pokojach jak lew
w klatce i wypaliłem chyba 5 paczek papierosów (w jeden dzień,
choć trwający trzy noce).

No i byłem przekonany, że zaraz, coś, z lewa czy z prawa, mnie – dla Wyższego Celu oczywiście i pożytku, z logiką zaiste wysublimowną – ukatrupi.
Bo jakże inaczej na Syna Bożego przystało?

Wychodząc na ulice wydawało mi się, że każdy samochód chce mnie rozjechać – poza tym – generalnie – i maksymalnie – czułem się totalnie nie na swoim miejscu.

Na szczęście minęło.

Tak minął ten dzień i noc, trwający 3 dni i 3 noce.

I nastał dzień drugi, i noc druga. Wmówione mi zostało, na tej samej zasadzie co poprzednio, że jestem – nie synem Bożym, a Bogiem Ojcem, Bogiem – Stworzycielem Wszechświata, Wszechrzeczy i bytów, wszystkiego.
Nerwica na szczęście popuściła, o siebie też się jakoś specjalnie nie bałem,
ale.. co tu dużo mówić, załamałem się.
Zacząłem rozpaczać i obwiniać się, co ja takiego, tym Stworzeniem,
narobiłem.

Przypomniałem sobie od razu, a to fakt, czysta prawda – z dzieciństwa, że będąc kilkulatkiem i ogólnie: małym dzieckiem, a dysponując pewnymi środkami tj. dość dużym, jak dla dziecka i bardzo wysokim pokojem oraz dużą liczbą różnorodnych klocków, ludzików – drewnianych, metalowych a także plastikowych (tych gorszych, polskich, które to ledwo stały albo leżały, wszystko było bowiem w nich niedopasowane, jedna noga krótsza od drugiej itd.; i tych lepszych, głównie ludzików lego..) oraz dysponując pewną, wydaje mi się, nie najmniejszych rozmiarów, fantazją, budowałem wtedy namiętnie całe światy.

Nie tylko zresztą budowałem, także opisywałem, planowałem itd. – bardzo kompleksowo, można powiedzieć: we wszystkich aspektach życia. Tworzyłem – można powiedzieć uniwersum – coś, co nazywa się czasem tak, gdy pisarz w taki właśnie kompleksowy sposób lokuje swoich bohaterów i fikcyjną historię w dopracowanym co do wszystkich właściwości (historia, polityka, gospodarka, genealogia, język itd.) świecie.

Przy czym, dość często te światy kończyły się w dość spektakularny sposób.
Na apokalipsę miałem różne pomysły, ale wypróbowany i powtarzany był taki
(a to dla jego spektakularnego efektu), gdy całość konstrukcji, które wcześniej wzniosłem obwiązywałem nitkami (czy też raczej grubszym szpagatem) i końcówki tych nitek zabierałem ze sobą do łóżka. Dzięki temu, zwykle rano, a czasem nawet w nocy, mogłem spowodować, nagle szarpiąc za wszystkie nitki dość kompleksowe i widowiskowe hekatomby – budynki z klocków waliły się, windy zawieszone pod sufitem spadały, książki, które zwykle stanowiły poziome piętra wysokościowców z pożądanym hukiem i świstem, spadały jedna na drugą, grzebiąc wszystko co pod nimi, to jest oczywiście, wszelkie zamieszkujące moje światy życie, a więc, wspomniane ludziki: tak drewniane, jak metalowe i oczywiście, plastikowe, te polskie, które i tak ledwo stały, ale i te zagraniczne, głównie lego, które stały zwykłe całkiem dobrze a nawet w różnych pozach
i pozycjach (..)

Wtedy to właśnie wizje tych moich zabaw z dzieciństwa nader jednoznacznie stanęły mi w oczach i, ponieważ wmówione mi było i nic na to poradzić nie mogłem, że jestem Bogiem – Ojcem, Bogiem – Stworzycielem Wszystkiego, byłem bardzo zasmucony, niesamowicie zakłopotany i stropiony, wszystko to w przerwach pomiędzy tym, gdy byłem autentycznie przerażony. Tym, co ja takiego, tak nieodpowiedzialnie, dla dziecięcej zabawy, narobiłem. Ile potworzyłem, ile zniszczyłem, niewiele dbając jak, dlaczego, za co biją i czemu niszczą.

De facto, przy tych zabawach elementy świata, a nawet ludziki, raczej się niszczyły – ot, rozpadały się, ale nie gubiły nóg i nie odpadały im głowy, tudzież nie broczyły jakimś rodzajem posoki, po prostu wszystko – w tym dużym pokoju, na dywanie, po Apokalipsie nitek (czy innej, byłem dość pomysłowy..) tworzyło bezładną kupę, zwaloną na siebie, CHAOS.

Z tego to chaosu zwykle zresztą dość wygodnie – wygodniej niżbym wyciągał z jakiś pudełek czy innych miejsc, gdzie zwykle trzyma się zabawki, gdy się nimi nie bawi – budować od razu, wznosić z ruin – kolejny świat.

Oczywiście, choć to wspomnienie z dzieciństwa prześladowało mnie wtedy, jako bardzo znaczące i metaforyczne, nie tylko tym się trapiłem. Generalnie, jako Bóg – Stworzyciel Wszystkiego – nie chciałem się nawet bronić czy rozgrzeszać – przywoływaniem jakichś usprawiedliwień, zresztą prawdziwych, takich to: że ja nie wiedziałem, nie chciałem, nie miałem pojęcia, że to wszystko żyło i sobie – dla siebie – było, gdy to zbudowałem  – powołałem do życia – a później, ze zwykłej żądzy zabawy, dla jakiegoś efektu, niszczyłem i „uśmiercałem”.

Co tu więcej dodać? Jak Bóg Ojciec, Stworzyciel Wszystkiego, było mi bardzo przykro i bardzo żal mi było, nie znajdywałem jednak słów, którymi mógłbym przeprosić ani rodzaju wynagrodzenia, odszkodowania, które mógłbym, Moim Wszystkim Ofiarom, wypłacić.
Coś jakby, tak sobie pomyślałem, inaczej, niż Bóg Ojciec – Stworzyciel Biblijny – który przecież Hiobowi, całkiem udatnie odszkodowanie wypłacił.

I wszyscy byli zadowoleni. I Hiob. I Bóg.

***

Aby się jakoś uspokoić jeszcze tej samej nocy wybrałem się,
około 1 czy 2, a może była nawet 3, w nocy, na spacer po osiedlu.

Niedaleko mnie jest klasztor a jego spore podwórze zamyka
– sterowana elektronicznie brama.
Była – jak wspomniałem – głęboka noc i nikogo wokół.

 Szedłem zamyślony, ale nie mogłem nie zauważyć, że dokładnie gdy znalazłem się przed bramą – zadźwięczał elektroniczny sygnał i brama powoli zaczęła się otwierać. Przystanąłem zdziwiony (kto to o tej porze będzie wyjeżdżał? Bo wjeżdżającego nikogo nie widziałem..), a brama pozostała otwarta. Jednak nikt i nic nie chciało przez bramę wyjechać (ani nie zapowiadało się, że cokolwiek chce wjechać), cały klasztor, jak i okolica, spał.

Nie oddałem się jednak jakiejś specjalnej fascynacji tym faktem, tylko, dość rzeczowo – próbowałem, jako, że konsekwentnie wmówione mi było, że jestem Bogiem Ojcem – Stworzycielem – bramę zamknąć (otwarła się bowiem bez mojego zamiaru czy też „boskiego” polecenia, niejako honorowo..). Tak więc na różne sposoby próbowałem wydać polecenie, by się zamknęła. Ale nic z tego, nie udało się.

A więc, pomyślałem sobie, po tych nieudanych próbach: 

 - Chociaż nie jestem Wszechmocny!

I tak myśl, powiem wam, tej nocy, trochę dodała mi w tym wszystkim otuchy.

Tak minął dzień i noc, druga.

Nastał ranek i dzień trzeci, i już odsunięto ode mnie, na szczęście, świadomość, że jestem Bogiem – Ojcem – Stwórcą. Na szczęście, motyw z Synem nie powrócił.
Nie dano mi też jakiejś kolejnej, nowej świadomości – i tożsamości.
Raczej wyczekiwano.  Ja natomiast czułem się jakoś pobudzony do zastanawiania się.
W pewnym sensie: kim jestem, ale wtedy akurat bardziej: co chciałbym robić, czym się konkretnie zająć? Jaki cel mieć – powiedzmy nawet: najważniejszy w życiu.

I – długo to nie trwało, bo pamiętam, że mogło być około południa.
I wtedy pomyślałem sobie, a wypływało to nie tylko z chwili czy jakiegoś nowego oświecenia, ale raczej z wielu zaszłości, doświadczeń, ale także i obaw i niepowodzeń. Pomyślałem sobie wtedy tak:

 - Widać nie jestem stworzony do jakichś zbyt wielkich ról.

A następnie pomyślałem i udzieliłem, Temu, kto najwyraźniej oczekiwał na tę odpowiedź, czy nawet zgodę:

-  W sumie to ja chciałbym to „tylko” opisać. Jak to było i jest. Ale tak Naprawdę.

I, jak się wydaje, poczułem się wtedy bardziej na swoim miejscu i wydaje mi się, że ten, kto tej deklaracji oczekiwał, ją przyjął.

 

Było to latem 2016 r.

Następnie zaś m.in. założyłem stronę cassiopaea.pl
(którą wnet znacząco zmienię, a dlaczego – uzasadnię), a niedługo
później ten oto blog.

***

Mohammad H Tamdgidi pisze w prologu do swojej cennej książki
m.in. tak:

„Three days into the meditation retreat, I not only experienced a state of mind, concentration, and attention I did not consider possible before (..)” Gurdjieff and Hypnosis, Prolog, s. XXI

I ja, w tym Wszystkim, miałem podobnie, choć nie było to związane z jakimś odosobnieniem na medytację. Pisząc: miałem podobnie – mam na myśli, że byłem w sposób tak niezwykły (czego chyba nie doświadczyłem nigdy wcześniej w życiu, tak samo jak powyżej wspomniany Autor) skoncentrowany, uważny
i wnikliwy, że i to, samo w sobie, trąciło to o szaleństwo. Wszystko dla mnie coś oznaczało, wszystko się ze sobą łączyło, wszystko zawierało pewne głębsze sensy – i choć pewną umiejętność dostrzegania takich związków miałem i wcześniej,
jej skala ilościowa w tamtych chwilach przeskoczyła dialektycznie w jakość
i, nie waham się powiedzieć, niejako odmieniła tymczasowo zwykłą, dostępną
ludzkiej egzystencji percepcję (a co za tym, także, częściowo, świadomość).

I tak, w pewnej mierze, pozostało, choć udało mi się, dzięki Bogu, nie zwariować!

Ona jest M. – Vulnerable (przekaz w piosenkach Roxette – cz. 3)

Rabbi  Bunam, uczeń Jakuba Izaaka z Przysuchy
(mimo tego, że był od tego drugiego starszy, o ile pamiętam..
skąd zaś pamiętam? Z „Goga i Magoga” Martina Bubera)
miał kiedyś zamiar napisać książkę o wszystkim, co związane jest
z człowiekiem i nadać jej tytuł „Adam”.
Po namyśle jednak odstąpił od tego zamiaru..
Zaprawdę mądry był rabbi Bunam!

Z innej beczki literackiej - czasami "Finnegans Wake" Joyca określa się próbą zawarcia dorobku cywilizacji w jednym dziele. Czy udaną, nie wiem..
Na pewno trzeba być perfekcyjnie anglosaskim 
(pardon James! - irlandzkim!) nie tylko językowo ale i zanurzonym w subtelności kulturowe, by móc to odpowiedzialniej określić..

Dzisiaj 3 część cyklu o przekazie niektórych piosenek Roxette..
Część specjalna, gdyż zajmę się utworem, który prowokuje do napisania o..: Wszystkim. A to chyba nigdy nie jest możliwe.

Właściwy dobór – tak jak właściwe ograniczenie – czy właściwe abstrahowanie, nawet, gdyby trzeba było rezygnować z dużej części tego,
co jest równe Istotne, jest dolą nazywającego rozumu..
na to jesteśmy skazani.
I to także powoduje to panujące tutaj rozumowe złudzenie – iluzję,
że wszyscy jesteśmy wzajemnie odseparowani – tak od siebie,
jak od reszty Świata. To sprawa konstrukcji i form poznania możliwych dla ograniczonego na tym etapie umysłu; ba, właściwe abstrahowanie, czasem jest kluczowe dla fundacji np. nauk ścisłych. Humaniści miewają z tym problem
i to wcale nie jest dobrze..

Kiedyś, ciekawostka, próbowałem, nawet w dość krótkiej formie
 zawrzeć Połowę wszystkiego (np. tutaj http://12.koprodukcje.pl
- a nawet wszystko 
 (http://alfaomega.koprodukcje.pl

 

Jednak starzenie się przesuwa ciężar z ciekawostek na pożyteczność.

Tymczasem znów się z tym wpisem opóźniłem.
Na początku, mimo, że nie wyczerpując wszystkiego, chciałem
napisać zarówno o aspekcie Uniwersalnym jak i Indywidualnym,
jeden i drugi zresztą siłą rzeczy zanurzone w osobistych doświadczeniach, przeżyciach i intuicjach. Następnego dnia chciałem opracować tylko wybrane kwestie z aspektu uniwersalnego, osobisty zostawiając na inne teksty, inny czas, może nawet nie w tym roku – związane byłoby to także z tym, co jeszcze się nie dookreśliło finalnie oraz z większymi całościami (książkami),
które przygotowuję.Wczoraj chciałem zaś napisać to jeszcze inaczej.
Dziś w końcu zaś zamieszczam – a będzie to głównie poruszenie wybranych spraw o bardziej uniwersalnym charakterze, choć –  pozwolę sobie na wątek osobisty. Zrobię tak także dlatego, że: 

Dziś, a nie jest to częste, miałem kontakt z M.
Jeśli chodzi o kontakt między nami – to jest on i był zawsze – bardzo utrudniony. Nie tylko wiadomości nie dochodziły, spoźniały się czasem
niewytłumaczalnie o 2 lata..
Tak było np. z serią sms-ów wysłanych 7 lat temu, które doszły
z 2-letnim opóźnieniem, gdy byłem w szpitalu..
Waga ich była znaczna – być może do pewnych dramatycznych wydarzeń
w ogóle by nie doszło – albo doszło do znacznie łagodniejszych, gdybym otrzymał te wiadomości w normalnym terminie. Ale zdarzały się rzeczy jeszcze ciekawsze: np. wiadomość odczytana pewnego dnia, gdy sprawdzałem ją kilka dni później – miała inną treść. I to także wpłynęło negatywnie, głównie emocjonalnie.
Ale teraz już nie daję się nabierać. I M także,
choć ostatnio dziwiła się jeszcze, dlaczego nie może do mnie NIC przesłać.
 

To jest, najkrócej mówiąc, tak, jak ostrzega i Gurdżijew i Murawiew: ewolucja duchowa Człowieka jest przeciwna pewnym Prawom Naturalnym [choć
nie wykluczam, że w sprawę zaangażowane były też mniej „naturalne”
czynniki] 
 Choć nie jest przeciwna Boskiemu planu – w zasadzie odwrotnie:
człowieka Upadek był temu, w pewnym sensie, przeciwny ..- to trzeba byłoby szerzej wytłumaczyć – i zrobię to, ale nie teraz i tutaj
.
Dlatego „Świat”, mówiąc ogólnie, im bardziej ktoś wymyka się spod rządów
i kontroli Prawa Ogólnego (General Law) i – stara się przedostać –  pod rządy Prawa Wyjątku  (Law of Exception) tym bardziej reaguje (kontr-atakuje) na różne sposoby, by temu zapobiec, to utrudnić..
Pozytywna ewolucja ma szansę zasadniczo tylko dzięki odpowiedniej postawie człowieka, i oczywiście – wykształceniu odpowiedniej świadomości rzeczy.
Bardzo ważne są warunki początkowe – albo ujmując to ciut inaczej, 
i słuszniej, skala zdegenerowania osobowości, na której bazując musimy
zaczynać nasze próby..
Postęp jest możliwy głównie dzięki wytężonej woli i świadomym, konsekwentnym trudom, nie należy jednak nie doceniać tego, jak wiele
więcej może przyjść nam z pomocą: przez Serce, a nie rozum. Bywają mniejsze lub większe wyjątki, ale liczyć na nie nie należy; czasami pomaga człowiekowi znacznie.. synchroniczność i tzw. „Przypadek”.

