Plany, pienia i złe rozumienia

Ludzie są nieodpowiedzialni.

Sam jestem nieodpowiedzialny. Dlaczego mam się zatem dziwić, że w kwestii,
na której mi ostatnie pół roku bardzo zależało, na którą po prostu czekałem – spotkałem, można rzec: nawet więcej niż statystyka przewiduje nieodpowiedzialnych ludzi..

Bo choć się jeszcze to nie wyklarowało do końca, w tym momencie dużo wskazuje na to, że to, co było już prawie załatwione może jednak 
się nie udać, na razie.

Podejrzewam zresztą, że, jeśli tak będzie, wynika to nie tylko z:
– nieodpowiedzialności tych ludzi,
ale także:
– z odpowiedzialności pewnych innych nie-ludzi, którzy – być może biorąc pod uwagę pewną moją nieodpowiedzialność;
postanowili mi pokazać, no może nie tzw. „fucka” (o to bym ich nie podejrzewał, choć poczucie humoru to oni mają, oj, mają, to jednak z zasady niezłośliwe),
ale coś w rodzaju figi. Chorągiewki, króliczka, komunikatu: no, poczekaj sobie jeszcze, poćwicz sobie cierpliwość, wolę i umiejętność czasowego pożegnania się z tym, na czym bardzo ci zależało, bo dawało to rozliczne możliwości, niektóre nawet w rozmiarze pierwszym tak znaczącym w życiu.

Trafione w dziesiątkę, bo niewielu rzeczy bardziej nie cierpię niż rezygnować
z tego, co było już prawie, prawie – w zasadzie pewne, załatwione, gotowe.
Co było już do wdrażania w różnych aspektach przygotowywane przez ostanie pół roku. Na co czekałem.
Trafione, ale nie zatopione.
Albowiem, jeśli tak jednak wyjdzie, przecież poddać się nie mogę.
W szczególności nie mogę zrobić tego, co zwykle robiłem, gdy coś ważnego szło nie po mojej myśli. A wtedy włączała mi się zwykle tzw. przekora, sprowadzająca się w realiach i praktycznych skutkach głównie do tego, że mściłem się na samym sobie.
Może też tak macie? Bardzo to oczywiście, głupie.

Tak więc, nic innego nie pozostanie, jak z czekanych i utęsknionych, kilka dni temu prawie pewnych w możliwości realizacji, planów A, przejść, do póki to niezbędne, i tak, by oczywiście służyły one konstruktywnie planom A (odłożonym z musu, ale nie przekreślonym) do planów B, ciut awaryjnego i ascetycznego charakteru.
Przyjdzie to zrobić oczywiście bez entuzjazmu, bo kto się lubi samoograniczać? No, chyba tylko Bóg..

Postanowiłem jednocześnie zakończyć te często nawiązywanie tutaj do planów. Robi się już z tego pewna specyficzna meta-fizyka planowania. Trochę tak śmieszna, jak metafizyka uprawiana czy ‘dotykana’ w niektórych związkach wyznaniowych.
Będziemy po prostu działać, wg planów A, lub B, czas skończyć z tą potrzebą sumitowania się nad tym, co zaciemnia treści i cele, które przecież są najważniejsze.

Ostatnio napisałem kilka akapitów o tym boskim samoograniczeniu, przy okazji spaceru i wizyty w kościółku Mikołaja w Krakowie.

Ale zapomniałem tam wspomnieć, co mnie w zasadzie do napisania tamtego odcinka i pewnych refleksji bezpośrednio zainspirowało.

A był to mały śpiewniczek kościelny, leżący na jeden z ław. Rzuciłem do niego okiem i poślizgałem się po: znanych i mniej znanych tekstach różnych pieśni,
a tam takie, znane oczywiście i słyszane tak – jak się słyszy zwykle modlitwy i śpiewy religijne – czyli w ogóle się ich tak naprawdę nie słyszy, a szczególnie znaczenia poszczególnych słów czy też jakiejś logiki czy przekazu całości.

No, i trochę to śmieszne, trochę smutne, że w większości tych zwrotek i refrenów dominują takie formułki, które mogłyby odnosić się do kogokolwiek podług ludzkich a nawet podludzkich miar, tylko nie do Boga..
Mogłyby w szczególności być to zwroty, apostrofy, panegiryki i błagania o litość do okrutnego dyktatora, zidiociałego ze starości tyrana, zwariowanego trefnisia, niepełnosprawnego ministra z Ministerstwa Dziwnych Kroków, Baby z targu, psychopaty, rozkapryszonego dziecka..

Np. tutaj pewne cechy nawet trafnie uchwycone, choć nie wszystkie i nie cała ich różnorodność – pieśń zaczyna się ok. 40 sek

Wszystko to, przypomina mi kwestię, jak od dawien dawna,
BÓG BYWA ŹLE ROZUMIANY, ŻLE ODBIERANY, ŻLE WYOBRAŻANY,
nawet źle odczuwany.
A można go, rozumieć, odbierać, odczuwać – lepiej, prawdziwiej.
Przecież jest – ponoć – na nasze podobieństwo (tak, zwykle tak właśnie
jest – nie odwrotnie, jak w oryginale..).
Jednak tak to śmiesznie bywa – że kształtujemy sobie go głównie
na podobieństwo bardziej naszych wad! I to już jest tragikomiczne..

