Ona jest M. – Vulnerable (przekaz w piosenkach Roxette – cz. 3)

Rabbi  Bunam, uczeń Jakuba Izaaka z Przysuchy
(mimo tego, że był od tego drugiego starszy, o ile pamiętam..
skąd zaś pamiętam? Z „Goga i Magoga” Martina Bubera)
miał kiedyś zamiar napisać książkę o wszystkim, co związane jest
z człowiekiem i nadać jej tytuł „Adam”.
Po namyśle jednak odstąpił od tego zamiaru..
Zaprawdę mądry był rabbi Bunam!

Z innej beczki literackiej - czasami "Finnegans Wake" Joyca określa się próbą zawarcia dorobku cywilizacji w jednym dziele. Czy udaną, nie wiem..
Na pewno trzeba być perfekcyjnie anglosaskim 
(pardon James! - irlandzkim!) nie tylko językowo ale i zanurzonym w subtelności kulturowe, by móc to odpowiedzialniej określić..

Dzisiaj 3 część cyklu o przekazie niektórych piosenek Roxette..
Część specjalna, gdyż zajmę się utworem, który prowokuje do napisania o..: Wszystkim. A to chyba nigdy nie jest możliwe.

Właściwy dobór – tak jak właściwe ograniczenie – czy właściwe abstrahowanie, nawet, gdyby trzeba było rezygnować z dużej części tego,
co jest równe Istotne, jest dolą nazywającego rozumu..
na to jesteśmy skazani.
I to także powoduje to panujące tutaj rozumowe złudzenie – iluzję,
że wszyscy jesteśmy wzajemnie odseparowani – tak od siebie,
jak od reszty Świata. To sprawa konstrukcji i form poznania możliwych dla ograniczonego na tym etapie umysłu; ba, właściwe abstrahowanie, czasem jest kluczowe dla fundacji np. nauk ścisłych. Humaniści miewają z tym problem
i to wcale nie jest dobrze..

Kiedyś, ciekawostka, próbowałem, nawet w dość krótkiej formie
 zawrzeć Połowę wszystkiego (np. tutaj http://12.koprodukcje.pl
- a nawet wszystko 
 (http://alfaomega.koprodukcje.pl

 

Jednak starzenie się przesuwa ciężar z ciekawostek na pożyteczność.

Tymczasem znów się z tym wpisem opóźniłem.
Na początku, mimo, że nie wyczerpując wszystkiego, chciałem
napisać zarówno o aspekcie Uniwersalnym jak i Indywidualnym,
jeden i drugi zresztą siłą rzeczy zanurzone w osobistych doświadczeniach, przeżyciach i intuicjach. Następnego dnia chciałem opracować tylko wybrane kwestie z aspektu uniwersalnego, osobisty zostawiając na inne teksty, inny czas, może nawet nie w tym roku – związane byłoby to także z tym, co jeszcze się nie dookreśliło finalnie oraz z większymi całościami (książkami),
które przygotowuję.Wczoraj chciałem zaś napisać to jeszcze inaczej.
Dziś w końcu zaś zamieszczam – a będzie to głównie poruszenie wybranych spraw o bardziej uniwersalnym charakterze, choć –  pozwolę sobie na wątek osobisty. Zrobię tak także dlatego, że: 

Dziś, a nie jest to częste, miałem kontakt z M.
Jeśli chodzi o kontakt między nami – to jest on i był zawsze – bardzo utrudniony. Nie tylko wiadomości nie dochodziły, spoźniały się czasem
niewytłumaczalnie o 2 lata..
Tak było np. z serią sms-ów wysłanych 7 lat temu, które doszły
z 2-letnim opóźnieniem, gdy byłem w szpitalu..
Waga ich była znaczna – być może do pewnych dramatycznych wydarzeń
w ogóle by nie doszło – albo doszło do znacznie łagodniejszych, gdybym otrzymał te wiadomości w normalnym terminie. Ale zdarzały się rzeczy jeszcze ciekawsze: np. wiadomość odczytana pewnego dnia, gdy sprawdzałem ją kilka dni później – miała inną treść. I to także wpłynęło negatywnie, głównie emocjonalnie.
Ale teraz już nie daję się nabierać. I M także,
choć ostatnio dziwiła się jeszcze, dlaczego nie może do mnie NIC przesłać.
 

To jest, najkrócej mówiąc, tak, jak ostrzega i Gurdżijew i Murawiew: ewolucja duchowa Człowieka jest przeciwna pewnym Prawom Naturalnym [choć
nie wykluczam, że w sprawę zaangażowane były też mniej „naturalne”
czynniki] 
 Choć nie jest przeciwna Boskiemu planu – w zasadzie odwrotnie:
człowieka Upadek był temu, w pewnym sensie, przeciwny ..- to trzeba byłoby szerzej wytłumaczyć – i zrobię to, ale nie teraz i tutaj
.
Dlatego „Świat”, mówiąc ogólnie, im bardziej ktoś wymyka się spod rządów
i kontroli Prawa Ogólnego (General Law) i – stara się przedostać –  pod rządy Prawa Wyjątku  (Law of Exception) tym bardziej reaguje (kontr-atakuje) na różne sposoby, by temu zapobiec, to utrudnić..
Pozytywna ewolucja ma szansę zasadniczo tylko dzięki odpowiedniej postawie człowieka, i oczywiście – wykształceniu odpowiedniej świadomości rzeczy.
Bardzo ważne są warunki początkowe – albo ujmując to ciut inaczej, 
i słuszniej, skala zdegenerowania osobowości, na której bazując musimy
zaczynać nasze próby..
Postęp jest możliwy głównie dzięki wytężonej woli i świadomym, konsekwentnym trudom, nie należy jednak nie doceniać tego, jak wiele
więcej może przyjść nam z pomocą: przez Serce, a nie rozum. Bywają mniejsze lub większe wyjątki, ale liczyć na nie nie należy; czasami pomaga człowiekowi znacznie.. synchroniczność i tzw. „Przypadek”.

Tyle na ten temat – wątek osobisty zabrzmi jeszcze –
choć nie wybrzmi – na końcu. 
Będzie to, jak zaznaczyłem, znacząco inny wpis niż dwa poprzednie odcinki
cz. 1 i cz. 2 dotyczące przekazu ezoterycznego w utworach zespołu Roxette,
nie podaję linków, gdyż znajdują się na tym blogu bezpośrednio przed tym 
wpisem.
Tutaj też mamy do czynienia z piosenką i też Roxette, ale jej wymowa i znaczenie przekracza znacznie ramy tego mini-cyklu. Dlatego jeszcze raz wyjaśnię,
że pewne treści, które mógłbym opatrzyć interpretacją, zostawiam na kiedyś. Zapewne wtedy będę mógł to zrobić nawet lepiej i pożyteczniej,
dlatego nie ma czego żałować.

Zastanawiałem się przez te dni opóźnienia – czy opatrywać tekst utworu,
niosący znaczenie o wręcz kapitalnym znaczeniu dla KAŻDEGO – choć nie każdemu piosenka może przypaść do gustu w sensie estetycznym – konkretnym komentarzem, interpretacją. I tak jednak nie uczynię. Albowiem tekst jest
– jak zwykle bywa z piosenkami, tym bardziej Roxette, stosunkowo prosty.

Nie dodając do niego moich interpretacji ryzykuję, że pewne, kluczowe znaczenie, może zostać jakoś przegapione (Ale zaryzykuję – bo wiem też, że do znaczeń w tej, skromnej, piosence, będę wracał nie raz i na różne sposoby).

Tak, niestety bywa często, że przeoczymy Najważniejsze sprawy. 
Nie dlatego, że ludzie są generalnie głupi czy złej woli, ale raczej dlatego, że są nieuważni, strudzeni, znudzeni; że nie mają oczu i uszu na to,
co akurat – nawet w ich najlepiej rozumianym interesie – w całym Życiu
– warto zobaczyć i warto usłyszeć. Trudno im się jednak bardzo dziwić, dlatego, że otaczają nas zewsząd kakofonia informacyjna; różne słowa, zdania, pojęcia, wielkie i małe – wielkie rozmieniane na drobne i małe wywyższane jakby były naprawdę coś warte.. 
W tej ciżbie nadużywanego języka łatwo popaść w otępienie i przegapić to,
co ważne, a jeszcze trudniej temu uwierzyć. To wina nas samych, bowiem dopuściliśmy do tak wielkiego zamętu, inflacji znaczeń i prostytucji nawet Najświętszych pojęć. O roli języka i jego inflacji także niemało
i z naciskiem pisał G. Gurdżijew. 

 I choć teraz jest wyjątkowe ŹLE, to trudno przyjąć, że kiedyś, nawet bardzo dawno temu, było znacząco lepiej. Ludzki język i komunikacja, w tym wszechobecne KŁAMSTWO i PÓŁPRAWDY, ma po prostu taką inflacyjną naturę. Tym bardziej i tym gorzej w dobie obecnej, gdzie więcej jest Pisarzy niż Czytelników, i tak wielu wydaje się, że są powołani do przekazu Istotnych treści czy oświecania, oceniania lub nauczania Innych.
Ale ta epoka, dzień dzisiejszy to także czas, czas zapowiadany, era Ducha, w której wszystko, co było dotąd zakryte, musi zostać ujawnione.
I tak będzie – tak już się dzieje!
A to, co staram się robić – choć czasem może tak zabrzmieć – za co przepraszam, bo wtedy zawsze jest błędne – jest jak najdalsze od oceny, od pouczania czy oświecania na siłę.

Jednak – aby czegoś nie stracić – NALEŻY SIĘ TYM DZIELIĆ!

I tym, a nie pouczaniem ani narzucaniem swych ocen, jestem motywowany.
Przede wszystkim zaś święta jest wolna wola każdego, i jak najdalszy jestem, by dzielić się CZYMKOLWIEK  z Kimokolwiek, kto sam nic ode mnie nie chce!

Kto chce – niech korzysta, ale też nie wierzy w nic – bez osobistego sprawdzenia. Wszystko można i należy weryfikować, a to, że tylu ludzi myśli (wierzy), że ewidentne kłamstwa i bzdury – tylko dlatego, że nadane w telewizji, wydrukowane, czy podane przez taki czy inny „autorytet” – odpowiadają Prawdzie – dowodzi nie tylko starań, by ludzi zmanipulować, ale także, jak łatwo to osiągnąć, większość z nas woli bowiem wierzyć niż myśleć samodzielnie. A jeśli nawet myślenie tak bardzo danej osoby nie boli, to wtedy bywa, że nie weryfikuje czegoś i przyjmuje „na wiarę” z czystego lenistwa (jak w moim przypadku często bywało; z czym staram się walczyć).

Przypomnę jednak, co napisałem tutaj w zeszłym roku, bo to niesłychanie istotne.
(w bardzo ważnych wpisach – tym pt. „Cele (w ciele) II  
oraz tym pt. „Cele pracy ezoterycznej„) 

Pisałem tam coś, co jest bardzo ważne, także dlatego, żeby Czytelnik
wiedział, że nic mu się tutaj nie narzuca – wręcz odwrotnie – próbuje
raczej wspomóc w wolnym wyborze.
Tak bowiem jest, że im większa WIEDZA tym większy zakres wolnego wyboru.
Jeśli zostaliśmy okłamani i zmanipulowani – nasza wolność może wręcz
skurczyć się do rozmiarów celi więziennej!

Tak to napisałem, a udało mi się, myślę, dobrze i nawet jasno,
napisać: 

Mieć cel, to ważna sprawa.

Odkryć dla siebie swój fundamentalny, życiowy cel – KAŻDY
 – SAM DLA SIEBIE – i się go trzymać – sprawa jeszcze ważniejsza!

Ilu z nas żyje właściwie, pomijając drobne życiowe zabiegania
 – BEZCELOWO?

Czy aby tak należy podchodzić do życia, które tutaj, w ciele,
 na Ziemi, wiedziemy?

Mi się wydaje, że tak teoretyczne (w swoich poglądach, odczuciach)
 jak praktycznie prowadzenie życia bezcelowego nie jest ani mądre
 ani godne, ani nawet (sic!) popłatne. Jest tutaj, na marginesie cały
 problem SENSUrozczarowań, doświadczeń, temat depresji,
 temat NIHILIZMU wreszcie.
 O wszystkich tych, tak ważnych w naszym życiu, że czasem je najsilniej definiujących (lub..negujących) sprawach, napiszę. Napiszę już wkrótce!

Ja, piszący to, nie chcę Wam nic dawać zupełnie gotowego.
 Bo w tej materii, do której zmierzam: tak nie można. Tak się nie uda.
 Kto nam narzuca sztywne cele – czy aby jest przyjacielem
 naszej Wolnej Woli? Czy aby jest tą Stroną, która Nam życzy dobrze?
 Warto to przemyśleć..


Z celami, czy wszystkim innym, przez jakichś innych nam
 wyznaczonymi, narzuconymi, czy nawet tylko podsuniętymi
 czy doradzonymi – nie wiedze się zbyt dobrze. Bo i słusznie
 – dlaczego przekonywać nas miałby i prawdziwe motywować cel,
 który nie od nas samych – w całym tego słowa znaczeniu – pochodzi?

Najlepiej, by każdy sam dla siebie – coś – do budowania własnym życiem
 i staraniami – odnalazł zupełnie samodzielnie.

Bo, powtórzę, za sobą sprzed kilku dni, tak mi się to podoba : ) :

Dobrze byłoby (jednak) zasygnalizować Cel,

 tak by Inni mogli się (..) zorientować co do niego. Co do CELU.

 No i co do mnie.

 A na końcu, finalnie, tak byłoby najlepiej i to byłoby

 jak najbardziej Celowe: by się Inni mogli zorientować też co do Siebie,

 co do swoich Celów. Celów swoich Wnętrz. Celów ich prawdziwych „Ja”.