Tyle na ten temat – wątek osobisty zabrzmi jeszcze –
choć nie wybrzmi – na końcu. 
Będzie to, jak zaznaczyłem, znacząco inny wpis niż dwa poprzednie odcinki
cz. 1 i cz. 2 dotyczące przekazu ezoterycznego w utworach zespołu Roxette,
nie podaję linków, gdyż znajdują się na tym blogu bezpośrednio przed tym 
wpisem.
Tutaj też mamy do czynienia z piosenką i też Roxette, ale jej wymowa i znaczenie przekracza znacznie ramy tego mini-cyklu. Dlatego jeszcze raz wyjaśnię,
że pewne treści, które mógłbym opatrzyć interpretacją, zostawiam na kiedyś. Zapewne wtedy będę mógł to zrobić nawet lepiej i pożyteczniej,
dlatego nie ma czego żałować.

Zastanawiałem się przez te dni opóźnienia – czy opatrywać tekst utworu,
niosący znaczenie o wręcz kapitalnym znaczeniu dla KAŻDEGO – choć nie każdemu piosenka może przypaść do gustu w sensie estetycznym – konkretnym komentarzem, interpretacją. I tak jednak nie uczynię. Albowiem tekst jest
– jak zwykle bywa z piosenkami, tym bardziej Roxette, stosunkowo prosty.

Nie dodając do niego moich interpretacji ryzykuję, że pewne, kluczowe znaczenie, może zostać jakoś przegapione (Ale zaryzykuję – bo wiem też, że do znaczeń w tej, skromnej, piosence, będę wracał nie raz i na różne sposoby).

Tak, niestety bywa często, że przeoczymy Najważniejsze sprawy. 
Nie dlatego, że ludzie są generalnie głupi czy złej woli, ale raczej dlatego, że są nieuważni, strudzeni, znudzeni; że nie mają oczu i uszu na to,
co akurat – nawet w ich najlepiej rozumianym interesie – w całym Życiu
– warto zobaczyć i warto usłyszeć. Trudno im się jednak bardzo dziwić, dlatego, że otaczają nas zewsząd kakofonia informacyjna; różne słowa, zdania, pojęcia, wielkie i małe – wielkie rozmieniane na drobne i małe wywyższane jakby były naprawdę coś warte.. 
W tej ciżbie nadużywanego języka łatwo popaść w otępienie i przegapić to,
co ważne, a jeszcze trudniej temu uwierzyć. To wina nas samych, bowiem dopuściliśmy do tak wielkiego zamętu, inflacji znaczeń i prostytucji nawet Najświętszych pojęć. O roli języka i jego inflacji także niemało
i z naciskiem pisał G. Gurdżijew. 

 I choć teraz jest wyjątkowe ŹLE, to trudno przyjąć, że kiedyś, nawet bardzo dawno temu, było znacząco lepiej. Ludzki język i komunikacja, w tym wszechobecne KŁAMSTWO i PÓŁPRAWDY, ma po prostu taką inflacyjną naturę. Tym bardziej i tym gorzej w dobie obecnej, gdzie więcej jest Pisarzy niż Czytelników, i tak wielu wydaje się, że są powołani do przekazu Istotnych treści czy oświecania, oceniania lub nauczania Innych.
Ale ta epoka, dzień dzisiejszy to także czas, czas zapowiadany, era Ducha, w której wszystko, co było dotąd zakryte, musi zostać ujawnione.
I tak będzie – tak już się dzieje!
A to, co staram się robić – choć czasem może tak zabrzmieć – za co przepraszam, bo wtedy zawsze jest błędne – jest jak najdalsze od oceny, od pouczania czy oświecania na siłę.

Jednak – aby czegoś nie stracić – NALEŻY SIĘ TYM DZIELIĆ!

I tym, a nie pouczaniem ani narzucaniem swych ocen, jestem motywowany.
Przede wszystkim zaś święta jest wolna wola każdego, i jak najdalszy jestem, by dzielić się CZYMKOLWIEK  z Kimokolwiek, kto sam nic ode mnie nie chce!

Kto chce – niech korzysta, ale też nie wierzy w nic – bez osobistego sprawdzenia. Wszystko można i należy weryfikować, a to, że tylu ludzi myśli (wierzy), że ewidentne kłamstwa i bzdury – tylko dlatego, że nadane w telewizji, wydrukowane, czy podane przez taki czy inny „autorytet” – odpowiadają Prawdzie – dowodzi nie tylko starań, by ludzi zmanipulować, ale także, jak łatwo to osiągnąć, większość z nas woli bowiem wierzyć niż myśleć samodzielnie. A jeśli nawet myślenie tak bardzo danej osoby nie boli, to wtedy bywa, że nie weryfikuje czegoś i przyjmuje „na wiarę” z czystego lenistwa (jak w moim przypadku często bywało; z czym staram się walczyć).

Przypomnę jednak, co napisałem tutaj w zeszłym roku, bo to niesłychanie istotne.
(w bardzo ważnych wpisach – tym pt. „Cele (w ciele) II  
oraz tym pt. „Cele pracy ezoterycznej„) 

Pisałem tam coś, co jest bardzo ważne, także dlatego, żeby Czytelnik
wiedział, że nic mu się tutaj nie narzuca – wręcz odwrotnie – próbuje
raczej wspomóc w wolnym wyborze.
Tak bowiem jest, że im większa WIEDZA tym większy zakres wolnego wyboru.
Jeśli zostaliśmy okłamani i zmanipulowani – nasza wolność może wręcz
skurczyć się do rozmiarów celi więziennej!

Tak to napisałem, a udało mi się, myślę, dobrze i nawet jasno,
napisać: 

Mieć cel, to ważna sprawa.

Odkryć dla siebie swój fundamentalny, życiowy cel – KAŻDY
 – SAM DLA SIEBIE – i się go trzymać – sprawa jeszcze ważniejsza!

Ilu z nas żyje właściwie, pomijając drobne życiowe zabiegania
 – BEZCELOWO?

Czy aby tak należy podchodzić do życia, które tutaj, w ciele,
 na Ziemi, wiedziemy?

Mi się wydaje, że tak teoretyczne (w swoich poglądach, odczuciach)
 jak praktycznie prowadzenie życia bezcelowego nie jest ani mądre
 ani godne, ani nawet (sic!) popłatne. Jest tutaj, na marginesie cały
 problem SENSUrozczarowań, doświadczeń, temat depresji,
 temat NIHILIZMU wreszcie.
 O wszystkich tych, tak ważnych w naszym życiu, że czasem je najsilniej definiujących (lub..negujących) sprawach, napiszę. Napiszę już wkrótce!

Ja, piszący to, nie chcę Wam nic dawać zupełnie gotowego.
 Bo w tej materii, do której zmierzam: tak nie można. Tak się nie uda.
 Kto nam narzuca sztywne cele – czy aby jest przyjacielem
 naszej Wolnej Woli? Czy aby jest tą Stroną, która Nam życzy dobrze?
 Warto to przemyśleć..


Z celami, czy wszystkim innym, przez jakichś innych nam
 wyznaczonymi, narzuconymi, czy nawet tylko podsuniętymi
 czy doradzonymi – nie wiedze się zbyt dobrze. Bo i słusznie
 – dlaczego przekonywać nas miałby i prawdziwe motywować cel,
 który nie od nas samych – w całym tego słowa znaczeniu – pochodzi?

Najlepiej, by każdy sam dla siebie – coś – do budowania własnym życiem
 i staraniami – odnalazł zupełnie samodzielnie.

Bo, powtórzę, za sobą sprzed kilku dni, tak mi się to podoba : ) :

Dobrze byłoby (jednak) zasygnalizować Cel,

 tak by Inni mogli się (..) zorientować co do niego. Co do CELU.

 No i co do mnie.

 A na końcu, finalnie, tak byłoby najlepiej i to byłoby

 jak najbardziej Celowe: by się Inni mogli zorientować też co do Siebie,

 co do swoich Celów. Celów swoich Wnętrz. Celów ich prawdziwych „Ja”.

Każdy bowiem jest różny!
 Każdy ma do rozmnożenia talenty! – choć nie każdy ma je
 w tej samej walucie i tak samo łatwo wymienialne.
 Każdy jednak może je zamienić, zmienić a może nawet Transmutować
 w Wartości. Najlepiej te nieprzemijające.

O moich celach – konkretnie i na przykładach – będę pisał już w tym miesiącu.
Przygotowywałem to od pół roku.
Nie wszystko można ująć w słowa – nie wszystko można napisać.
Ale – między innymi – moim celem jest opisać, najjaśniej i najprecyzyjniej,
to, co do tej pory nie udawało się tak opisać. Zadanie to nadzwyczaj trudne.
Dlatego mam też i inne, ale wszystkie się ze sobą wiążą..

Choć późniejsze niż styczniowe wpisy tutaj rzadko oceniam jako udane – na tyle dobre na ile wydawały mi się te powstałe bardziej improwizacją – to, nie mam wyboru, i muszę dokładać tutaj cegiełek systematycznie, nie tylko gdy pisze się gładko i natchnieniem chwili. Zauważyłem jednak, że pewne sprawy, także właśnie języka, mogę poprawić, nawet gdy piszę z ducha dyscypliny a nie czystej inspiracji. Choćby to, co ostatnio bardzo się pogorszyło: budowałem za długie, zbyt złożone zdania. To trzeba poprawić czym prędzej. Bowiem nie zawsze mierzymy się tutaj z bardzo łatwymi tematami do naturalnego pojęcia i tym bardziej nie należy rzeczy stosunkowo wymagających utrudniać jeszcze niepotrzebną komplikacją języka. Moja wina i – proszę mi nawrzucać – gdy znów się zapomnę i tej b. ważnej kwestii nie dopilnuję – miałem zawsze tendencję do nazbyt długich konstrukcji myślowych, a także do nazbyt wielu dygresji.
To, co leży u tych tendencji podstaw, jest cenne i może być z wielkim pożytkiem wykorzystane: jeśli ktoś bez wysiłku dostrzega wielość w jedności i jedność
w wielości – tak materii jak ducha
– daje to niezwykłe możliwości.
Jednak nie można – nie podejmując już odpowiedniego wysiłku uporządkowania, scalenia i zformalizowania – w ten sam sposób próbować przekazać sprawy innym – słuchającym, czytelnikom – choćby pełnym i dobrej woli i obdarzonych największymi zaletami umysłu, bo obowiązek dbania o klarowność przekazu spoczywa zawsze na tym, który go przekazuje. Tak jak w trenerskim aforyzmie: za podanie odpowiada zawsze podający.
Przepraszam, postaram się poprawiać i poprawić.

***

A teraz już bezpośrednio o „Vulnerable”.

Nie będę podawał swoich interpretacji tekstu piosenki.
Zrobię co innego – przetłumaczę ten tekst na nasz język – niedoskonale,
tak, jak z jednej strony pozwala mi znajomość obu języków, która oczywiście ogranicza, z drugiej strony jednak tak, by spróbować w tłumaczeniu podkreślić
i uwydatnić to, co, jednocześnie i Proste, i Wielkie, i Prawdziwe – jest w tym tekście zawarte.

Najpierw zamieszczam tekst oryginalny:

Vulnerable

Everywhere I look I see her smile
Her absent minded eyes
And she has kept me wondering for so long
How this thing could go wrong

It seems to me that we are both the same
Playing the same game
But as darkness falls
This true love falls apart
Into a riddle of her heart

She’s so vulnerable
Like china in my hands
She’s so vulnerable
And I don’t understand

I could never hurt the one I love
She’s all I’ve got
But she’s so vulnerable
Oh so vulnerable

Days like these no one should be alone
No heart should hide away
Her touch is gently conquering my mind
There’s nothing words can say

She’s coloured all the secrets of my soul
I’ve whispered all my dreams
But just as nighttime falls
This vision falls apart
Into a riddle of her heart, yeah

She’s so vulnerable
Like china in my hand
She’s so vulnerable
And I don’t understand
I could never hurt the one I love
She’s all I’ve got
But she’s so vulnerable
Oh so vulnerable, yeah

Don’t hide your eyes…

 

Ponieważ oryginał jest częściowo rymowany i ja nadam polskiemu
tłumaczeniu pewne rymy. Raczej wewnętrzne i łamane niż aa/bb
i podobne, jak w oryginale, w jęz. polskim brzmiałyby bowiem zbyt częstochowsko i ujmowały powagi całości. To także wpłynie na to,
że nie jest to tłumaczenie dosłowne, ale – na tyle na ile potrafię
– jest to tłumaczenie Wierne. Na pewno wierne – samemu sobie.

Tytuł dosłownie oznacza: Wrażliwy/wrażliwa/czuły/czuła itp. 

Tytuł ten tłumaczę jednak bardzo niedosłownie,
 jako: Ona jest Miłością

Wszechświat śmieje się do mnie jej ustami
Patrzy oczyma słońca i księżyca
Przebyłem podróż życia zanim ją poznałem
[W najtrudniejszych chwilach, jednak]
Podejrzewając, że nic nie może się nie udać

Już wiem, że tak naprawdę jesteśmy Całością
Jesteśmy tacy sami; oboje gramy w jedną grę
Choć niegdyś, gdy nadchodził mrok
ta pewność pogrążała się w zagadce naszych serc

Ona jest Miłością
Czułą porcelaną w moich rękach

Nie mógłbym chcieć jej skrzywdzić
Prędzej zraniłbym siebie niż Ją
Wiedziałem, że jest wszystkim co mam
gdy nie sądziłem jeszcze, że jest samym mną.

..

Ten dzień jest wieczny i nikt nie jest w nim sam
Serca nie bawią się już w chowanego
Ich dotyk mówi nam więcej niż wszelki rozum
Niewypowiadalnego

***

Teraz zaś przejdę do teledysku do tej piosenki – który, moze bardziej nawet niż którykolwiek inny, tak bogaty jest w mniej lub bardziej ukryte znaczenia.
Poniżej dotknę tylko niektórych, wybranych symboli, scen i znaczeń – skupijąc się na bardziej uniwersalnej niż indywidualno – osobistej ich wymowie. Tak będzie, jak sądzę tutaj lepiej – aspekt osobisty każdy, kto będzie chciał – najlepiej, aby zaczerpnął – tak z tekstu, jak z towarzyszących mu obrazów – samodzielnie.
Komentarze postaram się uczynić jak najkrótszymi i najtreściwszymi.

[analizę i stopklatki z teledysku dodałem kilka godz. tj. ok. godz. 20 
po publikacji] 

Wybrane sceny omawiam i wstawiam odnośne kadry w kolejności
chronologicznej – od początku teledysku do końca. 

Żyrandol w neobarokowym (?) pałacyku, w którym kręcono zdjęcia wnętrz
do teledysku. Narzuca się symbolika orbitalno – kosmiczno -atomiczna.
Zgodnie ze znaną poradą:

- Kto rozumie, ten oblicza.

policzyłem i wyszło mi 2 razy po 8 – 8 czarnych i osiem czerwonych.
Tutaj mi narzuca się interpretacja indywidualna tj. osobista, 
gdyż ja po prostu jestem 8.8. 
Wydaje się (taka wsobna uwaga), że muszę tu uzupełnić do Trójni do
harmonii i balansu. Stąd pewne specjalne znaczenie ma też zestawienie 8
z inną liczbą..Ale to jest indywidualne, więc nie będę tego poszerzał.
Ciekawostka od kota – dla kotów: 8-mki oczywiście są związane z Lwami..
(vide astrologia, tarot, ale nie tylko..)

Zaś uniwersalniej: warto sobie sprawdzić (leksykony, itp. – 
doradzam bardziej niż strony internetowe, na których czasem
pisze wszystko, tylko nie to, co sensowne..) symbolikę ósemki oczywiście.
Ode mnie: 8 stojące jako cyferka normalnie – w pionie to także 
lemniskata. 
8 leżące – to oczywiście: nieskończoność

W ogóle ten pałacyk i jego wnętrza sa ciekawe – może ktoś
coś ciekawego sam wypatrzy : – ). 
Mi korytarze przypominają pewne miejsce, pałacyk niedaleko Tuluzy. 

W początkowych scenach teledysku jest też pokazany:

– kot (kotka) 

Tutaj też przeważa moja indyuwidualno – osobista odnośnia.
Ale warto też poszperać na temat różnych znaczeń związanych z kotami – 
niewykluczone, że także zagorzali Kociarze (Kociarki) mogą dowiedzieć
się czegoś jeszcze nieznanego..