A pośrednio przypomina też, że – tak mi się wydaje, a znajduje to potwierdzenie w pewnym ciekawym źródle, które często, weryfikowane, okazuje się, że całkiem słusznie prawi, że nawet tak zaawansowane, realistyczne pod kątem wyciągania wniosków w rzeczywistego obrazu świata i jego mechanizmów, analizy, jak analizy Gurdżijewa, kosmologiczne i antropologiczne, w tym przede wszystkim tyczące się relacji na linii ‚Bóg – jego stworzenia – człowiek’ przedstawiają TYLKO JEDNĄ STRONĘ MEDALU.

Analizy, szczególnie psychologiczne, Gurdżijewa, są niesłychanie cenne
(i niemało wymagające, poza celowo fikuśną formą, przede wszystkim pewnej odwagi dostrzegania spraw takimi, jakie są, bez upiększeń i życzeniowości), jednak,
w pewnym sensie, ujmują tylko JEDNĄ STRONĘ MEDALU.
A może – pokazując dwie, zapominają o trzeciej, która była i jest
jednak bardziej pierwotna, podstawowa i – w całym tego Słowa
znaczeniu – kreatywna..
Tak jak jedną stroną byłaby wolność – a druga konieczność, tak trzecią,
jednak – i przede wszystkim miłość.
Ale zawsze nawiązując do miłości, najłatwiej to spłycić albo bardziej lub mniej niepostrzeżenie zboczyć na tereny, które z prawdziwą, absolutną miłością nic wspólnego nie mają. 

Tymczasem, w ramach zarówno planów A, jak i B, z uwagą doczytuję książkę Mohammada Tamdgidi’ego, (poleconą przez Arka! – dzięki!), która świetnie wiele aspektów tego, co Gurdżijew powiedział (czy raczej chciał powiedzieć, w istocie), klaruje. I stąd też właśnie, im bardziej się to wszystko mi wyjaśnia,
tym bardziej mi się ta pewna, jednostronność, rozjaśnia.
Ale to nie tyle zarzut do G., co wyzwanie dla mnie.
I to mnie cieszy, albowiem więcej jest pożytecznego do zrobienia,
tym bardziej, że stopniowo coraz lepiej wiem, jak to zrobić.

Ezoteryka w piosenkach Roxette (cz. 2)

No cóż, „jutro” wyszło za 3 dni. Cuda jednak z 3 które są jednym
i odwrotnie są nie tylko moją specjalnością.

Poprzednio (we wpisie „Przesłanie ezoteryczne w utworach
zespołu Roxette (cz. 1)” tutaj link
http://blog.cassiopaea.pl/2018/05/25/przeslanie-ezoteryczne-utworach-zespolu-roxette-cz-1/)
omówiliśmy, głównie społeczne, przesłanie jednej z piosenek z ostatniego albumu zespołu „Dobra Karma”. Tytułowa piosenka z tej płyty nie jest zbyt ciekawa, by poddać ją dłuższemu omówieniu; nie ma też do niej teledysku. Ostatnia zwrotka jest bardzo jasna w wymowie i w pełni koresponduje z tytułem – i piosenki i całego albumu:

Sense
 Life was a train passing by
 But your heart is heaven on fire
 Just when you thought that you died
 You came out bright
 And so alive

Zajmiemy się teraz starszym utworem, gdzie nie ma bezpośredniej, konkretnej symboliki, gdzie znaczenia są podane prościej i psychologicznie.

Piosenka pt. „Almost Unreal”.

Pierwsze sceny do teledysku pokazują od tyłu fotel, który przybiera taki kształt:

W tym kawałku nie będę wskazywał jakichś konkretnych symboli,
układów metafor, ewidentnych wizualnych czy fabularnych nośników
znaczeń duchowych – ale, dla przykładu, wskażę jak kształtuje się przekaz tekstu. Krąży on w zasadzie wokół czegoś, co można by określić „pogodną psychologią”, może miejscami ciut banalną, ale trzymającą się generalnie standardów formułowania pewnych prawd czy pociech duchowych.