Każdy bowiem jest różny!
 Każdy ma do rozmnożenia talenty! – choć nie każdy ma je
 w tej samej walucie i tak samo łatwo wymienialne.
 Każdy jednak może je zamienić, zmienić a może nawet Transmutować
 w Wartości. Najlepiej te nieprzemijające.

O moich celach – konkretnie i na przykładach – będę pisał już w tym miesiącu.
Przygotowywałem to od pół roku.
Nie wszystko można ująć w słowa – nie wszystko można napisać.
Ale – między innymi – moim celem jest opisać, najjaśniej i najprecyzyjniej,
to, co do tej pory nie udawało się tak opisać. Zadanie to nadzwyczaj trudne.
Dlatego mam też i inne, ale wszystkie się ze sobą wiążą..

Choć późniejsze niż styczniowe wpisy tutaj rzadko oceniam jako udane – na tyle dobre na ile wydawały mi się te powstałe bardziej improwizacją – to, nie mam wyboru, i muszę dokładać tutaj cegiełek systematycznie, nie tylko gdy pisze się gładko i natchnieniem chwili. Zauważyłem jednak, że pewne sprawy, także właśnie języka, mogę poprawić, nawet gdy piszę z ducha dyscypliny a nie czystej inspiracji. Choćby to, co ostatnio bardzo się pogorszyło: budowałem za długie, zbyt złożone zdania. To trzeba poprawić czym prędzej. Bowiem nie zawsze mierzymy się tutaj z bardzo łatwymi tematami do naturalnego pojęcia i tym bardziej nie należy rzeczy stosunkowo wymagających utrudniać jeszcze niepotrzebną komplikacją języka. Moja wina i – proszę mi nawrzucać – gdy znów się zapomnę i tej b. ważnej kwestii nie dopilnuję – miałem zawsze tendencję do nazbyt długich konstrukcji myślowych, a także do nazbyt wielu dygresji.
To, co leży u tych tendencji podstaw, jest cenne i może być z wielkim pożytkiem wykorzystane: jeśli ktoś bez wysiłku dostrzega wielość w jedności i jedność
w wielości – tak materii jak ducha
– daje to niezwykłe możliwości.
Jednak nie można – nie podejmując już odpowiedniego wysiłku uporządkowania, scalenia i zformalizowania – w ten sam sposób próbować przekazać sprawy innym – słuchającym, czytelnikom – choćby pełnym i dobrej woli i obdarzonych największymi zaletami umysłu, bo obowiązek dbania o klarowność przekazu spoczywa zawsze na tym, który go przekazuje. Tak jak w trenerskim aforyzmie: za podanie odpowiada zawsze podający.
Przepraszam, postaram się poprawiać i poprawić.

***

A teraz już bezpośrednio o „Vulnerable”.

Nie będę podawał swoich interpretacji tekstu piosenki.
Zrobię co innego – przetłumaczę ten tekst na nasz język – niedoskonale,
tak, jak z jednej strony pozwala mi znajomość obu języków, która oczywiście ogranicza, z drugiej strony jednak tak, by spróbować w tłumaczeniu podkreślić
i uwydatnić to, co, jednocześnie i Proste, i Wielkie, i Prawdziwe – jest w tym tekście zawarte.

Najpierw zamieszczam tekst oryginalny:

Vulnerable

Everywhere I look I see her smile
Her absent minded eyes
And she has kept me wondering for so long
How this thing could go wrong

It seems to me that we are both the same
Playing the same game
But as darkness falls
This true love falls apart
Into a riddle of her heart

She’s so vulnerable
Like china in my hands
She’s so vulnerable
And I don’t understand

I could never hurt the one I love
She’s all I’ve got
But she’s so vulnerable
Oh so vulnerable

Days like these no one should be alone
No heart should hide away
Her touch is gently conquering my mind
There’s nothing words can say

She’s coloured all the secrets of my soul
I’ve whispered all my dreams
But just as nighttime falls
This vision falls apart
Into a riddle of her heart, yeah

She’s so vulnerable
Like china in my hand
She’s so vulnerable
And I don’t understand
I could never hurt the one I love
She’s all I’ve got
But she’s so vulnerable
Oh so vulnerable, yeah

Don’t hide your eyes…

 

Ponieważ oryginał jest częściowo rymowany i ja nadam polskiemu
tłumaczeniu pewne rymy. Raczej wewnętrzne i łamane niż aa/bb
i podobne, jak w oryginale, w jęz. polskim brzmiałyby bowiem zbyt częstochowsko i ujmowały powagi całości. To także wpłynie na to,
że nie jest to tłumaczenie dosłowne, ale – na tyle na ile potrafię
– jest to tłumaczenie Wierne. Na pewno wierne – samemu sobie.

Tytuł dosłownie oznacza: Wrażliwy/wrażliwa/czuły/czuła itp. 

Tytuł ten tłumaczę jednak bardzo niedosłownie,
 jako: Ona jest Miłością

Wszechświat śmieje się do mnie jej ustami
Patrzy oczyma słońca i księżyca
Przebyłem podróż życia zanim ją poznałem
[W najtrudniejszych chwilach, jednak]
Podejrzewając, że nic nie może się nie udać

Już wiem, że tak naprawdę jesteśmy Całością
Jesteśmy tacy sami; oboje gramy w jedną grę
Choć niegdyś, gdy nadchodził mrok
ta pewność pogrążała się w zagadce naszych serc

Ona jest Miłością
Czułą porcelaną w moich rękach

Nie mógłbym chcieć jej skrzywdzić
Prędzej zraniłbym siebie niż Ją
Wiedziałem, że jest wszystkim co mam
gdy nie sądziłem jeszcze, że jest samym mną.

..

Ten dzień jest wieczny i nikt nie jest w nim sam
Serca nie bawią się już w chowanego
Ich dotyk mówi nam więcej niż wszelki rozum
Niewypowiadalnego

***

Teraz zaś przejdę do teledysku do tej piosenki – który, moze bardziej nawet niż którykolwiek inny, tak bogaty jest w mniej lub bardziej ukryte znaczenia.
Poniżej dotknę tylko niektórych, wybranych symboli, scen i znaczeń – skupijąc się na bardziej uniwersalnej niż indywidualno – osobistej ich wymowie. Tak będzie, jak sądzę tutaj lepiej – aspekt osobisty każdy, kto będzie chciał – najlepiej, aby zaczerpnął – tak z tekstu, jak z towarzyszących mu obrazów – samodzielnie.
Komentarze postaram się uczynić jak najkrótszymi i najtreściwszymi.

[analizę i stopklatki z teledysku dodałem kilka godz. tj. ok. godz. 20 
po publikacji] 

Wybrane sceny omawiam i wstawiam odnośne kadry w kolejności
chronologicznej – od początku teledysku do końca. 

Żyrandol w neobarokowym (?) pałacyku, w którym kręcono zdjęcia wnętrz
do teledysku. Narzuca się symbolika orbitalno – kosmiczno -atomiczna.
Zgodnie ze znaną poradą:

- Kto rozumie, ten oblicza.

policzyłem i wyszło mi 2 razy po 8 – 8 czarnych i osiem czerwonych.
Tutaj mi narzuca się interpretacja indywidualna tj. osobista, 
gdyż ja po prostu jestem 8.8. 
Wydaje się (taka wsobna uwaga), że muszę tu uzupełnić do Trójni do
harmonii i balansu. Stąd pewne specjalne znaczenie ma też zestawienie 8
z inną liczbą..Ale to jest indywidualne, więc nie będę tego poszerzał.
Ciekawostka od kota – dla kotów: 8-mki oczywiście są związane z Lwami..
(vide astrologia, tarot, ale nie tylko..)

Zaś uniwersalniej: warto sobie sprawdzić (leksykony, itp. – 
doradzam bardziej niż strony internetowe, na których czasem
pisze wszystko, tylko nie to, co sensowne..) symbolikę ósemki oczywiście.
Ode mnie: 8 stojące jako cyferka normalnie – w pionie to także 
lemniskata. 
8 leżące – to oczywiście: nieskończoność

W ogóle ten pałacyk i jego wnętrza sa ciekawe – może ktoś
coś ciekawego sam wypatrzy : – ). 
Mi korytarze przypominają pewne miejsce, pałacyk niedaleko Tuluzy. 

W początkowych scenach teledysku jest też pokazany:

– kot (kotka) 

Tutaj też przeważa moja indyuwidualno – osobista odnośnia.
Ale warto też poszperać na temat różnych znaczeń związanych z kotami – 
niewykluczone, że także zagorzali Kociarze (Kociarki) mogą dowiedzieć
się czegoś jeszcze nieznanego..

-Per, który użycza swój wokal (Marie tylko podśpiewuje – nuci) w tej piosence
pisze w kilku scenach na maszynie.

W sumie jest to całkiem humorystycznie pokazana historyjka..
 Jak wiadomo, wokalista śpiewa, jak bardzo wrażliwa jest Ona - 
 tak wrażliwa, delikatna, krucha - jak chińska porcelana..

Sceny teledysku pokazują dosłownie, że śpiewający Mężczyzna
 boi się, że cokolwiek by napisał - nawet zupełnie niewinnego czy - przecież 
 - pięknego czy jednoznacznie pozytywnego - do Niej - Tak Wrażliwej - 
 to może sie okazać, że jakoś ją to dotknie, że wywoła nieprzewidzianą
 reakcję, niechcący jakoś jednak zrani - cokolwiek by nie chciał jej 
 przekazać, powiedzieć, napisać - jest tak Wrażliwa - że obawia się
 ..
 Dlatego w końcu znajduje rozwiązanie komiczne, ale też ciepłe..
 Jeśli obejrzymy dokładnie teledysk, zobaczymy, co Mężczyzna w końcu
 zdecyduje się napisać do Niej, Tak Wrażliwej..
 Ja tego tutaj nie mam potrzeby zdradzać i nikogo wyręczać ..;- ) 

Z maszyną i pisaniem są też związane inne znaczenia.
Można poszukać, także intuicyjnie.
Ja wskażę na dosłowność: maszyna to zapewne produkt 
firmy – lub nazwa modelu, którą widać na korpusie: FACIT. 

Facit – znaczy CZYNIĆ.
Nie myśleć, nie teoretyzować, ale robić jakieś konkretne rzeczy.
Bo rzeczy same się nie robią.

Dawno już temu, chyba 10 lat temu, gdy poznałem – na odległość
Arka i jego pisanie – tutaj link (https://www.salon24.pl/u/arkadiusz-jadczyk/)
– a było to jesienią 2008 r., gdy wróciłem z Australii, 
 
założyłem też swój mały blog na salonie24 i napisałem tam,
trochę w duchu ironicznym i melancholicznym o czymś
związanym z ‚facit‚ –
ironicznie ciut, bo i ku  temu się wówczas skłaniałem
(bardziej umysłowo oczywiście
niż uczuciowo; kolejny rodzaj samo-ochrony.
Taki np. cynizm zresztą – to 
ochrona silniejsza, ale i zgubniejsza

Wspomniałem mianowicie jedno zdanie z nie tak znanej, a szkoda
(śmiechu warte, że tak piszę, sam jej bowiem wcale nie skończyłem..)
powieści Tomasza Manna – „Doktor Faustus„. 
Powieść ta, najkrócej mówiąc, poza narracją społeczną – obejmującą
pewne analizy zmian społecznych i państwowych, oczywiście u Manna
związanych z Niemcami i faszyzmem, opisuje kontrakt pewnego
kompozytora (muzyka) z Diabłem..
Zdanie to, zagubione i całkiem przypadkiem wyłowione zapamiętałem jako:

Dominus  Dicis et non facis 

Pada to tam bez szerszych – czy też nawet żadnych wyjaśnień, 
że nawiązuje do Diabła/Szatana itd. – wynika z kontekstu.

Co zaś to znaczy? To:
Ten (pan), który MÓWI A NIE CZYNI. 

W teledysku jest też mnóstwo nawiązań – zupełnie wprost,
lub trochę pośrednio do np. Złotego Podziału, pewnych matematycznej
natury zasad budowy kosmosu, symboli związanych
z tzw. świętą geometrią (nie lubię tego określenia).

Więcej na ten temat pisać raczej nie muszę –  Internet zalany jest wręcz
różnymi stronami z tym związanymi – czasem bardzo ładnymi – rzadziej mądrymi – a jeszcze rzadziej mającymi coś wspólnego z Rzeczywistością.
Sam się na tym zresztą nieszczególnie znam.
Jak zwykle – jeśli będę coś wiedział (i sobie w tej materii trochę ufał),
na wszelkie pytania, sugestie itp. z wdzięcznością odpowiem (choćby
wymijająco, z braku laku..) w Komentarzach, które Każdy może
zamieścić pod każdą z notek na tym blogu (nie trzeba się logować – 
wystarczy podanie – można i fałszywego – pseudo). 

Trochę związany z tą ‚geometrią’ ale niosący też szersze 
znaczenia, a dla mnie oczywiście także indywidualnie – przypominający
o czymś – jest także obecny w teledysku, na różne sposoby, Słonecznik..

Na koniec jeszcze 3 widoki nucącej wokalistki Roxette – Marie – 
przy witrażach w pałacyku. 

