Lato w Dolinie M.

Wróciłem 3 dni temu z Wiednia.

A gdy Lwa nie ma,..

pod blokiem mi znak grass-crop-circle

wymalowano ..

Będę jeszcze o tym pisał..

niedługo…

 

20…21..22…

a wcześniej: 13 czerwca 2019

a wcześniej: 15 lipca 2016 

a wcześniej?

 

Byłem w Egipcie. Ale tylko przejazdem do Jeruzalemu. 
Będę jeszcze musiał wrócić. Niemniej zrobiłem sobie fotkę z tamtejszymi kotami…

..

8

8

7

7

A może tak…kto to wie?

22 – czy rano, czy później, będzie już dostępny nowy Marat DAkunin

czyli to co on chce innym powiedzieć a uważa, że warto..

pod adresem

BL8G.PL

a adresów będzie ci on miał więcej..

Czy wszystko się dobrze skończy?

Zapewne..

Ale – skoro tak dobrze się zaczyna..

czy nie należy się bać?

No cóż, bać się nie należy – należy zrobić coś pożytecznego!

Przysłowie to poradził mi Ark.

DO usłyszenia 🙂

Mateusz – Marat 

D.

Dobran8c 🙂 

N8c 

UWAGA – START NA NOWO – Zapraszam na Nowy Blog (BL8G.PL)

Były jeszcze dodatkowe opóźnienia, ale – jak zapowiadałem – wracam z cykliczną i nieprzerwaną już kontynuacją. Oby owocną – co już nie tylko ode mnie zależy.

Ten blog będzie zachowany archiwalnie, natomiast zostały zbudowane (i są budowane) nowe miejsca, hostingi, by zaprowadzić także porządek merytoryczny i formalny.

Klimat niniejszego miejsca będzie zachowany – zapraszam w pierwszej kolejności na blog ogólny, gdzie będzie pojawiać się tematyka codzienna, ale i – jak tutaj – z ezoterycznym i duchowym przesłaniem, okraszona oryginalną wizualizacją.

Zapraszam zatem na mój nowy blog ogólny pod adresem:

BL8G.PL

 

pozdrawiam serdecznie

Marat Dakunin 

 

Kraków, 20.6.2019

 

 

 

 

Po powrocie z Jerusalem

Ale..ale; dlaczego mam się tylko tłumaczyć (jak w poprzednim dziś rano wpisie informacyjno-zapowiadającym) – że ten archiwalny zastój TUTAJ
za nie tak aż długo ożywi się GDZIE INDZIEJ?
A może ten czas jednak wypełnić.

Nie tak dawno przytoczyłem na Profilu FB przez chwilę i zyskało uznanie więc utrwalę tutaj mniej znanego Junga Kazanie I. Co czynię;
Nie bez kozery, gdyż 23/24 stycznia tego Roku, 2019, wróciłem z Jerozolimy. 

 

„Zmarli powrócili z Jeruzalem, gdzie nie znaleźli tego, czego szukali. Domagali się przystępu do mnie i żądali ode mnie nauki, i tak ich nauczałem:

Słuchajcie! Rozpoczynam od nicości. Nicość jest tym samym, co Pełnia. W nieskończoności pełne znaczy tyle, co i puste. Nicość jest pusta i pełna. Możecie też równie dobrze powiedzieć coś innego o nicości, na przykład jakoby była biała albo czarna czy też jakoby nie istniała albo istniała. Nieskończone i wieczne nie ma żadnych właściwości, albowiem posiada wszystkie właściwości.

Tę Nicość albo Pełnię zwiemy PLEROMA. Wewnątrz niej ustaje myślenie i bycie, gdyż wieczne i nieskończone nie ma żadnych właściwości. W niej nie ma nikogo, bo gdyby był, wówczas byłby odróżniony od Pleromy, miałby właściwości, co odróżniałoby go — jako coś — od Pleromy.

W Pleromie jest wszystko i nic — nie popłaca rozmyślanie o Pleromie, gdyż to by znaczyło: doprowadzać siebie samego do rozpadu.

STWORZENIE jest nie w Pleromie, lecz w sobie samym. Pleroma jest początkiem i końcem Stworzenia. Przechodzi ona przezeń jako światło słońca przenika przez powietrze. Choć Pleroma na wskroś przezeń przechodzi, przecież Stworzenie nie ma w tym udziału, tak jak ciało doskonale przejrzyste ani jasne, ani ciemne się staje przez światło, które przezeń przechodzi.

My zaś jesteśmy sami Pleroma, gdyż jesteśmy częścią wiecznego i nieskończonego. Nie mamy jednak w nim udziału, ale jesteśmy nieskończenie oddaleni od Pleromy — nie przestrzenią albo czasem, lecz ISTOTĄ, skoro w istocie odróżniamy się od Pleromy jako stworzenie, które ograniczone jest w przestrzeni i w czasie.

Skoro jesteśmy częściami Pleromy, to Pleroma jest w nas. Toteż i w najmniejszym punkcie jest Pleroma nieskończona, wieczna i cała, bo małe i wielkie to właściwości, które w niej się zawierają. Jest ona Nicością, która wszędzie jest całkowita i bezustanna. Stąd o Stworzeniu tylko w sposób symboliczny mówię, że jest częścią Pleromy, bo Pleroma naprawdę nigdzie nie jest podzielona, gdyż jest Nicością. Jesteśmy też całą Pleroma, symbolicznie jest bowiem Pleroma najmniejszym — przyjętym jeno, nie zaś bytującym — punktem w nas i nieskończonym sklepieniem świata wokół nas. Dlaczegóż w ogóle mówimy o Pleromie, jeżeli jest ona Wszystko i Nic?

Mówię o tym, by gdzieś zacząć i odebrać wam tę ułudę, że gdzieś na zewnątrz lub wewnątrz jest coś z góry stałego albo jakkolwiek określonego. Wszystko, co nazywa się stałe albo określone, jest względne. Tylko to, co podlega przemianie, jest stałe i określone.

A to, co przemienne, jest Stworzeniem, zatem jedynie ono jest stałe i określone, gdyż ma właściwości, co więcej — samo jest Właściwością.

Podniesiemy teraz kwestię: jak powstało Stworzenie? Stworzenia, owszem, powstały, nie zaś Stworzenie, bo ono jest właściwością samej Pleromy, tak jak ta nie stworzona, wieczna Śmierć. Stworzenie jest zawsze i wszędzie, Śmierć jest zawsze i wszędzie. Pleroma ma wszystko: różność i nieróżność.

Różność jest Stworzeniem. Ono jest różne. Różność jest jego istotą, dlatego też Stworzenie rozróżnia. Dlatego i Człowiek rozróżnia, bo jego istota jest różnością. Dlatego rozróżnia on także właściwości Pleromy, które nie istnieją. On wyróżnia je ze swej istoty. Dlatego Człowiek musi mówić o właściwościach Pleromy, które nie istnieją.

Powiadacie: jaka korzyść o tym mówić? Sam powiedziałeś, że nie popłaca nawet myśleć o Pleromie.

Powiedziałem wam, by was uwolnić od tej ułudy, że można myśleć o Pleromie. Gdy rozróżniamy właściwości Pleromy, to mówimy z naszej różności i o naszej różności, a nic nie powiedzieliśmy o Pleromie. Mówienie zaś o naszej różności jest konieczne, byśmy dostatecznie potrafili się odróżniać. Nasza istota jest różnością. Gdy tej istocie nie jesteśmy wierni, to nie dość się odróżniamy. Dlatego musimy rozróżniać właściwości.

Pytacie: co szkodzi nie odróżniać się?

Gdy nie czynimy różnic, to wypadamy poza naszą istotę, poza Stworzenie i popadamy w nieróżność, która jest drugą właściwością Pleromy. Popadamy w samą Pleromę i przestajemy być Stworzeniem. Ulegamy rozpadowi w Nicość.

To jest Śmierć Stworzenia. A więc umieramy o tyle, o ile nie czynimy różnicy. Dlatego Stworzenie z przyrodzenia zmierza do różności, do walki z prapoczątkową niebezpieczną jednakością. To nazywa się PRINCIPIUM INDIVDUATIONIS (zasada indywiduacji ..- termin jungowki a mi się
tak myśli, że individe – niepodzielny znaczy, że ten, kto scalił swoje ‚osobowości’). Ta zasada jest istotą Stworzenia. Widzicie zatem, dlaczego nieróżność i nieczynienie różnic jest wielkim niebezpieczeństwem dla Stworzenia.

Dlatego musimy rozróżniać właściwości Pleromy. Właściwości są PARAMI PRZECIWIEŃSTW, jako to

Czynne i Nieczynne,

Pełnia i Pustka,

Żywe i Martwe,

Różne i Jednakie,

Jasne i Ciemne,

Gorące i Zimne,

Moc i Materia,

Czas i Przestrzeń,

Dobre i Złe,

Piękne i Szpetne,

Jedność i Wielość i tak dalej.

Pary przeciwieństw są właściwościami Pleromy, których nie ma, gdyż znoszą się one nawzajem.

Ponieważ sami jesteśmy Pleroma, to mamy też wszystkie te właściwości w nas; ponieważ gruntem istoty jest różność, toteż mamy te właściwości w imię i na znak różności, a to oznacza, że:

—  po pierwsze: właściwości są w nas odróżnione od siebie, rozwiedzione, dlatego nie znoszą się nawzajem, lecz są czynne; dlatego jesteśmy ofiarą par przeciwieństw; w nas Pleroma jest pęknięta;

—  po wtóre: właściwości należą do Pleromy, a my możemy i powinniśmy je posiadać albo żyć nimi tylko w imię i na znak różności; powinniśmy odróżniać się od właściwości; w Pleromie znoszą się one nawzajem — w nas nie; odróżnianie się od nich zbawia.