-Per, który użycza swój wokal (Marie tylko podśpiewuje – nuci) w tej piosence
pisze w kilku scenach na maszynie.

W sumie jest to całkiem humorystycznie pokazana historyjka..
 Jak wiadomo, wokalista śpiewa, jak bardzo wrażliwa jest Ona - 
 tak wrażliwa, delikatna, krucha - jak chińska porcelana..

Sceny teledysku pokazują dosłownie, że śpiewający Mężczyzna
 boi się, że cokolwiek by napisał - nawet zupełnie niewinnego czy - przecież 
 - pięknego czy jednoznacznie pozytywnego - do Niej - Tak Wrażliwej - 
 to może sie okazać, że jakoś ją to dotknie, że wywoła nieprzewidzianą
 reakcję, niechcący jakoś jednak zrani - cokolwiek by nie chciał jej 
 przekazać, powiedzieć, napisać - jest tak Wrażliwa - że obawia się
 ..
 Dlatego w końcu znajduje rozwiązanie komiczne, ale też ciepłe..
 Jeśli obejrzymy dokładnie teledysk, zobaczymy, co Mężczyzna w końcu
 zdecyduje się napisać do Niej, Tak Wrażliwej..
 Ja tego tutaj nie mam potrzeby zdradzać i nikogo wyręczać ..;- ) 

Z maszyną i pisaniem są też związane inne znaczenia.
Można poszukać, także intuicyjnie.
Ja wskażę na dosłowność: maszyna to zapewne produkt 
firmy – lub nazwa modelu, którą widać na korpusie: FACIT. 

Facit – znaczy CZYNIĆ.
Nie myśleć, nie teoretyzować, ale robić jakieś konkretne rzeczy.
Bo rzeczy same się nie robią.

Dawno już temu, chyba 10 lat temu, gdy poznałem – na odległość
Arka i jego pisanie – tutaj link (https://www.salon24.pl/u/arkadiusz-jadczyk/)
– a było to jesienią 2008 r., gdy wróciłem z Australii, 
 
założyłem też swój mały blog na salonie24 i napisałem tam,
trochę w duchu ironicznym i melancholicznym o czymś
związanym z ‚facit‚ –
ironicznie ciut, bo i ku  temu się wówczas skłaniałem
(bardziej umysłowo oczywiście
niż uczuciowo; kolejny rodzaj samo-ochrony.
Taki np. cynizm zresztą – to 
ochrona silniejsza, ale i zgubniejsza

Wspomniałem mianowicie jedno zdanie z nie tak znanej, a szkoda
(śmiechu warte, że tak piszę, sam jej bowiem wcale nie skończyłem..)
powieści Tomasza Manna – „Doktor Faustus„. 
Powieść ta, najkrócej mówiąc, poza narracją społeczną – obejmującą
pewne analizy zmian społecznych i państwowych, oczywiście u Manna
związanych z Niemcami i faszyzmem, opisuje kontrakt pewnego
kompozytora (muzyka) z Diabłem..
Zdanie to, zagubione i całkiem przypadkiem wyłowione zapamiętałem jako:

Dominus  Dicis et non facis 

Pada to tam bez szerszych – czy też nawet żadnych wyjaśnień, 
że nawiązuje do Diabła/Szatana itd. – wynika z kontekstu.

Co zaś to znaczy? To:
Ten (pan), który MÓWI A NIE CZYNI. 

W teledysku jest też mnóstwo nawiązań – zupełnie wprost,
lub trochę pośrednio do np. Złotego Podziału, pewnych matematycznej
natury zasad budowy kosmosu, symboli związanych
z tzw. świętą geometrią (nie lubię tego określenia).

Więcej na ten temat pisać raczej nie muszę –  Internet zalany jest wręcz
różnymi stronami z tym związanymi – czasem bardzo ładnymi – rzadziej mądrymi – a jeszcze rzadziej mającymi coś wspólnego z Rzeczywistością.
Sam się na tym zresztą nieszczególnie znam.
Jak zwykle – jeśli będę coś wiedział (i sobie w tej materii trochę ufał),
na wszelkie pytania, sugestie itp. z wdzięcznością odpowiem (choćby
wymijająco, z braku laku..) w Komentarzach, które Każdy może
zamieścić pod każdą z notek na tym blogu (nie trzeba się logować – 
wystarczy podanie – można i fałszywego – pseudo). 

Trochę związany z tą ‚geometrią’ ale niosący też szersze 
znaczenia, a dla mnie oczywiście także indywidualnie – przypominający
o czymś – jest także obecny w teledysku, na różne sposoby, Słonecznik..

Na koniec jeszcze 3 widoki nucącej wokalistki Roxette – Marie – 
przy witrażach w pałacyku. 

I tutaj trochę to we mnie pozostawia ambiwalentne wrażenia. 
Dlaczego? Dlatego, że symbolika oczywiście nawiązuje do RÓŻOKRZYŻA
A ze mną to jest tak, że szkołom rozwoju duchowego, ezoterycznym, 
magicznym, i wszelkim temu podobnym, to generalnie nie ufam.
Nie wolno tutaj bazować jedynie na teoretycznej wiedzy czy intuicji.
Ponieważ szkoły takie, stowarzyszenia i tym podobne (czy nazwać
je religiami czy sektami – to tylko etykietki) mogą także WYRZĄDZIĆ
WIELKIE SZKODY nieprzygotowanej, wrażliwej jednostce (a największe
wyrządziły i wyrządzają największe uznane religie, niestety) – to trzeba
być z tym bardzo ostrożnym. 
Dlatego i więcej na ten temat nie napiszę ani złego ani dobrego:
nie znaczy to wszystko, ż nie podoba mi się Różokrzyż, różne jego odłamy (na pewno szwedzki
– w ogóle skandynawskie – są dość prężne vide H.) ani też nie znaczy,
że mi się podoba!
Nie znaczy to też, że pisząc: nie ufam – nie ufam, mając do tego podstawy.
Wychodzę z innego założenia: dopóki osobiście, wszechstronnie
i wieloaspektowo nie poznam – tak co do teorii i przekazu ale przede
wszystkim jeśli chodzi o praktykę czy też OWOCE, jakie dana
szkoła – działaność i szerzona wiedza – przynosi;
jak 
oddziaływuje na ludzi, czy czyni więcej zła, czy zdecydowanie rodzi 
tylko dobre owoce – dotąd nie mogę mówić ani o zaufaniu ani o 
pozytywnej ocenie, ani takiego czegoś nikomu jako pożyteczne,
polecać nie będę. 
Dlatego mój stosunek i brak zaufania wynika nie z niechęci
czy złych doświadzeń – ale raczej z niewiedzy i po prostu braku doświadczeń.
To jest o wiele ważniejsze, by wstrzymać się od oceny niż np. wnioski,
płynące choćby z tego, że – być może – początki Różokrzyża vide
Christian Rosenkreutz (ale nie zawsze są te kwestie w ogóle istotne
dla obecnych stowarzyszeń odwołujących się do symboliki Krzyża i Róży –
która też jest bardzo różnie tłumaczona, i czasem zgoła odmiennie..
łącznie z odwołaniem do egipskiego miasta..)
związane są z Mistyfikacją/Oszustwem/Fałszerstwem.
Oczywiście – pewne rzeczy można przekazać tylko metaforycznie,
symbolicznie, w pewnej zawoalowanej formie.
Ale mistyfikacje, wg mnie – nie są już niezbędne.. 
Ta kwestia jednak nie jest na pewno decydująca a nawet ważna.
Ale jakiś znak to jest..
Jeszcze jedna kwestia..
Różnie się do tego podchodzi – czasem mawia – że robienie z czegoś tajemnicy
czy ukrywanie pewnych kwestii, pod różnymi nazwami (wtajemniczenia, 
dojrzenia do „wyższych arkanów wiedzy”, koniecznością testów osoby itp.) 
jest konieczne, nawet dobre, czy co najmniej: nie jest złe, szkodliwe.

Ark jednak mawiał, że jeśli coś jest ukrywane, z czegoś robi się
tajemnicę, to najpewniej głównie dlatego,
że jakby przyjrzeć się temu dokładnie, to ŚMIERDZI.

I, znając pewne realia, a niektórych się domyślajac, polecam
jednak mieć to na uwadze, ostrożne oczywiście – by nikogo oczywiście niezasłużenie nie skrzywdzić nazbyt złym przed-sądem (uprzedzeniem) 

EPILOG

Per – na tym teledysku jest oczywiście młodszy niż obecnie.
Ale na szczęście nie nosi już tego strasznego „długowłosego jeża” na głowie,
z czasów początków Roxette.
Jak już pisałem, Per i Maria zastarzeli się raczej sympatycznie.
Ja tez się postarzałem.

dwa pierwsze fot. – MD, niedługo po maturze

Na szczęście, jeża nigdy nie nosiłem, a także: nie muszę sobie rozjaśniać fryzury..Sama zawsze jaśnieje o kilka a może więcej tonów od słońca.
I ciemnieje zimą.

Pieniny, 1998 – 21 lat (MD)
Mroczne Czasy lecz z kocią źrenicą – MD, circa 2014/15
MD, maj 2018, poniżej przed fryzjerem (zbieram się..)

 

Choć mógłbym jeszcze ją ciągnąć – na podstawie niektórych innych piosenek – kończę serię związaną z Roxette, następny wpis będzie miał już zupełnie inny charakter.
Ten jednak niech zakończy się Ciszą, której nie można wykrzywić, zepsuć, uczynić nieważną czy pomijalną, jak można to uczynić ze słowami.
I inną piosenką, ciut inną niż Roxette estetyką..

Words like violence
Break the silence

 All I ever wanted
 All I ever needed
 Is here in my arms

Words are very unnecessary
 They can only do harm

Vows are spoken
 To be broken
 Feelings are intense
 Words are trivial

Pleasures remain
 So does the pain

Words are meaningless
 And forgettable

All I ever wanted
 All I ever needed
 Is here in my arms
 Words are very unnecessary
 They can only do harm
mal. Salvador Dali, korekta MD, Gala zastąpiona M.

 

Ezoteryka w piosenkach Roxette (cz. 2)

No cóż, „jutro” wyszło za 3 dni. Cuda jednak z 3 które są jednym
i odwrotnie są nie tylko moją specjalnością.

Poprzednio (we wpisie „Przesłanie ezoteryczne w utworach
zespołu Roxette (cz. 1)” tutaj link
http://blog.cassiopaea.pl/2018/05/25/przeslanie-ezoteryczne-utworach-zespolu-roxette-cz-1/)
omówiliśmy, głównie społeczne, przesłanie jednej z piosenek z ostatniego albumu zespołu „Dobra Karma”. Tytułowa piosenka z tej płyty nie jest zbyt ciekawa, by poddać ją dłuższemu omówieniu; nie ma też do niej teledysku. Ostatnia zwrotka jest bardzo jasna w wymowie i w pełni koresponduje z tytułem – i piosenki i całego albumu:

Sense
 Life was a train passing by
 But your heart is heaven on fire
 Just when you thought that you died
 You came out bright
 And so alive

Zajmiemy się teraz starszym utworem, gdzie nie ma bezpośredniej, konkretnej symboliki, gdzie znaczenia są podane prościej i psychologicznie.

Piosenka pt. „Almost Unreal”.

Pierwsze sceny do teledysku pokazują od tyłu fotel, który przybiera taki kształt:

W tym kawałku nie będę wskazywał jakichś konkretnych symboli,
układów metafor, ewidentnych wizualnych czy fabularnych nośników
znaczeń duchowych – ale, dla przykładu, wskażę jak kształtuje się przekaz tekstu. Krąży on w zasadzie wokół czegoś, co można by określić „pogodną psychologią”, może miejscami ciut banalną, ale trzymającą się generalnie standardów formułowania pewnych prawd czy pociech duchowych.

Weźmy np.:

  • – wezwanie do oddania się swojej pasji, talentowi – jedno z podstawowych ezoterycznych wskazań życiowych, obecne a jakże także w ewangeliach (np. przypowieść o sługach i talentach – tam oczywiście nazwa odnosi się bezpośrednio do środka pieniężnego, waluty), śpiewane
    „..and do what you do best..” 
  • – typowo ezoteryczne, magiczne, w ostatnim Czasie nawet szczególnie podkreślane no i oczywiście nader aktualne, przeświadczenie, że Miłość zwycięży, zawsze odnajdzie drogę, że „idze za nami” i przeznaczenie zostało tak zaaranżowane, żeby nas wspomóc, byśmy stali się Kompletni, ewoluowali, że los/przypadek itd. konspirują kierowane przez Ducha, także by nas, ludzi, wspomóc, choćby w słowach: „..I do believe love came our way and fate did arrange for us to meet„.
    Kilka już wpisów, szczególnie przy samym początku niniejszego blogapoświęciłem tej kwestii, a będę o tym pisał jeszcze nie raz i mocniej.
    Sam mogę bowiem zaświadczyć z pełnym przekonaniem i wiedzą (a nie tylko domysłem, przeświadczeniem czy wiarą), że tak dokładnie bywa. Nie zawsze jest tak, że „przeznaczenie” konfiguruje zdarzenia i wypadki naszego życia dla nas bezboleśnie; ale jeśli widzimy, co trzeba widzieć i potrafimy dostrzec w negatywnych z pozoru doświadczeniach naukę, plusy i tło do obrania przez nas dobrej drogi – w zasadzie trudno – mi chociażby – byłoby wtedy w całym moim życiu wskazać jakiekolwiek doświadczenia, które nie byłyby w tym sensie owocne. A proszę mi wierzyć, trochę w życiu ekstremów, doświadczyłem,i to po obu stronach sinusoidy „przyjemne – bolesne”.
  • – „you’ve got the power to heal ” – też mógłbym szerzej komentować (choćby, także typowe dla ezoteryki przeświadczenie o mocy uzdrawiania samego siebie, które człowiek może odkryć i poznać vide np. Reiki itp.).
  • – Mądrość powinna mówić nam, że są pewne rzeczy, siły wyższe, których zmienić nie sposób – ale także podpowiada, że można znaleźć pociechę i pomocne środki, że nie jesteśmy sami..- „hey, we can’t stop the rain  
    let’s find a place by the fire”.
     
  • – „sometimes I feel, strange as it seems you’ve been in my dreams all my life” 
    Oczywiste. Znane z teorii, przykładów Innych ludzi ale przede wszystkim
    – znane z własnego doświadczenia. Literalnie i dosłownie, też tylko przykładowo: spotkając naszą Duszę Polarną może okazać się, że w jakimś sensie i w jakiś sposób znała nas już wcześniej, np. śniła o nieznajomym, a jednak znajomym..

Ostatnie zdanie pozostawiam bez szerszego komentarza:

"It's a crazy world out there
 let's hope our prayers are in good hands tonight."

[dosłowne tłum.: Ten świat jest szalony.
 Miejmy nadzieję, że nasze modlitwy znajdują się w dobrych rękach tego wieczora]

Kto wnikliwszy dostrzeże tu od razu aluzję do oszustw
obecnych w przekazach wielu naszych religii i choćby faktu,
że modląc się do Jahve, takiego, jaki jest znany ze Starego Testamentu, niewykluczone, że modlimy się do „demona” a nie żadnego Boga,
tym bardziej Najwyższego..

Słowa te padają na końcu piosenki (i teledysku)
a towarzyszy im taka oto wizualizacja:
 

 

Przesłanie ezoteryczne w utworach zespołu Roxette (cz. 1)

Dzisiaj trochę rozrywkowo, czerwiec – a wraz z nim kluczowe w tym roku wpisy, za pasem. Postaram się wypełnić ten czas czymś z jednej strony lżejszym,
z drugiej – wcale nie banalnym. Choćby dlatego, że poniższe – oraz dokończenie w następnych odcinkach – analizy są całkowicie oryginalne (a przy tym, mam nadzieję, rzeczowe) i, w zasadzie, spisane na bieżąco.

Nie bawiąc się w niepotrzebne wstępy, dotyczące choćby roli i teorii estetycznej muzyki, zgłębiania funkcji i postaci tekstów lirycznych towarzyszących piosenkom czy analizowania symboliki obrazu krótkich filmów (teledysków) muzycznych – przechodzimy od razu do sedna tj. do analizy przekazu.