I tutaj trochę to we mnie pozostawia ambiwalentne wrażenia. 
Dlaczego? Dlatego, że symbolika oczywiście nawiązuje do RÓŻOKRZYŻA
A ze mną to jest tak, że szkołom rozwoju duchowego, ezoterycznym, 
magicznym, i wszelkim temu podobnym, to generalnie nie ufam.
Nie wolno tutaj bazować jedynie na teoretycznej wiedzy czy intuicji.
Ponieważ szkoły takie, stowarzyszenia i tym podobne (czy nazwać
je religiami czy sektami – to tylko etykietki) mogą także WYRZĄDZIĆ
WIELKIE SZKODY nieprzygotowanej, wrażliwej jednostce (a największe
wyrządziły i wyrządzają największe uznane religie, niestety) – to trzeba
być z tym bardzo ostrożnym. 
Dlatego i więcej na ten temat nie napiszę ani złego ani dobrego:
nie znaczy to wszystko, ż nie podoba mi się Różokrzyż, różne jego odłamy (na pewno szwedzki
– w ogóle skandynawskie – są dość prężne vide H.) ani też nie znaczy,
że mi się podoba!
Nie znaczy to też, że pisząc: nie ufam – nie ufam, mając do tego podstawy.
Wychodzę z innego założenia: dopóki osobiście, wszechstronnie
i wieloaspektowo nie poznam – tak co do teorii i przekazu ale przede
wszystkim jeśli chodzi o praktykę czy też OWOCE, jakie dana
szkoła – działaność i szerzona wiedza – przynosi;
jak 
oddziaływuje na ludzi, czy czyni więcej zła, czy zdecydowanie rodzi 
tylko dobre owoce – dotąd nie mogę mówić ani o zaufaniu ani o 
pozytywnej ocenie, ani takiego czegoś nikomu jako pożyteczne,
polecać nie będę. 
Dlatego mój stosunek i brak zaufania wynika nie z niechęci
czy złych doświadzeń – ale raczej z niewiedzy i po prostu braku doświadczeń.
To jest o wiele ważniejsze, by wstrzymać się od oceny niż np. wnioski,
płynące choćby z tego, że – być może – początki Różokrzyża vide
Christian Rosenkreutz (ale nie zawsze są te kwestie w ogóle istotne
dla obecnych stowarzyszeń odwołujących się do symboliki Krzyża i Róży –
która też jest bardzo różnie tłumaczona, i czasem zgoła odmiennie..
łącznie z odwołaniem do egipskiego miasta..)
związane są z Mistyfikacją/Oszustwem/Fałszerstwem.
Oczywiście – pewne rzeczy można przekazać tylko metaforycznie,
symbolicznie, w pewnej zawoalowanej formie.
Ale mistyfikacje, wg mnie – nie są już niezbędne.. 
Ta kwestia jednak nie jest na pewno decydująca a nawet ważna.
Ale jakiś znak to jest..
Jeszcze jedna kwestia..
Różnie się do tego podchodzi – czasem mawia – że robienie z czegoś tajemnicy
czy ukrywanie pewnych kwestii, pod różnymi nazwami (wtajemniczenia, 
dojrzenia do „wyższych arkanów wiedzy”, koniecznością testów osoby itp.) 
jest konieczne, nawet dobre, czy co najmniej: nie jest złe, szkodliwe.

Ark jednak mawiał, że jeśli coś jest ukrywane, z czegoś robi się
tajemnicę, to najpewniej głównie dlatego,
że jakby przyjrzeć się temu dokładnie, to ŚMIERDZI.

I, znając pewne realia, a niektórych się domyślajac, polecam
jednak mieć to na uwadze, ostrożne oczywiście – by nikogo oczywiście niezasłużenie nie skrzywdzić nazbyt złym przed-sądem (uprzedzeniem) 

EPILOG

Per – na tym teledysku jest oczywiście młodszy niż obecnie.
Ale na szczęście nie nosi już tego strasznego „długowłosego jeża” na głowie,
z czasów początków Roxette.
Jak już pisałem, Per i Maria zastarzeli się raczej sympatycznie.
Ja tez się postarzałem.

dwa pierwsze fot. – MD, niedługo po maturze

Na szczęście, jeża nigdy nie nosiłem, a także: nie muszę sobie rozjaśniać fryzury..Sama zawsze jaśnieje o kilka a może więcej tonów od słońca.
I ciemnieje zimą.

Pieniny, 1998 – 21 lat (MD)
Mroczne Czasy lecz z kocią źrenicą – MD, circa 2014/15
MD, maj 2018, poniżej przed fryzjerem (zbieram się..)

 

Choć mógłbym jeszcze ją ciągnąć – na podstawie niektórych innych piosenek – kończę serię związaną z Roxette, następny wpis będzie miał już zupełnie inny charakter.
Ten jednak niech zakończy się Ciszą, której nie można wykrzywić, zepsuć, uczynić nieważną czy pomijalną, jak można to uczynić ze słowami.
I inną piosenką, ciut inną niż Roxette estetyką..

Words like violence
Break the silence

 All I ever wanted
 All I ever needed
 Is here in my arms

Words are very unnecessary
 They can only do harm

Vows are spoken
 To be broken
 Feelings are intense
 Words are trivial

Pleasures remain
 So does the pain

Words are meaningless
 And forgettable

All I ever wanted
 All I ever needed
 Is here in my arms
 Words are very unnecessary
 They can only do harm
mal. Salvador Dali, korekta MD, Gala zastąpiona M.

 

Kury i Anioły

Zatem – kontynuuję, co zacząłem – tematy sprzed 2 (3) dni (a tutaj link do tegoż 5 maja..), ale bardziej bezpośrednie dokończenie wątków nastąpi w drugiej części
niniejszego wpisu (TiP część 2 – Teoria i Praktyka cz. 2). 

Poczynam zaś od części artystycznej, w której, niczym pisklę w żółtku,
ukrywa się zagadnienie tak ciekawe, jak choćby: 
” Dlaczego drób drobi i co ptactwo podrygujące ma wspólnego
z anielskim lataniem?”

W tym odcinku, 8. 5 (maja), złamię też ogólną zasadę, której starałem się tutaj trzymać, mianowicie nie mieszania nazbyt wielu wątków, tematów, rzeczy
w jednym wpisie. 
Dodatkowo – wypełniając plan, że kontynuacja nastąpi (a właściwie: ukaże się) za 3 dni, wdrażam plan szczegółowszy: wpisy na tym blogu będą się ukazywać
co 3 dni. Czy to nie nazbyt ambitne, biorąc pod uwagę dotychczasowe opóźnienia? Czy nie oznacza to przesunięcia punktu ciężkości z jakości na ilość?

Nie sądzę. Po pierwsze treści mi nie brakowało, jest jej nawet za dużo, problem był zawsze z formą. Po drugie, doświadczenie wykazało, że na obniżenie jakości wpływa raczej przewlekanie i odkładanie. Po trzecie wreszcie, muszę zagospodarować kilka odłożonych a gotowych już tematów, by w maju i czerwcu przedstawić w końcu konkretne plany, od których napomykam od dawna.

Pisałem i porządkowałem niniejsze
najpierw przycupnąwszy w URSA MAIOR.

Lokal obok, niewidoczny uduchowiony lutnista
strugał kopię stradivariusa. 

Niedaleko mnie wisiał plakat promocyjny piwa Pantokrator
(nie pijam żadnego alkoholu od ponad 6 lat, ale piwo kiedyś mi
bardzo smakowało; teraz – próbnie tylko – w ogóle już nie smakuje);
hasłem WIFI tuta też jest Pantokrator.

W pewnym pustostanie przypadkowo będąc zrobiłem zdjęcie graffiti:

Pankration to nie to samo so pantokrator, podobnie jak PANTEIZM
to nie to samo co PANATEIZM. Jeśli ktoś zna różnicę, proszę podać w komentarzu ..będzie Nagroda!

Przypomina mi ta sceneria wyżej niedojrzałe pomysły niektórych gnostyków, pewne skrzywienia kabały (ale nie fulcanellowskiej cabal’y), doszukujących się przyczyn istnienia negatywności w Stworzeniu w jakimś „wypadku”, który wydarzył się w prapoczątkach, rozbitych naczyniach itp. wymysłach. Każdy człowiek konsekwentny myślowo i empatycznie tego rodzaju wytłumaczenia zagadnienia Teodycei oczywiście znajduje jako daleko niewystarczające.
Graffiti, które po pewnej świadomej koloryzacji nasuwa mi właśnie jakiś taki „kosmiczny wypadek” – zostając w pewnych kurzych konotacjach – nie przymierzając – jakieś rozbite JAJKO.

W 2004 roku nakręciłem mój (w zasadzie) pierwszy film, krótki paradokument
o kurach i aniołach. Dopiero jednak po latach zdałem sobie sprawę, że nic
w tym filmie nie jest przypadkowe i pisząc „nic” mam dosłownie na myśli to,
że wszystko ma tam znaczenia korespondujące bardziej lub mniej bezpośrednio ze Znaczeniami Najważniejszymi.
Gdy zaś piszę: znaczenia najważniejsze mam na myśli znaczenia kluczowe nie tylko dla mnie (mojego świadomego życia) ale i kluczowe dla człowieka i jego kondycji w świecie, w ogóle.

Istnieje zatem dziwne powiązanie między Bogiem i zagadnieniami najgłębszej teogonii (i kosmogonii) oraz drobiem (nazywanym drobiem domowym) –
w szczególności zaś: kurami (kurą).

Oczywiście, znane pytanie o to, czy najpierw było jajko czy kura – i szukanie przez nie związku jest NIEPOWAŻNE i byłoby błaznowaniem (a błaznowanie
poza tym, że jest już na pewnym etapie nudne to poza tym jest czcze praktycznie) – mówimy tutaj najzupełniej serio o sprawach śmiertlenie (a przede wszystkim życiowo) poważnych.

Zależność ta została przede mnie odkryta niedawno poprzez „przypadkowe” zetknięcie się z pewnymi konsekwencjami, w szczególności poprzez angielskojęzyczny rdzeń językowy słowa „kura” – tj. „HEN”.
Zdaję sobie sprawę, że prawdopodobnie Nikomu (Komukolwiek) z Was nic
to nie mówi. Sprawa bowiem jest powiązana wręcz archaicznie ze sferą
rodzinno – prywatną, rzecz można nawet: genealogiczną. Tak jakby powiązana pomiędzy genealogią a teologią (w szczególności – teogonią).
Lepiej zrozumieć, o czym mówię, Rozum i logika raczej nie pomogą.
Pomóc może natomiast wejście w pewien nastrój.
Jest to zatem – w dużej mierze – jak już na tym blogu nie raz
wspominałem (że droga poznania – Gnozy – rozpoczyna się raczej
w Sercu niż poprzez Rozum) sprawa naszych serc.
Następnym zaś słowem kluczem i drogowskazem tutaj jest – dzieciństwo.

Iluminacja na ten temat przyszła do mnie ponad rok temu w trakcie zasłuchania się w obrazach (synestezja jest często wskaźnikiem tego, że przekraczamy czysto rozumowe poznanie i zrozumienie – tutaj przedrostek pochodzący od rozumu musi zostać, ale jest to już trans-rozumienie – pewnych rzeczy), które przyniosła końcówka poniższego wiersza Iwana Bunina (w tłumaczeniu Macieja Frońskiego, co ważne, bo to właśnie tłumaczenie i ten „egzemplarz” był tym, który przyniósł
ten specjalny nastrój..) i która przeniosła mnie do mojego dziecięcego pokoju.
A także do dziecięcych pokoi i bawialni mojego Ojca (w podwójnym znaczeniu pojęcia..), dziadka, prababci itd. Nawiasem mówiąc, cała, wielka (dla dziecka
jeszcze większa, co oczywiste), bo pod prawie 4 metrowym sufitem, jedna ściana
tego (mojego) pokoju pokryta była (estetyczną) fototapetą przedstawiającą..
jodły, świerki..las. 

IWAN BUNIN (1870-1953)

Детская

От пихт и елей в горнице темней,
Скучней, стращней. Древнее есть что-то
В уборе их. И вечером красней
Сквозь них зари морозной позолота.

Узорно-легкой, мягкой бахромой
Лежит их тень на рдеющих обоях –
И грустны, грустны сумерки зимой
В заброщенных помещичьих покоях!

Сидиш и смотриш в окна из угла
И думаешь о жизни старосветской...
Увы! Ведь эта горница была
Когда-то нашей детской!

1903-1906


Pokój dziecinny

Od jodeł, świerków w izbie prawie mrok,
Jest smutno, straszno… i jest coś w ich szatach
Starczego. Bardziej, gdy zapada zmrok,
Poprzez nie krwista zachodu poświata.

Na rdzewiejące ściany pada cień
Wzorzystą, lekką frędzlą – aż do kąta –
I smutno gaśnie ten zimowy dzień
W ziemiańskich wnętrzach, których nikt nie sprząta!

Usiadłszy w rogu patrzysz w okna szkło,
O dawnym życiu myślisz z łezką w oku…
Przecież ta izba – nie poznajesz? – no,
To nasz dziecinny pokój!

                     przełożył Maciej Froński

 

Wróćmy jednak jeszcze na chwilkę do kur.
W ogóle zagadnienie w jaki sposób szczegółowo (naukowo) Duch
uzgadnia się ze sferą genetyczną (biochemiczną)
nie tylko w aspekcie indywidualnej inkarnacji, ale także tak, że jest to dopasowane do pewnego konsekwentnego kontinuum dziedziczenia (rodu, rodziny),jest zagadnieniem niezwykle fascynującym ale i niezwykle trudnym, złożonym.
Trudno się oczywiście spodziewać, że zostanie ono rozwiązane zanim w ogóle przełamie się w ramach nauk ścisłych barierę i opracuje oddziaływanie ducha
w materii, choćby w tak podstawowo ujętym zagadnieniu jak stosunek świadomości do mózgu (można to zatytułować skomplikowanie i konkretniej
np. „superweniowanie stanów myślnych na stanach kwantowych w ośrodkach mózgowych”.