Gdy dążymy do Dobra albo Piękna, to zapominamy o naszej istocie, która jest różnością, a popadamy we właściwości Pleromy, które jako takie są parami przeciwieństw. Usiłujemy osiągnąć Dobro i Piękno, ale zarazem też chwytamy Zło i Szpetotę, w Pleromie stanowią one bowiem jedno z Dobrem i Pięknem. Jeżeli zaś pozostajemy wierni naszej istocie, mianowicie różności, to odróżniamy się od Dobra i Piękna, a przeto i od Zła i Szpetoty, i nie popadamy w Pleromę, czyli w nicość i rozpad.

A wy wtrącacie: powiedziałeś, jakoby Różne i Jednakie też miały być właściwościami Pleromy. Jak to jest, gdy dążymy do różności? Czyż wtedy pozostajemy wierni swojej istocie? I czy musimy popadać w jednakość, gdy do różności dążymy?

Nie powinniście zapominać, że Pleroma nie ma żadnych właściwości. Tylko my je stwarzamy przez nasze myślenie. Jeśli więc dążycie do różności albo jednakości, albo do innych właściwości, to dążycie do myśli, które wypływają ku wam z Pleromy, mianowicie do myśli o nie istniejących właściwościach Pleromy. Uganiając się za tymi myślami, znowu popadacie w Pleromę i zyskujecie naraz różność i jednakość. Nie myślenie wasze, lecz wasza istota jest różnością. Dlatego powinniście zmierzać nie do różności takiej, jaką sobie umyśliliście, lecz DO SWEJ ISTOTY. Dlatego w gruncie rzeczy jest tylko jedno dążenie, mianowicie dążenie do własnej istoty. Gdybyście posiedli to dążenie, to nie potrzebowalibyście wcale wiedzieć o Pleromie i jej właściwościach i dotarlibyście do prawdziwego celu mocą własnej istoty. Ponieważ zaś myślenie wyobcowuje z istoty, zatem muszę nauczyć was wiedzy, byście z jej pomocą potrafili trzymać myśli na wodzy.”

(Sermo I, C.G.Jung)

Moja pierwsza firma (zawsze pozostała w nieformalnym kształcie) nazywała się New Demiurg Industries i była to niechybnie nazwa okrutnie pretensjonalna.
Ark mawia, chyba słusznie, że wszystkie nazwy takie są, dopóki się nie zestrzeją i do nich nie przywykniemy. 
Moja druga firma nazywa się Pleoroma. PL celowe i także LEO a Roma – czytaj od tyłu jak mawiał abp Petz z Poznania – znaczy Amor, który Omnia Vincit, a może
i pleroma (która zwycięża niebyt, choć sama nim jest także)

Już PRAWIE

Przepraszanie Innych i siebie nie jest najważniejsze, ważniejsze jest solidne (i pogodne) postanowienie poprawy a jeszcze ważniejszy: skutek naprawiający zaniedbanie.

Zapowiadałem wznowienie bloga i to na nieporównanie większą skalę tak tematyczną jak co do kategorii (będzie kilka cyklicznych), tudzież walorów
PRAKTYCZNYCH i nie tylko (a będą też formy wideo – jeszcze nie wiem czy Vimeo
czy jednak YouTube) – zapowiadałem ale kolejne daty mijały..i..

I piszę, by zapewnić, że będzie.

Nie rezygnacja czy nieprzezwyciężone trudności tu winne, a organizacja
– i to niemałej ilości składników, zapewnienie o wiele szybszego (będzie wygodniej czytać a przede wszystkim oglądać fot. i ..nie tylko) hostingu, bezpiecznego, inne bonosu. 

Jak obiecałem, tutaj dam znać – gdzie (pod nową domeną) prowadzony
będzie nowy blog – będzie to nawet blog niejeden. A wszystkie regularne.

Aby już nie przekroczyć, dookreślę bezpiecznie, że zaproszę (także przez wpis tutaj – ten blog, pod ta domeną traktować bedę jako archiwalny) na NOWE
POMIĘDZY POCZĄTKIEM KWIETNIA A ŚRODKIEM MAJA. TEGO ROKU, 2019.

Serdeczności

Marat Dakunin

(fot. Arkadiusz Jadczyk )
(fot. Arkadiusz Jadczyk) 

Odpowiedzi po 7 latach

Ostatnie dni przyniosły zagadki.. i rozwiązania tych sprzed wielu lat.

Ostatnie dni przyniosły naukę.

W ostatnich dniach zrozumiałem kolejny akapit swojej przyszłości. 

Jak zapowiadałem, od Nowego Roku – 2019 – będę pisał  i będę pisał dużo
i o różnych sprawach, i nawet na więcej niż jednym „blogu” (w tym jednym
albo może i dwóch czysto fotograficznych), ale już nie tutaj.
Te nowe miejsca będą każde miały swoją nazwą i domenę. 

Tego, co zostało zaczęte tutaj, dokładnie w tej formie nie będę już
kontynuował, z różnych przyczyn, także merytorycznych.
Stronę z domeną cassiopaea.pl i ten blog, niejako do niej przypisany,
pozostawiam w formie (stronę, blog był zawsze raczej oderwany)
hołdu dla prawdziwej, pożytecznej i świetnie zorganizowanej
inicjatywy Laury i Arkadiusza. 
Jednak, poprzez nowe domeny i lokację, chciałbym podkreslić,
że jestem całkowicie niezależny (co znaczy także, że sam, od początku
muszę pracować na swoje imię i zaufanie – czy też jego brak).
Zostanie to jeszcze dokładniej i oficjalnie wyjaśnione w odpowiednim
dłuższym umocowaniu strony cassiopaea.pl, która pozostanie w sieci,
lecz już raczej nieaktywna – jako „tribute” właśnie dla Inicjatywy – dla
Ludzi zaś przede wszystkim, prawych i dzięki którym nauczyłem się
trochę z zakresu trudnej sztuki roztropności. 

O wszystkich nowych miejscach i ich adresach jednak w ostatnim
tutaj wpisie, pewnie już następnym po tym, powiadomię.

Wszystkim, którzy tutaj zaglądali, dziekuję. Obiecuję, że w nowych
miejscach będę pisał lepiej, systematyczniej. I przyjaźniej, jeszcze przyjaźniej
dla Czytelnika, unikając nie tylko pustosłowia co i nadmiernego komplikowania.
I – jak zawsze – unikając fantazjowania, którego tak pełno, na wszelkie tematy,
także w Internecie. Fantazjowania i czczych przechwałek. 
Mieć wyobraźnię – rzecz nie do przecenienia, bujać w chmurach
i myśleć życzeniowo, ślizgać się na nonsensach i domysłach:
to nie u mnie. Także nie u mnie: kierować się zasłyszanym ledwie,
uprzedzeniem czy bezkrytycznie przyjmowanymi intuicjami. 

Intuicja jest rzeczą wspaniałą: ale bezkrytycznie recypowana do
rozumu, a nawet rozumu w uzgodnieniu z sercem, traci na wartości, 
a nawet może być szkodliwa. 
Krytycyzm potrzebny jest zawsze gdy w gre wchodzi ludzki
aparat poznawczy, niezależnie od tego, czy poznaje strukturę krzesła
czy inne światy przez wizje, wglądy lub iluminacje. 
Krytycyzm potrzebny jest we wszystkim – w badaniu rzeczy
ulotnych, psychicznych, niematerialnej natury, wymagany jest
tym bardziej i tym ostrzejszy niż w naukach przyrodniczych.
Co nie znaczy, że musimy tutaj stosować te same metody badawcze.
Oczywiście – nie, bo i natura badanego jest inna. 
Na te tematy będzie z początku więcej, godzi się, zanim przejdzie
do przypadków poszczególnych a nawet ogólniejszych założeń czy
wniosków, przedstawić trochę formalności i metodologię.
Postaram się to zrobić bez nudy – ale rzetelnie. 

Ostatnie dni przyniosły odpowiedzi na pytania wielu lat. 

I sugestie, sugestie na których można zbudować lata,
a może nawet wieczność.

Pewne rozwiązania okrywa tajemnica.
Jest być może trochę tak, że porozumienie
nie zostało zawarte w ludzkim języku.

Odpowiedzi bywają czasem bardziej enigmatyczne niż pytania.

Być może, kiedyś, odpowiemy na wszystkie pytania skierowane
do siebie samego, do Siebie, Prawdziwego „Ja”. 
Integrujemy lewe z prawą, świadome z nieświadomym, żeńskie z męskim, potencjalne i aktualne, .. .., gdy spoimy się, wykrystlizujemy w Jedno,
przekroczymy Jednostkowość,
zobaczymy dokładnie to INDYWIDUALNE miejsce,
które zajmujemy w BOGU –  a wtedy do Niego wrócimy.

 

 

Marat Dakunin

Aktualności

Niedługo – dalszy ciąg niniejszego blogowania – i nie tylko
ale już pod nowym adresem.
W najbliższych tygodniach podam wszystkie nowe adresy
i ciekawe informacje.

Pozdrawiam!

Marat Dakunin

PS

Ach ci Ludzie, często i większość zupełnie jak Strusie..
nie mogą się czasem zdecydować – chować tę głowę i nie widzieć
czy nie chować..
A jednak, przecież i nawet Struś się domyśla, że
WIEDZA OCHRANIA, natomiast
IGNORANCJA POWODUJE ZAGROŻENIE

 

 

 

Przeznaczenie (I)

Ludzie kierują się w swych wyborach różnymi sprawami. Nawet w bardzo istotnych wyborach. Bywa, że im istotniejszy wybór, tym dziwniejsze rzeczy nań wpływają.

