Planowanie Porażek (?)

Postanowiłem już dziś jednak zamieścić spóźniony wpis, który zastąpiłem sensacyjnym lekko omówieniem ciekawej przyczyny tego opóźnienia..
Wpis dodałem dopiero dzisiaj w nocy, więc podaję do niego bezpośredni link:
http://blog.cassiopaea.pl/2018/05/16/zdarzenie-i-opoznienie-tj-czy-sedziemu-wystarczy-rozum-czy-przydalaby-sie-cala-dusza/

To zaś, o czym pisze poniżej, zanotowałem w głównych zrębach już w marcu. Wtedy bowiem, zastanawiając się na ile – mając pewne istotne kwestie, głównie pragmatyczne, mocno niewyjaśnione – dookreślać i publikować wcześniej ramówkę planów na ten rok i czas najbliższy.. Było to dla mnie ważne, gdyż to, co napisałbym, stałoby się dla mnie jednocześnie niesłychanie mocno wiążące, jako przecież – przyrzeczone przy Świadkach (PT Czytelnikach).

Mogłem pewne plany rozgraniczyć – dzieląc je na takie, dostępne do całkowitej realizacji, bez względu na dookreślenie się pewnych realiów w okolicach połowy tego roku i na takie, które byłyby niejako zawieszone – a możliwe do rozpoczęcia, po pozytywnym wyjaśnieniu się szczegółów pragmatycznej właśnie natury.

Stąd też dziura na blogu w marcu/kwietniu (chyba cały kwiecień?) – która zaowocowała i wyrzutami sumienia i tym, że – jak wiadomo – podjąłem się
– i realizuję auto-nakaz publikacji w cyklach ok. 3-dniowych.

Może jednak summa summarum dobrze się stało, gdyż do finalnego wyjaśnienia wspomnianych realiów brakuje już tylko kilku tygodni – powinny się one wyklarować dostatecznie w pierwszej połowie czerwca.

Przystąpiłem zatem do poruszenia pewnych tematów, które miały poprzedzać jeszcze kluczowe wpisy, zawierające plany, z podaniem różnych konkretów i szczegółów – także, jak mniemam interesujących. Pisałem tutaj bowiem do tej pory dużo metaforycznie i symbolicznie – obiecując co jakiś czas, że podam pewne konkrety i faktycznie wdrażane przedsięwzięcia własne (a nie są one małego kalibru..), ale także np. pewne konkrety nt. wspomnianych „szkół ezoterycznych”

wspomnianych choćby we wpisach:

http://blog.cassiopaea.pl/2017/11/07/gnosis/

http://blog.cassiopaea.pl/2018/03/17/pewne-wlasciwosci-ezoteryki/

lub też, pośrednio, np. w tym

http://blog.cassiopaea.pl/2017/12/24/co-nas-laczy-w-wigilie-i-nie-tylko/

 

O Prawdziwych Szkołach Ezoterycznych – tak rzadkich w obecnej dobie,
jak i zawsze, choć może tym rzadszych, można powiedzieć, im bardziej globalna jest nasza ziemska informacyjna wioska. Cały czas pamiętajmy też o tym, by obciążany, czasem śmiesznością, czasem podejrzliwością, termin ezoteryka itp. – tłumaczyć prosto i z czystym sercem.
Najprościej i najkrócej powtórzę raz jeszcze: przez ezoterykę – jako wiedzę (i sztukę, w sensie praktyki i umiejętności życiowych) kierującą swoje poszukiwania do wnętrza Człowieka, do samego siebie, bo poprzez nasze głębokie, często uśpione, w zarodku tylko będące i nieuświadomione, psychiczne i duchowe (drugie zawiera pierwsze, nie odwrotnie) możliwości i potencjał – 

najpewniej i najszczerzej zmierzać możemy do poznania Prawdy,
tego co najpiękniejsze i tego co najlepsze, najważniejsze. Do Boga.
A w gruncie rzeczy z powrotem do Siebie – tylko tego prawdziwego i pełnego. I tym jest Gnoza.

Napisałem tutaj już dość dawno, że celem rozwoju ezoterycznego jest „zbawienie”. I choć trochę się z tym terminem podroczyłem, choć oznacza także nieśmiertelność, zbyt dużo mam w sobie szczeniackiego (czy raczej kociego) życia i, jednak, pewnej pokory, by tak ujęte cele mnie bezpretensjonalnie motywowały.

Tutaj chciałbym jednak powiedzieć, że ważniejszym i prawdziwszym celem jest: Osiągnięcie Miłości. Używając tak nadużywanego pojęcia i słowa, najczęściej przypisywanego różnorakim objawom najprzeróżniejszych stanów i uczuć ludzkich (i nie tylko, tak tych godnych pochwały, jak wprost przeciwnie) musimy pamiętać, że warto szukać i – tak, nauczyć się, 
Miłości Prawdziwej. Tylko ona bowiem jest absolutna i wieczna,
Będziemy o niej mówić, zwykle nie wprost. W istocie zresztą cały czas o niej mówimy, nie zawsze choćby słowem; bo skoro 
Wszystko powstało tylko dzięki miłości, czymże innym może być cokolwiek staramy się czynić z twórczym, nakierowanym na Dobro, popędem?

 

Na jednak konkrety konkretów – z przytoczeniem nazw, namiarów
i przykładów oraz pewnej charakterystyki, czas będzie właśnie – już
w czerwcu.

W tym odcinku  napiszę o pewnych – mających trochę ostrzegawczy charakter – przemyśleniach i intuicjach, które związane były z tym, że – mając w planach opublikowanie planów, bardzo nie chciałem by jednak de facto zamieniło się to wszystko w PLANOWANIE PORAŻEK.

O tym właśnie fenomenie tutaj i w następnej części, już za 2 dni, więcej napiszę.

Planując wykonanie czegoś nierzadko można zaplanować niewykonanie planu.

Kilka miesięcy temu mówiłem sobie: poczekam jeszcze, dopóki nie zorganizuję tego – co wokół i dopóki nie zorganizuję siebie Tutaj – Tak
 (w ten sposób i odpowiednio skutecznie) – by Treść życia, a może nawet Bycia w pełni WSPÓŁBRZMIAŁA z tym, o czym pisze. By moje bycie było też jednym tonem, jednym brzmieniem, aktywną i dobrą myślą, snującą ważne i konsekwentne plany, takie, które co do treści, które niosą, graniczą z PEWNOŚCIĄ – mówią o PRZYSZŁOŚCI takiej, jak racjonalnie rzecz ujmując – naszą wolą, umysłem i sercem – poznajemy. Zaplanowane w tym sensie i przedstawione znaczy zatem bardziej WYBRANE BY TAK WŁAŚNIE ZAISTNIAŁO.

 Pesymizm, niewiara, zwątpienie? – utrata poczucia sensu, jakieś wielkie przebudowania czy jakieś poczucie rozdźwięku, nieszczerości między tym o czym chce się mówić a stanem wewnętrznym i stanem tego, co obok nas
(przez nas czasem zawinionym, czasem zastanym tylko
 i nawet niezmienialnym w ogóle).

Bynajmnej, jak najdalej. Gdyby tak było, byłoby znaczenie gorzej. Chodzi mi raczej o pewne estetyczne dopasowanie.

I byłem pewien że takie warunki, wewnętrzne i zewnętrzne (te drugie  -także dzięki naszym wysiłkom, by się takie stały) nadejdą. Ba, nawet – 2 czy 3 miesiące temu napisałem tutaj – że jestem pewien, że najpóźniej do połowy roku pewne rzeczy się staną, pewne rzeczy się zmienią.
Tak więc byłem pewien – nie wiedziałem jednak na ile PEWNE rzeczy będą zawieszone.

Nie chciałem, by przez braku tego akordu zgodności, moje plany tutaj podane były bardziej podobne do tego co można nazwać planowaniem porażek.

Jednak takiej niezgody na rozdźwięk nie można przedłużać PONAD MIARĘ.

Dlatego..:

Klara roześmiała się i wypiła łyk wody.

 – “Aby zmienić się, musimy spełnić trzy warunki. Po pierwsze musimy na głos wyrazić naszą decyzję co do zmiany, tak, by intencja nas słyszała. Po drugie musimy zaangażować naszą świadomość przez dłuższy okres czasu. Nie możemy czegoś rozpocząć i wkrótce zaniechać tylko z tego powodu ze czujemy się zniechęceni. Po trzecie musimy spostrzegać wynik naszych działań z poczuciem zupełnego nie przywiązania. Oznacza to, że nie możemy uwikłać się w myślenie w kategoriach sukcesu i porażki.

- “Jeśli będziesz podążać za tymi trzema wskazaniami możesz zmienić każde nie chciane uczucie czy pragnienie w sobie samej” – zapewniła mnie Klara.

- “Nie wiem. Klaro” – powiedziałam sceptycznie – “To brzmi w twoich ustach bardzo prosto".

(..)

Oczekiwałam od niego bardziej precyzyjnych wyjaśnień tego, co rozumie przez intencję. Emilito przeniósł więc tłumaczenie na bardziej osobisty poziom. Stwierdził,
 że wszystko co opowiedziałam o sobie Klarze, świadczy o tym, że moją intencją była całkowita porażka. Zawsze przejawiałam intencję, krótko mówiąc, by być zdesperowaną, szaloną i zagubioną osobą.

“Klara przekazała mi wszystko, co jej o sobie powiedziałaś” – kontynuował. Emilito cmokając swoim językiem – “Przykładowo, mógłbym powiedzieć, że wyskoczyłaś wówczas w Japonii na arenę walki, nie po to, by zademonstrować swoje umiejętności lecz w tym celu, by potwierdzić swoją intencję do przegrywania".