Na warsztat wzięliśmy sympatyczny zespół Roxette (szwedzki duet ostatnio wydał płytę „Good Karma(Dobra Karma), a Marie i Per zestarzeli się bardzo sympatycznie), co może być zaskakujące dla niejednego Czytelnika. I dla mnie trochę takie było, gdy przypadkiem sprawie się przyjrzałem bliżej i odkryłem wiele konsekwentnych przekazów natury duchowej i ezoterycznej, które umieszczają szwedzcy muzycy w swoich utworach od początku ich kariery.
Przy czym, o ile zetknąłem się z szukającymi sensacji i mało rzeczowymi de facto doniesieniami na różnej maści portalach, portalikach i serwisach plotkarskich, doszukiwaniami się „okultyzmu” w różnych utworach, w tym teledyskach, takich wykonawców jak choćby ..mniejsza o kogo..,
to taką analizą nigdy bym się nie zajął.
Raz, że nie mam zamiaru promować różnych skrzywień
 i zboczeń, dwa – musiałbym, taki jest bowiem zwykle tego poziom, promować lub naśmiewać się z głupoty. Dlaczego nie warto tego promować – wynika samo z siebie. Dlaczego zaś nie warto się naśmiewać czy szukać skandalu – bo to zbyt łatwe czyli żadna sztuka, a poza tym w tym akurat nie byłbym oryginalny – o tym piszą także inni, w tym pseudo-dziennikarze pseudo-portali.

Omówimy Roxette właśnie dlatego, że przekaz jest bardziej duchowy, pozytywny i ciepły, przy czym częściowo nawet dość wysokiej jakości, niż taki, który skupia się na próżnej ciekawostce, wywołaniu kontrowersji czy nawet przestraszeniu kogoś.. Do takich treści przylgnęłoby bardziej, jak sądzę, słowo „okultystyczny”.

Mi osobiście najbliższa, związana przypadkowo z pewnym bardzo ważnym okresem i zdarzeniami w życiu, a jedocześnie pełna symboli, metafor 
i odniesień, tak w warstwie tekstowej, jak – może jeszcze bardziej – wizualnej teledysku – jest piosenka pt. „Vulnerable”. Przekaz tej piosenki jest jednak na tyle ważny a elementów, które i warto i trzeba omówic tyle – oraz jej znaczenie dla mnie osobiście tak duże, że zostawiam ją na specjalny odcinek, w oderwaniu od tej, lekko jednak rozrywkowej ze swej natury, serii wpisów.

Na początek omówimy jednak utwór o równie uniwersalnym a jednocześnie bardzo aktualnym przekazie. Aktualnym, bo przekaz dotyczy zdarzeń, które rychło nadejdą, a w zasadzie już się dzieją, a także dlatego, że sama piosenka jest jedną z najnowszych – pochodzi właśnie z ostatniej płyty Roxette „Dobra Karma”.

Sam już tytuł jest znaczący i brzmi „It just happens” co pozwolę sobie przetłumaczyć nie tylko najzupełniej dosłownie „Po prostu się dzieje”, ale także akcentując właśnie tę aktualność „Właśnie się dzieje”.

 

 

Zamieszczam najpierw angielski oryginał:

It just happens
It just happens
It just happens

It's a cabaret,
 taking over on a quiet lazy backseat day.
 And it's so beautiful
 Like the sunshine on your balcony just yesterday

Don't underestimate
 Your heart is never late
 And love will always find a way

It just happens
 And you don't know what's going on
 If it's new or if it's been there since long
 If it's right or wrong

You fall in love
 You fall in love

You don't have a say
 Just let it slide and close your eyes and watch the passion play.

Don't underestimate
 Your heart can never wait

And love will always find a way

(..)

Don't underestimate
 Your heart can never wait
 And love will always find a way

It just happens
 And You don't know what's going on
 If it's new or if it's been there since long
 If it's right or wrong

You fall in love
 It just happens
 You fall in love
 It just happens
 You fall in love

(..)

Na pierwszy rzut oka piosenka wygląda na bardzo łatwą w interpretacji:
jako kolejny utwór o miłości, takiej, która dzieje się raczej w ten magiczny sposób, opisywany czasem jako “od pierwszego wejrzenia”.
I tak ma być – oczywiście jak najbardziej słusznie jest odczytać piosenkę w ten sposób.
Jednak, wydaje mi się, szczególnie gdy uzupełnimy to niżej analizą teledysku, Roxette chciało przekazać nam coś więcej. Być może śpiewają nie tylko o wspaniałym stanie zakochania się, kiedy „nie wiesz co się dzieje, nie wiesz czy to jest nowe czy było tutaj zawsze – czy to jednoznacznie dobre czy złe” przypominając o tym, że „miłość zawsze odnajdzie drogę”, mają też na myśli bardziej generalne, globalne, światowe zmiany.
Nie tylko coś, tę jedyną miłość, która dotyczy tylko konkretnej osoby,
czy raczej: dwojga.
To, że miłość zawsze odnajdzie drogę – może być przypomnieniem, optymistyczną, ale i realistyczną uwagą, że niezależnie od tego, jak źle coś wygląda, jak z obserwacji i doświadczenia wygląda świat i stosunki międzyludzkie oraz co w nim przeważa – to jednak nie można tracić nadziei na to, że to wszystko może się magicznie odmienić – właśnie tak, jak odmienia nas miłość (ta od pierwszego wejrzenia, ale nie tylko – każda, gdzie prawda i szlachetność towarzyszą „pożądaniu” na tyle, że stają się równie, a swą siłą nawet – ważniejsze, niż bardziej „ziemskie” elementy tego uczucia).
Tak więc, skoro miłość zawsze znajdzie drogę, nie wolno nam tracić nadziei,
a co za tym idzie, mówić sobie, że wszelka aktywność i działalność w dobrym kierunku nie ma sensu, „bo świata się nie zmieni”. Poza tym, jeśli dobrze się przyjrzymy i wezwiemy także swoje intuicje, możemy dostrzec, że „to już się dzieje, właśnie teraz, i tak po prostu”.

Tekst piosenki nie wnosi nam dalej już czegoś szczególnie ciekawego czy odkrywczego, słowa i przesłanie powtarza się aż do końca.

Dlatego warto dokładniej zanalizować też sam teledysk i co tam się pojawia,
co się tam dzieje.

Teledysk do utworu, poza ukazaniem śpiewającego duetu, przedstawia pewną krótką fabularyzowaną opowieść.

Sympatycznie wyglądający młody mężczyzna (po szwedzku..), stoi przed kwiaciarnią.

Można zanalizować także pewne cechy jego wyglądu, wg mnie to też nie było tutaj – w reżyserii – pozostawione bez znaczenia. Facet jest ubrany w garnitur z krawatem – świadczy to, że funkcjonuje w naszym, posiadającym pewne formy np. stroju w pracy itd. społeczeństwie. Jednocześnie jednak do tej marynarki i krawata nosi plecak, czego generalnie się nie powinno robić. Może to jednak sugerować, że ten kolega próbuje jakoś łączyć swoją osobistą nieformalność, z formą, którą określone układy mu narzucają. Nosi sobie plecak do garnituru, bo nie we wszystkim chce się dostosowywać..

Facet wchodzi do kwiaciarni. Co dzieje się dalej..

No cóż, obmacuje się po kamizelce, i jest zakłopotany – nie ma pieniędzy! No to przecież kwiatów nie kupi!
Ale okazuje się, że kobieta, która sprzedaje w kwiaciarni daje mu kwiaty i rezygnuje z zapłaty!

No coś takiego, można powiedzieć: rzadko się zdarza, ale jednak przecież może się zdarzyć. I zapewne niejednemu z nas się kiedyś coś podobnego zdarzyło.

Myślę jednak, że Roxette chce nam tutaj powiedzieć coś bardziej generalnego. Na przykład to, że nasze, oparte w tak wielkiej mierze na wymianie finansowej, społeczeństwo, może się pod tym wględem zmienić.. Relacje, gdzie nikt nie zrobi czy nie da komuś czegoś za darmo, a stosunki gospodarcze co do zasady przybierają postać maksymalizacji zysków niż bardziej wymiany w dosłownym tego słowa znaczeniu – fair, gdzie po prostu ktoś coś ma a potrzebuje czegoś innego i dlatego wymienia się z kimś innym, kto ma to coś, czego ten pierwszy potrzebuje, ale w zamian ten pierwszy może mu zaoferować coś innego, co z kolei potrzebuje drugi – są chore, nie są jedyną możliwą i konieczną formą
współżycia!

Być może, śpiewając tytułowe „że się dzieje” Roxette sugeruje, że coś jest nie tak z tym systemem, że pieniądz i to, że niczego nie ma darmo, a każdy chce na każdym zarobić, to pewne wynaturzenie, to coś co się pojawiło na pewnym etapie istnienia społeczeństwa, ale nie jest jedynym możliwym i koniecznym systemem. Że być może ten system może się zmienić (że można go zmienić) i że, także: być może, takie czasy – w jakimś sensie, nachodzą..

Podpowiedziałem pewien schemat. Spróbujmy resztę teledysku obejrzeć już,
i znaleźć w nim pewne ogólniejsze nawiązania, sami. Pojawiają się tam różne postacie, w różnym wieku, w różnej roli zawodowej i relacjach itd. Sytuacja nie ogniskuje się na kwestiach pieniężno – finansowych, odpłaty za coś dobrego dane komuś drugiemu, ale wszystkie dotyczą wzajemnych relacji między ludźmi.
Może to sugerować, że przesłanie Roxette jest bardziej generalne, społeczne,
i że dotyczy zmian – właśnie – nie tylko w życiu jednostki czy pary, kiedy jest pod wpływem Miłości, ale że może chodzić tutaj o jakąś bardziej generalnie rozumianą Falę Miłości, która obejmuje (obejmie) swoim oddziaływaniem całe społeczeństwo, zmieni pewne chore, panujące tu od dawna stosunki i je uzdrowi..

W ostatniej scenie teledysku, pani z kwiaciarni, która zdecydowała się dać temu sympatycznemu facetowi, któremu zabrało akurat pieniędzy, kwiaty darmo – otrzymuje niespodziankę – prezent od swojego chłopaka..

Co może nam te scena chcieć powiedzieć? Może to, że sympatyczne postępowanie, przysługa komuś darmo wyświadczona, nigdy nie jest przez Świat zapominana i – choć nie powinniśmy na to co do zasady liczyć – to jednak zawsze może nas spotkać miła niespodzianka, która podług Światu tylko znanych w całości, sekretnych reguł, jest dla nas REWANŻEM, z którego wcześniej świadomie zrezygnowaliśmy.
A więc, może nie trzeba zawsze – co do grosza – pilnować swojego interesu – bo Oekonomia Divina zadba o to, by komuś, kto działa w dobrych intencjach, nie stała się krzywda?

Niezwykle rzadko do tej pory pisałem coś, co można było właśnie nazwać, w podobnym znaczeniu, społecznym, ale nie tak dawno, w zeszłym roku, coś takiego napisałem. To kilka miniatur – które jednak ogniskują się na bardzo zbliżonym, do zarysowanego, temacie – razem tylko 10 stron. Stanowią całość, bo każda się w jakiś sposób uzupełnia, dodając pewne metafory, i przez nie dopowiadając pewne, ważne, informacje.

Można je przeczytać / pobrać – w pdf  – tutaj:

http://cassiopaea.pl/apokryfy/pieczywo_czesc1.pdf

 

Ciąg dalszy – już jutro!

 

Planowanie Porażek (?)

Postanowiłem już dziś jednak zamieścić spóźniony wpis, który zastąpiłem sensacyjnym lekko omówieniem ciekawej przyczyny tego opóźnienia..
Wpis dodałem dopiero dzisiaj w nocy, więc podaję do niego bezpośredni link:
http://blog.cassiopaea.pl/2018/05/16/zdarzenie-i-opoznienie-tj-czy-sedziemu-wystarczy-rozum-czy-przydalaby-sie-cala-dusza/

To zaś, o czym pisze poniżej, zanotowałem w głównych zrębach już w marcu. Wtedy bowiem, zastanawiając się na ile – mając pewne istotne kwestie, głównie pragmatyczne, mocno niewyjaśnione – dookreślać i publikować wcześniej ramówkę planów na ten rok i czas najbliższy.. Było to dla mnie ważne, gdyż to, co napisałbym, stałoby się dla mnie jednocześnie niesłychanie mocno wiążące, jako przecież – przyrzeczone przy Świadkach (PT Czytelnikach).

Mogłem pewne plany rozgraniczyć – dzieląc je na takie, dostępne do całkowitej realizacji, bez względu na dookreślenie się pewnych realiów w okolicach połowy tego roku i na takie, które byłyby niejako zawieszone – a możliwe do rozpoczęcia, po pozytywnym wyjaśnieniu się szczegółów pragmatycznej właśnie natury.

Stąd też dziura na blogu w marcu/kwietniu (chyba cały kwiecień?) – która zaowocowała i wyrzutami sumienia i tym, że – jak wiadomo – podjąłem się
– i realizuję auto-nakaz publikacji w cyklach ok. 3-dniowych.

Może jednak summa summarum dobrze się stało, gdyż do finalnego wyjaśnienia wspomnianych realiów brakuje już tylko kilku tygodni – powinny się one wyklarować dostatecznie w pierwszej połowie czerwca.

Przystąpiłem zatem do poruszenia pewnych tematów, które miały poprzedzać jeszcze kluczowe wpisy, zawierające plany, z podaniem różnych konkretów i szczegółów – także, jak mniemam interesujących. Pisałem tutaj bowiem do tej pory dużo metaforycznie i symbolicznie – obiecując co jakiś czas, że podam pewne konkrety i faktycznie wdrażane przedsięwzięcia własne (a nie są one małego kalibru..), ale także np. pewne konkrety nt. wspomnianych „szkół ezoterycznych”

wspomnianych choćby we wpisach:

http://blog.cassiopaea.pl/2017/11/07/gnosis/

http://blog.cassiopaea.pl/2018/03/17/pewne-wlasciwosci-ezoteryki/

lub też, pośrednio, np. w tym

http://blog.cassiopaea.pl/2017/12/24/co-nas-laczy-w-wigilie-i-nie-tylko/

 

O Prawdziwych Szkołach Ezoterycznych – tak rzadkich w obecnej dobie,
jak i zawsze, choć może tym rzadszych, można powiedzieć, im bardziej globalna jest nasza ziemska informacyjna wioska. Cały czas pamiętajmy też o tym, by obciążany, czasem śmiesznością, czasem podejrzliwością, termin ezoteryka itp. – tłumaczyć prosto i z czystym sercem.
Najprościej i najkrócej powtórzę raz jeszcze: przez ezoterykę – jako wiedzę (i sztukę, w sensie praktyki i umiejętności życiowych) kierującą swoje poszukiwania do wnętrza Człowieka, do samego siebie, bo poprzez nasze głębokie, często uśpione, w zarodku tylko będące i nieuświadomione, psychiczne i duchowe (drugie zawiera pierwsze, nie odwrotnie) możliwości i potencjał – 

najpewniej i najszczerzej zmierzać możemy do poznania Prawdy,
tego co najpiękniejsze i tego co najlepsze, najważniejsze. Do Boga.
A w gruncie rzeczy z powrotem do Siebie – tylko tego prawdziwego i pełnego. I tym jest Gnoza.

Napisałem tutaj już dość dawno, że celem rozwoju ezoterycznego jest „zbawienie”. I choć trochę się z tym terminem podroczyłem, choć oznacza także nieśmiertelność, zbyt dużo mam w sobie szczeniackiego (czy raczej kociego) życia i, jednak, pewnej pokory, by tak ujęte cele mnie bezpretensjonalnie motywowały.

Tutaj chciałbym jednak powiedzieć, że ważniejszym i prawdziwszym celem jest: Osiągnięcie Miłości. Używając tak nadużywanego pojęcia i słowa, najczęściej przypisywanego różnorakim objawom najprzeróżniejszych stanów i uczuć ludzkich (i nie tylko, tak tych godnych pochwały, jak wprost przeciwnie) musimy pamiętać, że warto szukać i – tak, nauczyć się, 
Miłości Prawdziwej. Tylko ona bowiem jest absolutna i wieczna,
Będziemy o niej mówić, zwykle nie wprost. W istocie zresztą cały czas o niej mówimy, nie zawsze choćby słowem; bo skoro 
Wszystko powstało tylko dzięki miłości, czymże innym może być cokolwiek staramy się czynić z twórczym, nakierowanym na Dobro, popędem?

 

Na jednak konkrety konkretów – z przytoczeniem nazw, namiarów
i przykładów oraz pewnej charakterystyki, czas będzie właśnie – już
w czerwcu.