Żył sobie kiedyś pewien historyk i marszand sztuki, świetnie zarabiał na początku lat 90-tych na skupie i renowacji m.in. antycznych mebli.
Przy tym był dość fajnym człowiekiem. Gdy umarła mu pierwsza żona,
drugą, młodziutką dziewczynę, w której odnajdywał nie tylko wspomnienie
o pierwszej, odnalazł w małej mazowieckiej wsi. Przy tym był dość fajnym człowiekiem, więc młodszą siostrę rzeczonej zabrał także do swojego wielkiego domu w dużym mieście i we wszystkim jej pomagał. I jego młoda żona i jej siostra, a także rodzice sióstr ( a także trzeciej, najmłodszej siostry) mieli zapewnione wszystko, co sobie mogli tylko wymarzyć. Był dobry i hojny. Był też lekko zwariowany, ale pozytywnie.
Pewnego dnia marszand, który był ledwie po 40-tce (a dziewczyny około 20-letnie) przyszedł do Młodszej Siostry, spojrzał jej w oczy a potem położył głowę na jej kolanach i powiedział:

– Pewnie to w jakiś sposób wiesz, bo wszystko wiesz; na co to wszystko, jak zdechnę jak ten pies..

Dzień później przebiegał z ogrodu swojego wielkiego domu, w którym wszyscy mogli odnaleźć gościnę, na drugą stronę ulicy, do baru – po flaczki. Potrącił go samochód i umarł.

Po śmierci dobrego marszanda, wszyscy, szczególnie oczywiście Młoda Wdowa – i jej młodsza siostra; obie bowiem go kochały – jedna głównie jako mężczyznę i męża, druga głównie jako dobrego i pięknego człowieka, popadły w nieutuloną żałobę i depresję.

Nie był to krótki czas. A gdy jeszcze trwał, Młodszej Siostrze przyśnił się ojciec najbliższego przyjaciela nagle zmarłego, który niedawno także zmarł, na raka.
We śnie Duch poprosił dziewczynę, by wyszła za mąż za jego syna, to bowiem, dla tego syna, jedyny ratunek. Tylko ona może go – w jakiś sposób – ochronić przed nieszczęściem i śmiercią, która inaczej niechybnie go czeka, pociągając za sobą także potępienie.

Młodsza Siostra tak zrobiła.
Zdarzyło się także, że w pewnej sytuacji – bezpośrednio, uratowała temu człowiekowi życie. I choć najpiękniej jak można wychowała dwójkę wspólnych dzieci – chłopca i dziewczynkę, nie nauczyła swojego męża wdzięczności, ani za dobrobyt, ani za dzieci, ani za piękną i mądrą żonę. Wdzięczności do Boga – nie do siebie samej.
Wszystko układało się coraz gorzej, aż się rozstali. Mąż znęcał się nad nią psychicznie. Aby przeżyć, także dla dobra dzieci, Młodsza Siostra musiała się od tego człowieka odseparować.
Choć w jej życiu były od tego czasu jaśniejsze i ciemniejsze dni, nowy związek, w który się zaangażowała, skończył się wielkim, niezawinionym cierpieniem.
Także materialnie prześladował ją i prześladuje ciągle pech.
Gdy spotkała kiedyś człowieka, który, z wszelkich znaków na ziemi i niebie, był jej przeznaczony, choć zaczęło się pięknie, też się to wtedy nie udało.
Mało tego, Bóg powiedział jej wtedy, że „nie możecie być razem”.
I choć – już razem byli – postąpiła zgodnie z tym głosem, który słyszała.

Wszystko to stało się i dzieje najszczęśliwiej jak mogło – Młodsza Siostra – i ten mężczyzna, który był jej Prawdziwie przeznaczony, tak naprawdę są „w czepku urodzeni”. Wszystko to zmierza do finału, w którym można powiedzieć, że Radość jest Nie do Wyobrażenia.

Ale czy można się komuś dziwić, jeśli po drodze – trochę wątpi i trochę dramatyzuje?

Ona jest M. – Vulnerable (przekaz w piosenkach Roxette – cz. 3)

Rabbi  Bunam, uczeń Jakuba Izaaka z Przysuchy
(mimo tego, że był od tego drugiego starszy, o ile pamiętam..
skąd zaś pamiętam? Z „Goga i Magoga” Martina Bubera)
miał kiedyś zamiar napisać książkę o wszystkim, co związane jest
z człowiekiem i nadać jej tytuł „Adam”.
Po namyśle jednak odstąpił od tego zamiaru..
Zaprawdę mądry był rabbi Bunam!

Z innej beczki literackiej - czasami "Finnegans Wake" Joyca określa się próbą zawarcia dorobku cywilizacji w jednym dziele. Czy udaną, nie wiem..
Na pewno trzeba być perfekcyjnie anglosaskim 
(pardon James! - irlandzkim!) nie tylko językowo ale i zanurzonym w subtelności kulturowe, by móc to odpowiedzialniej określić..

Dzisiaj 3 część cyklu o przekazie niektórych piosenek Roxette..
Część specjalna, gdyż zajmę się utworem, który prowokuje do napisania o..: Wszystkim. A to chyba nigdy nie jest możliwe.

Właściwy dobór – tak jak właściwe ograniczenie – czy właściwe abstrahowanie, nawet, gdyby trzeba było rezygnować z dużej części tego,
co jest równe Istotne, jest dolą nazywającego rozumu..
na to jesteśmy skazani.
I to także powoduje to panujące tutaj rozumowe złudzenie – iluzję,
że wszyscy jesteśmy wzajemnie odseparowani – tak od siebie,
jak od reszty Świata. To sprawa konstrukcji i form poznania możliwych dla ograniczonego na tym etapie umysłu; ba, właściwe abstrahowanie, czasem jest kluczowe dla fundacji np. nauk ścisłych. Humaniści miewają z tym problem
i to wcale nie jest dobrze..

Kiedyś, ciekawostka, próbowałem, nawet w dość krótkiej formie
 zawrzeć Połowę wszystkiego (np. tutaj http://12.koprodukcje.pl
- a nawet wszystko 
 (http://alfaomega.koprodukcje.pl

 

Jednak starzenie się przesuwa ciężar z ciekawostek na pożyteczność.

Tymczasem znów się z tym wpisem opóźniłem.
Na początku, mimo, że nie wyczerpując wszystkiego, chciałem
napisać zarówno o aspekcie Uniwersalnym jak i Indywidualnym,
jeden i drugi zresztą siłą rzeczy zanurzone w osobistych doświadczeniach, przeżyciach i intuicjach. Następnego dnia chciałem opracować tylko wybrane kwestie z aspektu uniwersalnego, osobisty zostawiając na inne teksty, inny czas, może nawet nie w tym roku – związane byłoby to także z tym, co jeszcze się nie dookreśliło finalnie oraz z większymi całościami (książkami),
które przygotowuję.Wczoraj chciałem zaś napisać to jeszcze inaczej.
Dziś w końcu zaś zamieszczam – a będzie to głównie poruszenie wybranych spraw o bardziej uniwersalnym charakterze, choć –  pozwolę sobie na wątek osobisty. Zrobię tak także dlatego, że: 

Dziś, a nie jest to częste, miałem kontakt z M.
Jeśli chodzi o kontakt między nami – to jest on i był zawsze – bardzo utrudniony. Nie tylko wiadomości nie dochodziły, spoźniały się czasem
niewytłumaczalnie o 2 lata..
Tak było np. z serią sms-ów wysłanych 7 lat temu, które doszły
z 2-letnim opóźnieniem, gdy byłem w szpitalu..
Waga ich była znaczna – być może do pewnych dramatycznych wydarzeń
w ogóle by nie doszło – albo doszło do znacznie łagodniejszych, gdybym otrzymał te wiadomości w normalnym terminie. Ale zdarzały się rzeczy jeszcze ciekawsze: np. wiadomość odczytana pewnego dnia, gdy sprawdzałem ją kilka dni później – miała inną treść. I to także wpłynęło negatywnie, głównie emocjonalnie.
Ale teraz już nie daję się nabierać. I M także,
choć ostatnio dziwiła się jeszcze, dlaczego nie może do mnie NIC przesłać.
 

To jest, najkrócej mówiąc, tak, jak ostrzega i Gurdżijew i Murawiew: ewolucja duchowa Człowieka jest przeciwna pewnym Prawom Naturalnym [choć
nie wykluczam, że w sprawę zaangażowane były też mniej „naturalne”
czynniki] 
 Choć nie jest przeciwna Boskiemu planu – w zasadzie odwrotnie:
człowieka Upadek był temu, w pewnym sensie, przeciwny ..- to trzeba byłoby szerzej wytłumaczyć – i zrobię to, ale nie teraz i tutaj
.
Dlatego „Świat”, mówiąc ogólnie, im bardziej ktoś wymyka się spod rządów
i kontroli Prawa Ogólnego (General Law) i – stara się przedostać –  pod rządy Prawa Wyjątku  (Law of Exception) tym bardziej reaguje (kontr-atakuje) na różne sposoby, by temu zapobiec, to utrudnić..
Pozytywna ewolucja ma szansę zasadniczo tylko dzięki odpowiedniej postawie człowieka, i oczywiście – wykształceniu odpowiedniej świadomości rzeczy.
Bardzo ważne są warunki początkowe – albo ujmując to ciut inaczej, 
i słuszniej, skala zdegenerowania osobowości, na której bazując musimy
zaczynać nasze próby..
Postęp jest możliwy głównie dzięki wytężonej woli i świadomym, konsekwentnym trudom, nie należy jednak nie doceniać tego, jak wiele
więcej może przyjść nam z pomocą: przez Serce, a nie rozum. Bywają mniejsze lub większe wyjątki, ale liczyć na nie nie należy; czasami pomaga człowiekowi znacznie.. synchroniczność i tzw. „Przypadek”.

Tyle na ten temat – wątek osobisty zabrzmi jeszcze –
choć nie wybrzmi – na końcu. 
Będzie to, jak zaznaczyłem, znacząco inny wpis niż dwa poprzednie odcinki
cz. 1 i cz. 2 dotyczące przekazu ezoterycznego w utworach zespołu Roxette,
nie podaję linków, gdyż znajdują się na tym blogu bezpośrednio przed tym 
wpisem.
Tutaj też mamy do czynienia z piosenką i też Roxette, ale jej wymowa i znaczenie przekracza znacznie ramy tego mini-cyklu. Dlatego jeszcze raz wyjaśnię,
że pewne treści, które mógłbym opatrzyć interpretacją, zostawiam na kiedyś. Zapewne wtedy będę mógł to zrobić nawet lepiej i pożyteczniej,
dlatego nie ma czego żałować.