Weźmy np.:

  • – wezwanie do oddania się swojej pasji, talentowi – jedno z podstawowych ezoterycznych wskazań życiowych, obecne a jakże także w ewangeliach (np. przypowieść o sługach i talentach – tam oczywiście nazwa odnosi się bezpośrednio do środka pieniężnego, waluty), śpiewane
    „..and do what you do best..” 
  • – typowo ezoteryczne, magiczne, w ostatnim Czasie nawet szczególnie podkreślane no i oczywiście nader aktualne, przeświadczenie, że Miłość zwycięży, zawsze odnajdzie drogę, że „idze za nami” i przeznaczenie zostało tak zaaranżowane, żeby nas wspomóc, byśmy stali się Kompletni, ewoluowali, że los/przypadek itd. konspirują kierowane przez Ducha, także by nas, ludzi, wspomóc, choćby w słowach: „..I do believe love came our way and fate did arrange for us to meet„.
    Kilka już wpisów, szczególnie przy samym początku niniejszego blogapoświęciłem tej kwestii, a będę o tym pisał jeszcze nie raz i mocniej.
    Sam mogę bowiem zaświadczyć z pełnym przekonaniem i wiedzą (a nie tylko domysłem, przeświadczeniem czy wiarą), że tak dokładnie bywa. Nie zawsze jest tak, że „przeznaczenie” konfiguruje zdarzenia i wypadki naszego życia dla nas bezboleśnie; ale jeśli widzimy, co trzeba widzieć i potrafimy dostrzec w negatywnych z pozoru doświadczeniach naukę, plusy i tło do obrania przez nas dobrej drogi – w zasadzie trudno – mi chociażby – byłoby wtedy w całym moim życiu wskazać jakiekolwiek doświadczenia, które nie byłyby w tym sensie owocne. A proszę mi wierzyć, trochę w życiu ekstremów, doświadczyłem,i to po obu stronach sinusoidy „przyjemne – bolesne”.
  • – „you’ve got the power to heal ” – też mógłbym szerzej komentować (choćby, także typowe dla ezoteryki przeświadczenie o mocy uzdrawiania samego siebie, które człowiek może odkryć i poznać vide np. Reiki itp.).
  • – Mądrość powinna mówić nam, że są pewne rzeczy, siły wyższe, których zmienić nie sposób – ale także podpowiada, że można znaleźć pociechę i pomocne środki, że nie jesteśmy sami..- „hey, we can’t stop the rain  
    let’s find a place by the fire”.
     
  • – „sometimes I feel, strange as it seems you’ve been in my dreams all my life” 
    Oczywiste. Znane z teorii, przykładów Innych ludzi ale przede wszystkim
    – znane z własnego doświadczenia. Literalnie i dosłownie, też tylko przykładowo: spotkając naszą Duszę Polarną może okazać się, że w jakimś sensie i w jakiś sposób znała nas już wcześniej, np. śniła o nieznajomym, a jednak znajomym..

Ostatnie zdanie pozostawiam bez szerszego komentarza:

"It's a crazy world out there
 let's hope our prayers are in good hands tonight."

[dosłowne tłum.: Ten świat jest szalony.
 Miejmy nadzieję, że nasze modlitwy znajdują się w dobrych rękach tego wieczora]

Kto wnikliwszy dostrzeże tu od razu aluzję do oszustw
obecnych w przekazach wielu naszych religii i choćby faktu,
że modląc się do Jahve, takiego, jaki jest znany ze Starego Testamentu, niewykluczone, że modlimy się do „demona” a nie żadnego Boga,
tym bardziej Najwyższego..

Słowa te padają na końcu piosenki (i teledysku)
a towarzyszy im taka oto wizualizacja:
 

 

Przesłanie ezoteryczne w utworach zespołu Roxette (cz. 1)

Dzisiaj trochę rozrywkowo, czerwiec – a wraz z nim kluczowe w tym roku wpisy, za pasem. Postaram się wypełnić ten czas czymś z jednej strony lżejszym,
z drugiej – wcale nie banalnym. Choćby dlatego, że poniższe – oraz dokończenie w następnych odcinkach – analizy są całkowicie oryginalne (a przy tym, mam nadzieję, rzeczowe) i, w zasadzie, spisane na bieżąco.

Nie bawiąc się w niepotrzebne wstępy, dotyczące choćby roli i teorii estetycznej muzyki, zgłębiania funkcji i postaci tekstów lirycznych towarzyszących piosenkom czy analizowania symboliki obrazu krótkich filmów (teledysków) muzycznych – przechodzimy od razu do sedna tj. do analizy przekazu.

Na warsztat wzięliśmy sympatyczny zespół Roxette (szwedzki duet ostatnio wydał płytę „Good Karma(Dobra Karma), a Marie i Per zestarzeli się bardzo sympatycznie), co może być zaskakujące dla niejednego Czytelnika. I dla mnie trochę takie było, gdy przypadkiem sprawie się przyjrzałem bliżej i odkryłem wiele konsekwentnych przekazów natury duchowej i ezoterycznej, które umieszczają szwedzcy muzycy w swoich utworach od początku ich kariery.
Przy czym, o ile zetknąłem się z szukającymi sensacji i mało rzeczowymi de facto doniesieniami na różnej maści portalach, portalikach i serwisach plotkarskich, doszukiwaniami się „okultyzmu” w różnych utworach, w tym teledyskach, takich wykonawców jak choćby ..mniejsza o kogo..,
to taką analizą nigdy bym się nie zajął.
Raz, że nie mam zamiaru promować różnych skrzywień
 i zboczeń, dwa – musiałbym, taki jest bowiem zwykle tego poziom, promować lub naśmiewać się z głupoty. Dlaczego nie warto tego promować – wynika samo z siebie. Dlaczego zaś nie warto się naśmiewać czy szukać skandalu – bo to zbyt łatwe czyli żadna sztuka, a poza tym w tym akurat nie byłbym oryginalny – o tym piszą także inni, w tym pseudo-dziennikarze pseudo-portali.

