UWAGA – START NA NOWO – Zapraszam na Nowy Blog (BL8G.PL)

Były jeszcze dodatkowe opóźnienia, ale – jak zapowiadałem – wracam z cykliczną i nieprzerwaną już kontynuacją. Oby owocną – co już nie tylko ode mnie zależy.

Ten blog będzie zachowany archiwalnie, natomiast zostały zbudowane (i są budowane) nowe miejsca, hostingi, by zaprowadzić także porządek merytoryczny i formalny.

Klimat niniejszego miejsca będzie zachowany – zapraszam w pierwszej kolejności na blog ogólny, gdzie będzie pojawiać się tematyka codzienna, ale i – jak tutaj – z ezoterycznym i duchowym przesłaniem, okraszona oryginalną wizualizacją.

Zapraszam zatem na mój nowy blog ogólny pod adresem:

BL8G.PL

 

pozdrawiam serdecznie

Marat Dakunin 

 

Kraków, 20.6.2019

 

 

 

 

Po powrocie z Jerusalem

Ale..ale; dlaczego mam się tylko tłumaczyć (jak w poprzednim dziś rano wpisie informacyjno-zapowiadającym) – że ten archiwalny zastój TUTAJ
za nie tak aż długo ożywi się GDZIE INDZIEJ?
A może ten czas jednak wypełnić.

Nie tak dawno przytoczyłem na Profilu FB przez chwilę i zyskało uznanie więc utrwalę tutaj mniej znanego Junga Kazanie I. Co czynię;
Nie bez kozery, gdyż 23/24 stycznia tego Roku, 2019, wróciłem z Jerozolimy. 

 

„Zmarli powrócili z Jeruzalem, gdzie nie znaleźli tego, czego szukali. Domagali się przystępu do mnie i żądali ode mnie nauki, i tak ich nauczałem:

Słuchajcie! Rozpoczynam od nicości. Nicość jest tym samym, co Pełnia. W nieskończoności pełne znaczy tyle, co i puste. Nicość jest pusta i pełna. Możecie też równie dobrze powiedzieć coś innego o nicości, na przykład jakoby była biała albo czarna czy też jakoby nie istniała albo istniała. Nieskończone i wieczne nie ma żadnych właściwości, albowiem posiada wszystkie właściwości.

Tę Nicość albo Pełnię zwiemy PLEROMA. Wewnątrz niej ustaje myślenie i bycie, gdyż wieczne i nieskończone nie ma żadnych właściwości. W niej nie ma nikogo, bo gdyby był, wówczas byłby odróżniony od Pleromy, miałby właściwości, co odróżniałoby go — jako coś — od Pleromy.

W Pleromie jest wszystko i nic — nie popłaca rozmyślanie o Pleromie, gdyż to by znaczyło: doprowadzać siebie samego do rozpadu.

STWORZENIE jest nie w Pleromie, lecz w sobie samym. Pleroma jest początkiem i końcem Stworzenia. Przechodzi ona przezeń jako światło słońca przenika przez powietrze. Choć Pleroma na wskroś przezeń przechodzi, przecież Stworzenie nie ma w tym udziału, tak jak ciało doskonale przejrzyste ani jasne, ani ciemne się staje przez światło, które przezeń przechodzi.

My zaś jesteśmy sami Pleroma, gdyż jesteśmy częścią wiecznego i nieskończonego. Nie mamy jednak w nim udziału, ale jesteśmy nieskończenie oddaleni od Pleromy — nie przestrzenią albo czasem, lecz ISTOTĄ, skoro w istocie odróżniamy się od Pleromy jako stworzenie, które ograniczone jest w przestrzeni i w czasie.

Skoro jesteśmy częściami Pleromy, to Pleroma jest w nas. Toteż i w najmniejszym punkcie jest Pleroma nieskończona, wieczna i cała, bo małe i wielkie to właściwości, które w niej się zawierają. Jest ona Nicością, która wszędzie jest całkowita i bezustanna. Stąd o Stworzeniu tylko w sposób symboliczny mówię, że jest częścią Pleromy, bo Pleroma naprawdę nigdzie nie jest podzielona, gdyż jest Nicością. Jesteśmy też całą Pleroma, symbolicznie jest bowiem Pleroma najmniejszym — przyjętym jeno, nie zaś bytującym — punktem w nas i nieskończonym sklepieniem świata wokół nas. Dlaczegóż w ogóle mówimy o Pleromie, jeżeli jest ona Wszystko i Nic?

Mówię o tym, by gdzieś zacząć i odebrać wam tę ułudę, że gdzieś na zewnątrz lub wewnątrz jest coś z góry stałego albo jakkolwiek określonego. Wszystko, co nazywa się stałe albo określone, jest względne. Tylko to, co podlega przemianie, jest stałe i określone.

A to, co przemienne, jest Stworzeniem, zatem jedynie ono jest stałe i określone, gdyż ma właściwości, co więcej — samo jest Właściwością.

Podniesiemy teraz kwestię: jak powstało Stworzenie? Stworzenia, owszem, powstały, nie zaś Stworzenie, bo ono jest właściwością samej Pleromy, tak jak ta nie stworzona, wieczna Śmierć. Stworzenie jest zawsze i wszędzie, Śmierć jest zawsze i wszędzie. Pleroma ma wszystko: różność i nieróżność.

Różność jest Stworzeniem. Ono jest różne. Różność jest jego istotą, dlatego też Stworzenie rozróżnia. Dlatego i Człowiek rozróżnia, bo jego istota jest różnością. Dlatego rozróżnia on także właściwości Pleromy, które nie istnieją. On wyróżnia je ze swej istoty. Dlatego Człowiek musi mówić o właściwościach Pleromy, które nie istnieją.

Powiadacie: jaka korzyść o tym mówić? Sam powiedziałeś, że nie popłaca nawet myśleć o Pleromie.

Powiedziałem wam, by was uwolnić od tej ułudy, że można myśleć o Pleromie. Gdy rozróżniamy właściwości Pleromy, to mówimy z naszej różności i o naszej różności, a nic nie powiedzieliśmy o Pleromie. Mówienie zaś o naszej różności jest konieczne, byśmy dostatecznie potrafili się odróżniać. Nasza istota jest różnością. Gdy tej istocie nie jesteśmy wierni, to nie dość się odróżniamy. Dlatego musimy rozróżniać właściwości.

Pytacie: co szkodzi nie odróżniać się?

Gdy nie czynimy różnic, to wypadamy poza naszą istotę, poza Stworzenie i popadamy w nieróżność, która jest drugą właściwością Pleromy. Popadamy w samą Pleromę i przestajemy być Stworzeniem. Ulegamy rozpadowi w Nicość.

To jest Śmierć Stworzenia. A więc umieramy o tyle, o ile nie czynimy różnicy. Dlatego Stworzenie z przyrodzenia zmierza do różności, do walki z prapoczątkową niebezpieczną jednakością. To nazywa się PRINCIPIUM INDIVDUATIONIS (zasada indywiduacji ..- termin jungowki a mi się
tak myśli, że individe – niepodzielny znaczy, że ten, kto scalił swoje ‚osobowości’). Ta zasada jest istotą Stworzenia. Widzicie zatem, dlaczego nieróżność i nieczynienie różnic jest wielkim niebezpieczeństwem dla Stworzenia.

Dlatego musimy rozróżniać właściwości Pleromy. Właściwości są PARAMI PRZECIWIEŃSTW, jako to

Czynne i Nieczynne,

Pełnia i Pustka,

Żywe i Martwe,

Różne i Jednakie,

Jasne i Ciemne,

Gorące i Zimne,

Moc i Materia,

Czas i Przestrzeń,

Dobre i Złe,

Piękne i Szpetne,

Jedność i Wielość i tak dalej.

Pary przeciwieństw są właściwościami Pleromy, których nie ma, gdyż znoszą się one nawzajem.

Ponieważ sami jesteśmy Pleroma, to mamy też wszystkie te właściwości w nas; ponieważ gruntem istoty jest różność, toteż mamy te właściwości w imię i na znak różności, a to oznacza, że:

—  po pierwsze: właściwości są w nas odróżnione od siebie, rozwiedzione, dlatego nie znoszą się nawzajem, lecz są czynne; dlatego jesteśmy ofiarą par przeciwieństw; w nas Pleroma jest pęknięta;

—  po wtóre: właściwości należą do Pleromy, a my możemy i powinniśmy je posiadać albo żyć nimi tylko w imię i na znak różności; powinniśmy odróżniać się od właściwości; w Pleromie znoszą się one nawzajem — w nas nie; odróżnianie się od nich zbawia.

Gdy dążymy do Dobra albo Piękna, to zapominamy o naszej istocie, która jest różnością, a popadamy we właściwości Pleromy, które jako takie są parami przeciwieństw. Usiłujemy osiągnąć Dobro i Piękno, ale zarazem też chwytamy Zło i Szpetotę, w Pleromie stanowią one bowiem jedno z Dobrem i Pięknem. Jeżeli zaś pozostajemy wierni naszej istocie, mianowicie różności, to odróżniamy się od Dobra i Piękna, a przeto i od Zła i Szpetoty, i nie popadamy w Pleromę, czyli w nicość i rozpad.

A wy wtrącacie: powiedziałeś, jakoby Różne i Jednakie też miały być właściwościami Pleromy. Jak to jest, gdy dążymy do różności? Czyż wtedy pozostajemy wierni swojej istocie? I czy musimy popadać w jednakość, gdy do różności dążymy?

Nie powinniście zapominać, że Pleroma nie ma żadnych właściwości. Tylko my je stwarzamy przez nasze myślenie. Jeśli więc dążycie do różności albo jednakości, albo do innych właściwości, to dążycie do myśli, które wypływają ku wam z Pleromy, mianowicie do myśli o nie istniejących właściwościach Pleromy. Uganiając się za tymi myślami, znowu popadacie w Pleromę i zyskujecie naraz różność i jednakość. Nie myślenie wasze, lecz wasza istota jest różnością. Dlatego powinniście zmierzać nie do różności takiej, jaką sobie umyśliliście, lecz DO SWEJ ISTOTY. Dlatego w gruncie rzeczy jest tylko jedno dążenie, mianowicie dążenie do własnej istoty. Gdybyście posiedli to dążenie, to nie potrzebowalibyście wcale wiedzieć o Pleromie i jej właściwościach i dotarlibyście do prawdziwego celu mocą własnej istoty. Ponieważ zaś myślenie wyobcowuje z istoty, zatem muszę nauczyć was wiedzy, byście z jej pomocą potrafili trzymać myśli na wodzy.”

(Sermo I, C.G.Jung)

Moja pierwsza firma (zawsze pozostała w nieformalnym kształcie) nazywała się New Demiurg Industries i była to niechybnie nazwa okrutnie pretensjonalna.
Ark mawia, chyba słusznie, że wszystkie nazwy takie są, dopóki się nie zestrzeją i do nich nie przywykniemy. 
Moja druga firma nazywa się Pleoroma. PL celowe i także LEO a Roma – czytaj od tyłu jak mawiał abp Petz z Poznania – znaczy Amor, który Omnia Vincit, a może
i pleroma (która zwycięża niebyt, choć sama nim jest także)

Już PRAWIE

Przepraszanie Innych i siebie nie jest najważniejsze, ważniejsze jest solidne (i pogodne) postanowienie poprawy a jeszcze ważniejszy: skutek naprawiający zaniedbanie.

Zapowiadałem wznowienie bloga i to na nieporównanie większą skalę tak tematyczną jak co do kategorii (będzie kilka cyklicznych), tudzież walorów
PRAKTYCZNYCH i nie tylko (a będą też formy wideo – jeszcze nie wiem czy Vimeo
czy jednak YouTube) – zapowiadałem ale kolejne daty mijały..i..

I piszę, by zapewnić, że będzie.

Nie rezygnacja czy nieprzezwyciężone trudności tu winne, a organizacja
– i to niemałej ilości składników, zapewnienie o wiele szybszego (będzie wygodniej czytać a przede wszystkim oglądać fot. i ..nie tylko) hostingu, bezpiecznego, inne bonosu. 

Jak obiecałem, tutaj dam znać – gdzie (pod nową domeną) prowadzony
będzie nowy blog – będzie to nawet blog niejeden. A wszystkie regularne.

Aby już nie przekroczyć, dookreślę bezpiecznie, że zaproszę (także przez wpis tutaj – ten blog, pod ta domeną traktować bedę jako archiwalny) na NOWE
POMIĘDZY POCZĄTKIEM KWIETNIA A ŚRODKIEM MAJA. TEGO ROKU, 2019.