Zastanawiałem się przez te dni opóźnienia – czy opatrywać tekst utworu,
niosący znaczenie o wręcz kapitalnym znaczeniu dla KAŻDEGO – choć nie każdemu piosenka może przypaść do gustu w sensie estetycznym – konkretnym komentarzem, interpretacją. I tak jednak nie uczynię. Albowiem tekst jest
– jak zwykle bywa z piosenkami, tym bardziej Roxette, stosunkowo prosty.

Nie dodając do niego moich interpretacji ryzykuję, że pewne, kluczowe znaczenie, może zostać jakoś przegapione (Ale zaryzykuję – bo wiem też, że do znaczeń w tej, skromnej, piosence, będę wracał nie raz i na różne sposoby).

Tak, niestety bywa często, że przeoczymy Najważniejsze sprawy. 
Nie dlatego, że ludzie są generalnie głupi czy złej woli, ale raczej dlatego, że są nieuważni, strudzeni, znudzeni; że nie mają oczu i uszu na to,
co akurat – nawet w ich najlepiej rozumianym interesie – w całym Życiu
– warto zobaczyć i warto usłyszeć. Trudno im się jednak bardzo dziwić, dlatego, że otaczają nas zewsząd kakofonia informacyjna; różne słowa, zdania, pojęcia, wielkie i małe – wielkie rozmieniane na drobne i małe wywyższane jakby były naprawdę coś warte.. 
W tej ciżbie nadużywanego języka łatwo popaść w otępienie i przegapić to,
co ważne, a jeszcze trudniej temu uwierzyć. To wina nas samych, bowiem dopuściliśmy do tak wielkiego zamętu, inflacji znaczeń i prostytucji nawet Najświętszych pojęć. O roli języka i jego inflacji także niemało
i z naciskiem pisał G. Gurdżijew. 

 I choć teraz jest wyjątkowe ŹLE, to trudno przyjąć, że kiedyś, nawet bardzo dawno temu, było znacząco lepiej. Ludzki język i komunikacja, w tym wszechobecne KŁAMSTWO i PÓŁPRAWDY, ma po prostu taką inflacyjną naturę. Tym bardziej i tym gorzej w dobie obecnej, gdzie więcej jest Pisarzy niż Czytelników, i tak wielu wydaje się, że są powołani do przekazu Istotnych treści czy oświecania, oceniania lub nauczania Innych.
Ale ta epoka, dzień dzisiejszy to także czas, czas zapowiadany, era Ducha, w której wszystko, co było dotąd zakryte, musi zostać ujawnione.
I tak będzie – tak już się dzieje!
A to, co staram się robić – choć czasem może tak zabrzmieć – za co przepraszam, bo wtedy zawsze jest błędne – jest jak najdalsze od oceny, od pouczania czy oświecania na siłę.

Jednak – aby czegoś nie stracić – NALEŻY SIĘ TYM DZIELIĆ!

I tym, a nie pouczaniem ani narzucaniem swych ocen, jestem motywowany.
Przede wszystkim zaś święta jest wolna wola każdego, i jak najdalszy jestem, by dzielić się CZYMKOLWIEK  z Kimokolwiek, kto sam nic ode mnie nie chce!

Kto chce – niech korzysta, ale też nie wierzy w nic – bez osobistego sprawdzenia. Wszystko można i należy weryfikować, a to, że tylu ludzi myśli (wierzy), że ewidentne kłamstwa i bzdury – tylko dlatego, że nadane w telewizji, wydrukowane, czy podane przez taki czy inny „autorytet” – odpowiadają Prawdzie – dowodzi nie tylko starań, by ludzi zmanipulować, ale także, jak łatwo to osiągnąć, większość z nas woli bowiem wierzyć niż myśleć samodzielnie. A jeśli nawet myślenie tak bardzo danej osoby nie boli, to wtedy bywa, że nie weryfikuje czegoś i przyjmuje „na wiarę” z czystego lenistwa (jak w moim przypadku często bywało; z czym staram się walczyć).

Przypomnę jednak, co napisałem tutaj w zeszłym roku, bo to niesłychanie istotne.
(w bardzo ważnych wpisach – tym pt. „Cele (w ciele) II  
oraz tym pt. „Cele pracy ezoterycznej„) 

Pisałem tam coś, co jest bardzo ważne, także dlatego, żeby Czytelnik
wiedział, że nic mu się tutaj nie narzuca – wręcz odwrotnie – próbuje
raczej wspomóc w wolnym wyborze.
Tak bowiem jest, że im większa WIEDZA tym większy zakres wolnego wyboru.
Jeśli zostaliśmy okłamani i zmanipulowani – nasza wolność może wręcz
skurczyć się do rozmiarów celi więziennej!

Tak to napisałem, a udało mi się, myślę, dobrze i nawet jasno,
napisać: 

Mieć cel, to ważna sprawa.

Odkryć dla siebie swój fundamentalny, życiowy cel – KAŻDY
 – SAM DLA SIEBIE – i się go trzymać – sprawa jeszcze ważniejsza!

Ilu z nas żyje właściwie, pomijając drobne życiowe zabiegania
 – BEZCELOWO?

Czy aby tak należy podchodzić do życia, które tutaj, w ciele,
 na Ziemi, wiedziemy?

Mi się wydaje, że tak teoretyczne (w swoich poglądach, odczuciach)
 jak praktycznie prowadzenie życia bezcelowego nie jest ani mądre
 ani godne, ani nawet (sic!) popłatne. Jest tutaj, na marginesie cały
 problem SENSUrozczarowań, doświadczeń, temat depresji,
 temat NIHILIZMU wreszcie.
 O wszystkich tych, tak ważnych w naszym życiu, że czasem je najsilniej definiujących (lub..negujących) sprawach, napiszę. Napiszę już wkrótce!

Ja, piszący to, nie chcę Wam nic dawać zupełnie gotowego.
 Bo w tej materii, do której zmierzam: tak nie można. Tak się nie uda.
 Kto nam narzuca sztywne cele – czy aby jest przyjacielem
 naszej Wolnej Woli? Czy aby jest tą Stroną, która Nam życzy dobrze?
 Warto to przemyśleć..


Z celami, czy wszystkim innym, przez jakichś innych nam
 wyznaczonymi, narzuconymi, czy nawet tylko podsuniętymi
 czy doradzonymi – nie wiedze się zbyt dobrze. Bo i słusznie
 – dlaczego przekonywać nas miałby i prawdziwe motywować cel,
 który nie od nas samych – w całym tego słowa znaczeniu – pochodzi?

Najlepiej, by każdy sam dla siebie – coś – do budowania własnym życiem
 i staraniami – odnalazł zupełnie samodzielnie.

Bo, powtórzę, za sobą sprzed kilku dni, tak mi się to podoba : ) :

Dobrze byłoby (jednak) zasygnalizować Cel,

 tak by Inni mogli się (..) zorientować co do niego. Co do CELU.

 No i co do mnie.

 A na końcu, finalnie, tak byłoby najlepiej i to byłoby

 jak najbardziej Celowe: by się Inni mogli zorientować też co do Siebie,

 co do swoich Celów. Celów swoich Wnętrz. Celów ich prawdziwych „Ja”.

Każdy bowiem jest różny!
 Każdy ma do rozmnożenia talenty! – choć nie każdy ma je
 w tej samej walucie i tak samo łatwo wymienialne.
 Każdy jednak może je zamienić, zmienić a może nawet Transmutować
 w Wartości. Najlepiej te nieprzemijające.

O moich celach – konkretnie i na przykładach – będę pisał już w tym miesiącu.
Przygotowywałem to od pół roku.
Nie wszystko można ująć w słowa – nie wszystko można napisać.
Ale – między innymi – moim celem jest opisać, najjaśniej i najprecyzyjniej,
to, co do tej pory nie udawało się tak opisać. Zadanie to nadzwyczaj trudne.
Dlatego mam też i inne, ale wszystkie się ze sobą wiążą..

Choć późniejsze niż styczniowe wpisy tutaj rzadko oceniam jako udane – na tyle dobre na ile wydawały mi się te powstałe bardziej improwizacją – to, nie mam wyboru, i muszę dokładać tutaj cegiełek systematycznie, nie tylko gdy pisze się gładko i natchnieniem chwili. Zauważyłem jednak, że pewne sprawy, także właśnie języka, mogę poprawić, nawet gdy piszę z ducha dyscypliny a nie czystej inspiracji. Choćby to, co ostatnio bardzo się pogorszyło: budowałem za długie, zbyt złożone zdania. To trzeba poprawić czym prędzej. Bowiem nie zawsze mierzymy się tutaj z bardzo łatwymi tematami do naturalnego pojęcia i tym bardziej nie należy rzeczy stosunkowo wymagających utrudniać jeszcze niepotrzebną komplikacją języka. Moja wina i – proszę mi nawrzucać – gdy znów się zapomnę i tej b. ważnej kwestii nie dopilnuję – miałem zawsze tendencję do nazbyt długich konstrukcji myślowych, a także do nazbyt wielu dygresji.
To, co leży u tych tendencji podstaw, jest cenne i może być z wielkim pożytkiem wykorzystane: jeśli ktoś bez wysiłku dostrzega wielość w jedności i jedność
w wielości – tak materii jak ducha
– daje to niezwykłe możliwości.
Jednak nie można – nie podejmując już odpowiedniego wysiłku uporządkowania, scalenia i zformalizowania – w ten sam sposób próbować przekazać sprawy innym – słuchającym, czytelnikom – choćby pełnym i dobrej woli i obdarzonych największymi zaletami umysłu, bo obowiązek dbania o klarowność przekazu spoczywa zawsze na tym, który go przekazuje. Tak jak w trenerskim aforyzmie: za podanie odpowiada zawsze podający.
Przepraszam, postaram się poprawiać i poprawić.