Omówimy Roxette właśnie dlatego, że przekaz jest bardziej duchowy, pozytywny i ciepły, przy czym częściowo nawet dość wysokiej jakości, niż taki, który skupia się na próżnej ciekawostce, wywołaniu kontrowersji czy nawet przestraszeniu kogoś.. Do takich treści przylgnęłoby bardziej, jak sądzę, słowo „okultystyczny”.

Mi osobiście najbliższa, związana przypadkowo z pewnym bardzo ważnym okresem i zdarzeniami w życiu, a jedocześnie pełna symboli, metafor 
i odniesień, tak w warstwie tekstowej, jak – może jeszcze bardziej – wizualnej teledysku – jest piosenka pt. „Vulnerable”. Przekaz tej piosenki jest jednak na tyle ważny a elementów, które i warto i trzeba omówic tyle – oraz jej znaczenie dla mnie osobiście tak duże, że zostawiam ją na specjalny odcinek, w oderwaniu od tej, lekko jednak rozrywkowej ze swej natury, serii wpisów.

Na początek omówimy jednak utwór o równie uniwersalnym a jednocześnie bardzo aktualnym przekazie. Aktualnym, bo przekaz dotyczy zdarzeń, które rychło nadejdą, a w zasadzie już się dzieją, a także dlatego, że sama piosenka jest jedną z najnowszych – pochodzi właśnie z ostatniej płyty Roxette „Dobra Karma”.

Sam już tytuł jest znaczący i brzmi „It just happens” co pozwolę sobie przetłumaczyć nie tylko najzupełniej dosłownie „Po prostu się dzieje”, ale także akcentując właśnie tę aktualność „Właśnie się dzieje”.

 

 

Zamieszczam najpierw angielski oryginał:

It just happens
It just happens
It just happens

It's a cabaret,
 taking over on a quiet lazy backseat day.
 And it's so beautiful
 Like the sunshine on your balcony just yesterday

Don't underestimate
 Your heart is never late
 And love will always find a way

It just happens
 And you don't know what's going on
 If it's new or if it's been there since long
 If it's right or wrong

You fall in love
 You fall in love

You don't have a say
 Just let it slide and close your eyes and watch the passion play.

Don't underestimate
 Your heart can never wait

And love will always find a way

(..)

Don't underestimate
 Your heart can never wait
 And love will always find a way

It just happens
 And You don't know what's going on
 If it's new or if it's been there since long
 If it's right or wrong

You fall in love
 It just happens
 You fall in love
 It just happens
 You fall in love

(..)

Na pierwszy rzut oka piosenka wygląda na bardzo łatwą w interpretacji:
jako kolejny utwór o miłości, takiej, która dzieje się raczej w ten magiczny sposób, opisywany czasem jako “od pierwszego wejrzenia”.
I tak ma być – oczywiście jak najbardziej słusznie jest odczytać piosenkę w ten sposób.
Jednak, wydaje mi się, szczególnie gdy uzupełnimy to niżej analizą teledysku, Roxette chciało przekazać nam coś więcej. Być może śpiewają nie tylko o wspaniałym stanie zakochania się, kiedy „nie wiesz co się dzieje, nie wiesz czy to jest nowe czy było tutaj zawsze – czy to jednoznacznie dobre czy złe” przypominając o tym, że „miłość zawsze odnajdzie drogę”, mają też na myśli bardziej generalne, globalne, światowe zmiany.
Nie tylko coś, tę jedyną miłość, która dotyczy tylko konkretnej osoby,
czy raczej: dwojga.
To, że miłość zawsze odnajdzie drogę – może być przypomnieniem, optymistyczną, ale i realistyczną uwagą, że niezależnie od tego, jak źle coś wygląda, jak z obserwacji i doświadczenia wygląda świat i stosunki międzyludzkie oraz co w nim przeważa – to jednak nie można tracić nadziei na to, że to wszystko może się magicznie odmienić – właśnie tak, jak odmienia nas miłość (ta od pierwszego wejrzenia, ale nie tylko – każda, gdzie prawda i szlachetność towarzyszą „pożądaniu” na tyle, że stają się równie, a swą siłą nawet – ważniejsze, niż bardziej „ziemskie” elementy tego uczucia).
Tak więc, skoro miłość zawsze znajdzie drogę, nie wolno nam tracić nadziei,
a co za tym idzie, mówić sobie, że wszelka aktywność i działalność w dobrym kierunku nie ma sensu, „bo świata się nie zmieni”. Poza tym, jeśli dobrze się przyjrzymy i wezwiemy także swoje intuicje, możemy dostrzec, że „to już się dzieje, właśnie teraz, i tak po prostu”.

Tekst piosenki nie wnosi nam dalej już czegoś szczególnie ciekawego czy odkrywczego, słowa i przesłanie powtarza się aż do końca.