Zagadnień genetycznych to nam nawet Rupert Sheldrake na razie raczej nie rozwiążę [ciekawe, dlaczego Sheldrake ma też coś wspólnego z drobiem..-
ktoś wie? Proszę o komentarz – a będzie (serio): nagroda!

Nagrodę tę zdobyć nie jest aż tak bardzo łatwo – 
bo choć dodam pewną wskazówkę, to jest ona..pośrednia!

 

Nie wytłumaczą mi tego raczej też moi Drobi..tj. Drodzy Rodzice,
choć drobiem się nawet wnikliwiej zajmowali..
Ot, choćby takie tytuły nadawali swoim wpisom na blogach..

Ouppss..Końcówka tytułu może za się bardzo, nie tylko z drobiem
kojarzyć! 

Może problem wyjaśnili moi już dawno nie żyjący (umarli zaś
obydwaj za młodu) dalsi przodkowie..

Mieli do tego jakieś predyspozycje, po pierwsze bowiem
byli naukowcami (jeden nawet bardzo młodym wiekiem
profesorem medycyny – współpracującym pewien
czas w Instytucie Pasteura w Paryżu z Miecznikowem).
Może mogli nawet zrozumieć tak trudne zagadnienia,
albowiem, z historii o nich wiem, że byli nadzwyczaj 
dobrymi ludźmi, a cecha ta akurat liczy się, jeśli rozpatruje
się sprawy mieszczące się już nie w zwykłej nauce
ale nauce inkorporującej zagadnienia ezoteryczne..

***

Tak więc, zasygnalizowałem jedynie, że:
Jest związek z zagadnieniami boskimi – szczególnie w aspekcie
wręcz ARCHAICZNEJ kosmogonii a kurą (drobiem).
I że nie ma to wiele wspólnego z poważnym rozważaniem 
przysłowiowego pytania o prapoczątek (ale ma coś wspólnego
z tym, że pytanie o prapoczątek, czy przybiera formę szukania
jakiegoś Ungrund czy też skupia się bardziej na praktycznych
aspektach analizy choćby tak doniosłej sprawy jak istnienie Zła –
jest ważne). 
Ewa także to przysłowiowe pytanie raczej bagatelizuje po czym
przechodzi do zagadnień istotniejszych..

Drób, gad, płaz, ssak – człowiek – wszystko to boże stworzenia 
(w ziemskiej bibliotece..)

Jednak od człowieka do Boga nie jest tak prosto i bezpośrednio.
Np. pomiędzy człowiekiem i Bogiem może być, i tradycja o tym pamięta..choćby anioł.

Całość 10-minutowego paradokumentu (z 2004 r.) jest do obejrzenia tutaj:

a nawet do ściągnięcia, np. tu

Ewangelia Pierwsza (2004, 10 min.)

Z częścia artystyczną niniejszego wpisu pożegnajmy się z uduchowionym
wyrazem twarzy..

i zarysem – niewidocznej, jak Ciemna Strona Księżyca, Konstelacji Kury. 

***

Ostatni film (z pewnym drobnym wyjątkiem) nakręciłem w zasadzie
już 10 lat temu (2008). Ale i do filmów w bieżącym roku planuję wrócić..

Powyższą, środkową część pisałem w Kociej Kawiarni..

Lwi taki trochę, nieprawdaż?

Aż dziw, że biorąc pod uwagę ilość wątków w tym kłębku,
notka nie jest (wydaje mi się, że nie jest) aż taka rozbałaganiona
jak by to wynikało ze spotkania: kota i kłębka tematów..

TERAZ PRZEJDŹMY (WRÓĆMY) do tego, co pisałem o swoich wadach,
pisząc w poprzednim odcinku:

pytanie wsobne: czy ta RZECZ to moja cecha?

Szukałem powodów negatywności (różnego typu, w tym przypadku powodów braku dyscypliny, opóźnień, pośrednio też złości na siebie itd.) i nawet mówiąc ogólniej: braków i dysharmonii (przecież i 5 i 8 wiążą się i z balansem
i z harmonią..).  Wyżej (w poprzednim wpisie) zająłem się możliwością pierwszą,
pytając czy aby jest to naprawdę moje; czy może w ogóle nie należy do mnie ale jest powiedzmy nawet czymś w rodzaju jakiegoś ataku – jakiegoś wroga, przeciwnika (takiego jak u Castanedy..albo i innego), czy może też po prostu „szumu/chaosu” z zewnątrz – na mnie. Z taką konstatacją miałem problem,
ze względu na pewną pretensjonalność założenia. A także z pewnych
innych względów..
A jednak – chciałbym podkreślić to, że pokonanie tej pretensjonalności
i przyjęcie, że rzeczywiście WADY tak naprawdę nie są moje (co nie znaczy absolutnie jakiejś frywolnej i nieodpowiedzialnej ekskulpacji z tego,
że przecież te wady się jak najbardziej realnie przeze mnie jednak PRZEJAWIAJĄ) – może być pomocne.
I, biorąc pod uwagę to, co napisałem w nawiasie, jeśli nie idziemy w kierunku bezczynności ale aktywnego wzięcia odpowiedzialności – oczywiście jest to pomocne. Łatwiej nam wtedy uwierzyć w siebie – i z tą siłą mocniej i skuteczniej ZWALCZAĆ TE WADY.

Wracam do tego po raz kolejny, co stwierdzi każdy uważny czytelnik tego bloga, od pierwszego prawie wpisu – wracam oczywiście świadomie – by raz po raz przypomnieć sobie, że pomimo NAWET zdroworoz(skąd?)kowego krytycyzmu
i sceptycyzmu oraz jak najbardziej pożądanej PRAWDZIWEJ pokory i skromności – są pewne zadania – które, aby mogły się realnie przejawić wymagają nie tylko przekonania o istnieniu Boga (wiary, która graniczy z pewnością), ale bardziej nawet wymagają wielkiej WIARY W SIEBIE.
I tutaj mamy do czynienia z wieloma psychologicznymi przede wszystkim paradoksami, które zapewne wymyślone są po to, by nas zatrzymać na
(swoim, czyli dość przeciętnym a mówiąc inaczej: zawsze negatywnym
w sensie: że negatywne jest nierealizowanie Potencjalności) miejscu.

Miejscu, które, póki co, bardziej definiuje to co niżej (zwierzę) niż to,
co wyżej – jakieś niebo czy tam anioł.

Zdrowy rozsądek, powiem, też jest skądś – i czasem przyjrzenie się naszym,
u niektórych ludzi automatycznym, oczywistościom tego typu – potrafi ujawnić, jak bardzo są one nieracjonalne – i tym samym z naprawdę ZDROWYM rozsądkiem nie mają nic wspólnego. W szczególności powodują raczej one to,
że trwamy w chorobie.

Będziemy do tego wracać nie raz. Trzeba bowiem te sprawy dokładniej
(i przekonywująco) wyjaśnić. Tutaj niech będzie wolno mi jeszcze
przywołać powiedzenie:

MISTYK NIE MOŻE BAĆ SIĘ ŚMIESZNOŚCI

Oczywiście są różnego rodzaju śmieszności, także takie, które są po prostu reakcjami (wg powiedzenia, że na początku się kogoś niewygodnego ignoruje; następnym zaś etapem może być – sprawdzone i często skuteczne – wyśmianie).

Oczywiście do pewnego stopnia śmieszności nie da się uniknąć.
Także, balans pomiędzy teorią i praktyką, podpowiada nam, że jednak
niemądre jest przesadzanie z wystawianiem się na śmieszność –
nie jest to bowiem pragmatyczne (czyni rzecz nieskuteczną).
Jest to zatem, jak niemal wszystko, kwestia złotego środka.

Śmieszność jest jednak jednym z największych lęków intelektualistów
(i racjonalistów, w ogóle).
Także dlatego mają oni tak wielki problem z egzystencją i co za tym
w pierwszym rzędzie idzie – ze śmiercią. Oczywiście powstają
wtedy nieliche dzieła sztuki lub rozprawy, ale smutne jest to, 
że mają one często błędne podstawy skutkujące takimże błędnym,
choć mimo wszystko cennym artystycznie, finałem. 
Naturalnie intelektualiści ciążą raczej w stronę melancholii
(dobrze, gdy aktywnej, wtedy rodzą artystę – przy pasywnej generalnie degenerują) i ironii. Z jedną i drugą się osobiście (po okresie wielkiej zażyłości) pożegnałem, choć nie wątpię, że szczególnie druga może być nadal twórczo wykorzystywana FORMALNIE dla dobrej sprawy.

Biblia bardziej wtajemniczonych melancholików ma już prawie 500 lat..i ja ją mam (jeszcze) na półce..

No dobrze, ale wracajmy do tematu, czyli – omówiliśmy (dopowiedzieliśmy) trochę do pierwszego pytania wsobnego..
A pozostałe alternatywy tej auto-indagacji?
Zatem:

– Czy może inaczej jednak: to cecha z ZEWNĄTRZ (cecha warunkowana
przez WPŁYW ŚRODKOWISKA i wszystkie temu podobne..),
której nie potrafię się skutecznie oprzeć?

Ale przecież tutaj właśnie należy głównie stosować MĄDROŚĆ,
która mówi kiedy nasze MYŚLI lepiej brać za OBIEKTYWNE a świat
za ILUZJĘ, a kiedy odwrotnie – świadomość (i jeszcze bardziej nieświadomość/podświadomość – co łatwiej powiedzieć niż..)
NEUTRALIZOWAĆ jako stwarzającą nam sztuczne bariery,
ograniczającą – wracamy do pozornego zderzenia paradoksalnych
REŻIMÓW od którego zacząłem wpis poprzedni..

Co tutaj jest ważne?
Jaka konstatacja?

Ważne jest CO Z NASZYCH IDEI, PLANÓW, MYŚLI
– inspiracji i intuicji WYNIKA W PRAKTYCE.

Ważne, by wiedzieć, kiedy i jaki aspekt maksymalizować.

Równanie zatem wyglądałoby mniej więcej tak:

(M + P)  x P = Pp  

Gdzie:
M – myśli, idee, inspiracje itd.
P – praktyka, pragmatym, realizm, trzymanie się Ziemi
Pp – pleroma praktyka (w wersji bardziej zaś osobistej: 
pleoroma praktyka)

Jak widzimy, jeśli po lewej stronie równania
gdziekolwiek za P podstawi się wartość ZERO,
wynik będzie zerowy. 

Mówi to nam wyraźnie o tym, co od dawna znane,
że choćby: lepiej być pracowitym bez talentu niż
utalentowatym bez pracy. 
I można to znaleźć wszędzie, gdzie trochę myślą..
choćby w zakonie thelemy stopień Theoreticus
jest poniżej Practicusa. 
A i wg Borysa Murawiewa, to co różni
egzoteryków od mezoteryków i ezoteryków
to dołączenie do „wspólnego rozumienia”
praktyki – ci na etapie mezo (mezzo) więcej już kalkulują
niż kontemplują, zaś ezoterycy mają konieczną
i doskonałą Praktykę..

Jeśli pod 0 podstawi się symbolicznie Boga
(co nie jest li tylko jakąś zgrywą, a ma swoje,
także symboliczne, ale nie tylko, uzasadnienie..)

– to można, tylko w określonej konwencji, przyjąć,
że Bóg nie praktykuje
(ten wzór rozpatrywany z podstawieniem Boga w ogóle
jest ciekawy ale omówienie tego wymagałoby odrębnego
zupełnie opracowania..).

Czy to jest jakaś konwencja zarzutu? Wręcz przeciwnie.
Nie do tego zmierzamy.

Z przymróżeniem oka, przypomina mi się tutaj
scena z amerykańskiej prześmiewczej (a jednak prezentującej
czasem dość istotne wartości, co prawda w oryginalny sposób)
bajki dla dorosłych (choć najczęściej oglądają ją jednak dzieci,
co nie zawsze dobre..) pt. "South Park":
- w scenie tej bohater, chłopczyk ma pretensje, że po raz
kolejny zanosi się na śmierć Kennego (to bohater - też chłopczyk,
który tradycyjnie ginie w każdym odcinku - na przeróżne sposoby
tj. ginie w sensie spotyka go najczęściej jakaś gwałtowna a niespodziewana 
i widowiskowa śmierć fizyczna..) i wzywa Boga by przedsięwziął jakąś
interwencję..Bóg jednak, wychylając się zza chmurki, przedstawiony
tradycyjnie i symbolicznie za pomocą oka Opatrzności w trójkącie,
przepraszająco wyjaśnia, że nie bardzo może interweniować, bo:
- ALE JA NIE MAM RĄK!

Mamy tutaj więc kwestię tego, że Bogu potrzebne są 
JAKIEŚ NARZĘDZIA.

Muszę się tutaj przyznać, że napisałem w życiu dużo bzdur – to znaczy,
żeby uszczegółowić i być jeszcze szczerszym, może nie aż tak strasznie dużo,
ale za to kilka bardzo wielkich. I rzeczywiście, bardziej nawet
napisałem niż powiedziałem (ale to obecnie bardzo często,
bo w zw. z Internetem i anonimowością itp. ludzie częściej
niż kiedyś są skłonni do wypisywania takich rzeczy, których
jednak – powiedzieć fizycznymi ustami by jednak nie powiedzieli..). 