***

A teraz już bezpośrednio o „Vulnerable”.

Nie będę podawał swoich interpretacji tekstu piosenki.
Zrobię co innego – przetłumaczę ten tekst na nasz język – niedoskonale,
tak, jak z jednej strony pozwala mi znajomość obu języków, która oczywiście ogranicza, z drugiej strony jednak tak, by spróbować w tłumaczeniu podkreślić
i uwydatnić to, co, jednocześnie i Proste, i Wielkie, i Prawdziwe – jest w tym tekście zawarte.

Najpierw zamieszczam tekst oryginalny:

Vulnerable

Everywhere I look I see her smile
Her absent minded eyes
And she has kept me wondering for so long
How this thing could go wrong

It seems to me that we are both the same
Playing the same game
But as darkness falls
This true love falls apart
Into a riddle of her heart

She’s so vulnerable
Like china in my hands
She’s so vulnerable
And I don’t understand

I could never hurt the one I love
She’s all I’ve got
But she’s so vulnerable
Oh so vulnerable

Days like these no one should be alone
No heart should hide away
Her touch is gently conquering my mind
There’s nothing words can say

She’s coloured all the secrets of my soul
I’ve whispered all my dreams
But just as nighttime falls
This vision falls apart
Into a riddle of her heart, yeah

She’s so vulnerable
Like china in my hand
She’s so vulnerable
And I don’t understand
I could never hurt the one I love
She’s all I’ve got
But she’s so vulnerable
Oh so vulnerable, yeah

Don’t hide your eyes…

 

Ponieważ oryginał jest częściowo rymowany i ja nadam polskiemu
tłumaczeniu pewne rymy. Raczej wewnętrzne i łamane niż aa/bb
i podobne, jak w oryginale, w jęz. polskim brzmiałyby bowiem zbyt częstochowsko i ujmowały powagi całości. To także wpłynie na to,
że nie jest to tłumaczenie dosłowne, ale – na tyle na ile potrafię
– jest to tłumaczenie Wierne. Na pewno wierne – samemu sobie.

Tytuł dosłownie oznacza: Wrażliwy/wrażliwa/czuły/czuła itp. 

Tytuł ten tłumaczę jednak bardzo niedosłownie,
 jako: Ona jest Miłością

Wszechświat śmieje się do mnie jej ustami
Patrzy oczyma słońca i księżyca
Przebyłem podróż życia zanim ją poznałem
[W najtrudniejszych chwilach, jednak]
Podejrzewając, że nic nie może się nie udać

Już wiem, że tak naprawdę jesteśmy Całością
Jesteśmy tacy sami; oboje gramy w jedną grę
Choć niegdyś, gdy nadchodził mrok
ta pewność pogrążała się w zagadce naszych serc

Ona jest Miłością
Czułą porcelaną w moich rękach

Nie mógłbym chcieć jej skrzywdzić
Prędzej zraniłbym siebie niż Ją
Wiedziałem, że jest wszystkim co mam
gdy nie sądziłem jeszcze, że jest samym mną.

..

Ten dzień jest wieczny i nikt nie jest w nim sam
Serca nie bawią się już w chowanego
Ich dotyk mówi nam więcej niż wszelki rozum
Niewypowiadalnego

***

Teraz zaś przejdę do teledysku do tej piosenki – który, moze bardziej nawet niż którykolwiek inny, tak bogaty jest w mniej lub bardziej ukryte znaczenia.
Poniżej dotknę tylko niektórych, wybranych symboli, scen i znaczeń – skupijąc się na bardziej uniwersalnej niż indywidualno – osobistej ich wymowie. Tak będzie, jak sądzę tutaj lepiej – aspekt osobisty każdy, kto będzie chciał – najlepiej, aby zaczerpnął – tak z tekstu, jak z towarzyszących mu obrazów – samodzielnie.
Komentarze postaram się uczynić jak najkrótszymi i najtreściwszymi.

[analizę i stopklatki z teledysku dodałem kilka godz. tj. ok. godz. 20 
po publikacji] 

Wybrane sceny omawiam i wstawiam odnośne kadry w kolejności
chronologicznej – od początku teledysku do końca. 

Żyrandol w neobarokowym (?) pałacyku, w którym kręcono zdjęcia wnętrz
do teledysku. Narzuca się symbolika orbitalno – kosmiczno -atomiczna.
Zgodnie ze znaną poradą:

- Kto rozumie, ten oblicza.

policzyłem i wyszło mi 2 razy po 8 – 8 czarnych i osiem czerwonych.
Tutaj mi narzuca się interpretacja indywidualna tj. osobista, 
gdyż ja po prostu jestem 8.8. 
Wydaje się (taka wsobna uwaga), że muszę tu uzupełnić do Trójni do
harmonii i balansu. Stąd pewne specjalne znaczenie ma też zestawienie 8
z inną liczbą..Ale to jest indywidualne, więc nie będę tego poszerzał.
Ciekawostka od kota – dla kotów: 8-mki oczywiście są związane z Lwami..
(vide astrologia, tarot, ale nie tylko..)

Zaś uniwersalniej: warto sobie sprawdzić (leksykony, itp. – 
doradzam bardziej niż strony internetowe, na których czasem
pisze wszystko, tylko nie to, co sensowne..) symbolikę ósemki oczywiście.
Ode mnie: 8 stojące jako cyferka normalnie – w pionie to także 
lemniskata. 
8 leżące – to oczywiście: nieskończoność

W ogóle ten pałacyk i jego wnętrza sa ciekawe – może ktoś
coś ciekawego sam wypatrzy : – ). 
Mi korytarze przypominają pewne miejsce, pałacyk niedaleko Tuluzy. 

W początkowych scenach teledysku jest też pokazany:

– kot (kotka) 

Tutaj też przeważa moja indyuwidualno – osobista odnośnia.
Ale warto też poszperać na temat różnych znaczeń związanych z kotami – 
niewykluczone, że także zagorzali Kociarze (Kociarki) mogą dowiedzieć
się czegoś jeszcze nieznanego..

-Per, który użycza swój wokal (Marie tylko podśpiewuje – nuci) w tej piosence
pisze w kilku scenach na maszynie.

W sumie jest to całkiem humorystycznie pokazana historyjka..
 Jak wiadomo, wokalista śpiewa, jak bardzo wrażliwa jest Ona - 
 tak wrażliwa, delikatna, krucha - jak chińska porcelana..

Sceny teledysku pokazują dosłownie, że śpiewający Mężczyzna
 boi się, że cokolwiek by napisał - nawet zupełnie niewinnego czy - przecież 
 - pięknego czy jednoznacznie pozytywnego - do Niej - Tak Wrażliwej - 
 to może sie okazać, że jakoś ją to dotknie, że wywoła nieprzewidzianą
 reakcję, niechcący jakoś jednak zrani - cokolwiek by nie chciał jej 
 przekazać, powiedzieć, napisać - jest tak Wrażliwa - że obawia się
 ..
 Dlatego w końcu znajduje rozwiązanie komiczne, ale też ciepłe..
 Jeśli obejrzymy dokładnie teledysk, zobaczymy, co Mężczyzna w końcu
 zdecyduje się napisać do Niej, Tak Wrażliwej..
 Ja tego tutaj nie mam potrzeby zdradzać i nikogo wyręczać ..;- ) 

Z maszyną i pisaniem są też związane inne znaczenia.
Można poszukać, także intuicyjnie.
Ja wskażę na dosłowność: maszyna to zapewne produkt 
firmy – lub nazwa modelu, którą widać na korpusie: FACIT. 

Facit – znaczy CZYNIĆ.
Nie myśleć, nie teoretyzować, ale robić jakieś konkretne rzeczy.
Bo rzeczy same się nie robią.

Dawno już temu, chyba 10 lat temu, gdy poznałem – na odległość
Arka i jego pisanie – tutaj link (https://www.salon24.pl/u/arkadiusz-jadczyk/)
– a było to jesienią 2008 r., gdy wróciłem z Australii, 
 
założyłem też swój mały blog na salonie24 i napisałem tam,
trochę w duchu ironicznym i melancholicznym o czymś
związanym z ‚facit‚ –
ironicznie ciut, bo i ku  temu się wówczas skłaniałem
(bardziej umysłowo oczywiście
niż uczuciowo; kolejny rodzaj samo-ochrony.
Taki np. cynizm zresztą – to 
ochrona silniejsza, ale i zgubniejsza

Wspomniałem mianowicie jedno zdanie z nie tak znanej, a szkoda
(śmiechu warte, że tak piszę, sam jej bowiem wcale nie skończyłem..)
powieści Tomasza Manna – „Doktor Faustus„. 
Powieść ta, najkrócej mówiąc, poza narracją społeczną – obejmującą
pewne analizy zmian społecznych i państwowych, oczywiście u Manna
związanych z Niemcami i faszyzmem, opisuje kontrakt pewnego
kompozytora (muzyka) z Diabłem..
Zdanie to, zagubione i całkiem przypadkiem wyłowione zapamiętałem jako:

Dominus  Dicis et non facis 

Pada to tam bez szerszych – czy też nawet żadnych wyjaśnień, 
że nawiązuje do Diabła/Szatana itd. – wynika z kontekstu.

Co zaś to znaczy? To:
Ten (pan), który MÓWI A NIE CZYNI. 

W teledysku jest też mnóstwo nawiązań – zupełnie wprost,
lub trochę pośrednio do np. Złotego Podziału, pewnych matematycznej
natury zasad budowy kosmosu, symboli związanych
z tzw. świętą geometrią (nie lubię tego określenia).