Dlatego warto dokładniej zanalizować też sam teledysk i co tam się pojawia,
co się tam dzieje.

Teledysk do utworu, poza ukazaniem śpiewającego duetu, przedstawia pewną krótką fabularyzowaną opowieść.

Sympatycznie wyglądający młody mężczyzna (po szwedzku..), stoi przed kwiaciarnią.

Można zanalizować także pewne cechy jego wyglądu, wg mnie to też nie było tutaj – w reżyserii – pozostawione bez znaczenia. Facet jest ubrany w garnitur z krawatem – świadczy to, że funkcjonuje w naszym, posiadającym pewne formy np. stroju w pracy itd. społeczeństwie. Jednocześnie jednak do tej marynarki i krawata nosi plecak, czego generalnie się nie powinno robić. Może to jednak sugerować, że ten kolega próbuje jakoś łączyć swoją osobistą nieformalność, z formą, którą określone układy mu narzucają. Nosi sobie plecak do garnituru, bo nie we wszystkim chce się dostosowywać..

Facet wchodzi do kwiaciarni. Co dzieje się dalej..

No cóż, obmacuje się po kamizelce, i jest zakłopotany – nie ma pieniędzy! No to przecież kwiatów nie kupi!
Ale okazuje się, że kobieta, która sprzedaje w kwiaciarni daje mu kwiaty i rezygnuje z zapłaty!

No coś takiego, można powiedzieć: rzadko się zdarza, ale jednak przecież może się zdarzyć. I zapewne niejednemu z nas się kiedyś coś podobnego zdarzyło.

Myślę jednak, że Roxette chce nam tutaj powiedzieć coś bardziej generalnego. Na przykład to, że nasze, oparte w tak wielkiej mierze na wymianie finansowej, społeczeństwo, może się pod tym wględem zmienić.. Relacje, gdzie nikt nie zrobi czy nie da komuś czegoś za darmo, a stosunki gospodarcze co do zasady przybierają postać maksymalizacji zysków niż bardziej wymiany w dosłownym tego słowa znaczeniu – fair, gdzie po prostu ktoś coś ma a potrzebuje czegoś innego i dlatego wymienia się z kimś innym, kto ma to coś, czego ten pierwszy potrzebuje, ale w zamian ten pierwszy może mu zaoferować coś innego, co z kolei potrzebuje drugi – są chore, nie są jedyną możliwą i konieczną formą
współżycia!

Być może, śpiewając tytułowe „że się dzieje” Roxette sugeruje, że coś jest nie tak z tym systemem, że pieniądz i to, że niczego nie ma darmo, a każdy chce na każdym zarobić, to pewne wynaturzenie, to coś co się pojawiło na pewnym etapie istnienia społeczeństwa, ale nie jest jedynym możliwym i koniecznym systemem. Że być może ten system może się zmienić (że można go zmienić) i że, także: być może, takie czasy – w jakimś sensie, nachodzą..

Podpowiedziałem pewien schemat. Spróbujmy resztę teledysku obejrzeć już,
i znaleźć w nim pewne ogólniejsze nawiązania, sami. Pojawiają się tam różne postacie, w różnym wieku, w różnej roli zawodowej i relacjach itd. Sytuacja nie ogniskuje się na kwestiach pieniężno – finansowych, odpłaty za coś dobrego dane komuś drugiemu, ale wszystkie dotyczą wzajemnych relacji między ludźmi.
Może to sugerować, że przesłanie Roxette jest bardziej generalne, społeczne,
i że dotyczy zmian – właśnie – nie tylko w życiu jednostki czy pary, kiedy jest pod wpływem Miłości, ale że może chodzić tutaj o jakąś bardziej generalnie rozumianą Falę Miłości, która obejmuje (obejmie) swoim oddziaływaniem całe społeczeństwo, zmieni pewne chore, panujące tu od dawna stosunki i je uzdrowi..

W ostatniej scenie teledysku, pani z kwiaciarni, która zdecydowała się dać temu sympatycznemu facetowi, któremu zabrało akurat pieniędzy, kwiaty darmo – otrzymuje niespodziankę – prezent od swojego chłopaka..

Co może nam te scena chcieć powiedzieć? Może to, że sympatyczne postępowanie, przysługa komuś darmo wyświadczona, nigdy nie jest przez Świat zapominana i – choć nie powinniśmy na to co do zasady liczyć – to jednak zawsze może nas spotkać miła niespodzianka, która podług Światu tylko znanych w całości, sekretnych reguł, jest dla nas REWANŻEM, z którego wcześniej świadomie zrezygnowaliśmy.
A więc, może nie trzeba zawsze – co do grosza – pilnować swojego interesu – bo Oekonomia Divina zadba o to, by komuś, kto działa w dobrych intencjach, nie stała się krzywda?