Zwrócił się do mnie z naciskiem, mówiąc ze wszystko co dotąd robiłam było naznaczone chęcią przegrywania. Z tego względu bardzo ważną rzeczą, którą robiłam w chwili obecnej, było przeformułowanie i znalezienie nowej intencji. Dodał, że znów            intencja nazywa się intencją czarownika. Nie oznacza ona robienie czegoś nowego, lecz przebicie się przez tysiącletnie trudy gatunku ludzkiego i odnalezienie oryginalnego działania.

[Cytowałem już nie raz M. Rafaela (albo H. Reeda, hehe), że oryginalność nie polega na tym, żeby wytworzyć coś absolutne nowego – byłoby to bezwartościowe, jak lokaj w „Tangu” Mrożka (skrót myślowy) – polega na tym, co sugeruje etymologia „origin” – by dotrzeć do i uchwycić korzenie nas samych i rzeczy Świata.]

(..)
 Powiedział, że w obszarze intencji czarownika nie ma miejsca na porażki. Czarownicy mają przed sobą tylko jedną perspektywę odnosić sukcesy we wszystkim, czego się podejmują.

Aby uzyskać wgląd pełen mocy i jasności czarownicy muszą przekształcić całe swoje istnienie. Do tego potrzebne jest zarówno głębokie zrozumienie, jak też siła wewnętrzna. Zrozumienie pochodzi z przeprowadzenia rekapitulacji swego życia. Natomiast siła gromadzi się pod wpływem nieskazitelnego działania.

[Inaczej przecież osłabia nas najbardziej własny żal do siebie samego, prawda?]

[podane wyżej fragmenty – poza tym, co nie piszę w kwadratowych nawiasach pochodzą z przypadkowo ściągniętej krótkiej powieści w formie wspomnień – jest to jakby „żeńska wersja Castanedy” – opowiada o treningu kobiety, analogicznie do treningu autora przez Don Juana Matusa. Może nie jest to tak nowe jak klasyczny cykl Castanedy, ale widać po coś przypadkiem na to trafłem. Choćby po to, żeby tutaj zacytować – a wcześniej po to, żeby wywołać u mnie pewne skojarzenia..) [jeśli ktoś chce namiary na tytuł i autorkę albo nawet chciałby otrzymać, mogę przesłać link, na którym znalazłem – wystarczy zgłosić takie zapotrzebowanie – np. w komentarzu..]

Tak pisałem zaś 13 lat temu:

(..) Dwie rzeczy można jednak na wstępie o pseudointelektualiście powiedzieć:
 że jest słaby i że pragnie. Biorąc pod uwagę cyklofreniczne rytmy życiowe większości pseudointelektualistów pragnie on raz samozbawienia, raz sa mozabawy a bywa żei samozagłady, będąc onanistą i ofiarnikiem w jednym. 
W modelu pseudointelektualnej potencjalności należy przyjąć, iż w codziennym postępowaniu, owym nizaniu najdrobniejszych ludzkich czynności na łańcuszek - wieniec, który ma ozdobić czoło lub chociaż ogrzać ciemię, króluje ekstremalny rodzaj minimalizmu, codziennie oczekuje się jednak efektów i skutków maksymalnych, przekraczających, nieprzeciętnych, genialnych. Parafrazując Kołakowskiego - pseudointelektualista chce minimalnym staraniem osiągać maksymalne rezultaty. (..)

(Z „Podręcznika Pseudointelektualisty”, 2005, Zakopane, tę krótką eksperymentalną książkę już linkowałem we wcześniejszych wpisach).

 

Następny odcinek – z pewnymi przykładami dotyczącymi tutaj 
poruszonych wątków – już pojutrze! 

Na koniec zaś trochę..sztuki.

I sportu.

Warto bowiem zachować uniweralność – a Prawdą jest też, że Duch zdrowy
rychlej będzie w zdrowym ciele.

Stąd pochwalę się konceptualną fotografią, którą zrobiłem
i ukończyłem dzisiaj, bo mi się podoba ta moja robota.

Za piłka nożną nie przepadam, ale to akurat jest 
GWIAZDA PIŁKARSKA – w zagraniu zwanym: OUT.

fot i wykonianie: Marat Dakunin

Sporty walki też są sportami.
Czasem jednak trzeba na serio zmierzyć się z przeciwnikiem.
Pamiętać jednak warto, że ważne także JAK się wygrywa, 
nie tylko, ŻE..
A bronią Niebieskich, bronią szlachetną – jest broń biała.

I – też z ostatnich dni – mamy tutaj przykład takiego operowania
czym co może jest jakąś dzidą, lancą może dłuższą szpadą etc.

wszystkie niepodpisane fot. na tym blogu też są moje 🙂

 

A – będąc przy szermierce tych na Górze, Szermierce Ducha,
mamy na to przykładów i wizualizacji więcej,
że – kończąc – przypomnę ten oto wpis – zapraszam serdecznie
kto nie widział, a kto widział: czemu nie zobaczyć raz jeszcze. 
Mi się te fotografie dalej podobają. Ale też mi jest 
łatwo – i niewielka w tym jakaś moja zasługa czy umiejętność!
Przecież ja tylko utrwalam to, co do mnie przychodzi.
A czasem nawet nie utrwalam, wtedy, najbardziej komiczne
i pocieszne, pocieszają mnie gdy przychodzą chwile smutku.
Dziękuję moim modelom i dziękuję za Pomoc (..)! 58

Szermierka Ducha

Tymczasem!

 

Zdarzenie i Opóźnienie (tj. czy Sędziemu wystarczy rozum, czy przydałaby się cała Dusza?)

Zdarzenie i Opóźnienie
podtytuł:  czy Sędziemu wystarczy rozum (specyficznie stosowany),
czy przydałaby się cała Dusza?

Choć pewne fragmenty tego wpisu, wyrwane z całości i kontekstu,
mogą brzmieć jak próby bagatelizowania i usprawiedliwienia się,
chciałbym, by podstawowa jego wymowa została odebrana wprost
przeciwnie: jako ostrzeżenie, że nieodpowiedzialne, wydające się
drobnymi, zachowania, mogą prowadzić do o wiele bardziej
przykrych konsekwencji niż możemy przypuszczać, nawet
biorąc pod uwagę różne ewentualności. Mi – tak naprawdę –
nic się nie stało, ale przymusowe „wyjęcia kogoś z życia”
na prawie dobę – może rodzić często, dla kogoś, skutki
o wiele poważniejsze i naprawdę przykre..

Nie wszystko można przewidzieć i zdarzyć się mogą niespodziewane sytuacje, które uniemożliwiają nie tylko napisanie czegoś, użycie Internetu czy komputera, ale także choćby: spanie we własnym łóżku (a także trzeba oddać pasek – spodnie lecą, frotkę do włosów – robi się fleja hippi trochę czy nawet na noc okulary – robi się krecik..).

Taka niespodziewana okoliczność nastąpiła wieczorem już, między godz. 21 a 22 w poniedziałek, ledwo godzinę po tym, jak przyjechałem do Miasta
i włączywszy komputer robiłem sobie kolację (nie dane mi było jej zjeść).

Zostałem aresztowany.

Nie powiem, by mnie to jakoś bardzo zdenerwowało, w istocie byłem dość stoicki aż do końca, ale jednak niedogodność i – opóźnienie – którego tak bardzo nie chciałem usprawiedliwiać – nastąpiły..

Pewnie denerwowałbym się, gdybym coś przeskrobał, gdybym zrobił coś złego – ale nic takiego
(..w zasadzie, nie wprost i na pewno nie proporcjonalnie – co wyjasniam niżej dokładniej..)
nie zrobiłem,
czułem się więc trochę jak Józef K.

 

Trochę szczegółów:

No dobrze, po pierwsze;

Nie był to jednak totalny surreal, zamach na mnie amerykańskich sił związanych z COINTELPRO itp., nie była to też egzystencjalno – klaustrofobiczna austriacka kafkowska ingerencja irracjonalnego industrialnego zniewolenia. 

Bo jednak, coś „złego” pół roku temu zrobiłem – tyle, że aresztowanie miało z tym związek dość pośredni i lekko mówiąc, głupawy. W istocie, 
w terminologii prawnej nie nazywało się to „aresztowaniem”, choć musiałem wyjść od razu z policjantami, zabrawszy tylko niezbędne rzeczy, które i tak trafiły do depozytu na całe zatrzymanie; 
spędzić noc (z dwoma całkiem sympatycznymi panami, których z tego miejsca zaocznie pozdrawiam..jeden miał ponoć 37 dni takiego zatrzymania..lub raczej już "aresztu" - współczuję!)
  a później, w eleganckich kajdankach, pojechać (w luksusowym luku z tyłu furgonetki, ponad 100 km od mego obecnego głównego "domu") i wrócić sobie już wolny samemu..
założone delikatnie i luźno, za co dziękuję (jeszcze raz podkreślę – co do policji – zarówno z wiecz. i nocy jak rannego dowozu – klasa!)

Nie było to „aresztowanie” lecz tzw. zatrzymanie w celu doprowadzenia.