Więcej na ten temat pisać raczej nie muszę –  Internet zalany jest wręcz
różnymi stronami z tym związanymi – czasem bardzo ładnymi – rzadziej mądrymi – a jeszcze rzadziej mającymi coś wspólnego z Rzeczywistością.
Sam się na tym zresztą nieszczególnie znam.
Jak zwykle – jeśli będę coś wiedział (i sobie w tej materii trochę ufał),
na wszelkie pytania, sugestie itp. z wdzięcznością odpowiem (choćby
wymijająco, z braku laku..) w Komentarzach, które Każdy może
zamieścić pod każdą z notek na tym blogu (nie trzeba się logować – 
wystarczy podanie – można i fałszywego – pseudo). 

Trochę związany z tą ‚geometrią’ ale niosący też szersze 
znaczenia, a dla mnie oczywiście także indywidualnie – przypominający
o czymś – jest także obecny w teledysku, na różne sposoby, Słonecznik..

Na koniec jeszcze 3 widoki nucącej wokalistki Roxette – Marie – 
przy witrażach w pałacyku. 

I tutaj trochę to we mnie pozostawia ambiwalentne wrażenia. 
Dlaczego? Dlatego, że symbolika oczywiście nawiązuje do RÓŻOKRZYŻA
A ze mną to jest tak, że szkołom rozwoju duchowego, ezoterycznym, 
magicznym, i wszelkim temu podobnym, to generalnie nie ufam.
Nie wolno tutaj bazować jedynie na teoretycznej wiedzy czy intuicji.
Ponieważ szkoły takie, stowarzyszenia i tym podobne (czy nazwać
je religiami czy sektami – to tylko etykietki) mogą także WYRZĄDZIĆ
WIELKIE SZKODY nieprzygotowanej, wrażliwej jednostce (a największe
wyrządziły i wyrządzają największe uznane religie, niestety) – to trzeba
być z tym bardzo ostrożnym. 
Dlatego i więcej na ten temat nie napiszę ani złego ani dobrego:
nie znaczy to wszystko, ż nie podoba mi się Różokrzyż, różne jego odłamy (na pewno szwedzki
– w ogóle skandynawskie – są dość prężne vide H.) ani też nie znaczy,
że mi się podoba!
Nie znaczy to też, że pisząc: nie ufam – nie ufam, mając do tego podstawy.
Wychodzę z innego założenia: dopóki osobiście, wszechstronnie
i wieloaspektowo nie poznam – tak co do teorii i przekazu ale przede
wszystkim jeśli chodzi o praktykę czy też OWOCE, jakie dana
szkoła – działaność i szerzona wiedza – przynosi;
jak 
oddziaływuje na ludzi, czy czyni więcej zła, czy zdecydowanie rodzi 
tylko dobre owoce – dotąd nie mogę mówić ani o zaufaniu ani o 
pozytywnej ocenie, ani takiego czegoś nikomu jako pożyteczne,
polecać nie będę. 
Dlatego mój stosunek i brak zaufania wynika nie z niechęci
czy złych doświadzeń – ale raczej z niewiedzy i po prostu braku doświadczeń.
To jest o wiele ważniejsze, by wstrzymać się od oceny niż np. wnioski,
płynące choćby z tego, że – być może – początki Różokrzyża vide
Christian Rosenkreutz (ale nie zawsze są te kwestie w ogóle istotne
dla obecnych stowarzyszeń odwołujących się do symboliki Krzyża i Róży –
która też jest bardzo różnie tłumaczona, i czasem zgoła odmiennie..
łącznie z odwołaniem do egipskiego miasta..)
związane są z Mistyfikacją/Oszustwem/Fałszerstwem.
Oczywiście – pewne rzeczy można przekazać tylko metaforycznie,
symbolicznie, w pewnej zawoalowanej formie.
Ale mistyfikacje, wg mnie – nie są już niezbędne.. 
Ta kwestia jednak nie jest na pewno decydująca a nawet ważna.
Ale jakiś znak to jest..
Jeszcze jedna kwestia..
Różnie się do tego podchodzi – czasem mawia – że robienie z czegoś tajemnicy
czy ukrywanie pewnych kwestii, pod różnymi nazwami (wtajemniczenia, 
dojrzenia do „wyższych arkanów wiedzy”, koniecznością testów osoby itp.) 
jest konieczne, nawet dobre, czy co najmniej: nie jest złe, szkodliwe.

Ark jednak mawiał, że jeśli coś jest ukrywane, z czegoś robi się
tajemnicę, to najpewniej głównie dlatego,
że jakby przyjrzeć się temu dokładnie, to ŚMIERDZI.

I, znając pewne realia, a niektórych się domyślajac, polecam
jednak mieć to na uwadze, ostrożne oczywiście – by nikogo oczywiście niezasłużenie nie skrzywdzić nazbyt złym przed-sądem (uprzedzeniem) 

EPILOG

Per – na tym teledysku jest oczywiście młodszy niż obecnie.
Ale na szczęście nie nosi już tego strasznego „długowłosego jeża” na głowie,
z czasów początków Roxette.
Jak już pisałem, Per i Maria zastarzeli się raczej sympatycznie.
Ja tez się postarzałem.

dwa pierwsze fot. – MD, niedługo po maturze

Na szczęście, jeża nigdy nie nosiłem, a także: nie muszę sobie rozjaśniać fryzury..Sama zawsze jaśnieje o kilka a może więcej tonów od słońca.
I ciemnieje zimą.

Pieniny, 1998 – 21 lat (MD)
Mroczne Czasy lecz z kocią źrenicą – MD, circa 2014/15
MD, maj 2018, poniżej przed fryzjerem (zbieram się..)

 

Choć mógłbym jeszcze ją ciągnąć – na podstawie niektórych innych piosenek – kończę serię związaną z Roxette, następny wpis będzie miał już zupełnie inny charakter.
Ten jednak niech zakończy się Ciszą, której nie można wykrzywić, zepsuć, uczynić nieważną czy pomijalną, jak można to uczynić ze słowami.
I inną piosenką, ciut inną niż Roxette estetyką..

Words like violence
Break the silence

 All I ever wanted
 All I ever needed
 Is here in my arms

Words are very unnecessary
 They can only do harm

Vows are spoken
 To be broken
 Feelings are intense
 Words are trivial

Pleasures remain
 So does the pain

Words are meaningless
 And forgettable

All I ever wanted
 All I ever needed
 Is here in my arms
 Words are very unnecessary
 They can only do harm
mal. Salvador Dali, korekta MD, Gala zastąpiona M.

 

Być (czy) i Robić (?)!

Trudno mi się pisze ten wpis. Może materia nie jest aż tak bardzo skomplikowana, trudna w ujęciu – ale może swój własny, częściowo pewnie i emocjonalny, stosunek do tych kwestii nie jest jeszcze odpowiednio dojrzale ustalony.. By mógł zostać opisany, precyzyjnie, klarownie, rozciągnięty na rusztowaniu zdań wielokrotnie złożonych..

A może ten wpis ma być – taki właśnie – inny..
Na początku to, co tutaj pisałem, było zdominowane improwizacją, swobodą, lekkością. Później – im bardziej chciałem wchodzić w sprawę codziennej obowiązkowości, konsekwencji, samodyscypliny, która jest konieczna zawsze, by nie tylko drobić, zbudować coś większego, trwalszego niż ulotne wersy lekkich miniatur. Żeby zbudować coś w życiu – nie w literaturze. A nawet – żeby to była budowla pożytku społecznego..
Ale może ten wpis właśnie taki ma być, znajdzie swoje miejsce i będzie nośnikiem tego innego rodzaju zrozumienia – które nie bazuje na chirurgicznej logice i nie porządkuje świata przez nominalizmy i klasyfikacje.
Niech tak zatem będzie.

A jednak, mimo tak innej formy – te stany psyche, stany ducha, stany serca, stany pomiędzy ludźmi – stany pomiędzy stanami – są tutaj także jako dopowiedzenie do tego, przed czym 3 dni temu się ostrzegaliśmy (link do „Planowanie porażek”) 

+++

Kiedy to było..?
Ha, pewnie w czasie narastających problemów P. w zw. Z N – z EB.
Paweł powiedział wtedy do mnie tak:

- Bo widzisz.. – chodzi o to, czy mają nas kochać za to, kim jesteśmy ,czy za to, co robimy..

Wtedy się trochę żachnąłem.
Oczywiście, że idealista – romantyk bardziej ceni to, kim w całej swojej głębi jest..
Och, co za zabawne, zabawne nieporozumienia niby oczywistych spraw, potrafią wyniknąć, gdy w sprawę włącza się nasze słodkie ego..

Ale później rozmyślałem o tym, jak on to powiedział (było ważne także to właśnie, jak on to powiedział..).
I, dziwna rzecz, po pewnym czasie, może i kilku latach, doszedłem do wniosku, że stosunek do tej – tak wyrażonej – alternatywy (a czemu koniunkcji nie może być? Owszem, w idealnych przypadkach jest koniunkcja .. – nie mieliśmy wtedy do czynienia z przypadkami idealnymi i dalej z tym trudno..) u mnie się zmienił..
Oczywiście ważne jest, jak się to wszystko rozumie..
Ale ten wpis jest jaki jest i wracam w nim do mojego starego zwyczaju, by nie tłumaczyć kwestii, które mają szansę otrzeć się o jakąś tajemnicę. Tej zasadzie, mnożącej niejasności, niezrozumiałości, hermetyzm symboliki i metaforyki itd. byłem wierny bardzo długo, czy w piśmie, czy choćby w filmach..
Ale – choć teraz – jak nie raz pisałem, pod tym względem mi się, można rzecz, nawet odwróciło – to też wpaść w drugie ekstremum i banalizować wszystko rozstrząsaniem i wyjaśnianiem, byłoby: znów ominąć złoto.

Ale w ostatnich latach przecież – zgodziłem się i przyswoiłem jak swoje Ark’owe powtarzanie:

- Nie jest ważne, kim się jest, jest ważne: co się robi.