Jedną z największych bzdur jaką zdarzyło mi się napisać jest
passus, który znalazł się w pewnym – zaczętym tylko, i nigdy
nie dokończonym teoremacie.
Rzeczy celowo nie polerowałem, nie poprawiłem kosmetycznie
(gramatycznie itp.) i logicznie i w ogóle nie kończyłem,
zorientowawszy się, że całość szła w złym kierunku.
I to, że tutaj o tej pisaninie napomykam też oczywiście nie
ma na celu promocji tego,  chociaż – są tam pewne wartościowe
elementy. Jako przykład jednak, gdzie i jak można się pogubić
– gdy człowiek ma więcej pretensji o Istnienie niż za to wdzięczności
i gdy teoretyczna wiedza (oraz intuicja) o tym, że CZAS JEST ILUZJĄ
pcha takiego człowieka do rozmyślań postulujących czasu likwidację 
(co byłoby nad wyraz żałosne, zważywszy że BÓG WŁAŚNIE
i CUD STWORZENIA wiąże się z czasu odpowiednim przez
Jedynego zatrudnieniem – czasu oszukaniem; w tym sensie
mówi się czasem o Bogu jako o ZWYCIĘZCY NIEMIŁOSIERNEGO
HEROPASSA). 

Spektralna teoria Boga, duszy i świadomości została zanotowana
właśnie w czasie wyjątkowo silnego kryzysu, zarówno duchowego,
jak mentalnego i fizycznego, w roku 2014. 
Co ciekawe, nawet jeszcze w r. 2016 popełniłem pewne
refleksje na temat tej teoryjki, ale już wiedząc, że idzie w złym
kierunku i nie zamierzając jej polerować i kończyć.
Ten rodzaj „dementi” napisałem dokładnie 7 lipca 2016 –
na 7(8) dni przed 15 lipca, gdy moje pewne skrzywione
zapatrywania (raczej contra intuicji – płynące z chorobliwego
stanu tak mentalnego jak fizycznego – intuicje bowiem zawsze
były dość zdrowe..)  – i także, pewne słabości, nieodwołalnie się
naprostowały! Bogu dzięki!

Ten nieszczęsny passus, bzdura bzdur brzmiała:
BÓG NIE POZWALA SOBIE POMAGAĆ (z definicji). 

Otóż, naprawdę jest dokładnie odwrotnie.

Ktoś (Ark) kiedyś, nie tak dawno, ładnie ujął anty-bzdurnie:

Trzeba temu Bogu jakoś pomóc!

I tylko w takim instrumentalnym celu przywołałem podobną konwencję,
jak wyżej. 

ZŁE POMYSŁY W ZŁYCH CZASACH
 (czasach nie tak złych, bo koniecznych -
 bowiem jest oczywistym dla Każdego, że trzeba się
 narodzić, żeby móc umrzeć - ale nie dla każdego, że
 trzeba umrzeć, żeby się narodzić..)

Tutaj można - kto wnikliwy porównać może sobie
 mój opis sprawy (i BŁĘDU oraz złego kierunku)
 z materiałem empirycznym..

Schemat główny (jako taki można powiedzieć, że
 w zasadzie najmniej obarczony błędami) - link.

Oryginał - z różnymi językowymi (ale i merytorycznymi)
 niedoszlifowaniami (jak wspomaniałem - tak pozostawiony
 bez poprawek i finalizacji) - link.

A tutaj "dementi" - ustosunkowanie się - jeszcze w lipcu 2016
 (link). 

Czasy, gdy jest się martwym nigdy nie należą do przyjemnych,
ale jednak – poza – wtedy lekko przeświecającą przez ciemność,
potem zaś jasną jak Słońce – świadomością konieczności takich
doświadczeń, było w nich też kilka odlotowych pomysłów..-choćby to,
że części (nieopublikowane, i dobrze) do powyżej wspomnianych
teoryjek oraz pewne inne spisywałem wpadając w pismo
tzw. „automatyczne” – bywało, że pisząc (na laptopie) 
ponad 48 godzin, bez przerwy, czego skutki były nie tylko
duchowo – mentalne ale i fizyczne (bardziej niż jakiegoś -ezo
– raczej -egzo-dermiczne..)

ręka po pisaniu..

***

Część 3 i ostatnią niniejszego wpisu w dzień 5-8 pisałem
w Alchemii..

W ogóle, coś ta alchemia, choć w odróżeniu od Rodziców (biochemików)
a i też wielu Przodków (w tym wspomnianych,) nie jestem naukowcem
(a na pewno nie przyrodnikiem!) mi chodzi po głowie..a nawet – gdy nie chodzi
– to bywa, że sama do mnie przychodzi. 

Tematów – dotknąłem, tylko skrawek. Ale i tak – zgodnie
z dyspensą, zaznaczoną na wstępie, pewnie – za dużo!
Taki to świat – gdzie wszystko się ze wszystkim łączy,
a człowiek – jak Adam – jeśli jest mądry (rozsądny) – 
i posłuszny wskazaniu Ojca – porządkuje, czyli nazywa.

Na koniec jeszcze – żeby nie było, że tak się tutaj pieścimy, 
ze wszystkim..

"Towards the cold of Zero degrees Absolute, beyond which there is Nothing but the Abyss, the Great Emptiness which draws in and swallows everything relative; the Outer Darkness into which everything falls with weeping and gnashing of teeth, giving out cries of distress. Only what is absolute will withstand their icy breath."
[z Gnosis, cz. III, Borys Murawiew, 
nawiązanie oczywiście do Mt 8; 12 (8,3), Mt 13; 41-42  (4,8,3)]

Tak..
I tutaj, mimo całych moich zarzutów do siebie samego w głównej mierze,
przypominam sobie – jakby to było dzisiaj..A było to właśnie w r. 2014,
w apogeum śmierci (choć to ciężko powiedzieć..- pierwsze apogeum, 
a raczej epicentrum „wybuchu” było już w 2011 – gdy miałem jeszcze 
33 lata, w Poznaniu). Petardy zaś wybuchały i raniły aż do 2015..a może
i nawet po nim. 
Przypominam sobie, że byłem TAM, w tej mrążącej duszę i ciało
Pustce, gdzie nic relatywnego się nie liczy – i gdzie jest 
tylko niewczesny „płacz i zgrzytanie zębów”. 
I mimo całego mojego opłakanego stanu, gdy opadły ze mnie
wszystkie skrzywienia i degeneracje osobowości, które
nabyłem żyjąc, a tak w tych chwilach jakby było,
czułem tylko nadziemski spokój, widziałem
tylko piękno w jego świętym rytmie
i przepełniała mnie czułość do Wszystkiego,
co 
żyje, żyło i będzie żyło. 

 

Dwa (2) dwa [2,2] TiP czyli Wskazówka

 

A tak, bez przeprosin, bez Dzień Dobry ani nawet:

-Pochwalony!

Po prostu: Teoria i Praktyka, czyli TiP – znaczy się, z anglosaska,
po polsku zaś – wskazówka (najwyższy na nią czas i to tę grubą!;
końcówka kija wskazuje cel bili S*)

4,4

8

oo

 Pi

meta-motto

motto ze „Zniewolonego umysłu” Czesława Miłosza: Jeżeli dwóch się kłóci,
a jeden ma rzetelnych 55 procent racji, to bardzo dobrze i nie ma się co szarpać.
A kto ma 60 procent racji? To ślicznie, to wielkie szczęście i niech Panu Bogu dziękuje! A co by powiedzieć o 85 procent racji? Mądrzy ludzie powiadają, że to bardzo podejrzane. No, a co o 100 procent? Taki, co mówi, że ma 100 procent racji, to paskudny gwałtownik, straszny rabuśnik, największy łajdak.
(Stary Żyd z Podkarpacia) 

 

Niewypełnienie planów z ostatniego wpisu jak Wy wiecie i ja wiem nastąpiło, zamiast przyśpieszenia, miast konkretów (które się nawet dokonkretyzowały)
i zamiast zadowolenia – wyrzuty sumienia.

- Dobrze być praktycznym, pragmatycznym, „uziemionym” 
- Niedobrze być praktycznym, pragmatycznym, parterowym.
„Rzeczywistość", która mnie otacza, jest tak naprawdę iluzoryczna.
 Realna jest MYŚL.
Myśli, którymi żyję, tworzą sztuczny świat. 
Tak naprawdę liczy się tylko „obiektywny świat w okół”.

2 x 2 – 2 razy po 2 zdania.                   [w sumie jednak: 8 (2;2;2;2) hehe]

Sprzeczne zdania, sprzeczne myśli
(czy sprzeczne światy? – Temat na esej bawiący się pojęciami i formą)
– paradoksy (?).

A jednak jeden i drugi REŻIM REALNY – jeden i drugi może realnie
ZA
szkodzić. Jeden i drugi może też obracać się  na naszą korzyść.

Tylko trzeba wiedzieć (i praktykować tę wiedzę), kiedy należy wybrać
Praktykę i Ziemię, a kiedy Myśl i Ideę.
We WDRAŻANIU – chyba to pierwsze.
W kreatywnej inspiracji – chyba to drugie, nieprawdaż?

A gdy bywa odwrotnie (a – świat wygląda jak wygląda, a ja boczę się na siebie
jak się ostatnio boczyłem – bo zwykle BYWA odwrotnie) – bardzo źle bywa.

***

No dobrze, ale o co to całe kwa..gdakanie..?

To Drobienie, rozdrabnianie (się też).

Hmm..Część rekreacyjno – art. na ten temat będzie w następnym odcinku, 
gdyż jest dość rozbudowana..- następny odcinek (kolejny wpis) już
za 3 dni (zatem 8 maja – 8.5.), więc tutaj tylko skurwonek
(nie, nie..nic obraźliwego – to taki Skowronek (trailer, zapowiedź)
Kury (tak, tak..).
Powszedni (vulg.) [powszechny – vul.claer] – nie od w. dzwonu ;-0.

 

(napis filmowy na tej stopklatce głosi w jęz. angielskim: „The hen” – co tłumaczy się na nasze: KURA -;)

***

Zaprawdę, jest czas płodzenia i czas umierania.
I na wszystkie rzeczy jest odpowiedni czas pod Słońcem.
Jest czas wymyślania i czas wdrażania.
Czas teorii i praktyki.

Teoria ma czas,
gdy jest bardziej teoretyczna;
nadchodzi jednak Czas,
gdy stać się musi bardziej praktyczna.

Praktyka zaś ma czas, gdy musi być poprawiona
przez Serca i Myśli;
Wszak pozostaje przez to Praktyczna,
podczas gdy będąc nie w czasie,
Zawczasu lub po Czasie stałaby się Teoretyczna.

Gdy zaś praktyka staje się Teoretyczna
nie w swoim Czasie,
Kończą się czasy.

Gdy zaś Teoria rozradza się w czasie Umierania,
Staje się przez to bardziej teoretyczna.

 

Teoria jest bardzo dobra, znam to z praktyki.
Praktyka jednak teorii rzadko się słucha, znam to z teorii 
(dowcip Ark'a w komentarzu na jego BLOGU (link tutaj) ok. 1,5 roku temu); 

możliwe przeszeregowania tego dwuzdania, które jednak nie jest zderzeniem tutaj dwóch reżimów, a raczej dowcipem. W każdym dowcipie jednak jest jakaś Prawda, im lepszy zaś dowcip tym większa to prawda i więcej to prawdy. Przeszeregowania (polecam takie ćwiczenie!) tego humorystycznego powiedzenie można twórczo i z pożytkiem przemedytować. Oby jednak w czasie medytowania, a nie czasie wdrażania. 
Przykład przeszeregowania: „Praktyka jest bardzo dobra, znam to z teorii 
(co brane dosłownie jest przyznaniem się do ohydnej porażki).
 Teoria jednak praktyki rzadko się słucha,znam to z praktyki
(to zdanie z kolei sugeruje prima facie utyskiwanie 
Sprawiedliwego nad Innymi) 
etc.etc.

 

Wszystko ma wyznaczony Czas pod Słońcem
(nad Słońcem czasu nie ma).
I jest czas Płodzenia i Czas Obumierania.

Narodzeni powtórnie wiedzą, jak błogosławiony jest Czas Umierania..

*

Czas od ostatniego wpisu przyniósł wiele pozytywów, takich jak wspomniane dokonkretyzowanie się (nie finalne, ale znaczne) w pozytywnym kierunku pewnych konkretów (mających bardzo praktyczny aspekt), przyniósł nowe pomysły, nie sprawił, że to, co było przygotowane stało się zbędne albo niewłaściwe, a raczej to ubogacił. Mimo to, czas ten stał ogólnie pod
znakiem rosnącej ZŁOŚCI NA SIEBIE. Sama złość na siebie już jest ZŁA.
Szczególnie w tym kontekście w jakim wiem, że istniała.

A PRAKTYCZNIE jest rzecz jeszcze gorsza
(pytanie wsobne: czy ta RZECZ to moja cecha?)

[Uwierzenie w to, że to cecha nie moja, może być bardzo pomocne,
ale tutaj napotykam na pewną barierę, która zwie się ŚWIADOMOŚCIĄ PRETENSJONALNOŚCI tj. własnych pretensji do bycia „zbyt”.
Bariera ta jest w praktyce raczej SZKODLIWA..]

Jaka to rzecz?