Z czego się wzięło?
Panowie policjanci (zresztą bardzo mili, z tego miejsca też serdecznie
– równie zaocznie – pozdrawiam!), poza ogólnikami odnośnie kwalifikacji prawnej (paragraf k.w.), nie potrafili mi powiedzieć, czego to właściwie dotyczy
i jakiego czynu in concreto. Podobnie pisma, które otrzymałem (sygnatura wskazywała sprawę, ale przecież mogłem tylko kojarzyć,  a nie przeczytać expressis verbis). Nie mogli jednak zrobić nic innego jak mnie bezzwłocznie
i przymusowo zatrzymać „w celu doprowadzenia” (tyle, że następnego dnia,
o 11..), gdyż wynikało to z nakazu sądowego, sądu w D.
W D. nie byłem od lat, więc musiałem pogłówkować, z czym to może być związane wszystko – po 30 sek. się domyśliłem i okazało się, że miałem rację.
Nie było to jednak takie trudne, kojarzyłem bowiem tylko jeden, jedyny kłopot prawny, który mógł, przy dużej dozie pecha, się tak niespodziewanie skomplikować..Chodziło o zdarzenie z grudnia zeszłego roku.
Czy popełniłem coś złego? No cóż, można tak powiedzieć,
choć uważam, że raczej coś bardzo głupiego. Chodziło o zapalenie
w autobusie w toalecie papierosa..
Był to dość nerwowy dla mnie okres, co oczywiście mnie nie tłumaczy (zresztą
o ile w pociągach jeszcze sobie na „dymek” czasem pozwalałem – oczywiście tak, by nie przeszkadzało to żadnemu z pasażerów – czyli też głównie w miejscu osobnym, przy otwartym oknie.., ale w autobusie nie paliłem od kiedy pamiętam). A jednak, ten pierwszy raz okazał się pechowy i dobrze mi tak. Papieros spaliłem może 1/3, wydawało mi się, żę w ogóle nie nasmrodziłem,
a jednak jakoś wtedy to wyszło, choć uważałem, paląc 1/3 dmuchając 
prosto w dół, gasząc po 30 sek. – by nie aktywować jakiegoś czujnika.
I nie czujnik to, z tego co wiem, wykazał, ale wyjątkowy węch pasażerki,
która wyniuchała cosik w toalecie 15 czy 20 min. później,
po czym, najpierw wskazując na zupełnie inną osobę, a potem,
kierując się, słusznie tym, że też mnie widziała korzystającego
z tej toalety – zrobiła tak straszliwy raban, jakby już zdążył
u niej rozkwitnąć złośliwy nowotwór płuc z przerzutami
na jajniki. 
Nie pierwszy raz nam palaczom wydaje się, że nic nie czuć – 
niech i ta uwaga będzie tutaj pożytkiem: pamiętajmy, dla dobra
Niepalących, że my możemy absolutnie nie czuć nic, ale oni mogą,
nawet na dworze, nawet na tzw. otwartym powietrzu (bo nie każdy
wie, ale miejsca publiczne z zakazem palenia obejmują nie tylko np.
wiaty przystankowe, ale także np. parki – nie wszystkie.
Wyczuć zatem można nawet po godzinach,dniach 
czy eonach,
jeśli ktoś nie pali albo jest uczulony..

De facto, przykładowo w niektórych parkach itp., które literalnie
podpadają pod zakaz palenia -  obserwacji dowodzi, 
że nawet gdy bezpośrednio odpowiednie władze są tego świadkiem
(np. naprzeciwko idzie patrol Policji) - to jednak w takich
przypadkach nie reagują.
Pożytkiem tej uwagi niech będzie taka informacja:
- w takim przypadku mamy do czynienia z instytucją prawną
zwaną desuetudo tzn. niekaralność z powodu "wyjścia z użycia".
To stara zasada, która mówi, że gdy spełnione są w zasadzie,
łącznie, dwie przesłanki, to ustaje karalność danego czynu,
choćby prawo pisane go nadal zakazywało.
Te przesłanki to:
- norma jest powszechnie łamana
- odpowiednie służby na to nie reagują..

Co tutaj warto jeszcze napomknąć, by wyjaśnić absurd całej sprawy?
A to: kilka mieś. temu byłem na komisariacie (ale wtedy m.in. nie miałem
pojęcia, że sprawa trafi do sądu w D., a to dlatego, że autobus akurat wtedy – był na wysokości autostrady w granicach D., pi razy oko), tam miło i sprawnie porozmawiałem
z panią prowadzącą dochodzenie w sprawie..Pani doradziła mi m.in. bym
w uzasadnieniu wniosku o dobrowolne poddanie się karze grzywny (do 500 zł – jak wynika z k.w.) podał jakieś informacje, poza bardziej oczywistymi typu dochodowymi (zarobkowymi), które były nader nikłe zresztą; mogące mieć wpływ na złagodzenie kary, którą w zasadzie mógł być tylko grzywna..
(zastępująca tę w formie mandatowej). Sugerowała podanie informacji np. dotyczących także chorób i leczenia. Osobiście wcale nie uważam,
że np. choroba nerwowa uzasadnia to,
że ktoś może sobie palić w miejscach zakazanych, ale jakoś dałem się przekonać..- i we wniosku była informacja, że wcześniej leczyłem się
dłuższy czas na nerwicę i miałem zdiagnozowany epizod/epizody depresyjne.
Obecnie oczywiście tym bardziej uważam, że informacje te podane 
zostały zupełnie zbędnie. 
Rzeczywiście, ostatni okres 2017 r. w tym grudzień raczej był dla mnie nerwowy (śmierć Stryjka, załatwianie samotne wszystkiego co z nią związane, nieplanowana wcześniej przeprowadzka, konflikt pewnego typu w bliskim otoczeniu, pewne niezbyt czyste i uczciwe zagrania, które mnie akurat wtedy spotkały ze strony niektórych osób..; mniejsza z tym wszystkim), choć stan chorób i leczenia był w zasadzie na finalnym, pozytywnym etapie zdrowienia (z przyzwyczajenia raczej nie, żeby skutkował, np. popularny antydepresant typu generyk Effectin’u np. – czy też lekki, nie psychotropowy środek uspokajający, wspomający teoretycznie sen – dziś już, także ze względu
na przeprowadzkę, od kilku miesięcy odstawione z, także 
nie odwiedzając już poradni, w byłym głównym miejscu zam.

Kwestia „depresji” 

Celowo piszę wyżej „epizody”, a nie „depresja” bo to pojęcie jest strasznie nadużywane a większość ludzi nie ma pojęcia jak poważną i straszną chorobą jest depresja. Być może jest to najgorsza choroba ducha (i ciała, także ze wzgl.
na jej objawy wegetatywne ale nie tylko..) ze wszystkich. Mój tata– może On, można powiedzieć, że miał pewien czas, ponad 20 lat temu, prawdziwą depresję. Ja, śmiałości, by twierdzić, że ja też na taką cierpiałem – nie mam.
Piszę o tym, bo wiedza na temat depresji i empatia w stosunku do chorych
na nią w naszym kraju dalej jest w powijakach (i naprawdę, uwagi typu: jakbyś się ruszył do roboty, to by ci depresja minęła, w stosunku do prawdziwie chorego, są bezmyślne i bardzo głupie). Dodatkowo jeszcze: chorzy na depresję często,
na przekór sobie, nie są ludźmi łatwymi i milutkimi w kontakcie i obyciu.
Warto jednak być dla nich wyrozumiałym i wiedzieć, że jeśli ktoś naprawdę na depresję właśnie choruje (a nie piszę tutaj o sobie, ja ledwie miałem te „epizody” i nie czuję się, bym mógł mówić o pełnych objawach depresji..), to jest on
w sytuacji takiej, gdy życie boli tak, że myśl o śmierci, zniknięciu i uwolnieniu
od tego wszechogarniającego lęku, bólu i bezsilności przed dnie i noce (bo zwykle nie można spać) jawi się takiemu choremu jako wybawienie, najprostsze zaś czynności życiowe, i w ogóle sam stan „bycia”, są koszmarem.

Tyle na ten temat.

Natomiast finał tej trochę śmiesznej, trochę żałosnej pechowej sprawy, wyglądał tak, że niestety, w związku z zamieszkiwaniem tutaj, organizując dopiero mieszknie i podstawy życiowe – cały czas od stycznia, ale nadal (choćby kilka mieś. czekałem na to, by Akademia Muzyczna odebrała, cenne dla nich książki – duży księgozbiór specjalistyczny, muzykologiczny i dokumenty,
liczne zbiory redakcyjne i pisane – gdyż stosunkowo niespodziewana śmierć
przerwała Bratu Ojca pracę nad ważną dla niego książką. Nie miałem serca
tych rzeczy po prostu wyrzucić..- w końcu, dzięki uprzejmości ludzi, przyjaciół
Zmarłego z Akademii Muz. – udało się, wywieziono prawie 20
wielkich koszy książek, dokumentów i CD z bardzo rzadkimi przeważnie nagraniami). Jednak także częste wyjazdy do miasta, w którym mieszkałem ostatnie 30 lat, oraz w zw. z pechowymi zbieżnościami (m.in. terminem świąt wielkanocnych) oraz pewnym faktem dotyczącym skrzynek na dole bloku mieszkalnego (tam poczta składa awiza), nie odebrałem pewnego pisma 2 miesiące temu (z awizo wynikało, że już wróciło do nadawcy z poczty).
W tym piśmie, czego absolutnie nie przewidziałem, okazało się, że Sąd – który chyba chciał zweryfikować (tylko po co? – jaki to tak naprawdę miało istotny
związek ze sprawą? Itd.itd.) te moje informacje podane we wniosku, dotyczące leczenia, skierował mnie na obowiązkową konsultację lekarską,
w miejscowości..tak, tej, koło której przejeżdżał autobus, ponad 100 km od miejsca, z którego piszę (a i sporo od tego, gdzie jeżdzę). Ponieważ zaś, nie odebrawszy pisma, nie pojawiłem się tam i nie przesłałem usprawiedliwienia, zarządził nakazem przymusowe zatrzymanie i doprowadzenie.
Osobiście, na to, że tego rodzaju informacje sąd uwzględni przy np. odstąpieniu od kary pieniężnej (a sam zaproponowałem poddanie się karze 200 zł – co uważam, wcale nie było nazbyt zaniżone, wręcz przeciwnie – wszak maksimum to 500 zł!), nie liczyłem. Może niepotrzebnie przeszedłem do porządku dziennego nad sugestią by takie informacje także podać – bardzo miłej Pani Policjant

 (i jeszcze bardziej profesjonalnej 
 - bo amerykańska dewiza policyjna mówiąca, że wsparcie
 i pomoc - służba - obywatelom - jest równie ważnym ich zadaniem jak ich i
 porządku publicznego ochrona - w oryg., o ile pamiętam "serve and protect"
- gdzie serve jest nawet na I miejscu!; 
to, że etymologicznie "administracja" oznacza służba, 
a minister - sługę, w pewnych realiach brzmi niewiarygodnie..)


która sporządzała w moim imieniu wniosek do sądu..