Serdeczności

Marat Dakunin

(fot. Arkadiusz Jadczyk )
(fot. Arkadiusz Jadczyk) 

Odpowiedzi po 7 latach

Ostatnie dni przyniosły zagadki.. i rozwiązania tych sprzed wielu lat.

Ostatnie dni przyniosły naukę.

W ostatnich dniach zrozumiałem kolejny akapit swojej przyszłości. 

Jak zapowiadałem, od Nowego Roku – 2019 – będę pisał  i będę pisał dużo
i o różnych sprawach, i nawet na więcej niż jednym „blogu” (w tym jednym
albo może i dwóch czysto fotograficznych), ale już nie tutaj.
Te nowe miejsca będą każde miały swoją nazwą i domenę. 

Tego, co zostało zaczęte tutaj, dokładnie w tej formie nie będę już
kontynuował, z różnych przyczyn, także merytorycznych.
Stronę z domeną cassiopaea.pl i ten blog, niejako do niej przypisany,
pozostawiam w formie (stronę, blog był zawsze raczej oderwany)
hołdu dla prawdziwej, pożytecznej i świetnie zorganizowanej
inicjatywy Laury i Arkadiusza. 
Jednak, poprzez nowe domeny i lokację, chciałbym podkreslić,
że jestem całkowicie niezależny (co znaczy także, że sam, od początku
muszę pracować na swoje imię i zaufanie – czy też jego brak).
Zostanie to jeszcze dokładniej i oficjalnie wyjaśnione w odpowiednim
dłuższym umocowaniu strony cassiopaea.pl, która pozostanie w sieci,
lecz już raczej nieaktywna – jako „tribute” właśnie dla Inicjatywy – dla
Ludzi zaś przede wszystkim, prawych i dzięki którym nauczyłem się
trochę z zakresu trudnej sztuki roztropności. 

O wszystkich nowych miejscach i ich adresach jednak w ostatnim
tutaj wpisie, pewnie już następnym po tym, powiadomię.

Wszystkim, którzy tutaj zaglądali, dziekuję. Obiecuję, że w nowych
miejscach będę pisał lepiej, systematyczniej. I przyjaźniej, jeszcze przyjaźniej
dla Czytelnika, unikając nie tylko pustosłowia co i nadmiernego komplikowania.
I – jak zawsze – unikając fantazjowania, którego tak pełno, na wszelkie tematy,
także w Internecie. Fantazjowania i czczych przechwałek. 
Mieć wyobraźnię – rzecz nie do przecenienia, bujać w chmurach
i myśleć życzeniowo, ślizgać się na nonsensach i domysłach:
to nie u mnie. Także nie u mnie: kierować się zasłyszanym ledwie,
uprzedzeniem czy bezkrytycznie przyjmowanymi intuicjami. 

Intuicja jest rzeczą wspaniałą: ale bezkrytycznie recypowana do
rozumu, a nawet rozumu w uzgodnieniu z sercem, traci na wartości, 
a nawet może być szkodliwa. 
Krytycyzm potrzebny jest zawsze gdy w gre wchodzi ludzki
aparat poznawczy, niezależnie od tego, czy poznaje strukturę krzesła
czy inne światy przez wizje, wglądy lub iluminacje. 
Krytycyzm potrzebny jest we wszystkim – w badaniu rzeczy
ulotnych, psychicznych, niematerialnej natury, wymagany jest
tym bardziej i tym ostrzejszy niż w naukach przyrodniczych.
Co nie znaczy, że musimy tutaj stosować te same metody badawcze.
Oczywiście – nie, bo i natura badanego jest inna. 
Na te tematy będzie z początku więcej, godzi się, zanim przejdzie
do przypadków poszczególnych a nawet ogólniejszych założeń czy
wniosków, przedstawić trochę formalności i metodologię.
Postaram się to zrobić bez nudy – ale rzetelnie. 

Ostatnie dni przyniosły odpowiedzi na pytania wielu lat. 

I sugestie, sugestie na których można zbudować lata,
a może nawet wieczność.

Pewne rozwiązania okrywa tajemnica.
Jest być może trochę tak, że porozumienie
nie zostało zawarte w ludzkim języku.

Odpowiedzi bywają czasem bardziej enigmatyczne niż pytania.

Być może, kiedyś, odpowiemy na wszystkie pytania skierowane
do siebie samego, do Siebie, Prawdziwego „Ja”. 
Integrujemy lewe z prawą, świadome z nieświadomym, żeńskie z męskim, potencjalne i aktualne, .. .., gdy spoimy się, wykrystlizujemy w Jedno,
przekroczymy Jednostkowość,
zobaczymy dokładnie to INDYWIDUALNE miejsce,
które zajmujemy w BOGU –  a wtedy do Niego wrócimy.

 

 

Marat Dakunin

Aktualności

Niedługo – dalszy ciąg niniejszego blogowania – i nie tylko
ale już pod nowym adresem.
W najbliższych tygodniach podam wszystkie nowe adresy
i ciekawe informacje.

Pozdrawiam!

Marat Dakunin

PS

Ach ci Ludzie, często i większość zupełnie jak Strusie..
nie mogą się czasem zdecydować – chować tę głowę i nie widzieć
czy nie chować..
A jednak, przecież i nawet Struś się domyśla, że
WIEDZA OCHRANIA, natomiast
IGNORANCJA POWODUJE ZAGROŻENIE

 

 

 

Plany, pienia i złe rozumienia

Ludzie są nieodpowiedzialni.

Sam jestem nieodpowiedzialny. Dlaczego mam się zatem dziwić, że w kwestii,
na której mi ostatnie pół roku bardzo zależało, na którą po prostu czekałem – spotkałem, można rzec: nawet więcej niż statystyka przewiduje nieodpowiedzialnych ludzi..

Bo choć się jeszcze to nie wyklarowało do końca, w tym momencie dużo wskazuje na to, że to, co było już prawie załatwione może jednak 
się nie udać, na razie.

Podejrzewam zresztą, że, jeśli tak będzie, wynika to nie tylko z:
– nieodpowiedzialności tych ludzi,
ale także:
– z odpowiedzialności pewnych innych nie-ludzi, którzy – być może biorąc pod uwagę pewną moją nieodpowiedzialność;
postanowili mi pokazać, no może nie tzw. „fucka” (o to bym ich nie podejrzewał, choć poczucie humoru to oni mają, oj, mają, to jednak z zasady niezłośliwe),
ale coś w rodzaju figi. Chorągiewki, króliczka, komunikatu: no, poczekaj sobie jeszcze, poćwicz sobie cierpliwość, wolę i umiejętność czasowego pożegnania się z tym, na czym bardzo ci zależało, bo dawało to rozliczne możliwości, niektóre nawet w rozmiarze pierwszym tak znaczącym w życiu.

Trafione w dziesiątkę, bo niewielu rzeczy bardziej nie cierpię niż rezygnować
z tego, co było już prawie, prawie – w zasadzie pewne, załatwione, gotowe.
Co było już do wdrażania w różnych aspektach przygotowywane przez ostanie pół roku. Na co czekałem.
Trafione, ale nie zatopione.
Albowiem, jeśli tak jednak wyjdzie, przecież poddać się nie mogę.
W szczególności nie mogę zrobić tego, co zwykle robiłem, gdy coś ważnego szło nie po mojej myśli. A wtedy włączała mi się zwykle tzw. przekora, sprowadzająca się w realiach i praktycznych skutkach głównie do tego, że mściłem się na samym sobie.
Może też tak macie? Bardzo to oczywiście, głupie.

Tak więc, nic innego nie pozostanie, jak z czekanych i utęsknionych, kilka dni temu prawie pewnych w możliwości realizacji, planów A, przejść, do póki to niezbędne, i tak, by oczywiście służyły one konstruktywnie planom A (odłożonym z musu, ale nie przekreślonym) do planów B, ciut awaryjnego i ascetycznego charakteru.
Przyjdzie to zrobić oczywiście bez entuzjazmu, bo kto się lubi samoograniczać? No, chyba tylko Bóg..

Postanowiłem jednocześnie zakończyć te często nawiązywanie tutaj do planów. Robi się już z tego pewna specyficzna meta-fizyka planowania. Trochę tak śmieszna, jak metafizyka uprawiana czy ‘dotykana’ w niektórych związkach wyznaniowych.
Będziemy po prostu działać, wg planów A, lub B, czas skończyć z tą potrzebą sumitowania się nad tym, co zaciemnia treści i cele, które przecież są najważniejsze.

Ostatnio napisałem kilka akapitów o tym boskim samoograniczeniu, przy okazji spaceru i wizyty w kościółku Mikołaja w Krakowie.

Ale zapomniałem tam wspomnieć, co mnie w zasadzie do napisania tamtego odcinka i pewnych refleksji bezpośrednio zainspirowało.

A był to mały śpiewniczek kościelny, leżący na jeden z ław. Rzuciłem do niego okiem i poślizgałem się po: znanych i mniej znanych tekstach różnych pieśni,
a tam takie, znane oczywiście i słyszane tak – jak się słyszy zwykle modlitwy i śpiewy religijne – czyli w ogóle się ich tak naprawdę nie słyszy, a szczególnie znaczenia poszczególnych słów czy też jakiejś logiki czy przekazu całości.

No, i trochę to śmieszne, trochę smutne, że w większości tych zwrotek i refrenów dominują takie formułki, które mogłyby odnosić się do kogokolwiek podług ludzkich a nawet podludzkich miar, tylko nie do Boga..
Mogłyby w szczególności być to zwroty, apostrofy, panegiryki i błagania o litość do okrutnego dyktatora, zidiociałego ze starości tyrana, zwariowanego trefnisia, niepełnosprawnego ministra z Ministerstwa Dziwnych Kroków, Baby z targu, psychopaty, rozkapryszonego dziecka..

Np. tutaj pewne cechy nawet trafnie uchwycone, choć nie wszystkie i nie cała ich różnorodność – pieśń zaczyna się ok. 40 sek

Wszystko to, przypomina mi kwestię, jak od dawien dawna,
BÓG BYWA ŹLE ROZUMIANY, ŻLE ODBIERANY, ŻLE WYOBRAŻANY,
nawet źle odczuwany.
A można go, rozumieć, odbierać, odczuwać – lepiej, prawdziwiej.
Przecież jest – ponoć – na nasze podobieństwo (tak, zwykle tak właśnie
jest – nie odwrotnie, jak w oryginale..).
Jednak tak to śmiesznie bywa – że kształtujemy sobie go głównie
na podobieństwo bardziej naszych wad! I to już jest tragikomiczne..

A pośrednio przypomina też, że – tak mi się wydaje, a znajduje to potwierdzenie w pewnym ciekawym źródle, które często, weryfikowane, okazuje się, że całkiem słusznie prawi, że nawet tak zaawansowane, realistyczne pod kątem wyciągania wniosków w rzeczywistego obrazu świata i jego mechanizmów, analizy, jak analizy Gurdżijewa, kosmologiczne i antropologiczne, w tym przede wszystkim tyczące się relacji na linii ‚Bóg – jego stworzenia – człowiek’ przedstawiają TYLKO JEDNĄ STRONĘ MEDALU.

Analizy, szczególnie psychologiczne, Gurdżijewa, są niesłychanie cenne
(i niemało wymagające, poza celowo fikuśną formą, przede wszystkim pewnej odwagi dostrzegania spraw takimi, jakie są, bez upiększeń i życzeniowości), jednak,
w pewnym sensie, ujmują tylko JEDNĄ STRONĘ MEDALU.
A może – pokazując dwie, zapominają o trzeciej, która była i jest
jednak bardziej pierwotna, podstawowa i – w całym tego Słowa
znaczeniu – kreatywna..
Tak jak jedną stroną byłaby wolność – a druga konieczność, tak trzecią,
jednak – i przede wszystkim miłość.
Ale zawsze nawiązując do miłości, najłatwiej to spłycić albo bardziej lub mniej niepostrzeżenie zboczyć na tereny, które z prawdziwą, absolutną miłością nic wspólnego nie mają. 

Tymczasem, w ramach zarówno planów A, jak i B, z uwagą doczytuję książkę Mohammada Tamdgidi’ego, (poleconą przez Arka! – dzięki!), która świetnie wiele aspektów tego, co Gurdżijew powiedział (czy raczej chciał powiedzieć, w istocie), klaruje. I stąd też właśnie, im bardziej się to wszystko mi wyjaśnia,
tym bardziej mi się ta pewna, jednostronność, rozjaśnia.
Ale to nie tyle zarzut do G., co wyzwanie dla mnie.
I to mnie cieszy, albowiem więcej jest pożytecznego do zrobienia,
tym bardziej, że stopniowo coraz lepiej wiem, jak to zrobić.