W tym odcinku  napiszę o pewnych – mających trochę ostrzegawczy charakter – przemyśleniach i intuicjach, które związane były z tym, że – mając w planach opublikowanie planów, bardzo nie chciałem by jednak de facto zamieniło się to wszystko w PLANOWANIE PORAŻEK.

O tym właśnie fenomenie tutaj i w następnej części, już za 2 dni, więcej napiszę.

Planując wykonanie czegoś nierzadko można zaplanować niewykonanie planu.

Kilka miesięcy temu mówiłem sobie: poczekam jeszcze, dopóki nie zorganizuję tego – co wokół i dopóki nie zorganizuję siebie Tutaj – Tak
 (w ten sposób i odpowiednio skutecznie) – by Treść życia, a może nawet Bycia w pełni WSPÓŁBRZMIAŁA z tym, o czym pisze. By moje bycie było też jednym tonem, jednym brzmieniem, aktywną i dobrą myślą, snującą ważne i konsekwentne plany, takie, które co do treści, które niosą, graniczą z PEWNOŚCIĄ – mówią o PRZYSZŁOŚCI takiej, jak racjonalnie rzecz ujmując – naszą wolą, umysłem i sercem – poznajemy. Zaplanowane w tym sensie i przedstawione znaczy zatem bardziej WYBRANE BY TAK WŁAŚNIE ZAISTNIAŁO.

 Pesymizm, niewiara, zwątpienie? – utrata poczucia sensu, jakieś wielkie przebudowania czy jakieś poczucie rozdźwięku, nieszczerości między tym o czym chce się mówić a stanem wewnętrznym i stanem tego, co obok nas
(przez nas czasem zawinionym, czasem zastanym tylko
 i nawet niezmienialnym w ogóle).

Bynajmnej, jak najdalej. Gdyby tak było, byłoby znaczenie gorzej. Chodzi mi raczej o pewne estetyczne dopasowanie.

I byłem pewien że takie warunki, wewnętrzne i zewnętrzne (te drugie  -także dzięki naszym wysiłkom, by się takie stały) nadejdą. Ba, nawet – 2 czy 3 miesiące temu napisałem tutaj – że jestem pewien, że najpóźniej do połowy roku pewne rzeczy się staną, pewne rzeczy się zmienią.
Tak więc byłem pewien – nie wiedziałem jednak na ile PEWNE rzeczy będą zawieszone.

Nie chciałem, by przez braku tego akordu zgodności, moje plany tutaj podane były bardziej podobne do tego co można nazwać planowaniem porażek.

Jednak takiej niezgody na rozdźwięk nie można przedłużać PONAD MIARĘ.

Dlatego..:

Klara roześmiała się i wypiła łyk wody.

 – “Aby zmienić się, musimy spełnić trzy warunki. Po pierwsze musimy na głos wyrazić naszą decyzję co do zmiany, tak, by intencja nas słyszała. Po drugie musimy zaangażować naszą świadomość przez dłuższy okres czasu. Nie możemy czegoś rozpocząć i wkrótce zaniechać tylko z tego powodu ze czujemy się zniechęceni. Po trzecie musimy spostrzegać wynik naszych działań z poczuciem zupełnego nie przywiązania. Oznacza to, że nie możemy uwikłać się w myślenie w kategoriach sukcesu i porażki.

- “Jeśli będziesz podążać za tymi trzema wskazaniami możesz zmienić każde nie chciane uczucie czy pragnienie w sobie samej” – zapewniła mnie Klara.

- “Nie wiem. Klaro” – powiedziałam sceptycznie – “To brzmi w twoich ustach bardzo prosto".

(..)

Oczekiwałam od niego bardziej precyzyjnych wyjaśnień tego, co rozumie przez intencję. Emilito przeniósł więc tłumaczenie na bardziej osobisty poziom. Stwierdził,
 że wszystko co opowiedziałam o sobie Klarze, świadczy o tym, że moją intencją była całkowita porażka. Zawsze przejawiałam intencję, krótko mówiąc, by być zdesperowaną, szaloną i zagubioną osobą.

“Klara przekazała mi wszystko, co jej o sobie powiedziałaś” – kontynuował. Emilito cmokając swoim językiem – “Przykładowo, mógłbym powiedzieć, że wyskoczyłaś wówczas w Japonii na arenę walki, nie po to, by zademonstrować swoje umiejętności lecz w tym celu, by potwierdzić swoją intencję do przegrywania".

Zwrócił się do mnie z naciskiem, mówiąc ze wszystko co dotąd robiłam było naznaczone chęcią przegrywania. Z tego względu bardzo ważną rzeczą, którą robiłam w chwili obecnej, było przeformułowanie i znalezienie nowej intencji. Dodał, że znów            intencja nazywa się intencją czarownika. Nie oznacza ona robienie czegoś nowego, lecz przebicie się przez tysiącletnie trudy gatunku ludzkiego i odnalezienie oryginalnego działania.

[Cytowałem już nie raz M. Rafaela (albo H. Reeda, hehe), że oryginalność nie polega na tym, żeby wytworzyć coś absolutne nowego – byłoby to bezwartościowe, jak lokaj w „Tangu” Mrożka (skrót myślowy) – polega na tym, co sugeruje etymologia „origin” – by dotrzeć do i uchwycić korzenie nas samych i rzeczy Świata.]

(..)
 Powiedział, że w obszarze intencji czarownika nie ma miejsca na porażki. Czarownicy mają przed sobą tylko jedną perspektywę odnosić sukcesy we wszystkim, czego się podejmują.

Aby uzyskać wgląd pełen mocy i jasności czarownicy muszą przekształcić całe swoje istnienie. Do tego potrzebne jest zarówno głębokie zrozumienie, jak też siła wewnętrzna. Zrozumienie pochodzi z przeprowadzenia rekapitulacji swego życia. Natomiast siła gromadzi się pod wpływem nieskazitelnego działania.

[Inaczej przecież osłabia nas najbardziej własny żal do siebie samego, prawda?]

[podane wyżej fragmenty – poza tym, co nie piszę w kwadratowych nawiasach pochodzą z przypadkowo ściągniętej krótkiej powieści w formie wspomnień – jest to jakby „żeńska wersja Castanedy” – opowiada o treningu kobiety, analogicznie do treningu autora przez Don Juana Matusa. Może nie jest to tak nowe jak klasyczny cykl Castanedy, ale widać po coś przypadkiem na to trafłem. Choćby po to, żeby tutaj zacytować – a wcześniej po to, żeby wywołać u mnie pewne skojarzenia..) [jeśli ktoś chce namiary na tytuł i autorkę albo nawet chciałby otrzymać, mogę przesłać link, na którym znalazłem – wystarczy zgłosić takie zapotrzebowanie – np. w komentarzu..]

Tak pisałem zaś 13 lat temu:

(..) Dwie rzeczy można jednak na wstępie o pseudointelektualiście powiedzieć:
 że jest słaby i że pragnie. Biorąc pod uwagę cyklofreniczne rytmy życiowe większości pseudointelektualistów pragnie on raz samozbawienia, raz sa mozabawy a bywa żei samozagłady, będąc onanistą i ofiarnikiem w jednym. 
W modelu pseudointelektualnej potencjalności należy przyjąć, iż w codziennym postępowaniu, owym nizaniu najdrobniejszych ludzkich czynności na łańcuszek - wieniec, który ma ozdobić czoło lub chociaż ogrzać ciemię, króluje ekstremalny rodzaj minimalizmu, codziennie oczekuje się jednak efektów i skutków maksymalnych, przekraczających, nieprzeciętnych, genialnych. Parafrazując Kołakowskiego - pseudointelektualista chce minimalnym staraniem osiągać maksymalne rezultaty. (..)

(Z „Podręcznika Pseudointelektualisty”, 2005, Zakopane, tę krótką eksperymentalną książkę już linkowałem we wcześniejszych wpisach).

 

Następny odcinek – z pewnymi przykładami dotyczącymi tutaj 
poruszonych wątków – już pojutrze! 

Na koniec zaś trochę..sztuki.

I sportu.

Warto bowiem zachować uniweralność – a Prawdą jest też, że Duch zdrowy
rychlej będzie w zdrowym ciele.

Stąd pochwalę się konceptualną fotografią, którą zrobiłem
i ukończyłem dzisiaj, bo mi się podoba ta moja robota.

Za piłka nożną nie przepadam, ale to akurat jest 
GWIAZDA PIŁKARSKA – w zagraniu zwanym: OUT.

fot i wykonianie: Marat Dakunin

Sporty walki też są sportami.
Czasem jednak trzeba na serio zmierzyć się z przeciwnikiem.
Pamiętać jednak warto, że ważne także JAK się wygrywa, 
nie tylko, ŻE..
A bronią Niebieskich, bronią szlachetną – jest broń biała.

I – też z ostatnich dni – mamy tutaj przykład takiego operowania
czym co może jest jakąś dzidą, lancą może dłuższą szpadą etc.

wszystkie niepodpisane fot. na tym blogu też są moje 🙂

 

A – będąc przy szermierce tych na Górze, Szermierce Ducha,
mamy na to przykładów i wizualizacji więcej,
że – kończąc – przypomnę ten oto wpis – zapraszam serdecznie
kto nie widział, a kto widział: czemu nie zobaczyć raz jeszcze. 
Mi się te fotografie dalej podobają. Ale też mi jest 
łatwo – i niewielka w tym jakaś moja zasługa czy umiejętność!
Przecież ja tylko utrwalam to, co do mnie przychodzi.
A czasem nawet nie utrwalam, wtedy, najbardziej komiczne
i pocieszne, pocieszają mnie gdy przychodzą chwile smutku.
Dziękuję moim modelom i dziękuję za Pomoc (..)! 58

Szermierka Ducha

Tymczasem!

 

Kury i Anioły

Zatem – kontynuuję, co zacząłem – tematy sprzed 2 (3) dni (a tutaj link do tegoż 5 maja..), ale bardziej bezpośrednie dokończenie wątków nastąpi w drugiej części
niniejszego wpisu (TiP część 2 – Teoria i Praktyka cz. 2). 

Poczynam zaś od części artystycznej, w której, niczym pisklę w żółtku,
ukrywa się zagadnienie tak ciekawe, jak choćby: 
” Dlaczego drób drobi i co ptactwo podrygujące ma wspólnego
z anielskim lataniem?”

W tym odcinku, 8. 5 (maja), złamię też ogólną zasadę, której starałem się tutaj trzymać, mianowicie nie mieszania nazbyt wielu wątków, tematów, rzeczy
w jednym wpisie. 
Dodatkowo – wypełniając plan, że kontynuacja nastąpi (a właściwie: ukaże się) za 3 dni, wdrażam plan szczegółowszy: wpisy na tym blogu będą się ukazywać
co 3 dni. Czy to nie nazbyt ambitne, biorąc pod uwagę dotychczasowe opóźnienia? Czy nie oznacza to przesunięcia punktu ciężkości z jakości na ilość?

Nie sądzę. Po pierwsze treści mi nie brakowało, jest jej nawet za dużo, problem był zawsze z formą. Po drugie, doświadczenie wykazało, że na obniżenie jakości wpływa raczej przewlekanie i odkładanie. Po trzecie wreszcie, muszę zagospodarować kilka odłożonych a gotowych już tematów, by w maju i czerwcu przedstawić w końcu konkretne plany, od których napomykam od dawna.

Pisałem i porządkowałem niniejsze
najpierw przycupnąwszy w URSA MAIOR.

Lokal obok, niewidoczny uduchowiony lutnista
strugał kopię stradivariusa. 

Niedaleko mnie wisiał plakat promocyjny piwa Pantokrator
(nie pijam żadnego alkoholu od ponad 6 lat, ale piwo kiedyś mi
bardzo smakowało; teraz – próbnie tylko – w ogóle już nie smakuje);
hasłem WIFI tuta też jest Pantokrator.

W pewnym pustostanie przypadkowo będąc zrobiłem zdjęcie graffiti:

Pankration to nie to samo so pantokrator, podobnie jak PANTEIZM
to nie to samo co PANATEIZM. Jeśli ktoś zna różnicę, proszę podać w komentarzu ..będzie Nagroda!

Przypomina mi ta sceneria wyżej niedojrzałe pomysły niektórych gnostyków, pewne skrzywienia kabały (ale nie fulcanellowskiej cabal’y), doszukujących się przyczyn istnienia negatywności w Stworzeniu w jakimś „wypadku”, który wydarzył się w prapoczątkach, rozbitych naczyniach itp. wymysłach. Każdy człowiek konsekwentny myślowo i empatycznie tego rodzaju wytłumaczenia zagadnienia Teodycei oczywiście znajduje jako daleko niewystarczające.
Graffiti, które po pewnej świadomej koloryzacji nasuwa mi właśnie jakiś taki „kosmiczny wypadek” – zostając w pewnych kurzych konotacjach – nie przymierzając – jakieś rozbite JAJKO.

W 2004 roku nakręciłem mój (w zasadzie) pierwszy film, krótki paradokument
o kurach i aniołach. Dopiero jednak po latach zdałem sobie sprawę, że nic
w tym filmie nie jest przypadkowe i pisząc „nic” mam dosłownie na myśli to,
że wszystko ma tam znaczenia korespondujące bardziej lub mniej bezpośrednio ze Znaczeniami Najważniejszymi.
Gdy zaś piszę: znaczenia najważniejsze mam na myśli znaczenia kluczowe nie tylko dla mnie (mojego świadomego życia) ale i kluczowe dla człowieka i jego kondycji w świecie, w ogóle.

Istnieje zatem dziwne powiązanie między Bogiem i zagadnieniami najgłębszej teogonii (i kosmogonii) oraz drobiem (nazywanym drobiem domowym) –
w szczególności zaś: kurami (kurą).

Oczywiście, znane pytanie o to, czy najpierw było jajko czy kura – i szukanie przez nie związku jest NIEPOWAŻNE i byłoby błaznowaniem (a błaznowanie
poza tym, że jest już na pewnym etapie nudne to poza tym jest czcze praktycznie) – mówimy tutaj najzupełniej serio o sprawach śmiertlenie (a przede wszystkim życiowo) poważnych.

Zależność ta została przede mnie odkryta niedawno poprzez „przypadkowe” zetknięcie się z pewnymi konsekwencjami, w szczególności poprzez angielskojęzyczny rdzeń językowy słowa „kura” – tj. „HEN”.
Zdaję sobie sprawę, że prawdopodobnie Nikomu (Komukolwiek) z Was nic
to nie mówi. Sprawa bowiem jest powiązana wręcz archaicznie ze sferą
rodzinno – prywatną, rzecz można nawet: genealogiczną. Tak jakby powiązana pomiędzy genealogią a teologią (w szczególności – teogonią).
Lepiej zrozumieć, o czym mówię, Rozum i logika raczej nie pomogą.
Pomóc może natomiast wejście w pewien nastrój.
Jest to zatem – w dużej mierze – jak już na tym blogu nie raz
wspominałem (że droga poznania – Gnozy – rozpoczyna się raczej
w Sercu niż poprzez Rozum) sprawa naszych serc.
Następnym zaś słowem kluczem i drogowskazem tutaj jest – dzieciństwo.

Iluminacja na ten temat przyszła do mnie ponad rok temu w trakcie zasłuchania się w obrazach (synestezja jest często wskaźnikiem tego, że przekraczamy czysto rozumowe poznanie i zrozumienie – tutaj przedrostek pochodzący od rozumu musi zostać, ale jest to już trans-rozumienie – pewnych rzeczy), które przyniosła końcówka poniższego wiersza Iwana Bunina (w tłumaczeniu Macieja Frońskiego, co ważne, bo to właśnie tłumaczenie i ten „egzemplarz” był tym, który przyniósł
ten specjalny nastrój..) i która przeniosła mnie do mojego dziecięcego pokoju.
A także do dziecięcych pokoi i bawialni mojego Ojca (w podwójnym znaczeniu pojęcia..), dziadka, prababci itd. Nawiasem mówiąc, cała, wielka (dla dziecka
jeszcze większa, co oczywiste), bo pod prawie 4 metrowym sufitem, jedna ściana
tego (mojego) pokoju pokryta była (estetyczną) fototapetą przedstawiającą..
jodły, świerki..las. 

IWAN BUNIN (1870-1953)

Детская

От пихт и елей в горнице темней,
Скучней, стращней. Древнее есть что-то
В уборе их. И вечером красней
Сквозь них зари морозной позолота.

Узорно-легкой, мягкой бахромой
Лежит их тень на рдеющих обоях –
И грустны, грустны сумерки зимой
В заброщенных помещичьих покоях!