Ano taki mój osobliwy zwyczaj – który z samego opisu (czy jego własnego przeżywania) nie wydaje się może FATALNY i OHYDNY ale w PRAKTYCE

(postawmy tutaj po kantowsku znak równości między RZECZYWISTOŚCIĄ 
i praktyką – po kantowsku zakrzyknijmy w duchu: Niech żyje METAPRAKTYKA – która jest Drugą (czy raczej Pierwszą) Metafizyką – w której nomen omen jest NOUMEN – w której jesteśmy twórcami i stwórcami i to my decydujemy, że jesteśmy WOLNI – wypełniając tę wolność – jak kto lubi – a ja lubię SKRÓTY
 – z serdecznego palca najbliżej mam do SERCA).
[tabliczka dla Ś.P. Non Omnis Moriar Kantystów]

 

O.T.O-Sam opis tegoż:
Tak to BYWAŁO bardzo często, że gdy zobowiązałem się – tak wewnętrznie
jak zewnętrznie – do jakiejś Konsekwencji Działania – i mijające dnie
i tygodnie przynosiły kolejne opóźnienia i niekonsekwencje w tę założoną radośnie, zaplanowaną konsekwencję – to popadałem w coraz to większą niezgodę z sobą samym, siebie samego krytykę i obwinianie.
Skutek tego jednak był Najstraszliwszy i Najohydniejszy praktycznie –
bowiem coraz bardziej zły na samego siebie – wolałem – gdyż przynosiło
się to na złudny rodzaj „bezpieczeństwa” – W OGÓLE się daną – coraz bardziej opóźnianą rzeczą nie zajmować, od niej abstrahować (przy czym w głowie, teoretycznie, nigdy się z niej nie wycofawszy (sic gramatic!),
ba! – tego w ogóle nie brałem pod uwagę; to z kolei złudne „bezpieczeństwo”,
że dalej jest się wiernym idei..

Skutki tak piramidalnego zaniedbania PRAKTYCZNEGO,
skutki tak prymitywnego (a jednak na swój sposób wyszukanego) UNIKU
były (pisząc tutaj o tym wprost nie mogę nie zakładać z całkowitym przekonywaniem się, jak tylko potrafię, proporcjonalnie do fluktujących możliwości koncentracji i sublimacji, zaniżonych oczywiście przez te ohydne najszkodliwsze z możliwych praktyki, te właśnie, o których mowa) OPŁAKANE:
w istocie, w rzeczy samej, najgorsze z możliwych.
Tutaj opis tego bezeceństwa ucinam, co do TERAZ i wszelkiej przyszłości
zaś bez cienia wahania przyjmuję, że praktyki opisane i do nich podobne są
już wyłącznie SNEM W PRZESZŁOŚCI – nierzeczywistym i o zatraconej granicy, jak mrok w obliczu światła.

Teraz zaś i  RZECZYWISTOŚCI PRZYSZŁOŚCI trzeba (chcę) to wszystko sobie
i Wam wynagrodzić i zaczynam już teraz.

Przyśpieszenie, planowane, nie NASTĄPI ale nastąpiło, jest to faktem tak pewnym, że za 3 dni (tj. ósmego maja, 8-5…) nastąpi następny wielce SUBTANCJALNY przekaz treści (kolejny wpis).

Obiecane zaś, już wcześniej, a tak solennie ostatnio, KONKRETY
(te najkonkretniejsze z konkretnych) cały czas, który dodatkowo minął
tylko dodatkowo wygładził, ubogacił i dopragmatyzował: jest to nielicha pociecha! A ponieważ w tej chwili już wiem, że NAJSOLIDNIEJ i
Najrelewantniej będę mógł przedstawić je w CZERWCU – zatem to –
kolejne już powiecie opóźnienie jest tylko i niech nazywa się słusznie
(o co i Was, Ktokolwiek czyta i liczy na to, że piszący jest słowny i da to,
co obiecał – a on też na to liczy..) nie spóźnieniem czy kolejnym
przekładaniem ale DOJRZEWANIEM, MATuracją.

Albowiem najlepszymi PRZEPROSINAMI
w praktyce nie jest przecież
ani paraliżujący żal ani chłostający wyrzut
sumienia, ale pogodne, pełne wiary, nadziei
i już rozpoczętej praktyki odnawiane wciąż
postanowienie!

 

Takie to oczywiste, prawda?

Jak to, że tutaj tylko rozpoczęliśmy wątki,
które znajdą rozwinięcie i finał już za 3 dni.
Odnowione (i to jeszcze z auto-testem), Renovata Integra!

 

 

sprawa gdakania – Praktyczność i Procesualność tego drobienia.. Pi..pi.pi..so!

Kartka z pamiętnika

Zanim – za kilka dni – nastąpi kontynuacja poprzedniego
wpisu („Cele pracy ezoterycznej”), ponieważ – wpis ten
zakończyłem pewnym meta-odwołaniem, czyli odwołaniem
się do sensu i powołania nauczyciela w pracy ezoterycznej
w ogólności, uczynię małe interludium i przypomnę
fragment pewnego pamiętnika.
Marat Dakunin

Marsylia, () 1986

Jestem transformatorem i konwerterem
energii. To jest esencja mojego istnienia.
To jedyny możliwy cel. Mogę wybrać, czy 
służyć temu celowi, czy nie. Mogę być tylko
transformatorem. (..)
Albo, mogę służyć jako kanał. To wybór
pomiędzy samowolą a dyscypliną. Co robi
„Ja” to samowola. Co działa poprzez „Ja”
nią nie jest. Powiniem pozwolić, by
Działało poprze mnie. Trzeba wyeliminować
samowolę. Ale, na Boga, nie samokontrolę!

Tak więc chcę wyeliminować samowolę, usunąć
autoidentyfikację. TO bardzo ważne.
Chcę (jednak) wglądu i samoobserwacji.
Chcę zaplanować każdą godzinę.
Chcę pozbyć się garbu, przestać być
wielbłądem.
Chcę słuchać. Chcę wewnętrznie rozważać.
(..)
Świat jest marnością. Marnością, która
przeminie. Niebo przeminie, Ziemia
przeminie, drzewa przeminą, ludzie
przeminą. Ludzkie aspiracje przeminą. Nauka
i wiedza przeminie. Wszystko co mnie spaja,
przeminie.
Cel – na tym poziomie – nie istnieje.
Wyznaczać cel na tym poziomie to
okłamywanie samego siebie.
Humanizm, prawda, wiedza – to puste słowa.
Słowa otoczone przez cierpienie, które jest
bez znaczenia. Kiedy mówię, że „chcę pomóc
ludzkości” – to puste słowa.Kiedy mówię
„wiedza”, „nauka”, „prawda”, „poznanie” –
to słowa fantomy.

Jestem transformatorem energii i potrzebuję
służyć jako taki. To jest to, co mogę.
Gdzie jest wyjście?
Nic nie pozostanie z tego, co robię.
Równie dobrze mógłbym nie istnieć.
Myśleć, że jestem inny, że jestem
wyjątkowy? Że dokonam rzeczy, których nikt
nie dokonał – ale mi się uda, gdyż mam
szczęście? Boże, to możliwe, żeby wierzyć w
tę iluzję!(..)
Jeden cel wydaje się osiągalny.
Gdy koniec będzie blisko, cierpienie będzie tak
wielkie, że odejdę z ulgą (..)

Gdzie jest wyjście? Jakiemu celowi służą
ludzie? To jest eksperyment!
To, co bierze początek we mnie się nie
liczy. Jedyne, co mogę zrobić, to pozwolić czemuś
potężniejszemu mówić przeze mnie. Czemuś
mądrzejszemu mówić do mnie i mówić przeze
mnie. Działać przeze mnie.
Jestem łupiną, maszyną. Jestem możliwością
dla czegoś większego do bycia we mnie i
działania przeze mnie. Jestem miejscem,
które czeka by zostało wypełnione.

Jestem powozem bez woźnicy i bez pana.
Tak, jest mózg, są członki ciała, są
zmysły. Ale jestem tylko powozem, bez
powożącego i bez pana. Osobą z pretensjami
by posiadać jakieś prawa. Która odgrywa
role, czasami woźnicy, czasami pana – która
mówi ciągla „Ja”.
Lecz jestem tylko powozem,
który jedzie do nikąd i skazany
jest rozkraczyć się w jakimś rowie.
Moje aspiracje, moje ambicje, moje chęci –
to wszystko należy do pustego powozu
i konia,
(koń w metaforze człowieka Gurdżijewa
symbolizuje uczucia, jako siłę napędową człowieka
– dopisek MD) 
pozostawionego bez kontroli.
Wszystko, co robię, nic nie znaczy.
Wszystko co robię jest „osobiste”. Wszystko
co z [tej fałszywej osobowości]
pochodzi to balast.
To wielbłądzigarb.

Jak przejść przez ucho igielne z tym
garbem? Trzeba odłożyć na bok tę osobę.
Aspiracje i fanaberie – to nie ja.
Błogosławieni, którzy są potulni.
Potrzebuję potulności. Wyeliminowania
rzeczy zbędnych. I świadomości, że każda
chwila jest odgałęzieniem Wszechświata.

(Ark, Arkadiusz Jadczyk,
tłumacz. wersji angielskiej MD, choć językiem
ojczystym autora jest j. polski) 

Improwizacja (7-1-7) oraz Wolna Zemsta na Wrogu

Muszę przywołać siebie* do Porządku.

Siebie – tzn. moje Prawdziwe Ja.

[*tych małych „siebie” to nie mam co do porządku przywoływać –
nie posłuchają się, każde popędzi w inne strony i np. 
wejdą w świnie, a te skoczą do morza i potopią się, te małe
zwalczające się osobowości, z których każda chce czego innego
to nie ja – to coś, co mi narzucono, by moje „Ja” w tym pogubić,
– wiele ich, legion] 

Bo przecież – zapowiadałem – choćby w tych notkach:

tej,

tej

czy tej 

kontynuację i przedstawienie konkretnych kwestii – a –
już i „Na Nowy Rok” i teraz – nawet – odchodzę –
oddryfowuję od Tematu!

Ale to się nie powtórzy.
To jest ostatnia Improwizacja*.


*[a co później? Chcę zaplanowac każdą godzinę. 
Wykorzystać ją pożytecznie. Reagować przemyślanie.
Zasięgać rady tak Serca jak Rozumu zanim Uczynię!] 

A improwizacje są potrzebne, mają swoje miejsce!
Co się złego, niekorzystnego wydarzy,  – i z tego należy spróbować wyimprowizować jakiś pozytyw! – ubocznie, jakiś plusik spróbować
wyciągnąć.

Ale też pamiętam, jak pisał Ark:
„Działanie w improwizacji, impulsowe, natchnieniem
– bardzo się sprawdza!
Ale rzadko!
Na co dzień sprawdza się samodyscyplina!”

Z tym drugim u mnie bardzo źle. Ale – może i to – co
mnie ostatnio spotyka– a źle się dzieje w Państwie D(aku)-
nińskim – to i po to, by u mnie z tym, co źle – było lepiej?

Kolejne zastosowanie zasady Ruchu, Różnicy Potencjałów,
tego, że potrzeba czasem Negatywnego Impulsu by
wytworzyć Pozytywną Reakcję. Tak to jakoś bowiem jest,
że gdy się nam za dobrze wiedzie, gdy nic nie dolega,
gdy tyko życzliwość i przyjaźń i Sprawiedliwość w okół nas
– to jakby też NIC nas nie pcha do rozwoju, Zmiany – wpadamy
w stagnację, zastój, psujemy się, gnuśniejemy, tracimy WIGOR
– i ze światem nawet bywa podobnie.

Bo przecież, jak napisałem, 10 lat temu, w eksplikacji
do filmu „Alfa Omega”:

Stałość i zmiana.
 Metafora dotyczy przede wszystkim kwestii trwania i mijania, zmiany. Tęsknimy zarówno do niezmienności, zachowania tego co jest (trwaj chwilo), obawiamy się zmiany, równocześnie jednak odrzucamy zamarcie w skostnieniu, zatrzymaniu, zanik automatyzmów (namiętności), powtarzalność, nudę.
 Idea musi stawić czoła rzeczywistości, gdy świat realny zatrzymuje się, marzenie (urojenie) materializuje się siłą samego marzenia. Gdy czas staje, idea trwa wiecznie.
 A jednak ruch - to życie. Bezruch - to śmierć. Jeśli marzenie może mieć moc sprawczą, musi towarzyszyć mu wybór. Wiara, że stanie się coś, czego nie znamy, może sprawić, że zaufamy niewiadomej. Ubezpieczenie dotyczy zawsze zdarzenia przyszłego i niepewnego. Nadzieja na wieczną miłość leży w wierze i wyborze.

Dawno nie było u mnie piosenki, nie sądzicie?
No, może nie aż tak dawno..ale..
Ostatnio słuchałem trochę starego „One”.

I sam nie wiem, czy oryginał jest U2 (Bono) czy Casha.
Mi się ostatnio podoba Casha, Bono kiedyś,
a wersja Stipe’a z R.E.M. w ogóle.

Umówiłem się z pewnym pieśniarzem, bardzo wstępnie na razie,
ale zawsze, że, z jego gitarą i na dwa głosy zaśpiewamy „One”
na wiosnę.
Póki co – można go posłuchać jako barda i zobaczyć teledysk:

(…)

No, jak ktoś zobaczył cały teledysk Wyżej, to tę Ostatnią Improwizację
można (i wypada nawet) zacząć jakby od Początku (a środku niech będzie
Ungrund).

Ale Nowy Początek ma zawsze w sobie coś ze Starego Końca – inaczej
skąd by się Wziął? 🙂 – można powiedzieć – stosując się do tzw. zasady
logiki buddyjskiej…(per analogiam Wielki Wybuch – Oscylacja – Stworze”nia”)

***

Bądźcie Błogosławieni Nadwrażliwi!*

[*prof. Kazimierz Dąbrowski. Kto nie zna, to tym prędzej, a można nawet on-line, niech się zapozna, choćby z teorią „dezintegracji pozytywnej” – ale i dla ogólnej higieny psychicznej warto..]

Bądźcie Błogosławieni Którzy się Wstydzicie za Tych,
którzy Wstydu Nie Mają!

Zabawne, można mieć nawet taką empatię,
że można myśleć, iż się nie ma empatii.

Bądźcie Błogosławieni Którzy nie potraficie
Krzywdzić Innych z Premedytacją!

Albowiem tendencje się polaryzują.

Albowiem ludzie wybierają.

Albowiem teraz ludzie wybierają finalnie swój los.