 

Nie będę tutaj wnikał w logikę sądu, ale na pewno warto właśnie ludziom,
którzy kiedyś mieli problemy choćby typu nerwicowego, serwować tego rodzaju niespodzianki. Przy czym, to, że w zasadzie, do samego końca, 
niezbyt mnie to wszystko wzruszyło, biorę sobie za jeden z, mimo wszystko,
pozytywów tej pechowej sytuacji. 

Podejrzewam, że motywy postępowania sądu były raczej psychologiczne
i to nie tyle chęć „pozytywnego wpłynięcia” na sprawcę – czyli jak czasem
mówi język kodyfikacji prawnokarnych „wychowania sprawcy” (czyli mnie
– ale ze mną trochę jak z Wokulskim, który jak wiadomo co do swego
wychowania odpowiedział p. Wąsowskiej jednoznacznie..). Być może Wysoki
Sąd poczuł się „olany” tym, że nie zjawiłem się na wyznaczonym badaniu. Toteż postanowił „mi pokazać”.

No cóż, kiedyś, będąc na konferencji filozofów prawa, najwybitniejsi polscy profesorowie oraz młodzi zdolni (tematem była m.in. praktyka orzekania sędziów) postulowali, by doskonały sąd inkorporował jednak, w wiecznym sporze pomiędzy „duchem przepisów” a „wykładnią literalną”, w swoją,
w imieniu Rzeczypospolitej wykonywaną, tak szlachetną i tak ważną ze swej natury rolę, więcej empatii i czysto ludzkiego rozumienia bezstronności także jako tego, by powstrzymać się przed okazywaniem swego prywatnego, emocjonalnego w podłożu zapewne, niezadowolenia przez bezsensowne, tak prakseologicznie jak ekonomicznie zarządzenia i nakazy proceduralne.

Policjanci i samochód na pewno znalazłby lepsze zastosowanie niż to – tym bardziej, że z samej wizyty nic nie wynikło, bo lekarz nawet nie bardzo mnie pytał o stan zdrowia, a tylko wypełnił sobie formularz, skupiwszy się głównie na danych typu urzędowego..).

Zarządzenie przymusowego zatrzymania i przymusowego dostarczenia (oczywiście wg procedury kajdankowej, co mnie bawiło w sumie) – przy odrobienia ruszenia głową, przewyższa znacznie swoją uciążliwością nawet maksymalny wymiar kary w przypadku tego wykroczenia (500 zł albo nagana..). Zatem, filozoficzno – prawnie mówiąc, można powiedzieć, że nie tylko już teraz zasada nemo bis in idem będzie naruszona w sensie materialnie rozumianego wymiaru kary, ale i wszelka proporcja, która – poza tym, że gdy skrajnie naruszona, marnuje środki policji, to jest podstawą Prawdziwie rozumianej sprawiedliwości.
[W.Sąd też (zaocznie) pozdrawiam].

 

PS
Z wszelkich niedogodności należy próbować wysnuć jakieś plusy, dlatego piszę ten tekst głównie by poruszyć tematy, które może gdzieś, jakoś zaplusują. Sami policjanci, co do których nie mam cienia zarzutów (zresztą przepraszałem ich,
że marnują czas na coś takiego..), wspominali, że coraz częściej zdarza się ostatnio, by ktoś spędził kilka dni „w areszcie” – w sprawie gdzie grzywna wynosi kilkaset zł.. (zapewne specyficznie rozumiana polityka „bezlitosności dla przestępców” pod kierunkiem Władzy Ministerstwa S.)
Tak wygląda właśnie rzeczywistość stosowania pewnych środków, które niejako wyprzedzają i przewyższają samą karę (zresztą przecież de facto i de iure jeszcze nie wymierzoną w ogóle wyrokiem!) i to za jedne z najlżejszych chyba możliwych wykroczeń). 

Niemniej, nauczkę mam. I mniej o wiele paliłem (prawie całą noc w ogóle!)
– z czego, ale nie tylko z tego, się cieszę.
A..- i pamiętajmy wszyscy: niezależnie jak bardzo jest to utrudnione, starajmy
się nigdy nie bagatelizować odbierania formalnej (poczta, awizo) korespondencji,
gdyż – Dalibóg – są rzeczy na Ziemi (na Niebie to akurat widzę jakie ;-), których nie przewidzimy racjonalnie nigdy!

W drodze o drodze (wpis awaryjny)

W zasadzie od, nie tak krótkiego już, czasu wiedziałem, że wszystko składa się jak precyzyjna – więcej nawet
niż 3-wymiarowa (o wiele więcej..- przez co jeszcze bardziej złożona i niesamowita w tym fakcie dopasowywania 
i konsekwencji) układanka. Konsekwencje, synchroniczności, potwierdzenia, wyjaśnienia, czasem łączące rzeczy
i czasy bardzo odległe także w naturalnie postrzeganym łańcuchu przyczyn – wszystko to dawało to pewien 
rodzaj śmiałości.

A jednak – przykładowo: warto często COŚ ZAPISAĆ – później zaś np. przeczytać na głos itp. 
– zyskuje się wtedy jakby dodatkowe uporządkowanie i dodatkową siłę, jasność co do tego, co dla nas ważne
(czy są to nasze postanowienia, plany czy zapis jakichś doświadczeń czy wniosków). Podobnie – warto czasem
spotkać jeszcze jedno, dodatkowe jakby potwierdzenie tego wszystkiego, co niby już sami wiemy i co tak się 
nam kompleksowo i konsekwentnie „składa w całość”. Warto czasem usłyszeć „to samo” głosem zupełnie obcej osoby, która opisuje i bazuje na dla nas nieznanych, bo tej osoby tylko konkretnych doświadczeniach i jej
sytuacji życiowej. I dziwnej dodatkowej siły (praktycznej!) dodaje nam wtedy to, że słyszymy swoje wnioski
i swoje obserwacje, bywa, że zgodne w detalach – oparte przecież na zupełnie nieznanym nam do tej pory życiu, często zupełnie odmiennym od naszego.

Mniej więcej takie odczucia mam, bedąc w początkowych stadiach lektury „The Anatomy of Calling: 
A Doctor’s Journey from the Head to the Heart” (Anatomia powołania – droga lekarza od głowy do serca)aut. lekarki, Lissy Rankin
na którą natknąłem się, oczywiście przypadkowo, kilka tygodni temu..

 

Mam określone plany zakupowe dotyczące lektur (poza tym, że niejedna na mnie czeka, ale tutaj
staram się trzymać priorytetów czasowych..) , głównie takich będących po prostu narzędziami
pracy i bezpośrednio związanymi z moimi planami na ten i następne lata. Plany te wyjdą z etapu głownie przygotowywawczego 
w czerwcu. Jednak tę pozycję – za kilka dolarów (ebook na Amazon – kupuję przez amazon.uk) – kupiłem już teraz
– skuszony wyjątkowo znajomo wyglądającym opisem, streszczeniem – co pogłębiła tylko jeszcze lektura kilku tekstów autorki
dostępnych w Internecie. Kątem oka zauważyłem ilość opinii pozytywnych (88), kątem drugiego jakąś tam pozycję
w rankingu kategorii (bodjaże 358..) i nie wahając się już kliknąłem „kup”. Tak więc ebooka (i audiobooka) mam i sobie czytam. 
To co napisałem bezpośrednio wyżej, napisałem także w intencji by zasygnalizować pewną rzecz:

 Tak, możemy posługiwać się, dla poparcia (może i odparcia - różnego rodzaju ostrzeżenia czy przestrogi) naszych
 intuicji jakąś techniką skojarzeniową, która bardziej lub mniej niesie dla nas znaczenia symboliczne i metaforyczne.
 Ważne, wg mnie, jest jednak to, by nigdy na tego rodzaju, ze swej istoty nigdy NIE SPRAWDZALNYCH DO KOŃCA
 rozumowo i logicznie przesłankach, znakach, symbolach, technikach itd. - nie bazować jako na jedynych wyznacznikach.
 Byłoby to bardzo nierozsądne, a często zahaczałoby wręcz o szkodliwe wariactwo, przypominając raczej hazard, i to głupszy
 (dający mniej "przyjemności" - nawet takie hedonistyczne dookreślenie tutaj wystarczy, a hedonizm jest zwykle przekonywujący..).
 Tego rodzaju przesłanki można brać pod uwagę jako dodatkowy sygnał, jednak opierać się w głównej mierze o rozeznanie TREŚCI
 tego, na co chcemy się zdecydować, co wybrać czy za czym podążyć. A jeszcze bardziej - w oparciu o wartości, które, 
 poddając ostrożnemu rozróżnieniu, nie dając  pofolgować zbytnio ani naszej życzeniowości ani naiwności, przeczuwamy - 
 ale w sposób niemal pewny - tak, że nawet nie widząc wprost, możemy powiedzieć, że w danym wypadku widzimy roentgenowsko.
 W istocie - jak mi się wydaje, różne symboliczne techniki - nie tyle nawet decydują o czymkolwiek i nie tyle nawet
 powinny przeważać w podejmowaniu merytorycznych decyzji, co służą jako rodzaj dodatkowego potwierdzenia, czegoś, 
 CO JUŻ I TAK WIEMY - lub decyzji, którą merytorycznie i tak już podjęliśmy (czy bylibyśmy podjęli) ,
 przynosząc też rodzaj dodatkowej siły - czy dodając koniecznej wytrwałości, gdy nie wszystko idzie jak po maśle.