Сидиш и смотриш в окна из угла
И думаешь о жизни старосветской...
Увы! Ведь эта горница была
Когда-то нашей детской!

1903-1906


Pokój dziecinny

Od jodeł, świerków w izbie prawie mrok,
Jest smutno, straszno… i jest coś w ich szatach
Starczego. Bardziej, gdy zapada zmrok,
Poprzez nie krwista zachodu poświata.

Na rdzewiejące ściany pada cień
Wzorzystą, lekką frędzlą – aż do kąta –
I smutno gaśnie ten zimowy dzień
W ziemiańskich wnętrzach, których nikt nie sprząta!

Usiadłszy w rogu patrzysz w okna szkło,
O dawnym życiu myślisz z łezką w oku…
Przecież ta izba – nie poznajesz? – no,
To nasz dziecinny pokój!

                     przełożył Maciej Froński

 

Wróćmy jednak jeszcze na chwilkę do kur.
W ogóle zagadnienie w jaki sposób szczegółowo (naukowo) Duch
uzgadnia się ze sferą genetyczną (biochemiczną)
nie tylko w aspekcie indywidualnej inkarnacji, ale także tak, że jest to dopasowane do pewnego konsekwentnego kontinuum dziedziczenia (rodu, rodziny),jest zagadnieniem niezwykle fascynującym ale i niezwykle trudnym, złożonym.
Trudno się oczywiście spodziewać, że zostanie ono rozwiązane zanim w ogóle przełamie się w ramach nauk ścisłych barierę i opracuje oddziaływanie ducha
w materii, choćby w tak podstawowo ujętym zagadnieniu jak stosunek świadomości do mózgu (można to zatytułować skomplikowanie i konkretniej
np. „superweniowanie stanów myślnych na stanach kwantowych w ośrodkach mózgowych”.

Zagadnień genetycznych to nam nawet Rupert Sheldrake na razie raczej nie rozwiążę [ciekawe, dlaczego Sheldrake ma też coś wspólnego z drobiem..-
ktoś wie? Proszę o komentarz – a będzie (serio): nagroda!

Nagrodę tę zdobyć nie jest aż tak bardzo łatwo – 
bo choć dodam pewną wskazówkę, to jest ona..pośrednia!

 

Nie wytłumaczą mi tego raczej też moi Drobi..tj. Drodzy Rodzice,
choć drobiem się nawet wnikliwiej zajmowali..
Ot, choćby takie tytuły nadawali swoim wpisom na blogach..

Ouppss..Końcówka tytułu może za się bardzo, nie tylko z drobiem
kojarzyć! 

Może problem wyjaśnili moi już dawno nie żyjący (umarli zaś
obydwaj za młodu) dalsi przodkowie..

Mieli do tego jakieś predyspozycje, po pierwsze bowiem
byli naukowcami (jeden nawet bardzo młodym wiekiem
profesorem medycyny – współpracującym pewien
czas w Instytucie Pasteura w Paryżu z Miecznikowem).
Może mogli nawet zrozumieć tak trudne zagadnienia,
albowiem, z historii o nich wiem, że byli nadzwyczaj 
dobrymi ludźmi, a cecha ta akurat liczy się, jeśli rozpatruje
się sprawy mieszczące się już nie w zwykłej nauce
ale nauce inkorporującej zagadnienia ezoteryczne..

***

Tak więc, zasygnalizowałem jedynie, że:
Jest związek z zagadnieniami boskimi – szczególnie w aspekcie
wręcz ARCHAICZNEJ kosmogonii a kurą (drobiem).
I że nie ma to wiele wspólnego z poważnym rozważaniem 
przysłowiowego pytania o prapoczątek (ale ma coś wspólnego
z tym, że pytanie o prapoczątek, czy przybiera formę szukania
jakiegoś Ungrund czy też skupia się bardziej na praktycznych
aspektach analizy choćby tak doniosłej sprawy jak istnienie Zła –
jest ważne). 
Ewa także to przysłowiowe pytanie raczej bagatelizuje po czym
przechodzi do zagadnień istotniejszych..

Drób, gad, płaz, ssak – człowiek – wszystko to boże stworzenia 
(w ziemskiej bibliotece..)

Jednak od człowieka do Boga nie jest tak prosto i bezpośrednio.
Np. pomiędzy człowiekiem i Bogiem może być, i tradycja o tym pamięta..choćby anioł.

Całość 10-minutowego paradokumentu (z 2004 r.) jest do obejrzenia tutaj:

a nawet do ściągnięcia, np. tu

Ewangelia Pierwsza (2004, 10 min.)

Z częścia artystyczną niniejszego wpisu pożegnajmy się z uduchowionym
wyrazem twarzy..

i zarysem – niewidocznej, jak Ciemna Strona Księżyca, Konstelacji Kury. 

***

Ostatni film (z pewnym drobnym wyjątkiem) nakręciłem w zasadzie
już 10 lat temu (2008). Ale i do filmów w bieżącym roku planuję wrócić..

Powyższą, środkową część pisałem w Kociej Kawiarni..

Lwi taki trochę, nieprawdaż?

Aż dziw, że biorąc pod uwagę ilość wątków w tym kłębku,
notka nie jest (wydaje mi się, że nie jest) aż taka rozbałaganiona
jak by to wynikało ze spotkania: kota i kłębka tematów..

TERAZ PRZEJDŹMY (WRÓĆMY) do tego, co pisałem o swoich wadach,
pisząc w poprzednim odcinku:

pytanie wsobne: czy ta RZECZ to moja cecha?

Szukałem powodów negatywności (różnego typu, w tym przypadku powodów braku dyscypliny, opóźnień, pośrednio też złości na siebie itd.) i nawet mówiąc ogólniej: braków i dysharmonii (przecież i 5 i 8 wiążą się i z balansem
i z harmonią..).  Wyżej (w poprzednim wpisie) zająłem się możliwością pierwszą,
pytając czy aby jest to naprawdę moje; czy może w ogóle nie należy do mnie ale jest powiedzmy nawet czymś w rodzaju jakiegoś ataku – jakiegoś wroga, przeciwnika (takiego jak u Castanedy..albo i innego), czy może też po prostu „szumu/chaosu” z zewnątrz – na mnie. Z taką konstatacją miałem problem,
ze względu na pewną pretensjonalność założenia. A także z pewnych
innych względów..
A jednak – chciałbym podkreślić to, że pokonanie tej pretensjonalności
i przyjęcie, że rzeczywiście WADY tak naprawdę nie są moje (co nie znaczy absolutnie jakiejś frywolnej i nieodpowiedzialnej ekskulpacji z tego,
że przecież te wady się jak najbardziej realnie przeze mnie jednak PRZEJAWIAJĄ) – może być pomocne.
I, biorąc pod uwagę to, co napisałem w nawiasie, jeśli nie idziemy w kierunku bezczynności ale aktywnego wzięcia odpowiedzialności – oczywiście jest to pomocne. Łatwiej nam wtedy uwierzyć w siebie – i z tą siłą mocniej i skuteczniej ZWALCZAĆ TE WADY.

Wracam do tego po raz kolejny, co stwierdzi każdy uważny czytelnik tego bloga, od pierwszego prawie wpisu – wracam oczywiście świadomie – by raz po raz przypomnieć sobie, że pomimo NAWET zdroworoz(skąd?)kowego krytycyzmu
i sceptycyzmu oraz jak najbardziej pożądanej PRAWDZIWEJ pokory i skromności – są pewne zadania – które, aby mogły się realnie przejawić wymagają nie tylko przekonania o istnieniu Boga (wiary, która graniczy z pewnością), ale bardziej nawet wymagają wielkiej WIARY W SIEBIE.
I tutaj mamy do czynienia z wieloma psychologicznymi przede wszystkim paradoksami, które zapewne wymyślone są po to, by nas zatrzymać na
(swoim, czyli dość przeciętnym a mówiąc inaczej: zawsze negatywnym
w sensie: że negatywne jest nierealizowanie Potencjalności) miejscu.

Miejscu, które, póki co, bardziej definiuje to co niżej (zwierzę) niż to,
co wyżej – jakieś niebo czy tam anioł.

Zdrowy rozsądek, powiem, też jest skądś – i czasem przyjrzenie się naszym,
u niektórych ludzi automatycznym, oczywistościom tego typu – potrafi ujawnić, jak bardzo są one nieracjonalne – i tym samym z naprawdę ZDROWYM rozsądkiem nie mają nic wspólnego. W szczególności powodują raczej one to,
że trwamy w chorobie.

Będziemy do tego wracać nie raz. Trzeba bowiem te sprawy dokładniej
(i przekonywująco) wyjaśnić. Tutaj niech będzie wolno mi jeszcze
przywołać powiedzenie:

MISTYK NIE MOŻE BAĆ SIĘ ŚMIESZNOŚCI

Oczywiście są różnego rodzaju śmieszności, także takie, które są po prostu reakcjami (wg powiedzenia, że na początku się kogoś niewygodnego ignoruje; następnym zaś etapem może być – sprawdzone i często skuteczne – wyśmianie).

Oczywiście do pewnego stopnia śmieszności nie da się uniknąć.
Także, balans pomiędzy teorią i praktyką, podpowiada nam, że jednak
niemądre jest przesadzanie z wystawianiem się na śmieszność –
nie jest to bowiem pragmatyczne (czyni rzecz nieskuteczną).
Jest to zatem, jak niemal wszystko, kwestia złotego środka.

Śmieszność jest jednak jednym z największych lęków intelektualistów
(i racjonalistów, w ogóle).
Także dlatego mają oni tak wielki problem z egzystencją i co za tym
w pierwszym rzędzie idzie – ze śmiercią. Oczywiście powstają
wtedy nieliche dzieła sztuki lub rozprawy, ale smutne jest to, 
że mają one często błędne podstawy skutkujące takimże błędnym,
choć mimo wszystko cennym artystycznie, finałem. 
Naturalnie intelektualiści ciążą raczej w stronę melancholii
(dobrze, gdy aktywnej, wtedy rodzą artystę – przy pasywnej generalnie degenerują) i ironii. Z jedną i drugą się osobiście (po okresie wielkiej zażyłości) pożegnałem, choć nie wątpię, że szczególnie druga może być nadal twórczo wykorzystywana FORMALNIE dla dobrej sprawy.

Biblia bardziej wtajemniczonych melancholików ma już prawie 500 lat..i ja ją mam (jeszcze) na półce..

No dobrze, ale wracajmy do tematu, czyli – omówiliśmy (dopowiedzieliśmy) trochę do pierwszego pytania wsobnego..
A pozostałe alternatywy tej auto-indagacji?
Zatem:

– Czy może inaczej jednak: to cecha z ZEWNĄTRZ (cecha warunkowana
przez WPŁYW ŚRODKOWISKA i wszystkie temu podobne..),
której nie potrafię się skutecznie oprzeć?

Ale przecież tutaj właśnie należy głównie stosować MĄDROŚĆ,
która mówi kiedy nasze MYŚLI lepiej brać za OBIEKTYWNE a świat
za ILUZJĘ, a kiedy odwrotnie – świadomość (i jeszcze bardziej nieświadomość/podświadomość – co łatwiej powiedzieć niż..)
NEUTRALIZOWAĆ jako stwarzającą nam sztuczne bariery,
ograniczającą – wracamy do pozornego zderzenia paradoksalnych
REŻIMÓW od którego zacząłem wpis poprzedni..

Co tutaj jest ważne?
Jaka konstatacja?

Ważne jest CO Z NASZYCH IDEI, PLANÓW, MYŚLI
– inspiracji i intuicji WYNIKA W PRAKTYCE.

Ważne, by wiedzieć, kiedy i jaki aspekt maksymalizować.

Równanie zatem wyglądałoby mniej więcej tak:

(M + P)  x P = Pp  

Gdzie:
M – myśli, idee, inspiracje itd.
P – praktyka, pragmatym, realizm, trzymanie się Ziemi
Pp – pleroma praktyka (w wersji bardziej zaś osobistej: 
pleoroma praktyka)

Jak widzimy, jeśli po lewej stronie równania
gdziekolwiek za P podstawi się wartość ZERO,
wynik będzie zerowy. 

Mówi to nam wyraźnie o tym, co od dawna znane,
że choćby: lepiej być pracowitym bez talentu niż
utalentowatym bez pracy. 
I można to znaleźć wszędzie, gdzie trochę myślą..
choćby w zakonie thelemy stopień Theoreticus
jest poniżej Practicusa. 
A i wg Borysa Murawiewa, to co różni
egzoteryków od mezoteryków i ezoteryków
to dołączenie do „wspólnego rozumienia”
praktyki – ci na etapie mezo (mezzo) więcej już kalkulują
niż kontemplują, zaś ezoterycy mają konieczną
i doskonałą Praktykę..

Jeśli pod 0 podstawi się symbolicznie Boga
(co nie jest li tylko jakąś zgrywą, a ma swoje,
także symboliczne, ale nie tylko, uzasadnienie..)

– to można, tylko w określonej konwencji, przyjąć,
że Bóg nie praktykuje
(ten wzór rozpatrywany z podstawieniem Boga w ogóle
jest ciekawy ale omówienie tego wymagałoby odrębnego
zupełnie opracowania..).

Czy to jest jakaś konwencja zarzutu? Wręcz przeciwnie.
Nie do tego zmierzamy.

Z przymróżeniem oka, przypomina mi się tutaj
scena z amerykańskiej prześmiewczej (a jednak prezentującej
czasem dość istotne wartości, co prawda w oryginalny sposób)
bajki dla dorosłych (choć najczęściej oglądają ją jednak dzieci,
co nie zawsze dobre..) pt. "South Park":
- w scenie tej bohater, chłopczyk ma pretensje, że po raz
kolejny zanosi się na śmierć Kennego (to bohater - też chłopczyk,
który tradycyjnie ginie w każdym odcinku - na przeróżne sposoby
tj. ginie w sensie spotyka go najczęściej jakaś gwałtowna a niespodziewana 
i widowiskowa śmierć fizyczna..) i wzywa Boga by przedsięwziął jakąś
interwencję..Bóg jednak, wychylając się zza chmurki, przedstawiony
tradycyjnie i symbolicznie za pomocą oka Opatrzności w trójkącie,
przepraszająco wyjaśnia, że nie bardzo może interweniować, bo:
- ALE JA NIE MAM RĄK!

Mamy tutaj więc kwestię tego, że Bogu potrzebne są 
JAKIEŚ NARZĘDZIA.

Muszę się tutaj przyznać, że napisałem w życiu dużo bzdur – to znaczy,
żeby uszczegółowić i być jeszcze szczerszym, może nie aż tak strasznie dużo,
ale za to kilka bardzo wielkich. I rzeczywiście, bardziej nawet
napisałem niż powiedziałem (ale to obecnie bardzo często,
bo w zw. z Internetem i anonimowością itp. ludzie częściej
niż kiedyś są skłonni do wypisywania takich rzeczy, których
jednak – powiedzieć fizycznymi ustami by jednak nie powiedzieli..). 

Jedną z największych bzdur jaką zdarzyło mi się napisać jest
passus, który znalazł się w pewnym – zaczętym tylko, i nigdy
nie dokończonym teoremacie.
Rzeczy celowo nie polerowałem, nie poprawiłem kosmetycznie
(gramatycznie itp.) i logicznie i w ogóle nie kończyłem,
zorientowawszy się, że całość szła w złym kierunku.
I to, że tutaj o tej pisaninie napomykam też oczywiście nie
ma na celu promocji tego,  chociaż – są tam pewne wartościowe
elementy. Jako przykład jednak, gdzie i jak można się pogubić
– gdy człowiek ma więcej pretensji o Istnienie niż za to wdzięczności
i gdy teoretyczna wiedza (oraz intuicja) o tym, że CZAS JEST ILUZJĄ
pcha takiego człowieka do rozmyślań postulujących czasu likwidację 
(co byłoby nad wyraz żałosne, zważywszy że BÓG WŁAŚNIE
i CUD STWORZENIA wiąże się z czasu odpowiednim przez
Jedynego zatrudnieniem – czasu oszukaniem; w tym sensie
mówi się czasem o Bogu jako o ZWYCIĘZCY NIEMIŁOSIERNEGO
HEROPASSA). 