I ci, którzy wybierają los tak tragiczny,
cierpi się za nich podwójnie.
Cierpi się za nich przedwcześnie.

"W blasku ranka, w nocy cieniach

Ktoś się rodzi dla cierpienia

W cieniach nocy, w dnia jasności

Ktoś się rodzi dla radości

Ktoś się rodzi dla radości

Ktoś się rodzi dla ciemności"

(W. Blake) 

Nie, nie ma żadnej pieprzonej predesytancji,
(szczególnie tej w wersji KALWIŃSKIEJ – o której –
jak brzmi dobry bunuelowski dowcip – nie wypada nawet
ludziom dobrze wychowanym zagadnąć przy obiedzie..),
jesteśmy wolni, ale im bardziej wybieramy Kłamstwo,
tym bardziej się od niego uzależniamy, im bardziej wchodzimy
w niewolę, tym mniej już mamy wolności, w tym sensie można
nawet wolność prawie do końca utracić…

{Ha, atakuje mnie 1000 dygresji, jak kiedyś, więc zamknę tego
diabła w butelce – i pozwolę sobie tylko w tym wpisie na improwizację.

I ta improwizacja – jest moją REAKCJĄ – jest moją zemstą,
jest moją Odpłatą, jest moją vendettą.

Można zresztą, kto chce, przeczytać mój - sprzed lat - ale
 jak gdyby czekał na tę okazję przygotowany..esej - dwucześciowy
 pt. "Perwersje Wolności".

Tutaj cz. I -  PERWERSJE WOLNOŚCI 
("Wolność jest perwersyjna - lubi ulegać swoim przeciwnikom...") 

A tutaj cz. II 

- przepraszam, wersje redakcyjne, możliwe usterki
i literówki, gdzieś w tej całej improwizacji zapodziały się pdf'y finalne 
po korekcie red.]

Kto lubi, może sobie posłuchać „Zemsty”, którą
obmyśla Ojciec – by pomścić zhańbioną córkę
(ale przemoc rodzi przemoc i Ojciec – który zhańbienie
na siebie nierozważnie zresztą wcześniej ściągnął,
i swej vendetty pożałuje – opłaci stratą największą
– śmiercią córki – aria Zemsty z Rigolett’a G. Verdiego:

Jeśli ktoś nie przepada za wyjcami operowymi to jest tez i wersja bardziej „swojska”

I już.
Lepiej posłuchać piosenki niż działać
nierozważnie, prawda?

Albo pomyśleć o tym, że jesteśmy Jednym, ale nie jesteśmy Tacy Sami
(„One”)

Is it getting better
Or do you feel the same
Will it make it easier on you
Now you got someone to blame

You say
One love
One life
When it’s one need
In the night
It’s one love
We get to share it
It leaves you baby
If you don’t care for it
Did I disappoint you?
Or leave a bad taste in your mouth?
You act like you never had love
And you want me to go without
Well it’s too late
Tonight
To drag the past out
Into the light
We’re one
But we’re not the same
We get to carry each other
Carry each other
One

Have you come here for forgiveness
Have you come to raise the dead
Have you come here to play Jesus
To the lepers in your head
Did I ask too much
More than a lot
You gave me nothing
Now it’s all I got
We’re one
But we’re not the same
We hurt each other
Then we do it again

You say
Love is a temple
Love a higher law
Love is a temple
Love the higher law
You ask me to enter
But then you make me crawl
And I can’t be holding on
To what you got
When all you got is hurt

One love
One blood
One life
You got to do what you should

One life
With each other

Sisters
Brothers

One life
But we’re not the same
We get to carry each other
Carry each other

One

Niech jednak też każdy znajdzie pociechę w tym, że „świat”
(i pisząc „świat” bynajmniej nie mam na myśli czegoś, co jest ‘naturalne’
czy też porządku jakiegoś ‘boskiego pochodzenia’) – że świat i jego słudzy,
jeśli z Nim– z Tobą – Ty, On, Ona, Ono, który, która, które to czytasz –
jeśli dają Ci się we znaki – znaczy to, żeś już nie tylko DonKichotem!
Bo na Don Kichotów wystarczą same wiatraki. Znajdź otuchę w tym,
że twoje działania zaczęły przynosić realne skutki, że wreszcie
odnalazłeś się w Rzeczywistości, prawdziwie złamałeś choć część Iluzji.
Że zaczynasz Czynić.

Że rozpocząłeś marsz ku Zwycięstwu.

Ale, cóż to byłby za Bóg – gdyby prowadziła do niego
tylko jedna Droga!
(jak odpowiedział raz chasydom Rabbi Jakow
Izzak Widzący z Lublina).

Jesteśmy Jednym, ale nie jesteśmy Tacy Sami!

Szanujmy się, Dbajmy o siebie!

Badźmy dla siebie Dobrzy,
wczuwajmy się w to co czynimy Drugim!

Bracia!
Siostry!

MD

Cele w ciele (Gnosis cz. II)

Ostatnio zapowiedziałem, że wpis „Gnosis” (tutaj link)
będzie miał kontynuację merytoryczną.

I oto ona. Słowa dotrzymuję.

Mieć cel, to ważna sprawa.

Odkryć dla siebie swój fundamentalny, życiowy cel – KAŻDY
– SAM DLA SIEBIE – i się go trzymać – sprawa jeszcze ważniejsza!

Ilu z nas żyje właściwie, pomijając drobne życiowe zabiegania
– BEZCELOWO?

Czy aby tak należy podchodzić do życia, które tutaj, w ciele,
na Ziemi, wiedziemy?

Mi się wydaje, że tak teoretyczne (w swoich poglądach, odczuciach)
jak praktycznie prowadzenie życia bezcelowego nie jest ani mądre
ani godne, ani nawet (sic!) popłatne. Jest tutaj, na marginesie cały
problem SENSU
, rozczarowań, doświadczeń, temat depresji,
temat NIHILIZMU
wreszcie.
O wszystkich tych, tak ważnych w naszym życiu, że czasem je najsilniej definiujących (lub..negujących) sprawach, napiszę. Napiszę już wkrótce!

Ja, piszący to, nie chcę Wam nic dawać zupełnie gotowego.
Bo w tej materii, do której zmierzam: tak nie można. Tak się nie uda.
Kto nam narzuca sztywne cele – czy aby jest przyjacielem
naszej Wolnej Woli? Czy aby jest tą Stroną, która Nam życzy dobrze?
Warto przemyśleć..

Najlepsze bowiem Opowieści są niedokończone.

A porzekadło mówi: Gute Lesser macht Ein Buch besser
(najmocniej przepraszam za nieznajomość jęz. niemieckiego
i możliwe usterki) tj. Dobry Czytelnik czyni samą książkę lepszą.

Nawiasem kwadratowym mówiąc, popełniłem kiedyś bardzo
dziwny Podręcznik, któremu patronowała m.in. powyższa sentencja.

 

okładka rys. Dariusz Rygiel na podst. projektu MD


Tutaj można go za darmo pobrać – PDF, ponad 130 stron 
]
Ostrzegam jednak z góry – książeczka to niebezpieczna!

**

Z celami, czy wszystkim innym, przez jakichś innych nam
wyznaczonymi, narzuconymi, czy nawet tylko podsuniętymi
czy doradzonymi – nie wiedze się zbyt dobrze. Bo i słusznie
– dlaczego przekonywać nas miałby i prawdziwe motywować cel,
który nie od nas samych – w całym tego słowa znaczeniu – pochodzi?

Najlepiej, by każdy sam dla siebie – coś – do budowania własnym życiem
i staraniami – odnalazł zupełnie samodzielnie.

Bo, powtórzę, za sobą sprzed kilku dni, tak mi się to podoba : ) :

Dobrze byłoby zasygnalizować Cel,
 tak by Inni mogli się (..) zorientować co do niego. Co do CELU.
 No i co do mnie.
 A na końcu, finalnie, tak byłoby najlepiej i to byłoby
 jak najbardziej Celowe: by się Inni mogli zorientować też co do Siebie,
 co do swoich Celów. Celów swoich Wnętrz. Celów ich prawdziwych „Ja”.

 

Każdy bowiem jest różny!
Każdy ma do rozmnożenia talenty! – choć nie każdy ma je
w tej samej walucie i tak samo łatwo wymienialne.
Każdy jednak może je zamienić, zmienić a może nawet Transmutować
w Wartości. Najlepiej te nieprzemijające.

Nad wymienialnością tej naszej przyrodzonej waluty czasem
trzeba się napracować! Ale ile później satysfakcji..
Z zakopania zaś daru niewiele pożytku..

niestety autor obrazka nie ustalony ale skojarzenie oczywiste jak mniemam

Oczywiście, jest najważniejsza praktycznie i prakseologicznie
kwestia celów szczegółowych, drobniejszych, cząstkowych,
instrumentalnych, celów poszczególnych etapów..KONKRETÓW.

I o konkretach, będzie! Trochę konkretów, kilka zaledwie..
już i tak umieściłem, na jednak będącej jeszcze w powijakach
stronie, do której przykleiłem tego bloga (http://cassiopaea.pl).
Choć zgodzę się, że są to konkrety..trochę poowijane..

Pisać będę przez najbliższe dwa – trzy odcinki, wspierając się Borysem Murawiewem, bo z nim mi, przynajmniej teraz, przynajmniej w pewnym zakresie, przynajmniej na pewnym etapie
– po drodze.
A sprawa jest bardziej ogólna – sprawa jest pewnej wspólnej,
nam ludziom, NATURY; może więc i Wam będzie po drodze,
przynajmniej
– na jakiś czas, przynajmniej w pewnym zakresie, przynajmniej:
by zacząć – lub wyjść z zastoju – lub: przerwać dryfowanie,
lub: nabrać wiatr w żagle. A na końcowej przystani,
ale może i – częściowo
– i na przesiadkowych – co nas może czekać..
A gdyby tak: RADOŚĆ NIE DO OPISANIA ? 

Będę tłumaczył część wstępu do II Tomu „Gnosis” Murawiewa, swobodnie, parafrazując, gdzieniegdzie dopowiem swój komentarz. Przepraszam,
za to, że tłumaczenie będzie wielce niedoskonałe i kulejące.

Dlaczego z Tomu II (z dopiskiem: Mesoteric)? – ano,
bo mi tu akurat pasuje ..

Ale słowo dodatkowego wyjaśnienia:

Według Tradycji, ze względu na wiedzę i czyn, 
ze względu na znajomość teorii i praktykę, 
ludzie dzielą się na Krąg Zewnętrzny i Krąg Wewnętrzny. 

Krąg Wewnętrzny zaś składa się z 3 kręgów, 
każdy od siebie węższy. 

Zewnętrzny krąg wewnętrzny nazywa się czasem Egzoterycznym.

Wszyscy, którzy do niego przynależą, bardzo wiele już osiągnęli, 
w perspektywie ogólnospołecznej to prawdziwa elita. 

Ludzie nim połączeni posiadają Wspólne Rozumienie.

Pośredni krąg nazywa się czasem mezoterycznym. 

Ludzie, którzy do niego należą, nie tylko posiadają wspólne
 rozumienie ale i takoż praktykują. 

Gdy ci z kręgu egzoterycznego KONTEMPLUJĄ, 
mezoterycy raczej KALKULUJĄ.

Krąg centralny nazywa się czasem Ezoterycznym.

Nieliczni w tym środkowym kręgu posiadają Wspólne Rozumienie, 
Praktykę oraz dodatkowo ich działania są zawsze doskonałe
 i zawsze konieczne. Ich praktyka jest dokładnym odbiciem 
Teorii, przedsięwzięcia zawsze niezbędne. Ich serce jest sercem dziecka.

Ich umysł, umysłem mędrca. Czyny ich są święte.

 

To, co wyżej, zanotowałem dla gości mojego profilu FB 20 sierpnia tego roku.

A to, co niżej

(true, true, without doubt..)

napisał Ark, 31 lat temu:

Marsylia, () 1986



Jestem transformatorem i konwerterem
energii. To jest esencja mojego istnienia.
To jedyny możliwy cel. Mogę wybrać, czy
służyć temu celowi, czy nie. Mogę być tylko
transformatorem. (..)

Albo, mogę służyć jako kanał. To wybór
pomiędzy samowolą a dyscypliną. Co robi
"Ja" to samowola. Co działa poprzez "Ja"
nią nie jest. Powiniem pozwolić, by
Działało poprze mnie. Trzeba wyeliminować
samowolę. Ale, na Boga, nie samokontrolę!

Tak więc chcę wyeliminować samowolę, usunąć
autoidentyfikację. TO bardzo ważne.
Chcę (jednak) wglądu i samoobserwacji.
Chcę zaplanować każdą godzinę.

Chcę pozbyć się garbu, przestać być
wielbłądem.
Chcę słuchać. Chcę wewnętrznie rozważać.

(..)

Świat jest marnością. Marnością, która
przeminie. Niebo przeminie, Ziemia
przeminie, drzewa przeminą, ludzie
przeminą. Ludzkie aspiracje przeminą. Nauka
i wiedza przeminie. Wszystko co mnie spaja,
przeminie.

Cel - na tym poziomie - nie istnieje.

Wyznaczać cel na tym poziomie to
okłamywanie samego siebie.

Humanizm, prawda, wiedza - to puste słowa.
Słowa otoczone przez cierpienie, które jest
bez znaczenia. Kiedy mówię, że "chę pomóc
ludzkości" - to puste słowa.Kiedy mówię
"wiedza", "nauka", "prawda", "poznanie" -
to słowa fantomy.

Jestem transformatorem energii i potrzebuję
służyć jako taki. To jest to, co mogę.

Gdzie jest wyjście?

Nic nie pozostanie z tego, co robię.