Rychło w czas, może to i mnie nawet trochę impregnowało przed szaleństwem albo jeszcze bardziej szalonym i jeszcze szkodliwszym, auto-jadem, bardziej niż grożącym komuś trzeciemu – totalnym przewróceniem w głowie..Nie przewróciło mi się jednak w głowie; choć, rozważając sprawy zupełnie trzeźwo – w odniesieniu np. do jakiegoś przeciętnego modelu średniego – typowego człowieka „tu i teraz” (tej doby, uśrednionych zalet i wad charakteru, produktu uśrednień cywilizacyjnych i etycznych..), to wydaje się, że przewrócić – takiemu standardowemu modelowi – to by się jednak zdrowo w głowie mogło. Jeśli by go spotkało to, co mnie spotkało..
Ale też i takie hipotetyczne analizy do pewnego stopnia nie mają sensu, bowiem, żeby pewne rzeczy pokojarzyć i pewne zauważyć (kto ma oczy..), trzeba byłoby jednak być mną..Żaden uśredniony model nie powiązał by nawet procenta tego, co ja , i wystrzegając sie życzeniowosci i może nawet ponad miarę niedowierzając synchronicznym potwierdzeniom zewsząd, wysnułem i snuję To co ważne,  z wszystkich elementów tej Gry Kolorowych paciorków i kamieni – jakby, nie przymierzając, ni mniej ni więcej: czytać sobie na wyrywki Kronikę (i) Akaszy..

×××

A więc mamy pytanie, dawno temu – retorycznie raczej – postawione..I wydaje mi się, że Ten, kto mówił, wiedział wtedy, że być dobrym, to jest starać się – starać się – to jest – wybierać, z czegoś rezygnować, coś poświęcać, by być wierny temu, kim jesteśmy..czy kim stać się chcemy. Ten potencjalny „Ja” nam jest bliski jednak, pociąga nas tym, że potrafi być dobry, prawdomówny, obowiązkowy, pracowity, konsekwentny. Za co spotyka go wdzięczność i czułość  albo i nie wdzięczność i złośliwość ludzka. To drugie może i częściej.
Jeśli już chcemy doceniać to, jacy jesteśmy – i mamy tutaj na myśli nie naszą Prawdziwą Indywidualność, nie nasze Wyższe Ja – nie siebie tylko wtedy, gdy kierujemy się własną prawdziwą wolą i siłą, niewrażliwi na przeszkody rzucane nam pod nogi przez nasze własne wady i „małe osobowości” (których wiele, legion)
– O.K. – doceniajmy to, tę bzyczącą chmurkę, ale tylko tak, by się motywować, a nie by się usprawiedliwiać, tłumaczyć czy budować na tym śmieszną roszczeniowość..

I – by się – smucić.
Prawdziwie widząc: Nie mamy powodu do smutku!
Nawet do tego smutku, że „dobro jest takie trudne – więc mi się nie udaje i zapewne nie uda” – strasznego smutku i zniechęcenia, który więcej niż melancholią i acedią – jest resentymentem.
I co, naprawdę, rozsądnie rzecz biorąc, możemy się boczyć na to, że nauka miłości nie może ze swej natury być bezbolesna i że, prawdziwe i trwałe osiągnięcia muszą być trudne, muszą być okupione pewną ceną: jeśli bowiem coś kupimy nazbyt tanio – kupimy rzecz wartą równie mało, a często bywa, że nie tylko nawet i bezwartościową, ale przeklętą.

Można też tak..Tłumaczenie: – Szczęście to nie jest wystarczająco dobrze dla mnie..Domagam się euforii!

 PS do powyższego humorystycznego rysunku: – Ale nie ma powodu do minimalizmu i wcale nie o ascetyzm jestesmy proszeni- ba, przecież nawet i euforia zostanie nam dana, ale nie ta chorobliwa,  bazująca na zubożonym wykrzywionym wykorzystaniu ekstremów,  co jak wiadomo zawsze się podług zasad i praw naturalnych – mści!

 

A jednak, wszyscy mamy prawo do (bezwarunkowej) Miłości.
I tak naprawdę, wszyscy ją Mamy – ale nie mamy tego świadomości ze względu na niedostatki naszej świadomości właśnie!

Skupiamy się bowiem zwykle akurat na domaganiu się bezwarunkowego uczucia od innej, zupełnie od nas niezależnej, Bogu ducha winnej osoby: co już wcale prawem żadnym naszym nie jest. Jeśli się zdarzy jest Darem [mimo bycia dla siebie okrutnym i złym przez wiele lat życia, jednak: zostałem wspaniale i wielokrotnie obdarowany; a także pozwolono mi zatrzymać się i dostrzec ten z nich, który jest Absolutny i Wieczny]. Z tą świadomością dopiero pojmuję bezmiar bezsensu bluźnierstw typu: „Miałem wszystko co mieć można i okazało się to niewiele..”

Ale to i złe słowo wynikające z trybu, że można coś absolutnego „posiadać” ten bezsens wywołało..W istocie tylko To Coś może posiadać nas, nie odwrotnie.

Podobnie – chęć posiadania choćby „prawa i sprawiedliwości” obraca się w swoje własne przeciwieństwo..

To piękne tonalnie i kolorystycznie zdjęcie zrobił mi ok. 10 lat temu w Warszawie właśnie Paweł..

A jednak teraz pewnie porównując nikt by nie poznał jednego człowieka ..może i dlatego, że wewnętrznie, tak naprawdę, człowiek wcale nie był jeden.. .

Po drodze zaś aż do dzisiaj były czasy lepsze i gorsze (A nawet tragiczne). Czasem mój cień był tak samotny, że zastygał jak tafla jeziora w cichą Pełnię..

Były też burze i..zawirowania..

autoportret MD.

Ale, Bogu dzięki, przed zwariowaniem się ustrzegłem.

Ja..

Dlaczego było mi wtedy,
z 10 lat temu, bliższe „za to, kim jestem” niż „co robię”?
Było w tym nie tylko odbicie wad, zniekształceń osobowości, zaniedbań, rozkwitającego nawyknięcia do lenistwa. Było w tym też coś pozytywnego..- pewna czułość do siebie samego, w której gdzieś partycypowało się w jakiejś intuicji, ogólniejszej niż tylko nasza osobista natury, że bycie dla Siebie Samego dobrym (w dobrym, prawdziwym rozumieniu pojęcia, i „siebie” i „dobra”) jest bardzo ważne. Czułość zapowiadająca szansę na odnalezienie w nas tego, co dzielimy z wieczną miłością, z której wszystko wzięło i podtrzymuje swe istnienie.

***

I Piotr zapłakał gorzko gdy kogut zapiał.
 Wtedy się obudził,
 W tym momencie pojął NAUKĘ EMOCJONALNIE.
 Zobaczył siebie w świetle nauki, której był nauczany.
 Zobaczył dystans pomiędzy tym, co wiedział, a tym KIM BYŁ.
 W miejsce tylko WIEDZY weszło ZROZUMIENIE.
 Wcześniej jego wiara polegała na zmysłach, nie miał w sobie korzenia, wierzył za pośrednictwem Chrystusa – i gdy coś poszłoby źle (a poszło) przestałby.
 Taka wiara może innych zniechęcić a nie zachęcić. Wierzyć porywczo, przemocą to na najczęściej łamać czyjąś, drugiego, innych ludzi - Wolność i Wolę.

Ano bo w kontekście pytania: kim się jest, trzeba też wiedzieć, że jest bycie i Bycie i że jedne drugiemu nierówne.. mało tego jedne bywa drugiego przeciwieństwem.. O takim, prawdziwym, wysokim, Byciu, mówił nam np. niekiedy Gurdżijew..

Reszta już- na dzisiejszy wieczór i noc –  jest milczeniem.

Bo się zamyśliłem.
Bo wspominam Pawła i zastanawiam się jak mu się wiedzie..

Ale..dał mi znać nie aż tak bardzo dawno, że:

– Przyjaciel wie..

Ale to w sumie nie tak bardzo istotne – o wiele ważniejsze: co z tym robi, że wie.

Wielką frajdą a w zasadzie po prostu „szczęściem w działaniu” była możliwość wspólnych zabaw artystycznych..tutaj m.in Paweł na planie wspólnego filmu..

A tutaj: Marat i jego wymyślony przyjaciel na wspólnym spacerze ;- > ♡♤

fot. Henri Le Secq

Dobrej Nocy. 

W drodze o drodze (wpis awaryjny)

W zasadzie od, nie tak krótkiego już, czasu wiedziałem, że wszystko składa się jak precyzyjna – więcej nawet
niż 3-wymiarowa (o wiele więcej..- przez co jeszcze bardziej złożona i niesamowita w tym fakcie dopasowywania 
i konsekwencji) układanka. Konsekwencje, synchroniczności, potwierdzenia, wyjaśnienia, czasem łączące rzeczy
i czasy bardzo odległe także w naturalnie postrzeganym łańcuchu przyczyn – wszystko to dawało to pewien 
rodzaj śmiałości.

A jednak – przykładowo: warto często COŚ ZAPISAĆ – później zaś np. przeczytać na głos itp. 
– zyskuje się wtedy jakby dodatkowe uporządkowanie i dodatkową siłę, jasność co do tego, co dla nas ważne
(czy są to nasze postanowienia, plany czy zapis jakichś doświadczeń czy wniosków). Podobnie – warto czasem
spotkać jeszcze jedno, dodatkowe jakby potwierdzenie tego wszystkiego, co niby już sami wiemy i co tak się 
nam kompleksowo i konsekwentnie „składa w całość”. Warto czasem usłyszeć „to samo” głosem zupełnie obcej osoby, która opisuje i bazuje na dla nas nieznanych, bo tej osoby tylko konkretnych doświadczeniach i jej
sytuacji życiowej. I dziwnej dodatkowej siły (praktycznej!) dodaje nam wtedy to, że słyszymy swoje wnioski
i swoje obserwacje, bywa, że zgodne w detalach – oparte przecież na zupełnie nieznanym nam do tej pory życiu, często zupełnie odmiennym od naszego.