Spacerując z przepełnionym naczyniem na głowie

Jeszcze przez jakiś czas coś chce mnie uczyć cierpliwości..

A ponieważ jeszcze przez bardzo krótki czas nie będę wiedział,
czy mogę przejść do następnych etapów realizacji planów A,
czy też będę musiał (na początku musiał bardziej niż chciał, niestety)
przejść do trochę awaryjnego charakteru planów B,
nie pozostaje mi nic innego, jak spacerować, trochę rozmyślać
i trochę się, konsekwentnie, dokształcać.

Dziś np. na spacerze zahaczyłem o kościół pod wezwaniem Mikołaja.

Z tyłu bryły kościoła była niegdyś piękna rzeźba.

Widać ją nawet – z jadącego pociągu – w minucie 8:52 mojej miniatury, którą ostatnio nawet przypominąłem „Pomiędzy 1/2″

Kilka lat później, a kilkanaście lat temu, tę rzeźbę odnowiono,
a także całość obudowano i zakryto szybą. Zapewne tak lepiej,
bo widziałem, że drewniane elementy niszczały, niemniej wrażenia tak estetyczne jak duchowe bardzo na tym ucierpiały. Nawet nie wiem czy teraz zwróciłbym uwagę na te figury w niszy zewnętrznej strony tylnej nawy.

Wszedłem na więcej niż chwilkę do wnętrza.

Ale nie żegnałem się, ani wchodząc, ani wychodząc,
choć przyklęknąłem.

Co do pierwszego, przyjdzie to szerzej wytłumaczyć,
kiedy odnajdę już sposób (a cały czas poszukuję)
jak przekazać tak naczynie wypełnione Wodą aż po brzegi,
by – zanim się ktokolwiek spragniony zdoła z niego napić,
nie rozlać wszystkiego nawet, do cna – do dna.
A ponieważ Spragnieni sami mogą, nawykli do niezdarności,
choć jej nie zawinili, stłuc i zmarnować naczynie, także dlatego,
że przepełnione się czasem o to prosi, trzeba tutaj pewnych
cyrkowych trochę sztuczek, by stąpać ostrożnie, pomiędzy nimi
i nierównościami gruntu, i z gracją.

Napiszę więc tylko tyle, żeby dać znać, że myślałem nad tymi
sprawami ponad 30 lat, miałem je już – na tyle, na ile byłem
wobec sprawy wymagający, a byłem, uporządkowane 
w pozytywnym sensie. Także dlatego, być może,
trudno mi od razu wyjaśnić pewną ewolucję. 

Od dzieciństwa miałem zwyczaj dawać jakoś znać o swojej pamięci
czy szacunku w miejscach związanych z ludzką wiarą. Bardziej w odludnych, odosobnionych, zapomnianych niż innych. Zapomnianej prawie leśnej kapliczce, rozpadającym się prawie górskim kościółku.
Trochę tak, jak jest to opisane w „Podróży na Wschód” Hermanna Hessego.

Już w wieku pomiędzy 15 a 25 rokiem życia uporządkowałem sobie pewne sprawy związane z wiarą, pewną część dość znacznie metaforyzując, jeśli jednak chodzi o zagadnienie podwójnej natury Syna Bożego – i jego ofiary na krzyżu,
tak w sferze intelektualnej, jak emocjonalnej, doszedłem do pewnych, zadawalających mnie osobiście rezultatów. Nie było to bynajmniej poprzestanie na zadowoleniu małym kosztem: tak intelektualnie, jak empatycznie.

Szczególnie po poznaniu Ewy, w 2002 roku, i poznaniu, ciut szerzej, różnych poglądów gnostyckich, wyrobiłem sobie zdanie, że różnego typu kwestionowanie – tak podwójnej natury Chrystusa, jak faktu jego realnej śmierci na Krzyżu – co występowało także w różnych odłamach myśli gnostycznej (mniej lub
bardziej prymitywne pomysły typu „ofiary pozornej”, „ciała fantomatycznego”
itp.) – jest jak najbardziej błędne.
Podawane tam rozwiązania tych kwestii oraz ich uzasadnienia były dla mnie albo bardziej lub mniej niekonsekwentne, albo były wynikiem niewłaściwego oglądu świata jako całości, co prowadziło do błędnych wniosków.

W szczególności pogląd dualistyczny, czy manicheizm, który stworzenie całego tego widzialnego, materialnego Świata, w którym żyjemy, przyznawał jakiemuś złemu demiurgowi, jakiemuś szatanowi – stwórcy zła i materii – w przeciwieństwie do Dobrego Boga – władcy i stwórcy Ducha i świata duchowego, odrzucałem od samego początku – i nadal odrzucam.

W tej kwestii jestem monistą. 
To, że dualizm (materii, cecha materii wręcz) i istnienie zła może znajdować,
tak intelektualne, jak emocjonalne uzasadnienie, bez uciekania się do jakiegoś przeciwnego do Boga – złego stwórcy, potrafiłem, i potrafię, uzasadniać na różne sposoby. I widzę też to, że mimo tego, ten monizm nie prowadzi do jakiegoś oskarżenia Boga, do zobaczenia w nim, w samej jego istocie – a także w jakichś jego „motywach” czy „działaniu” cienia, ciemności – Zła.
I, choć wgląd, w tym bezpośredni, i towarzyszące mu poglądy, się zmieniły i rozbudowały w wielu istotnych punktach – ewoluowały, gdyż nie mogły
się nie zmienić, gdy stanąłem bardziej niż kiedyś przed pewnymi faktami,
to jednak podstawowa monistyczna zasada została zachowana. Widzę Jedynego Najwyższego, jego działania jako doskonałe i nieobarczone żadnym błędem
(nie ma tu miejsca na jakiś wypadek czy rozbite naczynia – na jakieś „boskie
niekonsenwencje”, które pojawiają się w różnych teoriach, także gnostycznych
czy kabalistycznych), konsekwentne i takie, że przyznając Wolność – 
przyznał ją w takim rozmiarze i tak bezwzględnie konsekwentnie –
Wolność ta czasem przysłania bezmiar Miłości.
Ale przecież: MIŁOŚĆ TO WOLNOŚĆ!

Ktoś powie: cóż za bzdura! Przecież tak mało tej wolności
mamy w praktyce, tak bardzo jesteśmy uwarunkowani. 
To prawda. Może tak być – ba, w większości wypadków
tak bywa! Ale jest jeszcze większa prawda: że sami

wolnie możemy wybrać nawet największą niewolę!
I często nie bierze się pod uwagę faktu, że nie tylko
my, ludzie, zostaliśmy obdarzeni – jako stworzeni –
wolnością. A to daje pewne, bardzo smutne,
lecz niemniej realistyczne, wnioski..

Choć w stworzeniu jest zło, w Bogu zła nie ma – dualizm świata jest konieczny,
ze względu na pewne właściwości nauki własnej samoświadomej miłości,
od których nie da się uciec (ale można ją, Bożą Miłość, finalnie i same istnienie – odrzucić). Moc Boża była i jest immanentnie samoograniczona przez oddanie jego stworzonym dzieciom takiej wolności, która jest dosłownie nieograniczona.

I z tego płyną pewne problemy, nawet w o wiele większym rozmiarze, niż kiedyś myślałem. O wiele lepiej jednak też rozumiem, dlaczego. I prowadzi to mnie tylko do większego podziwu i zaufania w niezbędność wszystkiego, co jest. Prowadzi też do chęci wpłynięcia na to, żeby było coraz lepsze. Bo też i takie Bóg przewidział dla nas zadanie, jeśli oczywiście się na nie wolnie zgodzimy.

 

 

Kury i Anioły

Zatem – kontynuuję, co zacząłem – tematy sprzed 2 (3) dni (a tutaj link do tegoż 5 maja..), ale bardziej bezpośrednie dokończenie wątków nastąpi w drugiej części
niniejszego wpisu (TiP część 2 – Teoria i Praktyka cz. 2). 

Poczynam zaś od części artystycznej, w której, niczym pisklę w żółtku,
ukrywa się zagadnienie tak ciekawe, jak choćby: 
” Dlaczego drób drobi i co ptactwo podrygujące ma wspólnego
z anielskim lataniem?”

W tym odcinku, 8. 5 (maja), złamię też ogólną zasadę, której starałem się tutaj trzymać, mianowicie nie mieszania nazbyt wielu wątków, tematów, rzeczy
w jednym wpisie. 
Dodatkowo – wypełniając plan, że kontynuacja nastąpi (a właściwie: ukaże się) za 3 dni, wdrażam plan szczegółowszy: wpisy na tym blogu będą się ukazywać
co 3 dni. Czy to nie nazbyt ambitne, biorąc pod uwagę dotychczasowe opóźnienia? Czy nie oznacza to przesunięcia punktu ciężkości z jakości na ilość?

Nie sądzę. Po pierwsze treści mi nie brakowało, jest jej nawet za dużo, problem był zawsze z formą. Po drugie, doświadczenie wykazało, że na obniżenie jakości wpływa raczej przewlekanie i odkładanie. Po trzecie wreszcie, muszę zagospodarować kilka odłożonych a gotowych już tematów, by w maju i czerwcu przedstawić w końcu konkretne plany, od których napomykam od dawna.

Pisałem i porządkowałem niniejsze
najpierw przycupnąwszy w URSA MAIOR.

Lokal obok, niewidoczny uduchowiony lutnista
strugał kopię stradivariusa. 

Niedaleko mnie wisiał plakat promocyjny piwa Pantokrator
(nie pijam żadnego alkoholu od ponad 6 lat, ale piwo kiedyś mi
bardzo smakowało; teraz – próbnie tylko – w ogóle już nie smakuje);
hasłem WIFI tuta też jest Pantokrator.

W pewnym pustostanie przypadkowo będąc zrobiłem zdjęcie graffiti:

Pankration to nie to samo so pantokrator, podobnie jak PANTEIZM
to nie to samo co PANATEIZM. Jeśli ktoś zna różnicę, proszę podać w komentarzu ..będzie Nagroda!

Przypomina mi ta sceneria wyżej niedojrzałe pomysły niektórych gnostyków, pewne skrzywienia kabały (ale nie fulcanellowskiej cabal’y), doszukujących się przyczyn istnienia negatywności w Stworzeniu w jakimś „wypadku”, który wydarzył się w prapoczątkach, rozbitych naczyniach itp. wymysłach. Każdy człowiek konsekwentny myślowo i empatycznie tego rodzaju wytłumaczenia zagadnienia Teodycei oczywiście znajduje jako daleko niewystarczające.
Graffiti, które po pewnej świadomej koloryzacji nasuwa mi właśnie jakiś taki „kosmiczny wypadek” – zostając w pewnych kurzych konotacjach – nie przymierzając – jakieś rozbite JAJKO.

W 2004 roku nakręciłem mój (w zasadzie) pierwszy film, krótki paradokument
o kurach i aniołach. Dopiero jednak po latach zdałem sobie sprawę, że nic
w tym filmie nie jest przypadkowe i pisząc „nic” mam dosłownie na myśli to,
że wszystko ma tam znaczenia korespondujące bardziej lub mniej bezpośrednio ze Znaczeniami Najważniejszymi.
Gdy zaś piszę: znaczenia najważniejsze mam na myśli znaczenia kluczowe nie tylko dla mnie (mojego świadomego życia) ale i kluczowe dla człowieka i jego kondycji w świecie, w ogóle.

Istnieje zatem dziwne powiązanie między Bogiem i zagadnieniami najgłębszej teogonii (i kosmogonii) oraz drobiem (nazywanym drobiem domowym) –
w szczególności zaś: kurami (kurą).

Oczywiście, znane pytanie o to, czy najpierw było jajko czy kura – i szukanie przez nie związku jest NIEPOWAŻNE i byłoby błaznowaniem (a błaznowanie
poza tym, że jest już na pewnym etapie nudne to poza tym jest czcze praktycznie) – mówimy tutaj najzupełniej serio o sprawach śmiertlenie (a przede wszystkim życiowo) poważnych.