Nie inaczej było w tym wypadku, dlatego, choć – jak wspomniam wyżej – o tym wszystkim co dotyczy mitów to ja już wiem i wiedziałem,
czasem nawet od dawna (znając choćby np. pewne lektury i struktury dla scenariuszy filmowych, technikę ich pisania itp.),
to i dla mnie, czytanie o tym na nowo – w tak bardzo bliskim mi kontekście, opartym jednak przecież o doświadczenia
i światopogląd zupełnie innej osoby – jest fascynujące. I wartościowe. 
Dlatego pewne, choć być może i Wam w dużej mierze znajome, słowa i znaczenia – klucze oraz ważniejsze uwagi,
ujęte słowami Lissy Rankin czyta się z przyjemnością i wielkim pożytkiem. 

Zobaczmy najpierw co Autorka pisze o sobie (ze wstępu do książki, ale celowo pomijając wcześniejsze wyjaśnienia..).

(..)
 Pięć długich, bolesnych lat minęło odkąd powiedziałam Światu: - Wchodzę w to. 
 Podczas Powrotu - znalawszy Świętego Graala - uklekłam przy moście, czując się weteranem bojowym,
 z poobcieraną skórą i wyszeptałam z ulgą i wdzięcznością: - Dlaczego mnie nie ostrzeżono, jak trudne to wszystko będzie?
 A Świat odpowiedział: - Dlatego, że wtedy byś się nie zgodziła.
 (..)

 

We wcześniejszej części przedmowy Lissa pisze w zasadzie o tym, co znane jest z popularnych
– opiniotwórczych i uznanych – przynajmniej w kręgach amerykańskich scenarzystów filmowych i szerzej: twórców – pisarzy, ale także akademików czy nawet specjalistów
od zarządzania czy biznesu (nauka o biznesie w USA czerpie chyba ze wszystkiego i może to nie tak źle..)
pozycji dotyczących STUKTURY klasycznego MITU, legend, opowieści.

Treści te są docenione nawet a może szczególnie w zepsutym Hollywood (europejskie i azjatycie scenariusze są o wiele 
częściej pisane bez takiego jak w USA bazowaniu na klasycznych regułach dramatycznych czy warsztatowych, co nie zawsze
odbija się pozytywnie na jakości dzieł, a prawie zawsze negatywnie na ich oglądalności..prawda?) 
– pewnie dużą rolę odgrywa fakt, jak bardzo np. swoje GWIEZDNE WOJNY
George Lucas wzorował właśnie na klasycznej strukturze mitu. Zresztą, o współcześniejszym kinowym micie – hicie 
(ekranizacji powieści Tolkiena)
można powiedzieć dokładnie to samo.

Usystematyzowana wiedza i analiza tego tematu, tak bardzo inspirująca, że mogąca być z powodzeniem
używana tak do analiz psychologicznych i terapeutycznych, ambitnych poszukiwań teologicznych i światopoglądowych,
jak do konstrukcji kasowych hitów popkultury, jest głównie dziełem Josepha Campbella, amerykańskiego
znawcy mitów i religii. Oczywiście, miał on wielu prekursorów (w szerszym ujęciu choćby Frazera ze „Złotą gałęzią”,
w węższym – Otto Rank’a (Mit narodzin bohatera), ale dzieło Campbella okazało się najbardziej uniwersalne, detaliczne
i prawdziwe. Jego główna książka na ten temat to „The Hero with a Thousand Faces” – Bohater o Tysiącu Twarzy.

Jak zawsze – nie jest moim celem na tym blogu powtarzać się i dublować, wyważać otwarte drzwi czy odnawiać
rzeczy już w całości znane. Dlatego także w tym wypadku przytaczam tylko wybrane myśli związane z tematem – 
kwestia ujęcia mitu, sprawy „calling” (wezwania, powołania), postaci „bohatera”, jego podróży etc.etc. przez Cambella
jest od dawna klasyczna i całkowicie bezpłatnie w Internecie – także polskojęzycznym znajduje się wiele opracowań
przedstawiających i analizujących te zagadnienia pod różnymi kątami. Kto nie zna – jak najbardziej WARTO się zapoznać.

Dlatego, wracając do tego, co pisze Lissa Rankin, wybieram tylko krótki, jednozdaniowy fragment, oczywiście bardzo istotny,
uwagę z wprowadzenia do Jej „Anatomii Wezwania” (podtytuł też jest nawiązaniem do tematu mitów i mitografii Campbell’a).

Zdanie to jednak współbrzmi z wszystkimi innymi, którymi Autorka opisuje swoje doświadczenie, jest tylko przykładem, wymienia tylko, można by
rzecz, jeden symptom spośród wielu, wielu objawów i przejawów. Identyczne zdanie powiedziałem 
sam do siebie, nie tak dawno. Brzmi ono, parafrazuję tutaj i Rankin i siebie:

Odkrywa się, że wszystkie puzzle CAŁEGO życia – cała nasze historia i to, co się nam wydarzyło, zarówno to, co dobre i to, co wspominane
jako tragiczne, to czym się szczycimy i to, co chcielibyśmy zapomnieć, nawet to, co uważaliśmy za stratę czasu czy nie dające żadnego
owocu niepowodzenie, błędny zaułek itp., biorąc pod uwagę Wyzwanie i drogę, która się przed nami pojawiła, idealnie do siebie pasują.
I co jeszcze ciekawsze: że w zasadzie wszystko, czym się do tej pory zajmowaliśmy, co poznaliśmy, co przeczytaliśmy, ćwiczyliśmy itp.,
nawet zupełnie uboczne, było nieustannym treningiem, dającym nam określone umiejętności, wiedzę, zdolności, fragmenty wiedzy czy nawet wspomnień – 
wszystkie służące właśnie temu i nadające się właśnie do tego, co teraz przedstawia się nam jako nasze prawdziwe powołanie.

 

Jak zapowiedziałem wczoraj w komentarzu do poprzedniego wpisu „Kury i Anioły” – 
dzisiejszy wpis ma niejako charakter awaryjny a i tak opóźniony o 1 dzień do nieodwołalnie postanowionego CYKLU publikowania co 3 dni.
Książkę (ebook) Rankin miałem jednak na telefonie (a Internet tylko doraźnie) i dlatego mogłem napisać nie do końca awaryjny i miniaturowy wpis.
Do usłyszenia za 3 dni! A może za 2..biorąc pod uwagę możliwość wyrównania opóźnienia.

Na koniec zaś, mając w telefonie kilka chmurek,  może nie bardzo spektakularnych ale za to wesołych i z ostatnich dni, macham do Was serdecznie!

 

Kartka z pamiętnika

Zanim – za kilka dni – nastąpi kontynuacja poprzedniego
wpisu („Cele pracy ezoterycznej”), ponieważ – wpis ten
zakończyłem pewnym meta-odwołaniem, czyli odwołaniem
się do sensu i powołania nauczyciela w pracy ezoterycznej
w ogólności, uczynię małe interludium i przypomnę
fragment pewnego pamiętnika.
Marat Dakunin

Marsylia, () 1986

Jestem transformatorem i konwerterem
energii. To jest esencja mojego istnienia.
To jedyny możliwy cel. Mogę wybrać, czy 
służyć temu celowi, czy nie. Mogę być tylko
transformatorem. (..)
Albo, mogę służyć jako kanał. To wybór
pomiędzy samowolą a dyscypliną. Co robi
„Ja” to samowola. Co działa poprzez „Ja”
nią nie jest. Powiniem pozwolić, by
Działało poprze mnie. Trzeba wyeliminować
samowolę. Ale, na Boga, nie samokontrolę!

Tak więc chcę wyeliminować samowolę, usunąć
autoidentyfikację. TO bardzo ważne.
Chcę (jednak) wglądu i samoobserwacji.
Chcę zaplanować każdą godzinę.
Chcę pozbyć się garbu, przestać być
wielbłądem.
Chcę słuchać. Chcę wewnętrznie rozważać.
(..)
Świat jest marnością. Marnością, która
przeminie. Niebo przeminie, Ziemia
przeminie, drzewa przeminą, ludzie
przeminą. Ludzkie aspiracje przeminą. Nauka
i wiedza przeminie. Wszystko co mnie spaja,
przeminie.
Cel – na tym poziomie – nie istnieje.
Wyznaczać cel na tym poziomie to
okłamywanie samego siebie.
Humanizm, prawda, wiedza – to puste słowa.
Słowa otoczone przez cierpienie, które jest
bez znaczenia. Kiedy mówię, że „chcę pomóc
ludzkości” – to puste słowa.Kiedy mówię
„wiedza”, „nauka”, „prawda”, „poznanie” –
to słowa fantomy.

Jestem transformatorem energii i potrzebuję
służyć jako taki. To jest to, co mogę.
Gdzie jest wyjście?
Nic nie pozostanie z tego, co robię.
Równie dobrze mógłbym nie istnieć.
Myśleć, że jestem inny, że jestem
wyjątkowy? Że dokonam rzeczy, których nikt
nie dokonał – ale mi się uda, gdyż mam
szczęście? Boże, to możliwe, żeby wierzyć w
tę iluzję!(..)
Jeden cel wydaje się osiągalny.
Gdy koniec będzie blisko, cierpienie będzie tak
wielkie, że odejdę z ulgą (..)

Gdzie jest wyjście? Jakiemu celowi służą
ludzie? To jest eksperyment!
To, co bierze początek we mnie się nie
liczy. Jedyne, co mogę zrobić, to pozwolić czemuś
potężniejszemu mówić przeze mnie. Czemuś
mądrzejszemu mówić do mnie i mówić przeze
mnie. Działać przeze mnie.
Jestem łupiną, maszyną. Jestem możliwością
dla czegoś większego do bycia we mnie i
działania przeze mnie. Jestem miejscem,
które czeka by zostało wypełnione.