Niezwykle rzadko do tej pory pisałem coś, co można było właśnie nazwać, w podobnym znaczeniu, społecznym, ale nie tak dawno, w zeszłym roku, coś takiego napisałem. To kilka miniatur – które jednak ogniskują się na bardzo zbliżonym, do zarysowanego, temacie – razem tylko 10 stron. Stanowią całość, bo każda się w jakiś sposób uzupełnia, dodając pewne metafory, i przez nie dopowiadając pewne, ważne, informacje.

Można je przeczytać / pobrać – w pdf  – tutaj:

http://cassiopaea.pl/apokryfy/pieczywo_czesc1.pdf

 

Ciąg dalszy – już jutro!

 

Być (czy) i Robić (?)!

Trudno mi się pisze ten wpis. Może materia nie jest aż tak bardzo skomplikowana, trudna w ujęciu – ale może swój własny, częściowo pewnie i emocjonalny, stosunek do tych kwestii nie jest jeszcze odpowiednio dojrzale ustalony.. By mógł zostać opisany, precyzyjnie, klarownie, rozciągnięty na rusztowaniu zdań wielokrotnie złożonych..

A może ten wpis ma być – taki właśnie – inny..
Na początku to, co tutaj pisałem, było zdominowane improwizacją, swobodą, lekkością. Później – im bardziej chciałem wchodzić w sprawę codziennej obowiązkowości, konsekwencji, samodyscypliny, która jest konieczna zawsze, by nie tylko drobić, zbudować coś większego, trwalszego niż ulotne wersy lekkich miniatur. Żeby zbudować coś w życiu – nie w literaturze. A nawet – żeby to była budowla pożytku społecznego..
Ale może ten wpis właśnie taki ma być, znajdzie swoje miejsce i będzie nośnikiem tego innego rodzaju zrozumienia – które nie bazuje na chirurgicznej logice i nie porządkuje świata przez nominalizmy i klasyfikacje.
Niech tak zatem będzie.

A jednak, mimo tak innej formy – te stany psyche, stany ducha, stany serca, stany pomiędzy ludźmi – stany pomiędzy stanami – są tutaj także jako dopowiedzenie do tego, przed czym 3 dni temu się ostrzegaliśmy (link do „Planowanie porażek”) 

+++

Kiedy to było..?
Ha, pewnie w czasie narastających problemów P. w zw. Z N – z EB.
Paweł powiedział wtedy do mnie tak:

- Bo widzisz.. – chodzi o to, czy mają nas kochać za to, kim jesteśmy ,czy za to, co robimy..

Wtedy się trochę żachnąłem.
Oczywiście, że idealista – romantyk bardziej ceni to, kim w całej swojej głębi jest..
Och, co za zabawne, zabawne nieporozumienia niby oczywistych spraw, potrafią wyniknąć, gdy w sprawę włącza się nasze słodkie ego..

Ale później rozmyślałem o tym, jak on to powiedział (było ważne także to właśnie, jak on to powiedział..).
I, dziwna rzecz, po pewnym czasie, może i kilku latach, doszedłem do wniosku, że stosunek do tej – tak wyrażonej – alternatywy (a czemu koniunkcji nie może być? Owszem, w idealnych przypadkach jest koniunkcja .. – nie mieliśmy wtedy do czynienia z przypadkami idealnymi i dalej z tym trudno..) u mnie się zmienił..
Oczywiście ważne jest, jak się to wszystko rozumie..
Ale ten wpis jest jaki jest i wracam w nim do mojego starego zwyczaju, by nie tłumaczyć kwestii, które mają szansę otrzeć się o jakąś tajemnicę. Tej zasadzie, mnożącej niejasności, niezrozumiałości, hermetyzm symboliki i metaforyki itd. byłem wierny bardzo długo, czy w piśmie, czy choćby w filmach..
Ale – choć teraz – jak nie raz pisałem, pod tym względem mi się, można rzecz, nawet odwróciło – to też wpaść w drugie ekstremum i banalizować wszystko rozstrząsaniem i wyjaśnianiem, byłoby: znów ominąć złoto.

Ale w ostatnich latach przecież – zgodziłem się i przyswoiłem jak swoje Ark’owe powtarzanie:

- Nie jest ważne, kim się jest, jest ważne: co się robi.

Rychło w czas, może to i mnie nawet trochę impregnowało przed szaleństwem albo jeszcze bardziej szalonym i jeszcze szkodliwszym, auto-jadem, bardziej niż grożącym komuś trzeciemu – totalnym przewróceniem w głowie..Nie przewróciło mi się jednak w głowie; choć, rozważając sprawy zupełnie trzeźwo – w odniesieniu np. do jakiegoś przeciętnego modelu średniego – typowego człowieka „tu i teraz” (tej doby, uśrednionych zalet i wad charakteru, produktu uśrednień cywilizacyjnych i etycznych..), to wydaje się, że przewrócić – takiemu standardowemu modelowi – to by się jednak zdrowo w głowie mogło. Jeśli by go spotkało to, co mnie spotkało..
Ale też i takie hipotetyczne analizy do pewnego stopnia nie mają sensu, bowiem, żeby pewne rzeczy pokojarzyć i pewne zauważyć (kto ma oczy..), trzeba byłoby jednak być mną..Żaden uśredniony model nie powiązał by nawet procenta tego, co ja , i wystrzegając sie życzeniowosci i może nawet ponad miarę niedowierzając synchronicznym potwierdzeniom zewsząd, wysnułem i snuję To co ważne,  z wszystkich elementów tej Gry Kolorowych paciorków i kamieni – jakby, nie przymierzając, ni mniej ni więcej: czytać sobie na wyrywki Kronikę (i) Akaszy..