Spektralna teoria Boga, duszy i świadomości została zanotowana
właśnie w czasie wyjątkowo silnego kryzysu, zarówno duchowego,
jak mentalnego i fizycznego, w roku 2014. 
Co ciekawe, nawet jeszcze w r. 2016 popełniłem pewne
refleksje na temat tej teoryjki, ale już wiedząc, że idzie w złym
kierunku i nie zamierzając jej polerować i kończyć.
Ten rodzaj „dementi” napisałem dokładnie 7 lipca 2016 –
na 7(8) dni przed 15 lipca, gdy moje pewne skrzywione
zapatrywania (raczej contra intuicji – płynące z chorobliwego
stanu tak mentalnego jak fizycznego – intuicje bowiem zawsze
były dość zdrowe..)  – i także, pewne słabości, nieodwołalnie się
naprostowały! Bogu dzięki!

Ten nieszczęsny passus, bzdura bzdur brzmiała:
BÓG NIE POZWALA SOBIE POMAGAĆ (z definicji). 

Otóż, naprawdę jest dokładnie odwrotnie.

Ktoś (Ark) kiedyś, nie tak dawno, ładnie ujął anty-bzdurnie:

Trzeba temu Bogu jakoś pomóc!

I tylko w takim instrumentalnym celu przywołałem podobną konwencję,
jak wyżej. 

ZŁE POMYSŁY W ZŁYCH CZASACH
 (czasach nie tak złych, bo koniecznych -
 bowiem jest oczywistym dla Każdego, że trzeba się
 narodzić, żeby móc umrzeć - ale nie dla każdego, że
 trzeba umrzeć, żeby się narodzić..)

Tutaj można - kto wnikliwy porównać może sobie
 mój opis sprawy (i BŁĘDU oraz złego kierunku)
 z materiałem empirycznym..

Schemat główny (jako taki można powiedzieć, że
 w zasadzie najmniej obarczony błędami) - link.

Oryginał - z różnymi językowymi (ale i merytorycznymi)
 niedoszlifowaniami (jak wspomaniałem - tak pozostawiony
 bez poprawek i finalizacji) - link.

A tutaj "dementi" - ustosunkowanie się - jeszcze w lipcu 2016
 (link). 

Czasy, gdy jest się martwym nigdy nie należą do przyjemnych,
ale jednak – poza – wtedy lekko przeświecającą przez ciemność,
potem zaś jasną jak Słońce – świadomością konieczności takich
doświadczeń, było w nich też kilka odlotowych pomysłów..-choćby to,
że części (nieopublikowane, i dobrze) do powyżej wspomnianych
teoryjek oraz pewne inne spisywałem wpadając w pismo
tzw. „automatyczne” – bywało, że pisząc (na laptopie) 
ponad 48 godzin, bez przerwy, czego skutki były nie tylko
duchowo – mentalne ale i fizyczne (bardziej niż jakiegoś -ezo
– raczej -egzo-dermiczne..)

ręka po pisaniu..

***

Część 3 i ostatnią niniejszego wpisu w dzień 5-8 pisałem
w Alchemii..

W ogóle, coś ta alchemia, choć w odróżeniu od Rodziców (biochemików)
a i też wielu Przodków (w tym wspomnianych,) nie jestem naukowcem
(a na pewno nie przyrodnikiem!) mi chodzi po głowie..a nawet – gdy nie chodzi
– to bywa, że sama do mnie przychodzi. 

Tematów – dotknąłem, tylko skrawek. Ale i tak – zgodnie
z dyspensą, zaznaczoną na wstępie, pewnie – za dużo!
Taki to świat – gdzie wszystko się ze wszystkim łączy,
a człowiek – jak Adam – jeśli jest mądry (rozsądny) – 
i posłuszny wskazaniu Ojca – porządkuje, czyli nazywa.

Na koniec jeszcze – żeby nie było, że tak się tutaj pieścimy, 
ze wszystkim..

"Towards the cold of Zero degrees Absolute, beyond which there is Nothing but the Abyss, the Great Emptiness which draws in and swallows everything relative; the Outer Darkness into which everything falls with weeping and gnashing of teeth, giving out cries of distress. Only what is absolute will withstand their icy breath."
[z Gnosis, cz. III, Borys Murawiew, 
nawiązanie oczywiście do Mt 8; 12 (8,3), Mt 13; 41-42  (4,8,3)]

Tak..
I tutaj, mimo całych moich zarzutów do siebie samego w głównej mierze,
przypominam sobie – jakby to było dzisiaj..A było to właśnie w r. 2014,
w apogeum śmierci (choć to ciężko powiedzieć..- pierwsze apogeum, 
a raczej epicentrum „wybuchu” było już w 2011 – gdy miałem jeszcze 
33 lata, w Poznaniu). Petardy zaś wybuchały i raniły aż do 2015..a może
i nawet po nim. 
Przypominam sobie, że byłem TAM, w tej mrążącej duszę i ciało
Pustce, gdzie nic relatywnego się nie liczy – i gdzie jest 
tylko niewczesny „płacz i zgrzytanie zębów”. 
I mimo całego mojego opłakanego stanu, gdy opadły ze mnie
wszystkie skrzywienia i degeneracje osobowości, które
nabyłem żyjąc, a tak w tych chwilach jakby było,
czułem tylko nadziemski spokój, widziałem
tylko piękno w jego świętym rytmie
i przepełniała mnie czułość do Wszystkiego,
co 
żyje, żyło i będzie żyło. 

 

With A Little Help From My Friends

Korzystam z Volty, którą zakończyłem ostatni wpis i pokażę Wam Przyjaciół.

Albowiem, gdy ktoś odkrył swój prawdziwy cel, cel swojego Prawdziwego Ja,
może liczyć na.. małą pomoc..

Czy uwierzyłbyś w miłość od pierwszego wejrzenia
(..)
Co widzisz kiedy zgasisz światło?

Nie mogę (Ci o tym wprost) powiedzieć
(..)
(Ale) z małą pomocą przyjaciół przeżyjemy.

 

W przedostatnim zaś odcinku (Gnosis) pisałem, że prawdziwa
droga do Boga wiedzie przez Wnętrze każdego z nas.
Wiedziano to od dawna, były czasy, iż myślałem, że to jednak średnio
pomocny banał.
Aż dowiedziałem się, że BANAŁY TO PRAWDY,
które NAJSKUTECZNIEJ
się sprawdzają,
ludzie jednak bardzo rzadko
z tego korzystają i wyśmiewają je, dlatego,
że NAJPROSTSZA DROGA JEST NAJTRUDNIEJSZA
i wymaga wysiłku.


Jest to trudna sprawa.

Jednocześnie trzeba maksymalnej pokory
i tak samo – wyzbycia się skromności.
Nie jest tak prosto uwierzyć, że można mieć w sobie
Najczystsze Dobro, eckhartowską iskrę.
Nie jest to łatwe, szczególnie dla intelektualisty o ironicznej proweniencji.
Trzeba też pogodzić się ze wstydem i śmiesznością.
To też nie jest proste, szczególnie dla racjonalisty.

Ale uwaga, nie martwcie się: wcale racjonalistą przestać być nie trzeba. Odwrotnie nawet..

Pamiętam, jak mój Tata powiedział, że czytał, iż ojciec Carla G. Junga
dokonał czegoś takiego jak „uświęcone poświęcenie intelektu” –
wybierając wiarę w Boga.
Teraz, z całym szacunkiem, skomentować mogę to tylko:
– Cóż za głupiec. Wybierając „Boga” wyrzekł się jego daru,
który od niego pochodzi i tylko do niego Naprawdę może prowadzić.

To temat rzeka, temat metodologiczny, trochę wymagający,
więc tutaj tylko najkrótsza uwaga:

Metoda naukowa empiryczna nauk przyrodniczych badających świat w okół jest niedostosowana do wykrywania zjawisk natury "niefizycznej".

Dlatego choćby, że opiera się, ze swej istoty, na :

a) powtarzalności zjawisk
b) stałych cechach

Tymczasem fenomeny np. duchowe mają odwrotną charakterystykę, choćby co do istoty są

a) niepowtarzalne

b) mają cechy zmienne, 
często wchodzi w grę efekt obserwatora 
(opozycja podmiot - przedmiot zaczyna sprawić psikusy..
- (w fizyce mikrocząstek też jak wiadomo tak jest ..;P), 
synchroniczności etc.etc).

To jest już zasygnalizowane przez pochylenie się nad istotą psychologii jako nauki oraz zauważenie np. prymitywizmu metody opisowej, empirycznej (behawioralnej) w psychiatrii.

To, że np. badania świata niefizycznego czy nieznanych zupełnie do tej pory z natury fenomenów może mieć charakter "co najmniej zbliżony do metod psychologii" jest prostym wnioskowaniem "z mniejszego na większe"..

Dlatego zjawiska niefizyczne, "z innych wymiarów" badać należy inną metodą naukową.

Toteż i dowody mają inny charakter.

Skutkiem jest nawet to, że można pozbyć się fałszywej skromności,
przyznać się do tego, co jest przez to i nie tylko przez to takie trudne,
i np. przerobić tekst starej piosenki (tutaj – „Tchórzliwy lew i złote serce”).

Jak wspomniałem też jednak ostatnio:

Jest też cały problem SENSU, niewiary, depresji, gorzkich doświadczeń..wreszcie nihilizmu.
O wszystkich tych tak ważnych problemach, definiujących albo 
i negujących życie – napiszę.

Temu ostatniemu nie pomogę.
Kto chce służyć ciemności – jego wolna wola.
Można na tym nawet daleko zajechać. Można wyżej, niż tutaj.
Można na tym nawet zajechać: dokładnie 4 razy.
Ale dalej nie można..Dalej jest już tylko Druga Śmierć.

Nie polecam. Ale też nie odradzam.
Dlaczego?
Bo się na tej drodze nie znam.

Bo powiem tak, a nie takie to częste, wśród Wszystkich piszących,
obojętnie gdzie:
Ja piszę tylko o tym, co znam. Piszę o tym, co przeżyłem.

Już teraz jednak, jeśli Ktoś tego potrzebuje, to mogę zapewnić,
tak z teorii, ale przede wszystkim z Praktyki:

Dont give up
 cause you have friends
 Dont give up
 Youre not the only one
 Dont give up
 No reason to be ashamed
 Dont give up
 You still have us
 Dont give up now
 Were proud of who you are
 Dont give up
 You know its never been easy
 Dont give up
 cause I know theres a place
 Theres a place where we belong.

Ale, ale, gadu gadu, a przecież obiecałem, że pokażę Wam
Przyjaciół..
A ja słowa – staram się – coraz częściej i coraz lepiej –
dotrzymywać.
/przyjaciele mają to do siebie, że lubią Przestrzeń i Powietrze
oraz nie przepadają za byciem dosłownym
..tacy już
są..od tysiącleci..subtelni/

 

Cherubim

***

mal. Marat Dakunin (2002, u Ewy)
15 lipca 2016, w domu, po Wschodzie Słońca

Tymczasem,

do miłego usłyszenia, gdy CDN.

 

PS

Cele w ciele (Gnosis cz. II)

Ostatnio zapowiedziałem, że wpis „Gnosis” (tutaj link)
będzie miał kontynuację merytoryczną.

I oto ona. Słowa dotrzymuję.

Mieć cel, to ważna sprawa.

Odkryć dla siebie swój fundamentalny, życiowy cel – KAŻDY
– SAM DLA SIEBIE – i się go trzymać – sprawa jeszcze ważniejsza!

Ilu z nas żyje właściwie, pomijając drobne życiowe zabiegania
– BEZCELOWO?

Czy aby tak należy podchodzić do życia, które tutaj, w ciele,
na Ziemi, wiedziemy?

Mi się wydaje, że tak teoretyczne (w swoich poglądach, odczuciach)
jak praktycznie prowadzenie życia bezcelowego nie jest ani mądre
ani godne, ani nawet (sic!) popłatne. Jest tutaj, na marginesie cały
problem SENSU
, rozczarowań, doświadczeń, temat depresji,
temat NIHILIZMU
wreszcie.
O wszystkich tych, tak ważnych w naszym życiu, że czasem je najsilniej definiujących (lub..negujących) sprawach, napiszę. Napiszę już wkrótce!

Ja, piszący to, nie chcę Wam nic dawać zupełnie gotowego.
Bo w tej materii, do której zmierzam: tak nie można. Tak się nie uda.
Kto nam narzuca sztywne cele – czy aby jest przyjacielem
naszej Wolnej Woli? Czy aby jest tą Stroną, która Nam życzy dobrze?
Warto przemyśleć..

Najlepsze bowiem Opowieści są niedokończone.

A porzekadło mówi: Gute Lesser macht Ein Buch besser
(najmocniej przepraszam za nieznajomość jęz. niemieckiego
i możliwe usterki) tj. Dobry Czytelnik czyni samą książkę lepszą.

Nawiasem kwadratowym mówiąc, popełniłem kiedyś bardzo
dziwny Podręcznik, któremu patronowała m.in. powyższa sentencja.

 

okładka rys. Dariusz Rygiel na podst. projektu MD


Tutaj można go za darmo pobrać – PDF, ponad 130 stron 
]
Ostrzegam jednak z góry – książeczka to niebezpieczna!

**

Z celami, czy wszystkim innym, przez jakichś innych nam
wyznaczonymi, narzuconymi, czy nawet tylko podsuniętymi
czy doradzonymi – nie wiedze się zbyt dobrze. Bo i słusznie
– dlaczego przekonywać nas miałby i prawdziwe motywować cel,
który nie od nas samych – w całym tego słowa znaczeniu – pochodzi?

Najlepiej, by każdy sam dla siebie – coś – do budowania własnym życiem
i staraniami – odnalazł zupełnie samodzielnie.

Bo, powtórzę, za sobą sprzed kilku dni, tak mi się to podoba : ) :

Dobrze byłoby zasygnalizować Cel,
 tak by Inni mogli się (..) zorientować co do niego. Co do CELU.
 No i co do mnie.
 A na końcu, finalnie, tak byłoby najlepiej i to byłoby
 jak najbardziej Celowe: by się Inni mogli zorientować też co do Siebie,
 co do swoich Celów. Celów swoich Wnętrz. Celów ich prawdziwych „Ja”.

 

Każdy bowiem jest różny!
Każdy ma do rozmnożenia talenty! – choć nie każdy ma je
w tej samej walucie i tak samo łatwo wymienialne.
Każdy jednak może je zamienić, zmienić a może nawet Transmutować
w Wartości. Najlepiej te nieprzemijające.

Nad wymienialnością tej naszej przyrodzonej waluty czasem
trzeba się napracować! Ale ile później satysfakcji..
Z zakopania zaś daru niewiele pożytku..

niestety autor obrazka nie ustalony ale skojarzenie oczywiste jak mniemam

Oczywiście, jest najważniejsza praktycznie i prakseologicznie
kwestia celów szczegółowych, drobniejszych, cząstkowych,
instrumentalnych, celów poszczególnych etapów..KONKRETÓW.

I o konkretach, będzie! Trochę konkretów, kilka zaledwie..
już i tak umieściłem, na jednak będącej jeszcze w powijakach
stronie, do której przykleiłem tego bloga (http://cassiopaea.pl).
Choć zgodzę się, że są to konkrety..trochę poowijane..

Pisać będę przez najbliższe dwa – trzy odcinki, wspierając się Borysem Murawiewem, bo z nim mi, przynajmniej teraz, przynajmniej w pewnym zakresie, przynajmniej na pewnym etapie
– po drodze.
A sprawa jest bardziej ogólna – sprawa jest pewnej wspólnej,
nam ludziom, NATURY; może więc i Wam będzie po drodze,
przynajmniej
– na jakiś czas, przynajmniej w pewnym zakresie, przynajmniej:
by zacząć – lub wyjść z zastoju – lub: przerwać dryfowanie,
lub: nabrać wiatr w żagle. A na końcowej przystani,
ale może i – częściowo
– i na przesiadkowych – co nas może czekać..
A gdyby tak: RADOŚĆ NIE DO OPISANIA ? 

Będę tłumaczył część wstępu do II Tomu „Gnosis” Murawiewa, swobodnie, parafrazując, gdzieniegdzie dopowiem swój komentarz. Przepraszam,
za to, że tłumaczenie będzie wielce niedoskonałe i kulejące.

Dlaczego z Tomu II (z dopiskiem: Mesoteric)? – ano,
bo mi tu akurat pasuje ..

Ale słowo dodatkowego wyjaśnienia:

Według Tradycji, ze względu na wiedzę i czyn, 
ze względu na znajomość teorii i praktykę, 
ludzie dzielą się na Krąg Zewnętrzny i Krąg Wewnętrzny. 

Krąg Wewnętrzny zaś składa się z 3 kręgów, 
każdy od siebie węższy. 