Zależność ta została przede mnie odkryta niedawno poprzez „przypadkowe” zetknięcie się z pewnymi konsekwencjami, w szczególności poprzez angielskojęzyczny rdzeń językowy słowa „kura” – tj. „HEN”.
Zdaję sobie sprawę, że prawdopodobnie Nikomu (Komukolwiek) z Was nic
to nie mówi. Sprawa bowiem jest powiązana wręcz archaicznie ze sferą
rodzinno – prywatną, rzecz można nawet: genealogiczną. Tak jakby powiązana pomiędzy genealogią a teologią (w szczególności – teogonią).
Lepiej zrozumieć, o czym mówię, Rozum i logika raczej nie pomogą.
Pomóc może natomiast wejście w pewien nastrój.
Jest to zatem – w dużej mierze – jak już na tym blogu nie raz
wspominałem (że droga poznania – Gnozy – rozpoczyna się raczej
w Sercu niż poprzez Rozum) sprawa naszych serc.
Następnym zaś słowem kluczem i drogowskazem tutaj jest – dzieciństwo.

Iluminacja na ten temat przyszła do mnie ponad rok temu w trakcie zasłuchania się w obrazach (synestezja jest często wskaźnikiem tego, że przekraczamy czysto rozumowe poznanie i zrozumienie – tutaj przedrostek pochodzący od rozumu musi zostać, ale jest to już trans-rozumienie – pewnych rzeczy), które przyniosła końcówka poniższego wiersza Iwana Bunina (w tłumaczeniu Macieja Frońskiego, co ważne, bo to właśnie tłumaczenie i ten „egzemplarz” był tym, który przyniósł
ten specjalny nastrój..) i która przeniosła mnie do mojego dziecięcego pokoju.
A także do dziecięcych pokoi i bawialni mojego Ojca (w podwójnym znaczeniu pojęcia..), dziadka, prababci itd. Nawiasem mówiąc, cała, wielka (dla dziecka
jeszcze większa, co oczywiste), bo pod prawie 4 metrowym sufitem, jedna ściana
tego (mojego) pokoju pokryta była (estetyczną) fototapetą przedstawiającą..
jodły, świerki..las. 

IWAN BUNIN (1870-1953)

Детская

От пихт и елей в горнице темней,
Скучней, стращней. Древнее есть что-то
В уборе их. И вечером красней
Сквозь них зари морозной позолота.

Узорно-легкой, мягкой бахромой
Лежит их тень на рдеющих обоях –
И грустны, грустны сумерки зимой
В заброщенных помещичьих покоях!

Сидиш и смотриш в окна из угла
И думаешь о жизни старосветской...
Увы! Ведь эта горница была
Когда-то нашей детской!

1903-1906


Pokój dziecinny

Od jodeł, świerków w izbie prawie mrok,
Jest smutno, straszno… i jest coś w ich szatach
Starczego. Bardziej, gdy zapada zmrok,
Poprzez nie krwista zachodu poświata.

Na rdzewiejące ściany pada cień
Wzorzystą, lekką frędzlą – aż do kąta –
I smutno gaśnie ten zimowy dzień
W ziemiańskich wnętrzach, których nikt nie sprząta!

Usiadłszy w rogu patrzysz w okna szkło,
O dawnym życiu myślisz z łezką w oku…
Przecież ta izba – nie poznajesz? – no,
To nasz dziecinny pokój!

                     przełożył Maciej Froński

 

Wróćmy jednak jeszcze na chwilkę do kur.
W ogóle zagadnienie w jaki sposób szczegółowo (naukowo) Duch
uzgadnia się ze sferą genetyczną (biochemiczną)
nie tylko w aspekcie indywidualnej inkarnacji, ale także tak, że jest to dopasowane do pewnego konsekwentnego kontinuum dziedziczenia (rodu, rodziny),jest zagadnieniem niezwykle fascynującym ale i niezwykle trudnym, złożonym.
Trudno się oczywiście spodziewać, że zostanie ono rozwiązane zanim w ogóle przełamie się w ramach nauk ścisłych barierę i opracuje oddziaływanie ducha
w materii, choćby w tak podstawowo ujętym zagadnieniu jak stosunek świadomości do mózgu (można to zatytułować skomplikowanie i konkretniej
np. „superweniowanie stanów myślnych na stanach kwantowych w ośrodkach mózgowych”.

Zagadnień genetycznych to nam nawet Rupert Sheldrake na razie raczej nie rozwiążę [ciekawe, dlaczego Sheldrake ma też coś wspólnego z drobiem..-
ktoś wie? Proszę o komentarz – a będzie (serio): nagroda!

Nagrodę tę zdobyć nie jest aż tak bardzo łatwo – 
bo choć dodam pewną wskazówkę, to jest ona..pośrednia!

 

Nie wytłumaczą mi tego raczej też moi Drobi..tj. Drodzy Rodzice,
choć drobiem się nawet wnikliwiej zajmowali..
Ot, choćby takie tytuły nadawali swoim wpisom na blogach..

Ouppss..Końcówka tytułu może za się bardzo, nie tylko z drobiem
kojarzyć! 

Może problem wyjaśnili moi już dawno nie żyjący (umarli zaś
obydwaj za młodu) dalsi przodkowie..

Mieli do tego jakieś predyspozycje, po pierwsze bowiem
byli naukowcami (jeden nawet bardzo młodym wiekiem
profesorem medycyny – współpracującym pewien
czas w Instytucie Pasteura w Paryżu z Miecznikowem).
Może mogli nawet zrozumieć tak trudne zagadnienia,
albowiem, z historii o nich wiem, że byli nadzwyczaj 
dobrymi ludźmi, a cecha ta akurat liczy się, jeśli rozpatruje
się sprawy mieszczące się już nie w zwykłej nauce
ale nauce inkorporującej zagadnienia ezoteryczne..

***

Tak więc, zasygnalizowałem jedynie, że:
Jest związek z zagadnieniami boskimi – szczególnie w aspekcie
wręcz ARCHAICZNEJ kosmogonii a kurą (drobiem).
I że nie ma to wiele wspólnego z poważnym rozważaniem 
przysłowiowego pytania o prapoczątek (ale ma coś wspólnego
z tym, że pytanie o prapoczątek, czy przybiera formę szukania
jakiegoś Ungrund czy też skupia się bardziej na praktycznych
aspektach analizy choćby tak doniosłej sprawy jak istnienie Zła –
jest ważne). 
Ewa także to przysłowiowe pytanie raczej bagatelizuje po czym
przechodzi do zagadnień istotniejszych..

Drób, gad, płaz, ssak – człowiek – wszystko to boże stworzenia 
(w ziemskiej bibliotece..)

Jednak od człowieka do Boga nie jest tak prosto i bezpośrednio.
Np. pomiędzy człowiekiem i Bogiem może być, i tradycja o tym pamięta..choćby anioł.

Całość 10-minutowego paradokumentu (z 2004 r.) jest do obejrzenia tutaj:

a nawet do ściągnięcia, np. tu

Ewangelia Pierwsza (2004, 10 min.)

Z częścia artystyczną niniejszego wpisu pożegnajmy się z uduchowionym
wyrazem twarzy..

i zarysem – niewidocznej, jak Ciemna Strona Księżyca, Konstelacji Kury. 

***

Ostatni film (z pewnym drobnym wyjątkiem) nakręciłem w zasadzie
już 10 lat temu (2008). Ale i do filmów w bieżącym roku planuję wrócić..

Powyższą, środkową część pisałem w Kociej Kawiarni..

Lwi taki trochę, nieprawdaż?

Aż dziw, że biorąc pod uwagę ilość wątków w tym kłębku,
notka nie jest (wydaje mi się, że nie jest) aż taka rozbałaganiona
jak by to wynikało ze spotkania: kota i kłębka tematów..

TERAZ PRZEJDŹMY (WRÓĆMY) do tego, co pisałem o swoich wadach,
pisząc w poprzednim odcinku:

pytanie wsobne: czy ta RZECZ to moja cecha?

Szukałem powodów negatywności (różnego typu, w tym przypadku powodów braku dyscypliny, opóźnień, pośrednio też złości na siebie itd.) i nawet mówiąc ogólniej: braków i dysharmonii (przecież i 5 i 8 wiążą się i z balansem
i z harmonią..).  Wyżej (w poprzednim wpisie) zająłem się możliwością pierwszą,
pytając czy aby jest to naprawdę moje; czy może w ogóle nie należy do mnie ale jest powiedzmy nawet czymś w rodzaju jakiegoś ataku – jakiegoś wroga, przeciwnika (takiego jak u Castanedy..albo i innego), czy może też po prostu „szumu/chaosu” z zewnątrz – na mnie. Z taką konstatacją miałem problem,
ze względu na pewną pretensjonalność założenia. A także z pewnych
innych względów..
A jednak – chciałbym podkreślić to, że pokonanie tej pretensjonalności
i przyjęcie, że rzeczywiście WADY tak naprawdę nie są moje (co nie znaczy absolutnie jakiejś frywolnej i nieodpowiedzialnej ekskulpacji z tego,
że przecież te wady się jak najbardziej realnie przeze mnie jednak PRZEJAWIAJĄ) – może być pomocne.
I, biorąc pod uwagę to, co napisałem w nawiasie, jeśli nie idziemy w kierunku bezczynności ale aktywnego wzięcia odpowiedzialności – oczywiście jest to pomocne. Łatwiej nam wtedy uwierzyć w siebie – i z tą siłą mocniej i skuteczniej ZWALCZAĆ TE WADY.

Wracam do tego po raz kolejny, co stwierdzi każdy uważny czytelnik tego bloga, od pierwszego prawie wpisu – wracam oczywiście świadomie – by raz po raz przypomnieć sobie, że pomimo NAWET zdroworoz(skąd?)kowego krytycyzmu
i sceptycyzmu oraz jak najbardziej pożądanej PRAWDZIWEJ pokory i skromności – są pewne zadania – które, aby mogły się realnie przejawić wymagają nie tylko przekonania o istnieniu Boga (wiary, która graniczy z pewnością), ale bardziej nawet wymagają wielkiej WIARY W SIEBIE.
I tutaj mamy do czynienia z wieloma psychologicznymi przede wszystkim paradoksami, które zapewne wymyślone są po to, by nas zatrzymać na
(swoim, czyli dość przeciętnym a mówiąc inaczej: zawsze negatywnym
w sensie: że negatywne jest nierealizowanie Potencjalności) miejscu.

Miejscu, które, póki co, bardziej definiuje to co niżej (zwierzę) niż to,
co wyżej – jakieś niebo czy tam anioł.

Zdrowy rozsądek, powiem, też jest skądś – i czasem przyjrzenie się naszym,
u niektórych ludzi automatycznym, oczywistościom tego typu – potrafi ujawnić, jak bardzo są one nieracjonalne – i tym samym z naprawdę ZDROWYM rozsądkiem nie mają nic wspólnego. W szczególności powodują raczej one to,
że trwamy w chorobie.

Będziemy do tego wracać nie raz. Trzeba bowiem te sprawy dokładniej
(i przekonywująco) wyjaśnić. Tutaj niech będzie wolno mi jeszcze
przywołać powiedzenie:

MISTYK NIE MOŻE BAĆ SIĘ ŚMIESZNOŚCI

Oczywiście są różnego rodzaju śmieszności, także takie, które są po prostu reakcjami (wg powiedzenia, że na początku się kogoś niewygodnego ignoruje; następnym zaś etapem może być – sprawdzone i często skuteczne – wyśmianie).

Oczywiście do pewnego stopnia śmieszności nie da się uniknąć.
Także, balans pomiędzy teorią i praktyką, podpowiada nam, że jednak
niemądre jest przesadzanie z wystawianiem się na śmieszność –
nie jest to bowiem pragmatyczne (czyni rzecz nieskuteczną).
Jest to zatem, jak niemal wszystko, kwestia złotego środka.

Śmieszność jest jednak jednym z największych lęków intelektualistów
(i racjonalistów, w ogóle).
Także dlatego mają oni tak wielki problem z egzystencją i co za tym
w pierwszym rzędzie idzie – ze śmiercią. Oczywiście powstają
wtedy nieliche dzieła sztuki lub rozprawy, ale smutne jest to, 
że mają one często błędne podstawy skutkujące takimże błędnym,
choć mimo wszystko cennym artystycznie, finałem. 
Naturalnie intelektualiści ciążą raczej w stronę melancholii
(dobrze, gdy aktywnej, wtedy rodzą artystę – przy pasywnej generalnie degenerują) i ironii. Z jedną i drugą się osobiście (po okresie wielkiej zażyłości) pożegnałem, choć nie wątpię, że szczególnie druga może być nadal twórczo wykorzystywana FORMALNIE dla dobrej sprawy.