×××

A więc mamy pytanie, dawno temu – retorycznie raczej – postawione..I wydaje mi się, że Ten, kto mówił, wiedział wtedy, że być dobrym, to jest starać się – starać się – to jest – wybierać, z czegoś rezygnować, coś poświęcać, by być wierny temu, kim jesteśmy..czy kim stać się chcemy. Ten potencjalny „Ja” nam jest bliski jednak, pociąga nas tym, że potrafi być dobry, prawdomówny, obowiązkowy, pracowity, konsekwentny. Za co spotyka go wdzięczność i czułość  albo i nie wdzięczność i złośliwość ludzka. To drugie może i częściej.
Jeśli już chcemy doceniać to, jacy jesteśmy – i mamy tutaj na myśli nie naszą Prawdziwą Indywidualność, nie nasze Wyższe Ja – nie siebie tylko wtedy, gdy kierujemy się własną prawdziwą wolą i siłą, niewrażliwi na przeszkody rzucane nam pod nogi przez nasze własne wady i „małe osobowości” (których wiele, legion)
– O.K. – doceniajmy to, tę bzyczącą chmurkę, ale tylko tak, by się motywować, a nie by się usprawiedliwiać, tłumaczyć czy budować na tym śmieszną roszczeniowość..

I – by się – smucić.
Prawdziwie widząc: Nie mamy powodu do smutku!
Nawet do tego smutku, że „dobro jest takie trudne – więc mi się nie udaje i zapewne nie uda” – strasznego smutku i zniechęcenia, który więcej niż melancholią i acedią – jest resentymentem.
I co, naprawdę, rozsądnie rzecz biorąc, możemy się boczyć na to, że nauka miłości nie może ze swej natury być bezbolesna i że, prawdziwe i trwałe osiągnięcia muszą być trudne, muszą być okupione pewną ceną: jeśli bowiem coś kupimy nazbyt tanio – kupimy rzecz wartą równie mało, a często bywa, że nie tylko nawet i bezwartościową, ale przeklętą.

Można też tak..Tłumaczenie: – Szczęście to nie jest wystarczająco dobrze dla mnie..Domagam się euforii!

 PS do powyższego humorystycznego rysunku: – Ale nie ma powodu do minimalizmu i wcale nie o ascetyzm jestesmy proszeni- ba, przecież nawet i euforia zostanie nam dana, ale nie ta chorobliwa,  bazująca na zubożonym wykrzywionym wykorzystaniu ekstremów,  co jak wiadomo zawsze się podług zasad i praw naturalnych – mści!

 

A jednak, wszyscy mamy prawo do (bezwarunkowej) Miłości.
I tak naprawdę, wszyscy ją Mamy – ale nie mamy tego świadomości ze względu na niedostatki naszej świadomości właśnie!

Skupiamy się bowiem zwykle akurat na domaganiu się bezwarunkowego uczucia od innej, zupełnie od nas niezależnej, Bogu ducha winnej osoby: co już wcale prawem żadnym naszym nie jest. Jeśli się zdarzy jest Darem [mimo bycia dla siebie okrutnym i złym przez wiele lat życia, jednak: zostałem wspaniale i wielokrotnie obdarowany; a także pozwolono mi zatrzymać się i dostrzec ten z nich, który jest Absolutny i Wieczny]. Z tą świadomością dopiero pojmuję bezmiar bezsensu bluźnierstw typu: „Miałem wszystko co mieć można i okazało się to niewiele..”

Ale to i złe słowo wynikające z trybu, że można coś absolutnego „posiadać” ten bezsens wywołało..W istocie tylko To Coś może posiadać nas, nie odwrotnie.

Podobnie – chęć posiadania choćby „prawa i sprawiedliwości” obraca się w swoje własne przeciwieństwo..

To piękne tonalnie i kolorystycznie zdjęcie zrobił mi ok. 10 lat temu w Warszawie właśnie Paweł..

A jednak teraz pewnie porównując nikt by nie poznał jednego człowieka ..może i dlatego, że wewnętrznie, tak naprawdę, człowiek wcale nie był jeden.. .

Po drodze zaś aż do dzisiaj były czasy lepsze i gorsze (A nawet tragiczne). Czasem mój cień był tak samotny, że zastygał jak tafla jeziora w cichą Pełnię..

Były też burze i..zawirowania..

autoportret MD.

Ale, Bogu dzięki, przed zwariowaniem się ustrzegłem.

Ja..