Zewnętrzny krąg wewnętrzny nazywa się czasem Egzoterycznym.

Wszyscy, którzy do niego przynależą, bardzo wiele już osiągnęli, 
w perspektywie ogólnospołecznej to prawdziwa elita. 

Ludzie nim połączeni posiadają Wspólne Rozumienie.

Pośredni krąg nazywa się czasem mezoterycznym. 

Ludzie, którzy do niego należą, nie tylko posiadają wspólne
 rozumienie ale i takoż praktykują. 

Gdy ci z kręgu egzoterycznego KONTEMPLUJĄ, 
mezoterycy raczej KALKULUJĄ.

Krąg centralny nazywa się czasem Ezoterycznym.

Nieliczni w tym środkowym kręgu posiadają Wspólne Rozumienie, 
Praktykę oraz dodatkowo ich działania są zawsze doskonałe
 i zawsze konieczne. Ich praktyka jest dokładnym odbiciem 
Teorii, przedsięwzięcia zawsze niezbędne. Ich serce jest sercem dziecka.

Ich umysł, umysłem mędrca. Czyny ich są święte.

 

To, co wyżej, zanotowałem dla gości mojego profilu FB 20 sierpnia tego roku.

A to, co niżej

(true, true, without doubt..)

napisał Ark, 31 lat temu:

Marsylia, () 1986



Jestem transformatorem i konwerterem
energii. To jest esencja mojego istnienia.
To jedyny możliwy cel. Mogę wybrać, czy
służyć temu celowi, czy nie. Mogę być tylko
transformatorem. (..)

Albo, mogę służyć jako kanał. To wybór
pomiędzy samowolą a dyscypliną. Co robi
"Ja" to samowola. Co działa poprzez "Ja"
nią nie jest. Powiniem pozwolić, by
Działało poprze mnie. Trzeba wyeliminować
samowolę. Ale, na Boga, nie samokontrolę!

Tak więc chcę wyeliminować samowolę, usunąć
autoidentyfikację. TO bardzo ważne.
Chcę (jednak) wglądu i samoobserwacji.
Chcę zaplanować każdą godzinę.

Chcę pozbyć się garbu, przestać być
wielbłądem.
Chcę słuchać. Chcę wewnętrznie rozważać.

(..)

Świat jest marnością. Marnością, która
przeminie. Niebo przeminie, Ziemia
przeminie, drzewa przeminą, ludzie
przeminą. Ludzkie aspiracje przeminą. Nauka
i wiedza przeminie. Wszystko co mnie spaja,
przeminie.

Cel - na tym poziomie - nie istnieje.

Wyznaczać cel na tym poziomie to
okłamywanie samego siebie.

Humanizm, prawda, wiedza - to puste słowa.
Słowa otoczone przez cierpienie, które jest
bez znaczenia. Kiedy mówię, że "chę pomóc
ludzkości" - to puste słowa.Kiedy mówię
"wiedza", "nauka", "prawda", "poznanie" -
to słowa fantomy.

Jestem transformatorem energii i potrzebuję
służyć jako taki. To jest to, co mogę.

Gdzie jest wyjście?

Nic nie pozostanie z tego, co robię.

Równie dobrze mógłbym nie istnieć.

Myśleć, że jestem inny, że jestem
wyjątkowy? Że dokonam rzeczy, których nikt
nie dokonał - ale mi się uda, gdyż mam
szczęście? Boże, to możliwe, żeby wierzyć w
tę iluzję!(..)

Jeden cel wydaje się osiągalny. Gdy koniec
będzie blisko, cierpienie będzie tak
wielkie, że odejdę z ulgą (..)

Gdzie jest wyjście? Jakiemu celowi służą
ludzie? To jest eksperyment!

To, co bierze początek we mnie się nie
liczy. Jedyne, co mogę zrobić, to pozwolić czemuś
potężniejszemu mówić przeze mnie. Czemuś
mądrzejszemu mówić do mnie i mówić przeze
mnie. Działać przeze mnie.

Jestem łupiną, maszyną. Jestem możliwością
dla czegoś większego do bycia we mnie i
działania przeze mnie. Jestem miejscem,
które czeka by zostało wypełnione.

Jestem powozem bez woźnicy i bez pana.

Tak, jest mózg, są członki ciała, są
zmysły. Ale jestem tylko powozem, bez
powożącego i bez pana. Osobą z pretensjami
by posiadać jakieś prawa. Która odgrywa
role, czasami woźnicy, czasami pana - która
mówi ciągla "Ja". Lecz jestem tylko
powozem, który jedzie do nikąd i skazany
jest rozkraczyć się w jakimś rowie.

Moje aspiracje, moje ambicje, moje chęci -
to wszystko należy do pustego powozu i
konia, pozostawionego bez kontroli.
Wszystko, co robię, nic nie znaczy.
Wszystko co robię jest "osobiste". Wszystko
co z niej pochodzi to balast. To wielbłądzi
garb.

Jak przejść przez ucho igielne z tym
garbem? Trzeba odłożyć na bok tę osobę.
Aspiracje i fanaberie - to nie ja.

Błogosławieni, którzy są potulni.

Potrzebuję potulności. Wyeliminowania
rzeczy zbędnych. I świadomości, że każda
chwila jest odgałęzieniem Wszechświata.

(..)
tłumaczenie moje - MD

Ha!
Właśnie zorientowałem się, że biorąc pod uwagę to, co chciałem przedstawić,
ten wpis robi się za długi. A z czym jak czym ale Uwagą Potencjalnego Drogiego Czytelnika – igrać nie należy!

Dlatego, – o tym, o czym miało być: już w następnym Odcinku, za kilka dni..

Mam nadzieję, że tą woltą więcej rozbudziłem zaciekawienia niż irytacji.

Że tą Voltą stworzyłem – może nawet – jakieś Napięcie!

 

Tymczasem - do Następnego Wpisu..a ja
zbieram się do napisania zaległego maila
 do Mojej Drogiej Czytelniczki, H.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pamiętnik znaleziony w stole

Wróciłem z Beskidu Żywieckiego – chyba to już ostatnia
tegoroczna wyprawa. Noce dłuższe, dni krótsze – jesień,
a później zima – a z nimi dużo zaplanowanej, często nawet
odłożonej Pracy.

Ale sercem (i nogami, które jak zwykle, jeśli bolą, to od hamowania
przy schodzeniu, nie od wspinaczki..) jestem jeszcze w górach.
A miałem od tych wycieczek przerwę prawie 8 letnią.

Przypominają mi się moje notatki sprzed lat, z górami
właśnie związane.
Pisałem wtedy na przykład o UFO nad Babią Górą (Diablakiem)
Czy Pan wierzy w UFO w Beskidzie?https://www.salon24.pl/u/kalokagatek/105764,czy-pan-wierzy-w-ufo-w-beskidzie„.
Z notki poznikały zdjęcia, ale treść jest!
W zamian zamieszczam zdjęcie świeże, z Pilska:

Krzyże na słowackim szczycie Pilska i Mama

Kupiłem sobie stolik. A w zasadzie dwa stoliki.
Jeden, bo ładny i tajemniczy. Drugi – funkcjonalny. Do pracy.
Czy aby na pewno? Próbując go złożyć do kupy o mało
szlag mnie nie trafił..
Trzeba uważać, jeśli się jest z natury cholerykiem,
negatywnych uczuć nie warto wyrażać. Ale nie trzeba też ich tłamsić.
Najlepiej je, nikogo nie krzywdząc, pozytywnie rozładować.

„funkcjonalny stolik”

Wszystko przez to, że mam złe przyzwyczajenia.
Przyzwyczaiłem się pracować na leżąco. W związku z tym
zamówiłem sobie stolik o regulowanych dwóch wysokościach:
aby można było z niego korzystać i leżąc na łóżku i siedząc przy nim.
Złe przyzwyczajenia to nałogi.
Dobre – nawyki.
A takie, co dotyczą w sumie pracy, ale na leżąco, jak nazwać?

Ha! – ale cóż za przypadek! W drugim, tajemniczym stoliku,
znalazłem ukryty pamiętnik! Jakież to kierkegaardowskie.

Proszę, Ktoś pisze o Syrenach!
Co wyczytam, zapewne się tym podzielę!

A przecież 8 – 9 lat temu pisałem dużo właśnie o Sorenie Kierkegaardzie..
Pomiędzy wycieczkami górskimi pisałem np. tak
(w notce pt. „Trzy Korony i Czwarta..” –
https://www.salon24.pl/u/kalokagatek/72439,trzy-korony-czwarta-cz-2-1-2):

(..) Gurdżijew definiuje takie 
człowiecze centra:

- Centrum Intelektualne rejestruje myśli, 
kalkuluje, łączy, bada etc.;
- Centrum Emocjonalne ma w swojej domenie 
uczucia oraz poddane obróbce /?/ doznania i 
namiętności; 
- Centrum Ruchowe zarządza pięcioma zmysłami, 
gromadzi w organizmie energię poprzez jego 
instynktowne funkcje i przy pomocy jego funkcji 
motorycznych kieruje zużywaniem tej energii (tu 
chyba chodzi głównie o działanie..)

Było o tym w tej notce i w tej notce.

Dziś miałem ważkie dylematy. M.in. wybierałem 
trasę, którą przejdę górskie szlaki.
Jedne były dłuższe, ale proste, drugie były 
cięższe (ale w sumie i tak lajtowe) , jedne 
dawały perspektywę spotkania wielu turystów, 
inne wydawały się mniej uczęszczane. Czas był 
mocno ograniczony..

Na tych samotnych najłatwiej myśleć, choć 
myśleć wśród ludzi (Dzień Dobry! Dzień Dobry) 
jest szlachetniej (a może jakaś wartość dodana 
się trafi). 
Te cięższe dawały perspektywę szlifowania woli 
i ciała. 
Te ludne stwarzały (nikłą, bo nikłą) możliwość 
spotkania czarującej czarodziejki i 
ewentualnego zakochania się. 
Były też tzw. szlaki sentymentalne, 
przywołujące drgania uczuć z przeszłości. 
Centrum emocjonalne by się więc nasyciło. 
Rzuciłem monetą. 
Wypadł 3 razy orzeł.
Gdy wypada 3 razy orzeł to jak wiadomo jest to 
wg I-Cing stare Yang (albo Yin) 
i się długo nie utrzyma...
Wydaje się, że Platon pisał o trzech częściach 
duszy i stąd:
mądrość – jest cnotą części rozumnej, 
w męstwo – ma się wykształcić część impulsywna 
a panowanie nad sobą jest cnotą części 
pożądliwej. 
Cnota sprawiedliwości utrzymuje je w harmonii.

Dobra stanowią hierarchię, lecz na jej szczycie 
nie jest żadne z dóbr realnych ale sama idea 
dobra.

Celem jest zatem osiągniecie miłości samej idei 
dobra i piękna.

Wędrując jestem właściwie przekonany, iż 
osiągnąłem taką miłość.
Oczywiście, jest to bzdura, gdyż to mało warty 
sentymentalizm najpewniej
(nawet jak piesek górski przyskoczy). 
Czy w melancholię nie pcha często właśnie taka 
nieumiejętna 
(praecox ?) miłość do samych idei?

Wg Platona jednak poprzez cele realne, 
względne, skończone, można osiągać cele idealne 
i wieczne.

 

Sprawdziłem też, co pisałem 9 lat temu 1 października. Otóż nic nie pisałem.
Ale pisałem 29 września oraz 4.X.

Cytuję tam m.in. Rilkego

Nieznana cierpień przyczyna
Miłość niewyuczona
I dotąd niezdarta zasłona
Z tego, co dzieli nas w śmierci

(R.M. Rilke, Poezje wybrane)

Zdaje mi się, jakbym tyle lat temu zajmował się podobnymi sprawami,
co teraz.
Czyżbym więc ani trochę się nie postarzał? – nie rozwinął,
nie ewoluował?
A jednak – przecież po drodze, umarłem.
A jednak – jestem w miejscu podobnym – lecz trochę gdzie indziej.

 

Rzeczywiście, Ark kiedyś napisał:
– Żeby samemu zajść wyżej, trzeba podać rękę tym, 
którzy są niżej na drabinie. Tak to już jest urządzone..

mal. William Blake

Interludium

Przygotowuję kilka poważniejszych wpisów.
Takich, które może i mógłbym, jak wszystko, improwizować,
ale waga tematu i założenie pożyteczności każe tyrać.
Bo, działać impulsem, inspiracją, to ja lubię.
Samodyscypliny – nie bardzo.

Działanie inspiracją, chwilą, jest dobre. Ale rzadko.
Na codzień dobra jest samodyscyplina. 

/tak napisał Nauczyciel; cyt. z pamięci, pisownia świadoma/

W moich ostatnich wpisach było dużo piosenek. Piosenki mi pomagają.
Czasem nawet inspirują. Ale w ogóle: muzyka to ważna sprawa.

Przeczytałem w życiu bardzo niewiele. Tak się jednak, przypadkiem,
składało, że czytałem tylko rzeczy ważne, a co odkryłem stosunkowo
nie tak dawno – nawet takie, które mi się mogą przydać w życiu.
Tak jak np. Romana Bergera „Zasada twórczości”

Muzyka łagodzi ponoć obyczaje, a ja lubię łagodność, bo z natury jestem cholerykiem.
Śmieszne? Sam się śmiać chciałem, gdy usłyszałem – z pierwszej ręki –
że główny polski jogin – Leon Cyboran cholerykiem był..
Paradoksy. Lubię je. Bóg je chyba także lubi, jakże inaczej
obrałby je za tyczki swojego namiotu?

(…)

Matematyka stanowi dziś w mych oczach jedną z rzadkich dziś „wysp informacji” – by użyć tu metafory Norberta Wienera. Natomiast muzyka reprezentuje, niestety, drugi biegun tejże metafory – entropię. Oczywiście z wyjątkiem wyjątkowych ludzi i wyjątkowych dzieł. Mam na myśli jednak całą dziedzinę w skali makro (…)

(…) Mamy do czynienia (…) z tendencją, by zredukować organizm z jego nieskończoną kompleksowością (Wiktor N. Injuszyn twierdzi, że „żywą materię” porównać można tylko z przestrzenią o nieskończonej ilości wymiarów) do poziomu mechanizmu (…). Do poziomu nieco bardziej skomplikowanego „budzika”. Kryje się za tym postawa człowieka – manipulatora. Chodzi o funkcję pychy, wynikającej z iluzji nieograniczonej władzy. Ze zwierzęcej, „animalnej” potrzeby dominacji, efektownie opakowanej i zaopatrzonej w etykietkę „homo sapiens”. Swój lęk, wywołany nieskończenie wielką alienacją, homo sapiens nie tylko wypiera ze świadomości, racjonalizuje, odpędza projekcjami („Widzisz źdźbło w oku brata swego..”) ale równocześnie kompensuje dążeniem do władzy, do wyzysku, do rabunku etc.etc.

(…) Analiza? To znaczy rozłożyć „budzik” na składniki. Na tematy i motywy? Zgoda. Na kadencje i akordy? No tak. Na interwały? Na dźwięki? Oczywiście! A gdzie pozostała muzyka? To przecież jasne: w treści. Analizujemy przecież formę! Oczywiście…

(…) Muzyka jest ważną sprawą. To znaczy, że nie jest jakimś wymysłem, produktem chorej myśli, chimerą. Ani płodem samowoli. Pod jednym warunkiem: że chodzi o twórczość. O autentyczną twórczość. Problemem natomiast – i poważnym problemem – jest detekcja twórczości. Tu pozwolę sobie zacytować ze słynnej antologii Wolfganga Laadego kilka fragmentów tekstów narodów przyrodzonych (ludów naturalnych):

Cóż się dzieje? Lutnia nie śpiewa! Jest to tylko drzewo.
Nie może śpiewać, jeśli nie ma serca. Musisz mu dać serce!
Drzewo musi iść z tobą, na twoich plecach, do walki,
musi przesiąknąć krwią – krwią z twojej krwi, tchnieniem twego tchnienia.
Twój ból musi stać się jego bólem, twoja sława – jego sławą.
I uderzył w bęben, i śpiewał całą noc, i próbował wskrzesić dziewczynę
z martwych. 

(…) A tu jeszcze usłyszałem, jak Słońce wschodząc – śpiewało.

A na koniec, czego nie planowałem, zadziałałem z inspiracji
i pogoglałem, czy może Nauczyciel napisał coś konkretniej
na temat samodyscypliny.. Okazało się, że napisał.