Biblia bardziej wtajemniczonych melancholików ma już prawie 500 lat..i ja ją mam (jeszcze) na półce..

No dobrze, ale wracajmy do tematu, czyli – omówiliśmy (dopowiedzieliśmy) trochę do pierwszego pytania wsobnego..
A pozostałe alternatywy tej auto-indagacji?
Zatem:

– Czy może inaczej jednak: to cecha z ZEWNĄTRZ (cecha warunkowana
przez WPŁYW ŚRODKOWISKA i wszystkie temu podobne..),
której nie potrafię się skutecznie oprzeć?

Ale przecież tutaj właśnie należy głównie stosować MĄDROŚĆ,
która mówi kiedy nasze MYŚLI lepiej brać za OBIEKTYWNE a świat
za ILUZJĘ, a kiedy odwrotnie – świadomość (i jeszcze bardziej nieświadomość/podświadomość – co łatwiej powiedzieć niż..)
NEUTRALIZOWAĆ jako stwarzającą nam sztuczne bariery,
ograniczającą – wracamy do pozornego zderzenia paradoksalnych
REŻIMÓW od którego zacząłem wpis poprzedni..

Co tutaj jest ważne?
Jaka konstatacja?

Ważne jest CO Z NASZYCH IDEI, PLANÓW, MYŚLI
– inspiracji i intuicji WYNIKA W PRAKTYCE.

Ważne, by wiedzieć, kiedy i jaki aspekt maksymalizować.

Równanie zatem wyglądałoby mniej więcej tak:

(M + P)  x P = Pp  

Gdzie:
M – myśli, idee, inspiracje itd.
P – praktyka, pragmatym, realizm, trzymanie się Ziemi
Pp – pleroma praktyka (w wersji bardziej zaś osobistej: 
pleoroma praktyka)

Jak widzimy, jeśli po lewej stronie równania
gdziekolwiek za P podstawi się wartość ZERO,
wynik będzie zerowy. 

Mówi to nam wyraźnie o tym, co od dawna znane,
że choćby: lepiej być pracowitym bez talentu niż
utalentowatym bez pracy. 
I można to znaleźć wszędzie, gdzie trochę myślą..
choćby w zakonie thelemy stopień Theoreticus
jest poniżej Practicusa. 
A i wg Borysa Murawiewa, to co różni
egzoteryków od mezoteryków i ezoteryków
to dołączenie do „wspólnego rozumienia”
praktyki – ci na etapie mezo (mezzo) więcej już kalkulują
niż kontemplują, zaś ezoterycy mają konieczną
i doskonałą Praktykę..

Jeśli pod 0 podstawi się symbolicznie Boga
(co nie jest li tylko jakąś zgrywą, a ma swoje,
także symboliczne, ale nie tylko, uzasadnienie..)

– to można, tylko w określonej konwencji, przyjąć,
że Bóg nie praktykuje
(ten wzór rozpatrywany z podstawieniem Boga w ogóle
jest ciekawy ale omówienie tego wymagałoby odrębnego
zupełnie opracowania..).

Czy to jest jakaś konwencja zarzutu? Wręcz przeciwnie.
Nie do tego zmierzamy.

Z przymróżeniem oka, przypomina mi się tutaj
scena z amerykańskiej prześmiewczej (a jednak prezentującej
czasem dość istotne wartości, co prawda w oryginalny sposób)
bajki dla dorosłych (choć najczęściej oglądają ją jednak dzieci,
co nie zawsze dobre..) pt. "South Park":
- w scenie tej bohater, chłopczyk ma pretensje, że po raz
kolejny zanosi się na śmierć Kennego (to bohater - też chłopczyk,
który tradycyjnie ginie w każdym odcinku - na przeróżne sposoby
tj. ginie w sensie spotyka go najczęściej jakaś gwałtowna a niespodziewana 
i widowiskowa śmierć fizyczna..) i wzywa Boga by przedsięwziął jakąś
interwencję..Bóg jednak, wychylając się zza chmurki, przedstawiony
tradycyjnie i symbolicznie za pomocą oka Opatrzności w trójkącie,
przepraszająco wyjaśnia, że nie bardzo może interweniować, bo:
- ALE JA NIE MAM RĄK!

Mamy tutaj więc kwestię tego, że Bogu potrzebne są 
JAKIEŚ NARZĘDZIA.

Muszę się tutaj przyznać, że napisałem w życiu dużo bzdur – to znaczy,
żeby uszczegółowić i być jeszcze szczerszym, może nie aż tak strasznie dużo,
ale za to kilka bardzo wielkich. I rzeczywiście, bardziej nawet
napisałem niż powiedziałem (ale to obecnie bardzo często,
bo w zw. z Internetem i anonimowością itp. ludzie częściej
niż kiedyś są skłonni do wypisywania takich rzeczy, których
jednak – powiedzieć fizycznymi ustami by jednak nie powiedzieli..). 

Jedną z największych bzdur jaką zdarzyło mi się napisać jest
passus, który znalazł się w pewnym – zaczętym tylko, i nigdy
nie dokończonym teoremacie.
Rzeczy celowo nie polerowałem, nie poprawiłem kosmetycznie
(gramatycznie itp.) i logicznie i w ogóle nie kończyłem,
zorientowawszy się, że całość szła w złym kierunku.
I to, że tutaj o tej pisaninie napomykam też oczywiście nie
ma na celu promocji tego,  chociaż – są tam pewne wartościowe
elementy. Jako przykład jednak, gdzie i jak można się pogubić
– gdy człowiek ma więcej pretensji o Istnienie niż za to wdzięczności
i gdy teoretyczna wiedza (oraz intuicja) o tym, że CZAS JEST ILUZJĄ
pcha takiego człowieka do rozmyślań postulujących czasu likwidację 
(co byłoby nad wyraz żałosne, zważywszy że BÓG WŁAŚNIE
i CUD STWORZENIA wiąże się z czasu odpowiednim przez
Jedynego zatrudnieniem – czasu oszukaniem; w tym sensie
mówi się czasem o Bogu jako o ZWYCIĘZCY NIEMIŁOSIERNEGO
HEROPASSA). 

Spektralna teoria Boga, duszy i świadomości została zanotowana
właśnie w czasie wyjątkowo silnego kryzysu, zarówno duchowego,
jak mentalnego i fizycznego, w roku 2014. 
Co ciekawe, nawet jeszcze w r. 2016 popełniłem pewne
refleksje na temat tej teoryjki, ale już wiedząc, że idzie w złym
kierunku i nie zamierzając jej polerować i kończyć.
Ten rodzaj „dementi” napisałem dokładnie 7 lipca 2016 –
na 7(8) dni przed 15 lipca, gdy moje pewne skrzywione
zapatrywania (raczej contra intuicji – płynące z chorobliwego
stanu tak mentalnego jak fizycznego – intuicje bowiem zawsze
były dość zdrowe..)  – i także, pewne słabości, nieodwołalnie się
naprostowały! Bogu dzięki!

Ten nieszczęsny passus, bzdura bzdur brzmiała:
BÓG NIE POZWALA SOBIE POMAGAĆ (z definicji). 

Otóż, naprawdę jest dokładnie odwrotnie.

Ktoś (Ark) kiedyś, nie tak dawno, ładnie ujął anty-bzdurnie:

Trzeba temu Bogu jakoś pomóc!

I tylko w takim instrumentalnym celu przywołałem podobną konwencję,
jak wyżej. 

ZŁE POMYSŁY W ZŁYCH CZASACH
 (czasach nie tak złych, bo koniecznych -
 bowiem jest oczywistym dla Każdego, że trzeba się
 narodzić, żeby móc umrzeć - ale nie dla każdego, że
 trzeba umrzeć, żeby się narodzić..)

Tutaj można - kto wnikliwy porównać może sobie
 mój opis sprawy (i BŁĘDU oraz złego kierunku)
 z materiałem empirycznym..

Schemat główny (jako taki można powiedzieć, że
 w zasadzie najmniej obarczony błędami) - link.

Oryginał - z różnymi językowymi (ale i merytorycznymi)
 niedoszlifowaniami (jak wspomaniałem - tak pozostawiony
 bez poprawek i finalizacji) - link.

A tutaj "dementi" - ustosunkowanie się - jeszcze w lipcu 2016
 (link). 

Czasy, gdy jest się martwym nigdy nie należą do przyjemnych,
ale jednak – poza – wtedy lekko przeświecającą przez ciemność,
potem zaś jasną jak Słońce – świadomością konieczności takich
doświadczeń, było w nich też kilka odlotowych pomysłów..-choćby to,
że części (nieopublikowane, i dobrze) do powyżej wspomnianych
teoryjek oraz pewne inne spisywałem wpadając w pismo
tzw. „automatyczne” – bywało, że pisząc (na laptopie) 
ponad 48 godzin, bez przerwy, czego skutki były nie tylko
duchowo – mentalne ale i fizyczne (bardziej niż jakiegoś -ezo
– raczej -egzo-dermiczne..)

ręka po pisaniu..

***

Część 3 i ostatnią niniejszego wpisu w dzień 5-8 pisałem
w Alchemii..

W ogóle, coś ta alchemia, choć w odróżeniu od Rodziców (biochemików)
a i też wielu Przodków (w tym wspomnianych,) nie jestem naukowcem
(a na pewno nie przyrodnikiem!) mi chodzi po głowie..a nawet – gdy nie chodzi
– to bywa, że sama do mnie przychodzi. 

Tematów – dotknąłem, tylko skrawek. Ale i tak – zgodnie
z dyspensą, zaznaczoną na wstępie, pewnie – za dużo!
Taki to świat – gdzie wszystko się ze wszystkim łączy,
a człowiek – jak Adam – jeśli jest mądry (rozsądny) – 
i posłuszny wskazaniu Ojca – porządkuje, czyli nazywa.

Na koniec jeszcze – żeby nie było, że tak się tutaj pieścimy, 
ze wszystkim..

"Towards the cold of Zero degrees Absolute, beyond which there is Nothing but the Abyss, the Great Emptiness which draws in and swallows everything relative; the Outer Darkness into which everything falls with weeping and gnashing of teeth, giving out cries of distress. Only what is absolute will withstand their icy breath."
[z Gnosis, cz. III, Borys Murawiew, 
nawiązanie oczywiście do Mt 8; 12 (8,3), Mt 13; 41-42  (4,8,3)]

Tak..
I tutaj, mimo całych moich zarzutów do siebie samego w głównej mierze,
przypominam sobie – jakby to było dzisiaj..A było to właśnie w r. 2014,
w apogeum śmierci (choć to ciężko powiedzieć..- pierwsze apogeum, 
a raczej epicentrum „wybuchu” było już w 2011 – gdy miałem jeszcze 
33 lata, w Poznaniu). Petardy zaś wybuchały i raniły aż do 2015..a może
i nawet po nim. 
Przypominam sobie, że byłem TAM, w tej mrążącej duszę i ciało
Pustce, gdzie nic relatywnego się nie liczy – i gdzie jest 
tylko niewczesny „płacz i zgrzytanie zębów”. 
I mimo całego mojego opłakanego stanu, gdy opadły ze mnie
wszystkie skrzywienia i degeneracje osobowości, które
nabyłem żyjąc, a tak w tych chwilach jakby było,
czułem tylko nadziemski spokój, widziałem
tylko piękno w jego świętym rytmie
i przepełniała mnie czułość do Wszystkiego,
co 
żyje, żyło i będzie żyło. 

 

Pewne właściwości ezoteryki

Znów opóźnienie.
Znów, po kilku cieplejszych dniach i jaśniejszym niebie –
atak zimy. Ale właściwie nie mam, póki co, nawet czym
(w sensie narzędzi) fotografować, więc może lepiej,
że wiosna się jeszcze odwlecze.
Opóźnienia, sparaliżowanie tym, że tyle trzeba zrobić,
tyle jest planów, a tak ciężko przychodzi cokolwiek.
Na przełomie lat, w styczniu, częściowo lutym sytuacja była
na tyle napięta i stres na tyle ostry, że jakoś, mimo wszystko,
łatwiej się było zebrać. Potem zostało tylko wszechotaczający
chaos wokół, który udziela się wewnętrznie, konieczność
organizowania całego środowiska życia od podstaw i zasadniczy
brak jakichkolwiek środków ku temu.
Totalne sparaliżowanie, same siebie napędzające, faktem,
że tak trudno cokolwiek pożytecznego wykrzesać.
A im bardziej się człowiek temu poddaje, tym gorzej.
I sygnały, wprost i pośrednio, jak bardzo jak źle i jak bardzo
nie można sobie pozwolić na bezczynność – na narzekanie sobie
pozwolić to jakby napluć Słońcu w twarz.