Równie dobrze mógłbym nie istnieć.

Myśleć, że jestem inny, że jestem
wyjątkowy? Że dokonam rzeczy, których nikt
nie dokonał - ale mi się uda, gdyż mam
szczęście? Boże, to możliwe, żeby wierzyć w
tę iluzję!(..)

Jeden cel wydaje się osiągalny. Gdy koniec
będzie blisko, cierpienie będzie tak
wielkie, że odejdę z ulgą (..)

Gdzie jest wyjście? Jakiemu celowi służą
ludzie? To jest eksperyment!

To, co bierze początek we mnie się nie
liczy. Jedyne, co mogę zrobić, to pozwolić czemuś
potężniejszemu mówić przeze mnie. Czemuś
mądrzejszemu mówić do mnie i mówić przeze
mnie. Działać przeze mnie.

Jestem łupiną, maszyną. Jestem możliwością
dla czegoś większego do bycia we mnie i
działania przeze mnie. Jestem miejscem,
które czeka by zostało wypełnione.

Jestem powozem bez woźnicy i bez pana.

Tak, jest mózg, są członki ciała, są
zmysły. Ale jestem tylko powozem, bez
powożącego i bez pana. Osobą z pretensjami
by posiadać jakieś prawa. Która odgrywa
role, czasami woźnicy, czasami pana - która
mówi ciągla "Ja". Lecz jestem tylko
powozem, który jedzie do nikąd i skazany
jest rozkraczyć się w jakimś rowie.

Moje aspiracje, moje ambicje, moje chęci -
to wszystko należy do pustego powozu i
konia, pozostawionego bez kontroli.
Wszystko, co robię, nic nie znaczy.
Wszystko co robię jest "osobiste". Wszystko
co z niej pochodzi to balast. To wielbłądzi
garb.

Jak przejść przez ucho igielne z tym
garbem? Trzeba odłożyć na bok tę osobę.
Aspiracje i fanaberie - to nie ja.

Błogosławieni, którzy są potulni.

Potrzebuję potulności. Wyeliminowania
rzeczy zbędnych. I świadomości, że każda
chwila jest odgałęzieniem Wszechświata.

(..)
tłumaczenie moje - MD

Ha!
Właśnie zorientowałem się, że biorąc pod uwagę to, co chciałem przedstawić,
ten wpis robi się za długi. A z czym jak czym ale Uwagą Potencjalnego Drogiego Czytelnika – igrać nie należy!

Dlatego, – o tym, o czym miało być: już w następnym Odcinku, za kilka dni..

Mam nadzieję, że tą woltą więcej rozbudziłem zaciekawienia niż irytacji.

Że tą Voltą stworzyłem – może nawet – jakieś Napięcie!

 

Tymczasem - do Następnego Wpisu..a ja
zbieram się do napisania zaległego maila
 do Mojej Drogiej Czytelniczki, H.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pamiętnik znaleziony w stole

Wróciłem z Beskidu Żywieckiego – chyba to już ostatnia
tegoroczna wyprawa. Noce dłuższe, dni krótsze – jesień,
a później zima – a z nimi dużo zaplanowanej, często nawet
odłożonej Pracy.

Ale sercem (i nogami, które jak zwykle, jeśli bolą, to od hamowania
przy schodzeniu, nie od wspinaczki..) jestem jeszcze w górach.
A miałem od tych wycieczek przerwę prawie 8 letnią.

Przypominają mi się moje notatki sprzed lat, z górami
właśnie związane.
Pisałem wtedy na przykład o UFO nad Babią Górą (Diablakiem)
Czy Pan wierzy w UFO w Beskidzie?https://www.salon24.pl/u/kalokagatek/105764,czy-pan-wierzy-w-ufo-w-beskidzie„.
Z notki poznikały zdjęcia, ale treść jest!
W zamian zamieszczam zdjęcie świeże, z Pilska:

Krzyże na słowackim szczycie Pilska i Mama

Kupiłem sobie stolik. A w zasadzie dwa stoliki.
Jeden, bo ładny i tajemniczy. Drugi – funkcjonalny. Do pracy.
Czy aby na pewno? Próbując go złożyć do kupy o mało
szlag mnie nie trafił..
Trzeba uważać, jeśli się jest z natury cholerykiem,
negatywnych uczuć nie warto wyrażać. Ale nie trzeba też ich tłamsić.
Najlepiej je, nikogo nie krzywdząc, pozytywnie rozładować.

„funkcjonalny stolik”

Wszystko przez to, że mam złe przyzwyczajenia.
Przyzwyczaiłem się pracować na leżąco. W związku z tym
zamówiłem sobie stolik o regulowanych dwóch wysokościach:
aby można było z niego korzystać i leżąc na łóżku i siedząc przy nim.
Złe przyzwyczajenia to nałogi.
Dobre – nawyki.
A takie, co dotyczą w sumie pracy, ale na leżąco, jak nazwać?

Ha! – ale cóż za przypadek! W drugim, tajemniczym stoliku,
znalazłem ukryty pamiętnik! Jakież to kierkegaardowskie.

Proszę, Ktoś pisze o Syrenach!
Co wyczytam, zapewne się tym podzielę!

A przecież 8 – 9 lat temu pisałem dużo właśnie o Sorenie Kierkegaardzie..
Pomiędzy wycieczkami górskimi pisałem np. tak
(w notce pt. „Trzy Korony i Czwarta..” –
https://www.salon24.pl/u/kalokagatek/72439,trzy-korony-czwarta-cz-2-1-2):

(..) Gurdżijew definiuje takie 
człowiecze centra:

- Centrum Intelektualne rejestruje myśli, 
kalkuluje, łączy, bada etc.;
- Centrum Emocjonalne ma w swojej domenie 
uczucia oraz poddane obróbce /?/ doznania i 
namiętności; 
- Centrum Ruchowe zarządza pięcioma zmysłami, 
gromadzi w organizmie energię poprzez jego 
instynktowne funkcje i przy pomocy jego funkcji 
motorycznych kieruje zużywaniem tej energii (tu 
chyba chodzi głównie o działanie..)

Było o tym w tej notce i w tej notce.

Dziś miałem ważkie dylematy. M.in. wybierałem 
trasę, którą przejdę górskie szlaki.
Jedne były dłuższe, ale proste, drugie były 
cięższe (ale w sumie i tak lajtowe) , jedne 
dawały perspektywę spotkania wielu turystów, 
inne wydawały się mniej uczęszczane. Czas był 
mocno ograniczony..

Na tych samotnych najłatwiej myśleć, choć 
myśleć wśród ludzi (Dzień Dobry! Dzień Dobry) 
jest szlachetniej (a może jakaś wartość dodana 
się trafi). 
Te cięższe dawały perspektywę szlifowania woli 
i ciała. 
Te ludne stwarzały (nikłą, bo nikłą) możliwość 
spotkania czarującej czarodziejki i 
ewentualnego zakochania się. 
Były też tzw. szlaki sentymentalne, 
przywołujące drgania uczuć z przeszłości. 
Centrum emocjonalne by się więc nasyciło. 
Rzuciłem monetą. 
Wypadł 3 razy orzeł.
Gdy wypada 3 razy orzeł to jak wiadomo jest to 
wg I-Cing stare Yang (albo Yin) 
i się długo nie utrzyma...
Wydaje się, że Platon pisał o trzech częściach 
duszy i stąd:
mądrość – jest cnotą części rozumnej, 
w męstwo – ma się wykształcić część impulsywna 
a panowanie nad sobą jest cnotą części 
pożądliwej. 
Cnota sprawiedliwości utrzymuje je w harmonii.

Dobra stanowią hierarchię, lecz na jej szczycie 
nie jest żadne z dóbr realnych ale sama idea 
dobra.

Celem jest zatem osiągniecie miłości samej idei 
dobra i piękna.

Wędrując jestem właściwie przekonany, iż 
osiągnąłem taką miłość.
Oczywiście, jest to bzdura, gdyż to mało warty 
sentymentalizm najpewniej
(nawet jak piesek górski przyskoczy). 
Czy w melancholię nie pcha często właśnie taka 
nieumiejętna 
(praecox ?) miłość do samych idei?

Wg Platona jednak poprzez cele realne, 
względne, skończone, można osiągać cele idealne 
i wieczne.

 

Sprawdziłem też, co pisałem 9 lat temu 1 października. Otóż nic nie pisałem.
Ale pisałem 29 września oraz 4.X.

Cytuję tam m.in. Rilkego

Nieznana cierpień przyczyna
Miłość niewyuczona
I dotąd niezdarta zasłona
Z tego, co dzieli nas w śmierci

(R.M. Rilke, Poezje wybrane)

Zdaje mi się, jakbym tyle lat temu zajmował się podobnymi sprawami,
co teraz.
Czyżbym więc ani trochę się nie postarzał? – nie rozwinął,
nie ewoluował?
A jednak – przecież po drodze, umarłem.
A jednak – jestem w miejscu podobnym – lecz trochę gdzie indziej.

 

Rzeczywiście, Ark kiedyś napisał:
– Żeby samemu zajść wyżej, trzeba podać rękę tym, 
którzy są niżej na drabinie. Tak to już jest urządzone..

mal. William Blake

Prace, cele, metody, techniki

Jak mawia Arkadiusz Jadczyk: jak najbardziej chwal się –
rzeczami nad którymi się napracowałeś albo uczciwie ci wyszły.

Skończyłem dziś zasadniczy etap, rzeczy, która mi się
strasznie przeciągała w czasie, której nie powinienem
się podejmować, bo nie znam się na tym i raczej nie mam
do tego tzw. drygu. Ale – mimo strasznej obsuwy czasowej,
jest to skończone – na tyle, że nawet zajmowanie się dalej
tym samym będzie już proste i szybkie.

Teraz przechodzę do bardzo istotnych prac, – jest reguła
First things First” – „Pierwsze rzeczy (niech) są Pierwsze„.

A także reguła: uczyń najważniejszą rzecz nie główną a jedyną,
której się poświęcasz
.  Tak uczynić, z pewnych względów, nie mogę
– a to dlatego przede wszystkim, że są to sprawy, zadania
i projekty o w zasadzie równym Najwyższym Priorytecie –
oraz dlatego, że są ze sobą powiązane, choć skutkują
na różnych polach, i to wydawałoby się odległych,
aż nie do pogodzenia: będą bowiem budowane by osiągnąć
cele i wyniki tak w płaszyźnie ideowej a nawet duchowej,
ale także materialnej i bardzo pragmatycznej, a może i..
politycznej..

Będę stosował w pracy: wysiłek fizyczny, umysłowy
i emocjonalny (sic!), będę używał metod logicznych,
psychologicznych
i – par excellence, mistycznych.

Będę posługiwał się technikami – m.in. IV Drogi (Gurdżijewa),
V Drogi (Marata) – tę drugą w zasadzie dopiero konstytuował
technikami procesualnymi (celem – jestem proces – żyj tak,
jakbyś miał jutro umrzeć – ucz się tak, jakbyś miał żyć wiecznie
),
technikami: ironicznego przypadku, techniką racjonalnej irracjonalności,
lekko zarzuconą, ale naprawianą techniką
Samozbawienia przez Samozabawę, oraz wieloma innymi,
powszednimi, zgodnie z kluczem i duchem technik
Zen i Kaizen – doceniania Małego i Zwyczajnego oraz
Metody Małych Kroków. Warto dodać, choć techniki Zen
widzę jako wartościowe, to meritum i zbytniego samolubstwa
w tej drodze, jak się wydaje, nie recypuję
(nie chcę tego recypować – a chcę:
Dzielić się tym, co mogę najwartościowszego
zdobyć – jeśli nie dzielimy się tym, co najlepsze posiadamy,
zaczynamy 
słyżyć sobie, a nie Innym – schodzimy na
lewą ścieżkę
..),  tak jak i ducha buddyzmu, który wydaje się,
mimo takoż cennych i wartościowych elementów i technik,
nazbyt pasywny
w podejściu do..Dobra.
[poprawka: Nazbyt pasywny w podejściu do ZŁA – to jest istotne!]

(przypominam sobie: 
- Jak bardzo jestem zatruty złem?
- To nie jest istotne. Istotne jest: jak bardzo jesteś "zatruty" dobrem.)

 

Kiedyś ukułem ironiczne hasło: – „Praktykuję mini-wkład do maxi-spraw” (nawiązanie do terminologii L. Kołakowskiego) i jego cyniczną wersję:
Chodzi o to, by minimalnym wysiłkiem osiągnać maksymalne rezultaty„.
Chcę te reguły uzdrowić, akcent kłaść na to, co w nich ekonomiczne, czyli efektywność działania, a nie na to, co w nich ironiczne (cyniczne tak naprawdę nigdy nie były, bo i ja nigdy nie byłem naprawdę cyniczny) – powodowane przeszłą melancholią.

Grafika górna – William Blake, fot. słońca na dole – Marat, kompilacja kolażu też M, cytat: Franciszek z Asyżu.

 

 

górna fot – Paul K. Feyerabend, błyskotliwy fizyk teoretyk i filozof nauki, autor metody „Anything Goes” (Wszystko Ujdzie – w..myciu?;–), autor m.in. wnikliwych studiów przełomowych odkryć naukowych, cenionego komentarza do Traktatu Logiczno-Filozoficznego Wittgensteina oraz wspomień pt. „Zabijanie Czasu” (z tego wszystkie w całości przeczytałem te ostatnie..)

 

moja kuchenka, Mamusia kupiła

 

Odmiana V Drogi wg G.I.Gurdżijewa (G.I.Gurdjieff), grafika na podstawie fotografii (c) M(ja,ja)

 

 

fot. na licencji creative commons (nie ja, Wspólne Dobro)