Jestem powozem bez woźnicy i bez pana.
Tak, jest mózg, są członki ciała, są
zmysły. Ale jestem tylko powozem, bez
powożącego i bez pana. Osobą z pretensjami
by posiadać jakieś prawa. Która odgrywa
role, czasami woźnicy, czasami pana – która
mówi ciągla „Ja”.
Lecz jestem tylko powozem,
który jedzie do nikąd i skazany
jest rozkraczyć się w jakimś rowie.
Moje aspiracje, moje ambicje, moje chęci –
to wszystko należy do pustego powozu
i konia,
(koń w metaforze człowieka Gurdżijewa
symbolizuje uczucia, jako siłę napędową człowieka
– dopisek MD) 
pozostawionego bez kontroli.
Wszystko, co robię, nic nie znaczy.
Wszystko co robię jest „osobiste”. Wszystko
co z [tej fałszywej osobowości]
pochodzi to balast.
To wielbłądzigarb.

Jak przejść przez ucho igielne z tym
garbem? Trzeba odłożyć na bok tę osobę.
Aspiracje i fanaberie – to nie ja.
Błogosławieni, którzy są potulni.
Potrzebuję potulności. Wyeliminowania
rzeczy zbędnych. I świadomości, że każda
chwila jest odgałęzieniem Wszechświata.

(Ark, Arkadiusz Jadczyk,
tłumacz. wersji angielskiej MD, choć językiem
ojczystym autora jest j. polski) 

Improwizacja (7-1-7) oraz Wolna Zemsta na Wrogu

Muszę przywołać siebie* do Porządku.

Siebie – tzn. moje Prawdziwe Ja.

[*tych małych „siebie” to nie mam co do porządku przywoływać –
nie posłuchają się, każde popędzi w inne strony i np. 
wejdą w świnie, a te skoczą do morza i potopią się, te małe
zwalczające się osobowości, z których każda chce czego innego
to nie ja – to coś, co mi narzucono, by moje „Ja” w tym pogubić,
– wiele ich, legion] 

Bo przecież – zapowiadałem – choćby w tych notkach:

tej,

tej

czy tej 

kontynuację i przedstawienie konkretnych kwestii – a –
już i „Na Nowy Rok” i teraz – nawet – odchodzę –
oddryfowuję od Tematu!

Ale to się nie powtórzy.
To jest ostatnia Improwizacja*.


*[a co później? Chcę zaplanowac każdą godzinę. 
Wykorzystać ją pożytecznie. Reagować przemyślanie.
Zasięgać rady tak Serca jak Rozumu zanim Uczynię!] 

A improwizacje są potrzebne, mają swoje miejsce!
Co się złego, niekorzystnego wydarzy,  – i z tego należy spróbować wyimprowizować jakiś pozytyw! – ubocznie, jakiś plusik spróbować
wyciągnąć.

Ale też pamiętam, jak pisał Ark:
„Działanie w improwizacji, impulsowe, natchnieniem
– bardzo się sprawdza!
Ale rzadko!
Na co dzień sprawdza się samodyscyplina!”

Z tym drugim u mnie bardzo źle. Ale – może i to – co
mnie ostatnio spotyka– a źle się dzieje w Państwie D(aku)-
nińskim – to i po to, by u mnie z tym, co źle – było lepiej?

Kolejne zastosowanie zasady Ruchu, Różnicy Potencjałów,
tego, że potrzeba czasem Negatywnego Impulsu by
wytworzyć Pozytywną Reakcję. Tak to jakoś bowiem jest,
że gdy się nam za dobrze wiedzie, gdy nic nie dolega,
gdy tyko życzliwość i przyjaźń i Sprawiedliwość w okół nas
– to jakby też NIC nas nie pcha do rozwoju, Zmiany – wpadamy
w stagnację, zastój, psujemy się, gnuśniejemy, tracimy WIGOR
– i ze światem nawet bywa podobnie.

Bo przecież, jak napisałem, 10 lat temu, w eksplikacji
do filmu „Alfa Omega”:

Stałość i zmiana.
 Metafora dotyczy przede wszystkim kwestii trwania i mijania, zmiany. Tęsknimy zarówno do niezmienności, zachowania tego co jest (trwaj chwilo), obawiamy się zmiany, równocześnie jednak odrzucamy zamarcie w skostnieniu, zatrzymaniu, zanik automatyzmów (namiętności), powtarzalność, nudę.
 Idea musi stawić czoła rzeczywistości, gdy świat realny zatrzymuje się, marzenie (urojenie) materializuje się siłą samego marzenia. Gdy czas staje, idea trwa wiecznie.
 A jednak ruch - to życie. Bezruch - to śmierć. Jeśli marzenie może mieć moc sprawczą, musi towarzyszyć mu wybór. Wiara, że stanie się coś, czego nie znamy, może sprawić, że zaufamy niewiadomej. Ubezpieczenie dotyczy zawsze zdarzenia przyszłego i niepewnego. Nadzieja na wieczną miłość leży w wierze i wyborze.

Dawno nie było u mnie piosenki, nie sądzicie?
No, może nie aż tak dawno..ale..
Ostatnio słuchałem trochę starego „One”.

I sam nie wiem, czy oryginał jest U2 (Bono) czy Casha.
Mi się ostatnio podoba Casha, Bono kiedyś,
a wersja Stipe’a z R.E.M. w ogóle.

Umówiłem się z pewnym pieśniarzem, bardzo wstępnie na razie,
ale zawsze, że, z jego gitarą i na dwa głosy zaśpiewamy „One”
na wiosnę.
Póki co – można go posłuchać jako barda i zobaczyć teledysk:

(…)

No, jak ktoś zobaczył cały teledysk Wyżej, to tę Ostatnią Improwizację
można (i wypada nawet) zacząć jakby od Początku (a środku niech będzie
Ungrund).

Ale Nowy Początek ma zawsze w sobie coś ze Starego Końca – inaczej
skąd by się Wziął? 🙂 – można powiedzieć – stosując się do tzw. zasady
logiki buddyjskiej…(per analogiam Wielki Wybuch – Oscylacja – Stworze”nia”)

***

Bądźcie Błogosławieni Nadwrażliwi!*

[*prof. Kazimierz Dąbrowski. Kto nie zna, to tym prędzej, a można nawet on-line, niech się zapozna, choćby z teorią „dezintegracji pozytywnej” – ale i dla ogólnej higieny psychicznej warto..]

Bądźcie Błogosławieni Którzy się Wstydzicie za Tych,
którzy Wstydu Nie Mają!

Zabawne, można mieć nawet taką empatię,
że można myśleć, iż się nie ma empatii.

Bądźcie Błogosławieni Którzy nie potraficie
Krzywdzić Innych z Premedytacją!

Albowiem tendencje się polaryzują.

Albowiem ludzie wybierają.

Albowiem teraz ludzie wybierają finalnie swój los.

I ci, którzy wybierają los tak tragiczny,
cierpi się za nich podwójnie.
Cierpi się za nich przedwcześnie.

"W blasku ranka, w nocy cieniach

Ktoś się rodzi dla cierpienia

W cieniach nocy, w dnia jasności

Ktoś się rodzi dla radości

Ktoś się rodzi dla radości

Ktoś się rodzi dla ciemności"

(W. Blake) 

Nie, nie ma żadnej pieprzonej predesytancji,
(szczególnie tej w wersji KALWIŃSKIEJ – o której –
jak brzmi dobry bunuelowski dowcip – nie wypada nawet
ludziom dobrze wychowanym zagadnąć przy obiedzie..),
jesteśmy wolni, ale im bardziej wybieramy Kłamstwo,
tym bardziej się od niego uzależniamy, im bardziej wchodzimy
w niewolę, tym mniej już mamy wolności, w tym sensie można
nawet wolność prawie do końca utracić…

{Ha, atakuje mnie 1000 dygresji, jak kiedyś, więc zamknę tego
diabła w butelce – i pozwolę sobie tylko w tym wpisie na improwizację.

I ta improwizacja – jest moją REAKCJĄ – jest moją zemstą,
jest moją Odpłatą, jest moją vendettą.

Można zresztą, kto chce, przeczytać mój - sprzed lat - ale
 jak gdyby czekał na tę okazję przygotowany..esej - dwucześciowy
 pt. "Perwersje Wolności".

Tutaj cz. I -  PERWERSJE WOLNOŚCI 
("Wolność jest perwersyjna - lubi ulegać swoim przeciwnikom...") 

A tutaj cz. II 

- przepraszam, wersje redakcyjne, możliwe usterki
i literówki, gdzieś w tej całej improwizacji zapodziały się pdf'y finalne 
po korekcie red.]

Kto lubi, może sobie posłuchać „Zemsty”, którą
obmyśla Ojciec – by pomścić zhańbioną córkę
(ale przemoc rodzi przemoc i Ojciec – który zhańbienie
na siebie nierozważnie zresztą wcześniej ściągnął,
i swej vendetty pożałuje – opłaci stratą największą
– śmiercią córki – aria Zemsty z Rigolett’a G. Verdiego:

Jeśli ktoś nie przepada za wyjcami operowymi to jest tez i wersja bardziej „swojska”

I już.
Lepiej posłuchać piosenki niż działać
nierozważnie, prawda?