I tyle planów, tyle możliwości – i tyle brakuje, by je realizować.
Ale bardziej we mnie brakuje niż w tym wszystkim, co – w otoczeniu, wszelakiego rodzaju, które póki co – nie sprzyja w każdym prawie aspekcie.
I nie ma innej możliwości niż robić mu wszystko na przekór, powoli,
jeśli się nie da szybko, wywozić śmiecie i cokolwiek budować.

Opisałem kilka ważnych kwestii, takich, które mobilizują,
ale nie mogę ich zamieścić, dopóki nie zamieszczę dokończenia
tematu, który przecież się tak opóźnił.
Opublikowałem go już zresztą tutaj – ponad tydzień temu..
Skasowałem. Dziś mam zrobić wszystko, by go już nie skasować.
Trzeba być wystarczająco dobrym rodzicem także dla tego,
czym warto (trzeba) się podzielić.

A następne dni – być może będzie trochę przejrzyściej..
I przyśpieszyć. Jeszcze przed Wiosną..

Jak skontatował Jan Klimak, przecież:
Prawdziwie mądry człowiek wie, jak obrócić wszystko 
na swoja korzyść..
(i bynajmniej nie amoralizm i oportunizm mamy tu na myśli).

Było powiedziane – w poprzednim wpisie „Cele pracy ezoterycznej”
bardzo ważne: że każda taka praca dopomina się konkretnego
zastosowania. I należy uczynić się użytecznym i odnaleźć odpowiednie
pole, zakres i metody pracy – potrzebne jest Tu i Teraz i konkretna Treść
i konkretne zadanie.

Na ten temat będzie dużo w dwóch następnych wpisach.
O pewnych Konkretnych możliwościach, podając pewne przykłady –
oraz: o moich, takoż konkretnych planach na ten, 2018 rok.
Ujętych w dwa działy, realistycznie podzielonych, obejmujących to,
co można, biorąc pod uwagę braki i przeciwieństwa, nie dające się nawet wytężonymi staraniami własnymi obecnie usunąć oraz takie, które mogą
zyskać na realizmie a nawet od razu być wdrażane – gdy pewne warunki się diametralnie zmienią. A jest na to, cały czas i nawet przed połową jeszcze roku – przed latem, duża (realistycznie) szansa; dlatego plany na cały rok powinny
te możliwości uwzględniać.

Tutaj zaś chciałbym dokończyć, wątek przedostatniego – wpisu
„Cele pracy ezoterycznej” (tutaj link).

Cele pracy ezoterycznej

Ważny to był odcinek.
A zakończenie go w określonym miejscu miało swoje uzasadnienie,
nie tylko płynące z faktu, że wpis, jak na „bloga” robił się zbyt długi.
Uzasadnieniem jest również to, że to o czym i jak pisze dalej Murawiew
w akapitach poświęconych rekapitulacji celów pracy ezoterycznej,
jest raczej dopowiedzeniem i komentarzem do wcześniejszych tez.

A więc, po pierwsze: Borys zauważa, a muszę się z nim całkowicie
zgodzić i Wam też pewnie z przytaknięciem na taką obserwację
po drodze, gdy tylko zauważycie co się dzieje choćby..w Internecie.

Zauważamy więc, że dziwny fenomen zachodzi
w umyśle ludzkim w przypadku generalnie hermetycznych

(tj. wymagających, nie tak znów łatwych
i dla każdego oczywistych)  nauk i praktyk ezoterycznych.

W przypadku wiedzy – tak zwanej (jak to się kiedyś,
gdy ludzie myśleli, że mogą obiektywnie przyrodę
poznać w całości i szczegółach i wiedzę tę precyzyjnie
i niesprzecznie wyłożyć..)
pozytywnej
(nauki przyrodnicze bezpieczniej tu pierwsze wymienić
, ale i humanistyka, nauki społeczne, się zaliczają)
jest generalnie przyjęte, że ktoś musi posiadać pewną,
zweryfikowaną jakoś, wiedzę, by jego opinia w danym temacie
mogła być uznana za miarodajną, liczącą się –by w ogóle warto
było brać ją pod uwagę. Mówiąc poważnie: Ktoś musi mówić o tym,
co Wie, na czym się zna, co zakłada pewne wcześniejsze studia
nad tematem, jakąś naukę, wysiłek własny.

W domenie ezoterycznej zaś bywa (a w zasadzie trzeba powiedzieć: jest) dokładnie inaczej. Tutaj widzimy się wszyscy jako kompetentni
(przypomina się powiedzenie, że każdy Polak zna się na polityce..),
nawet mimo faktu, że nie mamy choćby podstawowego wykształcenia
czy obycia w temacie. Osądzamy, krytykujemy, wypowiadamy opinie
czy wysnuwamy wnioski zanim ukształtujemy w sobie odpowiedni
instrument, który władny byłby to nam w ogóle umożliwić
(i to tak nie gwarantując słuszności sądu).

A przecież wiemy, że coś może być poznane, zrozumiane czy osądzone tylko
przez coś co jest na podobnym, równym poziomie lub na poziomie
wyższym.

Choćby: student matematyki może ocenić coś w zakresie materiału szkoły podstawowej, ale nie odwrotnie. Tak jak świat w którym żyjemy jest niewidzialny do płodu zamkniętego w macicy matki – przed narodzinami,
tak wyższe rejony życia, jak plan astralny czy duchowy, są podobnie zamknięte
i niewidzialne dla nas, przed Drugimi Narodzinami.
Przed tym, człowiek może tylko formułować hipotezy lub odwoływać się do świadectwa autorów, którzy te Drugie Narodziny (zatem i Duchową Śmierć..) mają za sobą. A dla wydania wiążącego osądu czy wysnucia miarodajnych wniosków należy zaś osiągnąć więcej.

Osobiście muszę tutaj przyznać się do pewnej rzeczy: w wyżej zarysowanej materii nie jestem teoretykiem. Wręcz odwrotnie. Co do usystematyzowanej wiedzy na ten temat jestem wręcz profanem. To co teraz, w zasadzie współbieżnie gdy piszę o tym, może z pewnym wyprzedzeniem dla wewnętrznego zweryfikowania tego, że to co piszę, na pewno oddaje w wystarczającej mierze Prawdę i pewnego usystematyzowania, ale –
to co teraz piszę – jest i dla mnie w znacznej mierze, jako wiedza
– i jako teoria – nowe.
Bo w wyżej zarysowanej materii było u mnie (i jest) raczej tak,
że najpierw pewne rzeczy praktycznie się wydarzyły, coś przeżyłem,
coś się, interaktywnie ze mną (myślą, uczuciem, inspiracją, nawet wizją,
głównej jednak tokiem zdarzeń życiowych) STAŁO.
Później zaś dopiero okazało się (i okazuje), że mogę to podciągnąć
pod pewną teorię, pod pewne informacje, jak choćby te,
zawarte w Gnosis Murawiewa.
Jak sądzę, mimo tego, że tak mogłoby się niekiedy i komuś wydawać,
nie jest to najgorsza kolejność, szczególnie może nawet w tej materii
o której mówimy. Najpierw przeżyć, zakosztować i mieć doświadczenie
później zaś zobaczyć, trafiając (celowo ale i będąc, co nieraz się zdarzyło, nakierowanym, zdawałoby się – czysto przypadkowo) na pewne materiały teoretyczne, pewne uogólnienia i zapisy doświadczeń i wiedzy Innych
ludzi (i nie tylko..) – to kolejność, która, jak mi się wydaje, chroni przed
pewnymi błędami, które nierzadko w ogóle mogą wykluczyć zbliżenie
się do prawdziwej mądrości. Które mogą pogrążyć człowieka
w fantazjowaniu  (w czczej fantazji, pobudzanej myśleniem życzeniowym
i znudzeniem prozą życia – nie w tym, co zwie się Wyobraźnią
– którą można z największym pożytkiem jako daru używać)
i zamiast zbliżać do realizacji jakichś Ważnych Celów – dać tylko
złudzenia, które gdy opadną, odepchną nas w ogóle od tego,
czym naprawdę warto było się w życiu zająć Najbardziej,
a gdy nie opadną – pozwalają wieść życie czysto fikcyjne i „osiągać”,
tak w sobie jak i Rzeczywistości czysto iluzoryczne wartości.

Dlatego, w dużej mierze, przygodę z Wiedzą ezoteryczną – przeżywamy
tutaj razem. Dlatego też, piszę raczej tylko o tym, co potwierdza to,
co wcześniej zaznałem, doświadczyłem w różnoraki, realny jednak
sposób. Dlatego też wreszcie – staram się pisać jednak praktycznie
i wiele rzeczy wspierać realnym doświadczeniem i faktem;
i następne wpisy będą w przeważającej mierze bardzo, pod tym
względem, konkretne.

Pojawiło się wyżej kilka dziwnych pojęć – jak choćby „plan astralny”.
Gdyby zająć się wyjaśnianiem tego w sposób wystarczająco
wyczerpujący – musiałbym napisać co najmniej serię wpisów.
Dlatego, choć wypada pewne wyjaśnienia tutaj poczynić,
ograniczę je do minimum.

Nazbyt wiele bzdur napisano i nieporozumień powstało na temat
choćby czegoś takiego jak astral czy ciało astralne – strony
internetowe żonglujące tego rodzaju magiczno – mistyczną
nowomową (o bardzo starych tradycjach) idą w tysiące.
Nie chce dokładać do tego kolejnej cegiełki.

Jednak, na temat ontologii światów (i „fizjologii” ciał – innych niż
to najbardziej oczywiste fizyczne i materialne będzie
więcej, tam gdzie będzie tego wymagał temat i kontekst, głównie
dbając o to, by przedstawienie danego zagadnienia nie było
bez tego niezrozumiałe.

Tutaj zatem, kilka tylko uwag o tym, co pozwala sobie na tak
zagadkową nazwę, jak „astralność”.

Termin jak się wydaje, wziął się stąd, że kiedyś uważano,
iż dusza ludzka jest zbudowana z tej samej materii, co gwiazdy.
Przewijało się to u Platona, w neoplatonizmie oraz towarzyszyło
różnym prądom, szkołom, religiom i gnozom później – aż do czasów obecnych. Przy czym, biorąc pod uwagę wiedzę, którą dostarcza nam współczesna
fizyka i astronomia (jednak, trzeba sobie zdawać sprawę, że tak naprawdę
o podstawowych kwestiach, dotyczących choćby narodzin gwiazd
czy galaktyk wiemy dotąd bardzo mało i nadal brak jest prawdziwego zrozumienia w szeregu podstawowych kwestii, co do których
współczesna nauka mogłaby użyć pojęcia „astralne”) bardziej współczesne
teorie i szkoły, jak choćby ezoteryczne (jogiczne, tantryczne) prądy Wschodnie
i Zachodnie (wcześniejsze – gnostyczne czy kabalistyczne, aż do –
począwszy od XIX/XX wiecznego ożywienia tematu w tzw.
teozofii, w odpowiedzi na mechanicystyczny materializm Oświeceniowy
oraz wieku „pary i wynalazków” XIX – stulecia – po całkiem aktualne
„changellingowe” czy inne..) często odmiennie definiują zagadnienie
i inaczej lokują czy też inne właściwości przypisują temu,
co określone być może jako astralne. Jeśli ktoś chciałby się z tym zapoznać – niech raczej sięgnie do uniwersyteckich opracowań tego tematu (czy nawet, choćby, do anglojęzycznej Wikipedii), lecz wystrzega się raczej czerpania informacji na ten temat z, jak wspomniano, tysiąca różnych stron,
prowadzonych często w dobrej, czasem zaś w złej wierze, przez
różne osoby prywatne czy organizacje.

Tutaj, ponieważ preferujemy maksymalny krytycyzm i obostrzenia,
mające ukrócić zbytnie folgowanie sobie ludzkiej wyobraźni (i typowemu dla nas „szukaniu łatwizny”, drogi na skróty) – z drugiej zaś strony, zachowując jednocześnie, czasem aż z nadmiarem, poprzedni warunek, ponieważ duża część informacji w nim zawartych okazuje się wartościowa, dająca się weryfikować praktycznie i współbieżna z innymi wartościowymi źródłami, warto sięgnąć
w tym zakresie do przekazu G.I.Grudżijewa.
Najkrócej zaś mówiąc, w Szkole IV Drogi Gurdżijewa: ciało astralne jest przyporządkowane Wyższemu Centrum Emocjonalnemu (ciało mentalne zaś – Wyższemu Centrum Intelektualnemu). Warto dodać, że zarówno pierwsze jak drugie istnieje u Człowieka – w zasadzie – tylko potencjalnie. Może być osiągnięte – rozwinięte – jak często już u mnie była mowa – na drodze świadomego starania, trudu i planowej pracy (w tym: pracy ezoterycznej): nie jest dane każdemu i za darmo (i nie chodzi tu o elitarność, co raczej o elementarną sprawiedliwość).