Mniej więcej takie odczucia mam, bedąc w początkowych stadiach lektury „The Anatomy of Calling: 
A Doctor’s Journey from the Head to the Heart” (Anatomia powołania – droga lekarza od głowy do serca)aut. lekarki, Lissy Rankin
na którą natknąłem się, oczywiście przypadkowo, kilka tygodni temu..

 

Mam określone plany zakupowe dotyczące lektur (poza tym, że niejedna na mnie czeka, ale tutaj
staram się trzymać priorytetów czasowych..) , głównie takich będących po prostu narzędziami
pracy i bezpośrednio związanymi z moimi planami na ten i następne lata. Plany te wyjdą z etapu głownie przygotowywawczego 
w czerwcu. Jednak tę pozycję – za kilka dolarów (ebook na Amazon – kupuję przez amazon.uk) – kupiłem już teraz
– skuszony wyjątkowo znajomo wyglądającym opisem, streszczeniem – co pogłębiła tylko jeszcze lektura kilku tekstów autorki
dostępnych w Internecie. Kątem oka zauważyłem ilość opinii pozytywnych (88), kątem drugiego jakąś tam pozycję
w rankingu kategorii (bodjaże 358..) i nie wahając się już kliknąłem „kup”. Tak więc ebooka (i audiobooka) mam i sobie czytam. 
To co napisałem bezpośrednio wyżej, napisałem także w intencji by zasygnalizować pewną rzecz:

 Tak, możemy posługiwać się, dla poparcia (może i odparcia - różnego rodzaju ostrzeżenia czy przestrogi) naszych
 intuicji jakąś techniką skojarzeniową, która bardziej lub mniej niesie dla nas znaczenia symboliczne i metaforyczne.
 Ważne, wg mnie, jest jednak to, by nigdy na tego rodzaju, ze swej istoty nigdy NIE SPRAWDZALNYCH DO KOŃCA
 rozumowo i logicznie przesłankach, znakach, symbolach, technikach itd. - nie bazować jako na jedynych wyznacznikach.
 Byłoby to bardzo nierozsądne, a często zahaczałoby wręcz o szkodliwe wariactwo, przypominając raczej hazard, i to głupszy
 (dający mniej "przyjemności" - nawet takie hedonistyczne dookreślenie tutaj wystarczy, a hedonizm jest zwykle przekonywujący..).
 Tego rodzaju przesłanki można brać pod uwagę jako dodatkowy sygnał, jednak opierać się w głównej mierze o rozeznanie TREŚCI
 tego, na co chcemy się zdecydować, co wybrać czy za czym podążyć. A jeszcze bardziej - w oparciu o wartości, które, 
 poddając ostrożnemu rozróżnieniu, nie dając  pofolgować zbytnio ani naszej życzeniowości ani naiwności, przeczuwamy - 
 ale w sposób niemal pewny - tak, że nawet nie widząc wprost, możemy powiedzieć, że w danym wypadku widzimy roentgenowsko.
 W istocie - jak mi się wydaje, różne symboliczne techniki - nie tyle nawet decydują o czymkolwiek i nie tyle nawet
 powinny przeważać w podejmowaniu merytorycznych decyzji, co służą jako rodzaj dodatkowego potwierdzenia, czegoś, 
 CO JUŻ I TAK WIEMY - lub decyzji, którą merytorycznie i tak już podjęliśmy (czy bylibyśmy podjęli) ,
 przynosząc też rodzaj dodatkowej siły - czy dodając koniecznej wytrwałości, gdy nie wszystko idzie jak po maśle.

Nie inaczej było w tym wypadku, dlatego, choć – jak wspomniam wyżej – o tym wszystkim co dotyczy mitów to ja już wiem i wiedziałem,
czasem nawet od dawna (znając choćby np. pewne lektury i struktury dla scenariuszy filmowych, technikę ich pisania itp.),
to i dla mnie, czytanie o tym na nowo – w tak bardzo bliskim mi kontekście, opartym jednak przecież o doświadczenia
i światopogląd zupełnie innej osoby – jest fascynujące. I wartościowe. 
Dlatego pewne, choć być może i Wam w dużej mierze znajome, słowa i znaczenia – klucze oraz ważniejsze uwagi,
ujęte słowami Lissy Rankin czyta się z przyjemnością i wielkim pożytkiem. 

Zobaczmy najpierw co Autorka pisze o sobie (ze wstępu do książki, ale celowo pomijając wcześniejsze wyjaśnienia..).

(..)
 Pięć długich, bolesnych lat minęło odkąd powiedziałam Światu: - Wchodzę w to. 
 Podczas Powrotu - znalawszy Świętego Graala - uklekłam przy moście, czując się weteranem bojowym,
 z poobcieraną skórą i wyszeptałam z ulgą i wdzięcznością: - Dlaczego mnie nie ostrzeżono, jak trudne to wszystko będzie?
 A Świat odpowiedział: - Dlatego, że wtedy byś się nie zgodziła.
 (..)

 

We wcześniejszej części przedmowy Lissa pisze w zasadzie o tym, co znane jest z popularnych
– opiniotwórczych i uznanych – przynajmniej w kręgach amerykańskich scenarzystów filmowych i szerzej: twórców – pisarzy, ale także akademików czy nawet specjalistów
od zarządzania czy biznesu (nauka o biznesie w USA czerpie chyba ze wszystkiego i może to nie tak źle..)
pozycji dotyczących STUKTURY klasycznego MITU, legend, opowieści.

Treści te są docenione nawet a może szczególnie w zepsutym Hollywood (europejskie i azjatycie scenariusze są o wiele 
częściej pisane bez takiego jak w USA bazowaniu na klasycznych regułach dramatycznych czy warsztatowych, co nie zawsze
odbija się pozytywnie na jakości dzieł, a prawie zawsze negatywnie na ich oglądalności..prawda?) 
– pewnie dużą rolę odgrywa fakt, jak bardzo np. swoje GWIEZDNE WOJNY
George Lucas wzorował właśnie na klasycznej strukturze mitu. Zresztą, o współcześniejszym kinowym micie – hicie 
(ekranizacji powieści Tolkiena)
można powiedzieć dokładnie to samo.

Usystematyzowana wiedza i analiza tego tematu, tak bardzo inspirująca, że mogąca być z powodzeniem
używana tak do analiz psychologicznych i terapeutycznych, ambitnych poszukiwań teologicznych i światopoglądowych,
jak do konstrukcji kasowych hitów popkultury, jest głównie dziełem Josepha Campbella, amerykańskiego
znawcy mitów i religii. Oczywiście, miał on wielu prekursorów (w szerszym ujęciu choćby Frazera ze „Złotą gałęzią”,
w węższym – Otto Rank’a (Mit narodzin bohatera), ale dzieło Campbella okazało się najbardziej uniwersalne, detaliczne
i prawdziwe. Jego główna książka na ten temat to „The Hero with a Thousand Faces” – Bohater o Tysiącu Twarzy.

Jak zawsze – nie jest moim celem na tym blogu powtarzać się i dublować, wyważać otwarte drzwi czy odnawiać
rzeczy już w całości znane. Dlatego także w tym wypadku przytaczam tylko wybrane myśli związane z tematem – 
kwestia ujęcia mitu, sprawy „calling” (wezwania, powołania), postaci „bohatera”, jego podróży etc.etc. przez Cambella
jest od dawna klasyczna i całkowicie bezpłatnie w Internecie – także polskojęzycznym znajduje się wiele opracowań
przedstawiających i analizujących te zagadnienia pod różnymi kątami. Kto nie zna – jak najbardziej WARTO się zapoznać.

Dlatego, wracając do tego, co pisze Lissa Rankin, wybieram tylko krótki, jednozdaniowy fragment, oczywiście bardzo istotny,
uwagę z wprowadzenia do Jej „Anatomii Wezwania” (podtytuł też jest nawiązaniem do tematu mitów i mitografii Campbell’a).

Zdanie to jednak współbrzmi z wszystkimi innymi, którymi Autorka opisuje swoje doświadczenie, jest tylko przykładem, wymienia tylko, można by
rzecz, jeden symptom spośród wielu, wielu objawów i przejawów. Identyczne zdanie powiedziałem 
sam do siebie, nie tak dawno. Brzmi ono, parafrazuję tutaj i Rankin i siebie:

Odkrywa się, że wszystkie puzzle CAŁEGO życia – cała nasze historia i to, co się nam wydarzyło, zarówno to, co dobre i to, co wspominane
jako tragiczne, to czym się szczycimy i to, co chcielibyśmy zapomnieć, nawet to, co uważaliśmy za stratę czasu czy nie dające żadnego
owocu niepowodzenie, błędny zaułek itp., biorąc pod uwagę Wyzwanie i drogę, która się przed nami pojawiła, idealnie do siebie pasują.
I co jeszcze ciekawsze: że w zasadzie wszystko, czym się do tej pory zajmowaliśmy, co poznaliśmy, co przeczytaliśmy, ćwiczyliśmy itp.,
nawet zupełnie uboczne, było nieustannym treningiem, dającym nam określone umiejętności, wiedzę, zdolności, fragmenty wiedzy czy nawet wspomnień – 
wszystkie służące właśnie temu i nadające się właśnie do tego, co teraz przedstawia się nam jako nasze prawdziwe powołanie.

 

Jak zapowiedziałem wczoraj w komentarzu do poprzedniego wpisu „Kury i Anioły” – 
dzisiejszy wpis ma niejako charakter awaryjny a i tak opóźniony o 1 dzień do nieodwołalnie postanowionego CYKLU publikowania co 3 dni.
Książkę (ebook) Rankin miałem jednak na telefonie (a Internet tylko doraźnie) i dlatego mogłem napisać nie do końca awaryjny i miniaturowy wpis.
Do usłyszenia za 3 dni! A może za 2..biorąc pod uwagę możliwość wyrównania opóźnienia.

Na koniec zaś, mając w telefonie kilka chmurek,  może nie bardzo spektakularnych ale za to wesołych i z ostatnich dni, macham do Was serdecznie!