Albo pomyśleć o tym, że jesteśmy Jednym, ale nie jesteśmy Tacy Sami
(„One”)

Is it getting better
Or do you feel the same
Will it make it easier on you
Now you got someone to blame

You say
One love
One life
When it’s one need
In the night
It’s one love
We get to share it
It leaves you baby
If you don’t care for it
Did I disappoint you?
Or leave a bad taste in your mouth?
You act like you never had love
And you want me to go without
Well it’s too late
Tonight
To drag the past out
Into the light
We’re one
But we’re not the same
We get to carry each other
Carry each other
One

Have you come here for forgiveness
Have you come to raise the dead
Have you come here to play Jesus
To the lepers in your head
Did I ask too much
More than a lot
You gave me nothing
Now it’s all I got
We’re one
But we’re not the same
We hurt each other
Then we do it again

You say
Love is a temple
Love a higher law
Love is a temple
Love the higher law
You ask me to enter
But then you make me crawl
And I can’t be holding on
To what you got
When all you got is hurt

One love
One blood
One life
You got to do what you should

One life
With each other

Sisters
Brothers

One life
But we’re not the same
We get to carry each other
Carry each other

One

Niech jednak też każdy znajdzie pociechę w tym, że „świat”
(i pisząc „świat” bynajmniej nie mam na myśli czegoś, co jest ‘naturalne’
czy też porządku jakiegoś ‘boskiego pochodzenia’) – że świat i jego słudzy,
jeśli z Nim– z Tobą – Ty, On, Ona, Ono, który, która, które to czytasz –
jeśli dają Ci się we znaki – znaczy to, żeś już nie tylko DonKichotem!
Bo na Don Kichotów wystarczą same wiatraki. Znajdź otuchę w tym,
że twoje działania zaczęły przynosić realne skutki, że wreszcie
odnalazłeś się w Rzeczywistości, prawdziwie złamałeś choć część Iluzji.
Że zaczynasz Czynić.

Że rozpocząłeś marsz ku Zwycięstwu.

Ale, cóż to byłby za Bóg – gdyby prowadziła do niego
tylko jedna Droga!
(jak odpowiedział raz chasydom Rabbi Jakow
Izzak Widzący z Lublina).

Jesteśmy Jednym, ale nie jesteśmy Tacy Sami!

Szanujmy się, Dbajmy o siebie!

Badźmy dla siebie Dobrzy,
wczuwajmy się w to co czynimy Drugim!

Bracia!
Siostry!

MD

Na Nowy Rok

Jeśli ktoś nie może żyć, robiąc jakieś pożyteczne rzeczy,
bez „szybko wypłaconego wynagrodzenia” za jego starania,
niech postawi się w sytuacji
dłużnika wobec Boga za Istnienie.
(Borys Murawiew, Gnoza, parafraza Marat Dakunin )

Z pamięci:

'Faryzeusze, modlący się na pokaz, dający jałmużnę
na pokaz i wzywający imienia: Panie, Panie publicznie;
niech nie liczą na nagrodę od Ojca w Niebie;
zaiste bowiem powiadam Wam, oni swoją nagrodę
już odebrali" (Mateusz Ew.)

Mój komentarz i dobre rady na Nowy Rok:

– Mnie osobiście nagroda „od Ojca w Niebie”
średnio podnieca. Jeśli ktoś nie czuje sercem
i rozumem, że czynieni Dobra jest nagrodą
samą w Sobie i żadnej dodatkowej nie potrzeba,
niech wsłucha się w Siebie i zastanowi czy kiedykolwiek
był Prawdziwie Szczęśliwy i kiedy to było..

 

Powiadam wam: Tej nocy dwaj będą na jednym łożu, jeden będzie zabrany, a drugi pozostawiony. Dwie mleć będą na jednym miejscu, jedna 
będzie zabrana, a druga pozostawiona. 
(Łk 17,34-35)

Wtedy dwóch będzie w polu: jeden będzie wzięty, drugi zostawiony. Dwie będą mleć na żarnach: jedna będzie wzięta, druga zostawiona. 
Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. 
(Mt 24, 40 – 42)

 

Ks. Stanisław Ormanty SChr w komentarzu do podanego fragmentu Ewangelii wg Mateusza tak m.in. pisze:

Ludzie będą pochłonięci codziennym sprawami, mniej czy bardziej ważnymi; i nie będą mieli żadnego odniesienia do końca. Zatem przyjście Syna 
Człowieczego będzie dla nich całkowitym zaskoczeniem i niespodzianką. (...)
 
Ale w Ewangelii jest zaznaczone, że beztroska połączona z brakiem odniesienia do końca jest zawiniona.(…)

Mielenie na żarnach należało do codziennych obowiązków; tak jak praca w polu. Jezus na przykładzie pracy kobiet przy żarnach zaznacza, że owo 
„wzięcie” dokona się niespodziewanie; w zwykłej, szarej codzienności, kiedy człowiek będzie wykonywał swoją codzienną pracę; a więc będzie 
skoncentrowany „jak zawsze” na codziennych powinnościach. (...)

Kolejne pytanie: dlaczego „jeden będzie wzięty, a drugi zostawiony”? To rozróżnienie jest ważne: choć wszyscy wykonują te same czynności; to 
jednak decydujące znaczenie w oczach Bożych ma ich postawa wewnętrzna. Jeśli człowiek opiera swoje życie tylko na sobie; walczy tylko o to, 
aby zrealizować swoje plany; nie ma ani w nich, ani w swoim życiu żadnego odniesienia do Boga – nie będzie wzięty przez Boga, czyli nie dostąpi 
pełni zbawienia.

Bo piekło to wzgardzona miłość Boża; konsekwencją jest stan tragicznego osamotnienia; a człowiek nie jest stworzony do osamotnienia. Obraz 
„palących płomieni” to palące tęsknoty za miłością, którą się wzgardziło; a obraz „płaczu i zgrzytania zębów” to bolesne pretensje do samego siebie: 
dlaczego doprowadziłem się do takiego stanu?
Realizm piekła jest związany z realizmem ludzkiej wolności. Natomiast jeśli człowiek żyje w Bogu, tzn. jest w intymnej relacji z Nim, całe swoje 
życie podporządkowuje woli Boga; a więc ciągle jest przy Nim, czyli czuwa – będzie wzięty; czyli dostąpi nieba – wiecznej chwały. Tak zatem 
Jezus przedstawia dwie kategorie postaw życiowych: jeden wewnętrznie śpi, drugi czuwa. Ta perykopa ewangeliczna sugeruje także prawdę, że w 
życiu chrześcijańskim nie tyle jest ważne, co się czyni, ile i jak to się czyni, z jakimi intencjami i nastawieniami; z jakim odniesieniem.

 

Ode mnie dalej (z pewnymi skrótami myślowymi, z których się
wytłumaczę niebawem): Pierwszy etap przełamywania destrukcyjnych
nawyków (patrz: krystalizacja) siłą rzeczy jest bardziej contemplativa.

Później należy nauczyć się na powrót aktywnego udziału w życiu, także w życiu społecznym (inaczej mówiąc – pracy dla dobra).

Choć spór nad wyższością vita activa i vita contemplativa ciekawy [(przyganiali już starożytni oddanym codziennym obowiązkom, taplającym się w
błocie, przez czasy Jezusowe (oj Marto, Marto..) i przez średniowiecze do Dostojewskiego i dalej (omówienie np. tutaj)], to jednak zważyć należy,
że spór o wyższości contemplativa nad activa sam jest contemplativa i nie może być sędzią we własnej sprawie, tym bardziej że byłby często czczy
(nienakarmiony)…

Przyjmijmy rozsądnie, że najlepsze jest odpowiednie wyważenie activa i contemplativa, ale praca realna jest na tym świecie konieczna (i dobra).

W konteście ewangelicznego cytatu mogą przyjść na myśl jeszcze zastrzeżenia humanistyczne np. co do tzw. „liczenia na nagrodę za coś” lub
przybierające szkolną postać dywagacje nt. poświęceń np. święty jest najbardziej egoistyczny, bo wszystko co robi nagradza sobie świadomością
swojego dobra i świadomość mniejszego lub większego heroizmu oddaje mu poświęcenie rozkoszą w dwójnasób itp.

Co do nagrody, aby się przed podobnym lizusostwem eschatologicznym nie wzdrygać, a jednak motywację, gdy brak, wykrzesać, nagrodę
potraktować można jako zasłużenie na miłość.
Co prawda jest to zgrzyt w samym pojęciu miłości, ale często po jednej lub drugiej stronie uczucia występuje ta potrzeba, zasłużenia na miłość,
poczucie niegodności, bywa (i słusznie) i u obu stron (choć w tym być, raczej, nie może). Choć często jest bezrozumne, nie jest naganne, ba jest
nawet lepsze niż świadomość ‘zasługiwania na miłość”. Jak mawiali bowiem chasydzi: wolę tego kto wie, że jest zły, niźli tego co wie, że jest dobry
(i tylko przewrotniś rozumie to jako gloryfikację świadomych złoczyńców).

Problem leży także w tym, że trzeba porzucić tzw. rozgrzeszanie się poprzez porównanie i rozgrzeszanie się poprzez poczucie sprawiedliwości
(przykład: spójrzcie na niego, on jeszcze mniej…albo: a jaki ja miałem start?…albo: nie przyzwyczajony byłem)

A teraz przyjmijmy, że nie wszystko jedno, czy mleć na żarnach (a może znachorstwo?), czy praca na roli czy myśliwstwo czy zbieractwo.
I wybierzmy sobie zawód.

Poniższe zestawienie jest oczywiście bardzo uproszczone i wybiórcze, nie tylko w doborze ról społecznych (praca/zawód/zajęcie), co zrozumiałe,
ale także w kwestii bilansowania dokonanego wyboru.
Gdy chodzi o pracę/zawód/ zajęcia chodzi oczywiście o główny (niejedyny przecie) nurt aktywności życiowej, z różnych powodów jednak obranie
takiego głównego nurtu jest konieczne i będzie on zajmował znaczną (jeśli nie większość) część oddanego nam czasu życiowego.

Całość artykułu opublikowana wiele lat temu
w ogólnopolskim miesięczniku jest dostępna jako PDF (klik),
wraz z grafiką, czyli tabelką zestawiającą wybrane zawody
i zagrożenia oraz wyzwania i plusy z nimi związne.
Ponieważ tekst był pisany w zasadzie dla młodych Prawników
to większość zawodów obejmuje te z Prawem związane, ale nie tylko.