Na koniec tych krótkich uwag, wspomnę o czymś takim, chyba nawet dość popularnym czy modnym, co zwykło nazywać się „podróżowaniem astralnym” czy też bliskoznacznie (choć czasem niewiele ma to z tym wspólnego, trzymając się jakichś rygorów intelektualnych i poznawczych) – pojawiają się także tutaj często nazwy „Świadome Śnienie” (LD – Lucid Dreams) czy też OBE (pisane też OOBE) – z ang. Out o Body Experience,  lub NDE – Near Death Experience  – Doświadczenia Poza Ciałem, Doświadczenia Około – Śmiertne..
Doświadczenia poza ciałem – jako takie – wcale nie muszą być zbieżne
z czymolwiek co można odnieść do jakiejś „astralności” – rozumiane np. jako specyficzne doświadczenia raportowane w niektórych  przypadkach śmierci klinicznej (gdzie często wymienia się takie fenomeny, jak: obserwacja tunelu światła, duchowo – mistyczne doznania, potrzeganie nielokalne, przez ściany, „swojego ciała” etc.etc.).
Na ten temat powstało wiele opracowań bez większej wartości, które przyczyniają się do udanego dezawuowania i ignorowania tematu przez
czynniki naukowe, neurochirurgów, psychiatrów, psychologów i innych.
Są też jednak opracowania rzetelne, których nie można podobnie, będąc uczciwym intelektualnie, ignorować.
Całość tematu zasługuje – być może – na całkiem osobny wpis. Tutaj zaś, przykładowo tylko, podać mogę link do artykułu w fachowym piśmie medycznym Lancet (rzetelne opracowanie książkowe – naukowe,
w tym temacie, jest w moim posiadaniu, wypożyczone od dawna na wieczne nieoddanie Mamie – może kiedyś podrzucę i tutaj..).

Pod tym linkiem (tutaj) rzeczony artykuł naukowy. 

Autorzy kończą artykuł m.in. stwierdzeniami:

"With lack of evidence for any other theories for NDE, the thus far assumed, but never proven, concept that consci. and memories are localised in the brain should be discussed." "NDE pushes at the limits of medical ideas about the range of human consci. and the mind - brain relation".
Pobieżne tłumaczenie: Z powodu braku dowodów na jakiekolwiek (naukowe) teorie dotyczące NDE, które zostały wysunięte, ale nigdy nie udowodnione, koncepcja, że świadomość i pamięć są zlokalizowane w mózgu jest kwestią dyskusyjną, otwartą. NDE rozszerza (zmienia) granice nauk medycznych dotyczące zakresu ludzkiej świadomości i relacji mózg – umysł.

Natomiast osobiście, dbając o to, by był to raczej materiał reportażowy, chłodny
i obiektywny, bez komentarza ze strony filmowca (czyli mnie), pokazując zarówno słabe (skłonności do fantazjowania i iluzje) jak i mocniejsze
(zasadniczą szczerość wypowiedzi – dlatego stosowałem w głównej mierze ujęcia kamery na dużych zbliżeniach: na usta mówiących, oczy itd.) strony zjawiska, przestawiłem temat w filmie dokumentalnym, nakręconym w 2008 r. (ha, na jesieni będzie zatem równe 10 lat) na zlocie pasjonatów takich typowych można powiedzieć (jak to obecnie jest przynajmniej przedstawiane w Internecie) podróży astralnych.
Film można obejrzeć np. tutaj (link):

(„Pod podszewką snów”, Polska 2008, wersja skrócona ok. 30 min,
reż/zdj/mont. Marat Dakunin i przyjaciele) 

A oto i dwa kadry, przedstawiające uczestników zlotu (film nie sili się na oddanie, np. efektami komputerowymi czy wizualnymi, wrażeń czy też „wyglądu” doświadczeń, o których mowa).

 

Na koniec zaś, całkowicie szczerze ode mnie, uwaga: Czy warto się podobnymi „podróżami” zajmować? – biorąc pod uwagę to, co zostało już podkreślone, mianowicie fakt, że praca ezoteryczna domaga się od nas: bycia użytecznym
i oddania się konkretnej pracy nad osiąganiem konkretnych celi?
Otóż, wydaje się, a jest to potwierdzone pewnym źródłem, które, jeśli zweryfikowane, czasem biorę pod uwagę – że nie warto. Wg tego źródła, tego rodzaju podróże astralne czy też „świadome śnienie” może mieć wartość czysto rekreacyjną (rozrywkową). Co za tym idzie, w przypadku gdy myślimy
o poważnej pracy ezoterycznej: nie ma wartości.

Także w powyższej mierze, jak zostało zauważone na wstępie tego wpisu,
po raz kolejny objawia się często wzmiankowany fenomen, taki mianowicie,
że przeciętny Człowiek – nawet będąc całkiem w dobrej wierze, uważa, że jest władny do odpowiedniego rozumienia i wnioskowania w sferach zupełnie
mu i jego codziennemu doświadczeniu obcych. I mści się to tym, że
osiąga w tej mierze czysto iluzoryczne jedynie rezultaty – w większości wypadków łudząc samego siebie, a nierzadko, co gorsza, także innych.

Ma to dwie podstawowe przyczyny.

Po pierwsze, przyczyną jest generalna tendencja, by uważać, że właściwości, które człowiek posiada jedynie potencjalnie tj. może w sobie rozwinąć
(na drodze właśnie – pracy ezoterycznej, jej pierwszego etapu) – posiada od
początku – każdy – i to: bez żadnego wysiłku czy też jakiejś kwalifikacji duchowej..

Po drugie, jest to konsekwencja podświadomej deifikacji
(przyznaniu zbyt znacznej niż realna ważności) Osobowości, jako „wszechmocnej” w każdym rodzaju rzeczywistości.

Pokora jest konieczna w Prawdziwej pracy ezoterycznej – jej brak
mści się w rezultatach u wszystkich, którzy w teorii posiedli zdolność penetrowania rzeczywistości ponadzmysłowej.

Przy czym warto podkreślić, że nie mówimy tutaj o ludziach ZŁEJ WOLI
(tj. takich, którzy czynią coś umyślnie, ze złymi zamiarami), ale mówimy
o ludziach szczerych i o uczciwym zamiarach, którzy po prostu błądzą..

Nasz „cywilizowany” umysł, szczególnie dzisiejszych czasów, jest głodny widocznych rezultatów i zjawisk – faktów, materialnie manifestujących się fenomenów, które można najzupełniej tradycyjnie zaobserwować i tymi wrażeniami nasycić głodną wrażeń inteligencje i fascynującą się emocjonalność.

Ale Świat Nadzmysłowy nie jest jakąś jednorodną całością jak świat materialny. Przeciwnie, można wyróżnić w nim wiele różnych „planów” czy rodzajów „niebios”. Paweł z Tarsu podaje przykład człowieka (ravi), który znalazł się w „trzecim niebie”. Prorok Mahomet miał niejako na swoim koniu Bouraqu odwiedzić inne niebo (gdzie rozmawiał z Chrystusem i Mojżeszem).
Znane są inne liczne tego rodzaju świadectwa..(nie wypowiadam się
tutaj o ich prawomocności..)
To, co wyżej, napomknąłem o (różnych) rozumieniach „świata” astralnego
(itp.) dopowiada – jedynie bardzo syntetycznie oczywiście – do powyższej myśli.

W pracy ezoterycznej nasz, przyzwyczajony do fenomenów materialnych,
umysł szuka FAKTÓW.
Ze swej natury, i z naszej – zawsze w pierwszym rzędzie szukającej raczej łatwiejszej drogi i bardziej oczywistego potwierdzenia – poszukuje manifestacji, które po prostu dowiodłyby, że coś (tę pracę) dobrze wykonał lub czegoś, co po prostu satysfakcjonowałoby jego ciekawość, w mniej szlachetnym rozumieniu niż ta, niewinna i czysta – jak u dziecka (czy nawet jak u..kota) – płynąca raczej
z zachwycenia światem a nie z chęci otrzymywania od niego potwierdzeń
i gratyfikacji.

To naraża osobę, która jest zbyt łatwowierna lub szuka nazbyt tanich wrażeń na różnorakie pomyłki, ekscesy fantazji i wyobraźni czy nawet różnorakie problemy psychiczne i emocjonalne.

Sprawdzającym się porzekadłem jest to, że 
„ŁATWOWIERNOŚĆ JEST ODWROTNIE PROPORCJONALNA 
DO  PRAWDZIWEJ WIARY”.
Piszącemu, skoro mowa już o wierze, przypomina się tutaj, charakterystycznie dla niego lapidarne i pozornie paradoksalne – celne, powiedzenie Nietzschego:
 Prawdziwie wierzący mogą sobie pozwolić nawet na luksus sceptycyzmu. Ich wiara jest bowiem dostatecznie silna (i odwrotnie: ortodoksi zatem chadzają niejako na „szczudłach” dogmatów, gdyż w głębi swego serca i umysłu są niedowiarkami).

Wiele jest sztuczek i oszustw (najczęściej i najskuteczniej przybierają one oczywiście formę auto-oszustw, co wynika z generalnej zasady, podkreślonej ostatnio, że najbardziej fundamentalną przeszkodą w pracy ezoterycznej jest okłamywanie samego siebie..), które zastawiają na nas siły wrogie naszej potencjalnej ewolucji.

Jedną z nich, jak zauważa Murawiew, jest to, że możemy zostać skutecznie złudzeni, że JESTEŚMY JUŻ NA DRODZE– podczas, gdy w rzeczywistości dopiero jej poszukujemy, często jeszcze niepewnie, w różnych kierunkach.

Kwestii tej – mianowicie: wszelakich przeszkód, zmyłek, błędnych znaków, mylnie odczytanych sygnałów, fantazji branych za Prawdziwą rzeczywistość duchową, życzeniowych fantazmatów, emocjonalnych nad – i niedointerpretacji, oszustw i najróżniejszych rodzajów samooszustw – poświęcę wiele miejsca, czerpiąc z doświadczenia, praktyki i obserwacji, już niebawem.
I sam sobie teraz w pamięci i chęci karbuję, żeby o tak praktycznych
aspektach pamiętać przy omawianiu każdego prawie tematu.
Na każdym bowiem można się, poprzez ww. przeszkody, pośliznąć..

 

Cele nie tylko w ciele, cele Duszy i Ducha (cz. I)

Ha, Walenty Impotent!
Impas! Imbecyl! Immanentny Impertynent Improwizacji!
Miglanc! Dyscypliny mu!

Piszę, by z impasu wyjść, ale i świadectwo impasu
w tym odbić się niestety musi. Nawet tytuł – bez polotu,
choć wskazuje na to, że wpis ten był zapowiadany przez kilka
wcześniejszych, choćby ten o tytule
„Cele w ciele” (Gnosis cz. II)  – a tutaj do niego wygodny link.

Dziś wigilia (tak, tak..) Świętego Walentego.
Rok temu – dzień następny – przełamał impas.
Jak będzie tym razem?

Ha, Walentynki (nie przepadam za tym świętem,
nie lubiąc sztuczności i komercjalizacji,
ale to nic oryginalnego, to przepadanie
czy nieprzepadanie, by się rozpisywać; niemniej
datę i znaczenie stworzono i zaznaczono)
wypadałoby może napisać o Duszach Polarnych,
ale nie mogę.

Czy raczej: nie powinienem. Bo przecież prawdziwa,
dojrzała miłość to także odpowiedzialność
(nie tylko działanie chwilą, inspiracją,
AUTOMATYZMY NAMIĘTNOŚCI);
to wypełnianie swych zobowiązań,
to możność polegania na sobie, ba: wierność.
Więc będąc wierny zobowiązaniu (co to znaczy?
Sobie!) powinienem w końcu napisać – co przekładałem
od grudnia, i w międzyczasie pojawiły się trochę „reakcyjne”
wpisy, o tym co obiecywałem i co zapowiadałem
(mianowicie o Celach, z II Tomu Gnosis, Borysa Murawiewa).
I tak zrobię. W stylu, o którym też już się zająknąłem, czyli moja,
dość wierna w tym wypadku parafraza, z pewnym komentarzem..