Osobniczymi zmiennymi wyboru są:

– talent (zdolności wrodzone lub intuitywnie rozwinięte),

– zdolności praktyczne (aktywne)

a) nabyte naturalnie np. przez przyzwyczajenie od dzieciństwa (zob. Bernard Mandeville: Ludzie pracy przeznaczeni powinni być od dzieciństwa do
niej surowo wdrażani. Okrucieństwem jest zmuszać nienawykłego od dzieciństwa do pracy.)

b) wypracowane – tu mix z siłą woli i inklinacjami do różnego rodzaju lenistwa (umysłowego, fizycznego, egzystencjalnego)

– wiedza (w tym wrodzone lub nabyte przekonanie o niezbędności stałego poszerzania wiedzy, związane zagrożenia: prześlizgiwanie się,
pozorowanie, fanatyzm – dogmatyczność, muchy w nosie; związane szanse: open – mind, niedogmatyczność, budowanie otwartego systemu,
intuicja jako pochodna wiedzy

– wola(zdeterminowana obranym, przyjętym jako słuszny celem, krystalizacja codziennych wyborów, konsekwencja).

Zestawienie jest esejowe, nie naukowe. Niektóre aspekty delikatnie rozwija, inne tylko sygnalizuje.

 

PS

– Jeśli Ktoś nie wiem co jest Dobre a co Złe
albo uważa, postmodernistycznie, wyszukaną analizą,
albo Prostacko (ale nie Prosto bo Prosta
Religijnośc Ludow jest Święta i godna Najwyższego szacunku)
to niech idzie do psychiatry póki czas;

– Bo dzień Pański przyjdzie jak złodziej w nocy.

Wszystkiego Dobrego na Nowy Czas!

 

Kto będzie zjedzony?
„Gruba kreska”?
Niech Nowy Rok doda Wam skrzydeł :)!

Marat Dakunin

Prace, cele, metody, techniki

Jak mawia Arkadiusz Jadczyk: jak najbardziej chwal się –
rzeczami nad którymi się napracowałeś albo uczciwie ci wyszły.

Skończyłem dziś zasadniczy etap, rzeczy, która mi się
strasznie przeciągała w czasie, której nie powinienem
się podejmować, bo nie znam się na tym i raczej nie mam
do tego tzw. drygu. Ale – mimo strasznej obsuwy czasowej,
jest to skończone – na tyle, że nawet zajmowanie się dalej
tym samym będzie już proste i szybkie.

Teraz przechodzę do bardzo istotnych prac, – jest reguła
First things First” – „Pierwsze rzeczy (niech) są Pierwsze„.

A także reguła: uczyń najważniejszą rzecz nie główną a jedyną,
której się poświęcasz
.  Tak uczynić, z pewnych względów, nie mogę
– a to dlatego przede wszystkim, że są to sprawy, zadania
i projekty o w zasadzie równym Najwyższym Priorytecie –
oraz dlatego, że są ze sobą powiązane, choć skutkują
na różnych polach, i to wydawałoby się odległych,
aż nie do pogodzenia: będą bowiem budowane by osiągnąć
cele i wyniki tak w płaszyźnie ideowej a nawet duchowej,
ale także materialnej i bardzo pragmatycznej, a może i..
politycznej..

Będę stosował w pracy: wysiłek fizyczny, umysłowy
i emocjonalny (sic!), będę używał metod logicznych,
psychologicznych
i – par excellence, mistycznych.

Będę posługiwał się technikami – m.in. IV Drogi (Gurdżijewa),
V Drogi (Marata) – tę drugą w zasadzie dopiero konstytuował
technikami procesualnymi (celem – jestem proces – żyj tak,
jakbyś miał jutro umrzeć – ucz się tak, jakbyś miał żyć wiecznie
),
technikami: ironicznego przypadku, techniką racjonalnej irracjonalności,
lekko zarzuconą, ale naprawianą techniką
Samozbawienia przez Samozabawę, oraz wieloma innymi,
powszednimi, zgodnie z kluczem i duchem technik
Zen i Kaizen – doceniania Małego i Zwyczajnego oraz
Metody Małych Kroków. Warto dodać, choć techniki Zen
widzę jako wartościowe, to meritum i zbytniego samolubstwa
w tej drodze, jak się wydaje, nie recypuję
(nie chcę tego recypować – a chcę:
Dzielić się tym, co mogę najwartościowszego
zdobyć – jeśli nie dzielimy się tym, co najlepsze posiadamy,
zaczynamy 
słyżyć sobie, a nie Innym – schodzimy na
lewą ścieżkę
..),  tak jak i ducha buddyzmu, który wydaje się,
mimo takoż cennych i wartościowych elementów i technik,
nazbyt pasywny
w podejściu do..Dobra.
[poprawka: Nazbyt pasywny w podejściu do ZŁA – to jest istotne!]

(przypominam sobie: 
- Jak bardzo jestem zatruty złem?
- To nie jest istotne. Istotne jest: jak bardzo jesteś "zatruty" dobrem.)

 

Kiedyś ukułem ironiczne hasło: – „Praktykuję mini-wkład do maxi-spraw” (nawiązanie do terminologii L. Kołakowskiego) i jego cyniczną wersję:
Chodzi o to, by minimalnym wysiłkiem osiągnać maksymalne rezultaty„.
Chcę te reguły uzdrowić, akcent kłaść na to, co w nich ekonomiczne, czyli efektywność działania, a nie na to, co w nich ironiczne (cyniczne tak naprawdę nigdy nie były, bo i ja nigdy nie byłem naprawdę cyniczny) – powodowane przeszłą melancholią.

Grafika górna – William Blake, fot. słońca na dole – Marat, kompilacja kolażu też M, cytat: Franciszek z Asyżu.

 

 

górna fot – Paul K. Feyerabend, błyskotliwy fizyk teoretyk i filozof nauki, autor metody „Anything Goes” (Wszystko Ujdzie – w..myciu?;–), autor m.in. wnikliwych studiów przełomowych odkryć naukowych, cenionego komentarza do Traktatu Logiczno-Filozoficznego Wittgensteina oraz wspomień pt. „Zabijanie Czasu” (z tego wszystkie w całości przeczytałem te ostatnie..)

 

moja kuchenka, Mamusia kupiła

 

Odmiana V Drogi wg G.I.Gurdżijewa (G.I.Gurdjieff), grafika na podstawie fotografii (c) M(ja,ja)

 

 

fot. na licencji creative commons (nie ja, Wspólne Dobro) 

Szermierka Ducha

Nie wszystko wygląda różowo.

Znajoma pisarka powiedziała kiedyś:
– Nikt z nas nie może być do końca szczęśliwy,
biorąc pod uwagę to, co dzieje się na świecie.

To prawda. Ale co z tym robimy?
Przeważnie – nie biorąc pod uwagę przypadków patologicznych
– myślimy, że sami nic nie poradzimy, świata nie zmienimy.
A co ja z tym robiłem? Było jeszcze gorzej.
Swoją „niemożliwość bycia do końca szczęśliwym”
zamieniałem w argument na to, by robić jeszcze mniej.
Zaniedbując nawet siebie.
Śmierć, śmierć duchowa: jest dobrodziejstwem – ale tylko
gdy dane nam będzie się urodzić ponownie.


Gdy narodziliśmy się ponownie – Śmierć, ta, której trzeba się
prawdziwie obawiać – już nam nie grozi!

fot. Marat Dakunin


Ale wciąż nie mamy gwarancji, że robimy wszystko, by i Innych
od prawdziwej śmierci zachować. Więcej nawet: mamy gwarancje,
że jeśli nic nie zrobimy – stracimy i samych siebie!
Do zwycięstwa zła nie trzeba nic więcej niźli tego, by
„dobrzy ludzie” nic nie zrobili.
Niech wiatr zabiera nas w podróż zawsze zgodnie
z naszą Prawdziwą wolą i do miejsca, które
jest nam drogie, które wybraliśmy już dawno!
Tymczasem, tak często, niemal codziennie, zdarza się nam
dryfować bez celu!

 

{Ew Jana, 3:2-8)

"Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć królestwa Bożego. Nikodem powiedział do Niego: «Jakżeż może się człowiek narodzić będąc starcem? Czyż może powtórnie wejść do łona swej matki i narodzić się?» Jezus odpowiedział: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego. To, co się z ciała narodziło, jest ciałem, a to, co się z Ducha narodziło, jest duchem. Nie dziw się, że powiedziałem ci: Trzeba wam się powtórnie narodzić. Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha»."

[Ew Mateusza 16:14]
 "Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z Mego powodu, znajdzie je."

Dookoła nas toczy się walka.
W nas toczy sie walka.

Carlos Castaneda napisał kiedyś (parafrazuję):

- Drapieżnik, który na nas poluje, który nami się żywi, to diabelska wręcz, przewrotna, barokowa inteligencja. Abyśmy jeszcze łatwiej wpadali
w jego sidła, DAŁ NAM SWÓJ UMYSŁ..

Czy Ty mnie słyszysz?
Czy rozumiesz???

Drapieżnik dał nam swój umysł!

Walka to walka. Nie my jesteśmy agresorem.
Ba, nawet nie jesteśmy konsumentem..
Ważne jest: jak się walczy. A także jak się zwycięża.

Bronią Światła jest broń biała. Szermierka – to szlachetna sztuka.

Więc – lance, szpady, miecze — w pogotowiu! Dłoń na rękojeści!

 

Drapieżnik nie przestaje obserwować..

Drapieżnik, który dał nam swój umysł!

Nawet w głowie małego lewka może czaić się demon!

 

(c) fotografie Marat Dakunin (wszystkie zawierają kształty widoczne na niebie
w ostatnim czasie, nie zmodyfikowane w jakikolwiek sposób komputerowo; 
edycja fotografii obejmowała głównie konstrasty, szczegóły, rozmycia)