Nie jestem fanem teologii zmarłego papieża – rodaka (polecam książkę niemieckiego teologa Horsta Herrmanna „Jan Paweł II złapany za słowo”)
a resztę tutaj muszę choćby z racji miejsca zmilczeć (za dużo trzeba byłoby napisać), lecz wydaje się, że słusznie i trafnie kiedyś to on właśnie napisał:

Karol Wojtyła w „Miłości i odpowiedzialności”:
„Resentyment polegał na błędnym, wypaczonym stosunku
do wartości. Jest to brak obiektywizmu w ocenie i 
wartościowaniu, a źródła jego leżą w słabości woli. 
Chodzi o to, że wyższa wartość
domaga się większego wysiłku, woli, 
jeśli chcemy ją osiągnąć lub zrealizować. 
Aby więc subiektywnie zwolnić się od tego wysiłku, 
aby przed samym sobą usprawiedliwić brak takiej wartości, 
pomniejszamy jej znaczenie, odmawiamy jej tego, 
co w rzeczywistości jej przysługuje, 
widzimy w niej wręcz jakieś zło, 
choć obiektywizm zobowiązuje do uznania dobra. 
Resentyment posiada, jak widać,
znamienne cechy tej kardynalnej wady, 
jaką jest lenistwo. Św. Tomasz określa lenistwo 
(acedia) jako » smutek płynący stąd, że dobro, jest trudne «

By zrównoważyć to, co wyżej, wspomnę też, zanim przejdę
do sedna tego wpisu, o rzeczach lżejszych. Ale krótko.

Podczytuję bowiem ostatnio trochę bajek dla dorosłych oraz
poważnych rozpraw naukowych dla dzieci.

I przeczytałem, w takiej malutkiej książeczce, między innymi, że..

..Ludzie - Lwy, biorąc pod uwagę Czwórnię Elementów (Pierwiastków), 
reprezentują Ogień i Ziemię (Ogień - Kreatywność, Ziemia - Pragmatyczność,
Realizm). Ludzie - Wodę i Ziemię (Woda - uczucia, spełnienie emocjonalne).
Koty wcielają się jako ludzie bardzo rzadko, gdyż jest to bardzo
problematyczne - dochodzi bowiem do połączenia Ognia z Wodą.
Wybuchowa Kreatywność walczy z Emocjonalnością. Wielkie problemy
z Pierwiastkiem Pragmatyczności..

Ha, spyta ktoś - skąd taki akurat wybór tej "lżejszej" odskoczni
w niniejszym wpisie. Odpowiedzieć mogę tutaj tylko najkrócej:
- zaklinam impas.

 

Przejdźmy już teraz do niezwykle ważnej, treściwej i w miarę konkretnej rekapitulacji pewnych faktów ze wstępu do Gnosis (Tomu II), Murawiewa.

Finalnym celem (celami), które może osiągnąć człowiek
poprzez pracę ezoteryczną 
są Drugie (Powtórne)
Narodziny i Pokonanie Śmierci.

Cel od dawien dawna jest jasno wyłożony w różnych pismach
i omówiony przez różne doktryny (i religie). To jest ZBAWIENIE.

Tutaj mała uwaga: Drugie Narodziny można rozumieć trochę inaczej,
jako pewien, niezbędny i kluczowy etap, na drodze do Całkowitego Pokonania Śmierci, Zbawienia. Musiałbym poruszyć zbyt wiele wątków na raz, by tutaj wyczerpująco to rozróżnienie wyjaśnić. Ale czyniłem to– pośrednio – tutaj,
nawet w pierwszych notkach, wydawałoby się, że raczej osobistych,
z sierpnia 2017 r. I do sprawy, już bezpośrednio, konkretniej
i szczegółowo – wrócę.

Zatrzymam się tutaj na dłużej nad tym słówkiem,
pojęciem, które padło, tj. ZBAWIENIEM.

No cóż, pomijając już to, co pisałem tutaj już nie raz, a pisałem z grubsza, że..

CZYNIENIE DOBRA JEST NAGRODĄ SAMĄ W SOBIE. Jeśli potrafimy być w tym skuteczni i widzimy rezultaty, trudno sobie wyobrazić większą Radość. Jeśli kogoś to nie pociąga, jeśli do kogoś nie przemawia:
 - niech się dobrze zastanowi, czy na pewno dobrze sobie wyobraża, to o czym mowa. A może myśli o rozczarowaniach, bezowocnej idealistycznej harówce, łudzeniu siebie i Innych? Bynajmniej nie o to chodzi..
 Jeśli ktoś zaś lubi myśleć ekonomicznie, ba, nawet marketingowo, biznesowo – PIAROWO – to przecież, warto znać swoją, ludzką, psychologię, i wiedzieć, że zarówno porzekadła, jak przykłady z życia, a i badania i dane, mówią, że ani sława ani pieniądze ani nawet wydawałoby się mniej materialne korzyści nie dają człowiekowi prawdziwego szczęścia. Jeśli maksymalnie to spragmatyzować psychologicznie, szczęście daje nam poczucie własnej wartości. A na to poczucie składa się przede wszystkim przecież nasza sprawczość: co czynimy, jak czynimy i jak jesteśmy postrzegani przez innych, w społeczeństwie. 

Co absolutnie nie znaczy, że wyznacznikiem ma być właśnie jakaś WIĘKSZOŚĆ.
 
Choć właśnie bardziej takie starania widać dookoła, to nic bardziej mylnego - wartości są stałe, rozpoznane i wybrane jako godne realizacji przez nas, osobiście, naszą, od Boga daną, Wolną Wolą i nie potrzeba ani przejmować się tym, jak widzą i oceniają nas inni (należy się właśnie tego rodzaju, naturalnej, tendencji, do przypodobania się społeczeństwu czy innym, w tym sensie, pozbyć). 
A więc nie ma tutaj miejsca dla oportunizmów czy populizmów, utwierdzać nas w naszej wartości mogą tylko ludzie NAM RÓWNI - nie w sensie elitarnym, ale w sensie szczerego i konsekwentnego przykładu życiowego..
Zdaję sobie sprawę, że tego rodzaju tyradę, by kogoś przekonać, że nie mówię tutaj o utopii - należałoby znacznie rozbudować. Nie ma takiej potrzebny ani też takiej możliwości. Ja po prostu mówię o wartości szlachetnośći przeglądającej się w lustrach z tego samego kryształu,

Dla tych, którzy potrafią to dostrzec, mogę odwołać się do obserwacji -  widać nie od dziś bowiem NACHODZĄCĄ ZMIANĘ.
 Jeśli jednak ktoś świadomie może stwierdzić, że go to nie bawi, to nie jest jego cel, powołanie, Zadanie, które można uczynić najważniejszym w życiu – to niech idzie swoją drogą. Daleki jestem od tego, żeby takiego Kogoś przekonywać, że jednak powinien obrać drogę na przekór sobie. Niech się święci wolna wola (oby jednak, świadoma) – tak kiedyś zdecydował Bóg – i źle czynią religie czy ideolodzy, którzy chcą innym wcisnąć swoje ideały jako najlepsze także dla nich. Tyle tego..

Zbawienie. Powiem  szczerze– mnie osobiście to jakoś bardzo nie podnieca..
Bo i cóż to znaczy? Mało to mamy dowcipów o „rozrywkowym” piekle i „niebie”, w którym można zdechnąć z nudów? Bujanie na chmurkach? A nawet ta „wieczna szczęśliwość płynąca z obcowania z Bogiem” nie jest wg mnie właściwym postawieniem tematu.

Załóżmy więc, że Zbawienie – to nie koniec pewnej drogi,
że to początek Następnego Etapu. Że nie czeka nas
od razu Wieczna Nagroda czy słodkie nieróbstwo,
ale że czeka Nowa Przygoda, Nowe Wyzwania (poza tym
nowe dominanty świata..niekoniecznie już zatem Egoizm jako
spiritus movens..) i nowe MOŻLIWOŚCI
(i nowe, procesualnie, nie finalnie, rzecz ujmując, radości).

Konkrety? No dobrze, mi np. utkwiło w głowie:
- Na tym (wyższym) poziomie, fizyczność/materialność 
jest WARIABILNA - zmienna. Fizyczność, ciało, nie jest już więzieniem 
(dla duszy..), lecz domem - który możemy kształtować, z którego
możemy swobodnie korzystać i zmieniać. 
Pamiętam też ważkie znaczeniowo zdanie, które
wydaje się fantastyczne, ale w gruncie rzeczy raczej jest
ostrzeżeniem..:
('na tym poziomie myślenie życzeniowe staje się 
rzeczywistością dla tego poziomu').

 

Wracamy do Gnosis.
A tam dalej idzie tak:


Z RZADKIMI WYJĄTKAMI cel ten (patrz wyżej..) może być
osiągnięty przez CIĘŻKĄ I METODYCZNĄ PRACĘ.
Suma koniecznych ŚWIADOMYCH WYSIŁKÓW danej jednostki,
osobowości – do osiągnięcia celu konieczna – jest wprost
proporcjonalna do stopnia degeneracji tej jednostki, osobowości.

Zatrzymajmy się chwilę nad tymi wyjątkami.

Kiedyś, co do wyjątków, miałem różne wątpliwości.
Choćby takie, jak wyjątki pogodzić w ogólnie braną Sprawiedliwością
Bożą etc. No cóż, wydaje się, że – nie mając tutaj miejsca na omówienie
sprawy szerzej – należy pogodzić się z tym, że jeśli są jakieś „wyjątki”,
to tylko z pewnego punktu widzenia, z danego subiektywnego odniesienia,
a całościowo rzecz biorąc sobie na to wcześniej odpowiednio zapracowały
i nie mamy tutaj do czynienia z daniem komuś więcej darmo czy zwolnieniem
z czegoś, z powodu jakiegoś wyjątkowego „upodobania”.

Większość ludzi, jak się wydaje, lubi zapominać o wszelkich wątpliwościach,
jeśli „wyjątkowość” przyznaje akurat samemu sobie – ta droga iluzji zasługuje na to, by przed nią specjalnie przestrzec! Odwrotnie nawet – warto sobie pod tym względem umniejszać, to popłaca.
Osobiście np. rozważając dawniej pewne możliwe rozwiązania teologiczne,
kosmiczne, stworzenia, kształtu świata, etapów istnienia itp. – jako jedną z podstawowych reguł weryfikujących potencjalne szanse na bliskość faktom tych pomysłów – miałem taką, by – jeśli dane rozwiązanie czy teoria akurat mnie, tutaj, w tych faktycznych okolicznościach życiowych, stawiały w pozycji jakoś uprzywilejowanej, coś mi „ułatwiały”, albo z czegoś zwalniały – to do takich teorii należy żywić jak najdalej idące uprzedzenie i traktować w najwyższy sposób podejrzliwie, jeśli nie z miejsca odrzucić (raczej odrzucałem z miejsca!)
Takie podejście wydaje się nazbyt ostre, ale się zwykle opłaca –
oczywiście nie można popaść w drugą skrajność i jakiś transcendentalny
masochizm (!)

Patrząc na to, jak wyżej udało (czy raczej nie udało) mi się sformułować
myśli, zwykle – zwykle tutaj płynące lepiej, sprawniej i przejrzyściej odbiorczo
– dostrzegłem odcisk kopyta impasu..

Zaklinam go już u początków tego wpisu, więc spróbuję skończyć z nim na dobre w pętli. Zatem  (i w tym momencie) podjąłem pewną decyzję będę pisał ciut krócej, za to częściej. Do tej pory bowiem wpisy zawierały dość dużo treści, tekstu. A ten, na domiar złego jest chyba pierwszy, bez żadnego obrazka, fotografii, piosenki czy innej Zachęty. Dlatego, w tym momencie podjąłem decyzję, by ten, tak istotny przecież, temat, podzielić na dwa, a może nawet trzy części..
Za to spotkamy się niebawem, będziemy spotykać się częściej, impas może, dzięki temu wybiegowi ustąpi, a temat zacznie swobodniej płynąć. I, last but not least – może już do następnej części znajdą się jakieś, wizualne, dźwiękowe, a może
i jeszcze inne, ilustracje.
Albowiem wyobraźnia jest najważniejsza! – a umiejętność wizualizacji:
nie do przecenienia.