Dlaczego było mi wtedy,
z 10 lat temu, bliższe „za to, kim jestem” niż „co robię”?
Było w tym nie tylko odbicie wad, zniekształceń osobowości, zaniedbań, rozkwitającego nawyknięcia do lenistwa. Było w tym też coś pozytywnego..- pewna czułość do siebie samego, w której gdzieś partycypowało się w jakiejś intuicji, ogólniejszej niż tylko nasza osobista natury, że bycie dla Siebie Samego dobrym (w dobrym, prawdziwym rozumieniu pojęcia, i „siebie” i „dobra”) jest bardzo ważne. Czułość zapowiadająca szansę na odnalezienie w nas tego, co dzielimy z wieczną miłością, z której wszystko wzięło i podtrzymuje swe istnienie.

***

I Piotr zapłakał gorzko gdy kogut zapiał.
 Wtedy się obudził,
 W tym momencie pojął NAUKĘ EMOCJONALNIE.
 Zobaczył siebie w świetle nauki, której był nauczany.
 Zobaczył dystans pomiędzy tym, co wiedział, a tym KIM BYŁ.
 W miejsce tylko WIEDZY weszło ZROZUMIENIE.
 Wcześniej jego wiara polegała na zmysłach, nie miał w sobie korzenia, wierzył za pośrednictwem Chrystusa – i gdy coś poszłoby źle (a poszło) przestałby.
 Taka wiara może innych zniechęcić a nie zachęcić. Wierzyć porywczo, przemocą to na najczęściej łamać czyjąś, drugiego, innych ludzi - Wolność i Wolę.

Ano bo w kontekście pytania: kim się jest, trzeba też wiedzieć, że jest bycie i Bycie i że jedne drugiemu nierówne.. mało tego jedne bywa drugiego przeciwieństwem.. O takim, prawdziwym, wysokim, Byciu, mówił nam np. niekiedy Gurdżijew..

Reszta już- na dzisiejszy wieczór i noc –  jest milczeniem.

Bo się zamyśliłem.
Bo wspominam Pawła i zastanawiam się jak mu się wiedzie..

Ale..dał mi znać nie aż tak bardzo dawno, że:

– Przyjaciel wie..

Ale to w sumie nie tak bardzo istotne – o wiele ważniejsze: co z tym robi, że wie.

Wielką frajdą a w zasadzie po prostu „szczęściem w działaniu” była możliwość wspólnych zabaw artystycznych..tutaj m.in Paweł na planie wspólnego filmu..

A tutaj: Marat i jego wymyślony przyjaciel na wspólnym spacerze ;- > ♡♤

fot. Henri Le Secq

Dobrej Nocy. 

Planowanie Porażek (?)

Postanowiłem już dziś jednak zamieścić spóźniony wpis, który zastąpiłem sensacyjnym lekko omówieniem ciekawej przyczyny tego opóźnienia..
Wpis dodałem dopiero dzisiaj w nocy, więc podaję do niego bezpośredni link:
http://blog.cassiopaea.pl/2018/05/16/zdarzenie-i-opoznienie-tj-czy-sedziemu-wystarczy-rozum-czy-przydalaby-sie-cala-dusza/

To zaś, o czym pisze poniżej, zanotowałem w głównych zrębach już w marcu. Wtedy bowiem, zastanawiając się na ile – mając pewne istotne kwestie, głównie pragmatyczne, mocno niewyjaśnione – dookreślać i publikować wcześniej ramówkę planów na ten rok i czas najbliższy.. Było to dla mnie ważne, gdyż to, co napisałbym, stałoby się dla mnie jednocześnie niesłychanie mocno wiążące, jako przecież – przyrzeczone przy Świadkach (PT Czytelnikach).

Mogłem pewne plany rozgraniczyć – dzieląc je na takie, dostępne do całkowitej realizacji, bez względu na dookreślenie się pewnych realiów w okolicach połowy tego roku i na takie, które byłyby niejako zawieszone – a możliwe do rozpoczęcia, po pozytywnym wyjaśnieniu się szczegółów pragmatycznej właśnie natury.

Stąd też dziura na blogu w marcu/kwietniu (chyba cały kwiecień?) – która zaowocowała i wyrzutami sumienia i tym, że – jak wiadomo – podjąłem się
– i realizuję auto-nakaz publikacji w cyklach ok. 3-dniowych.

Może jednak summa summarum dobrze się stało, gdyż do finalnego wyjaśnienia wspomnianych realiów brakuje już tylko kilku tygodni – powinny się one wyklarować dostatecznie w pierwszej połowie czerwca.

Przystąpiłem zatem do poruszenia pewnych tematów, które miały poprzedzać jeszcze kluczowe wpisy, zawierające plany, z podaniem różnych konkretów i szczegółów – także, jak mniemam interesujących. Pisałem tutaj bowiem do tej pory dużo metaforycznie i symbolicznie – obiecując co jakiś czas, że podam pewne konkrety i faktycznie wdrażane przedsięwzięcia własne (a nie są one małego kalibru..), ale także np. pewne konkrety nt. wspomnianych „szkół ezoterycznych”

wspomnianych choćby we wpisach:

http://blog.cassiopaea.pl/2017/11/07/gnosis/

http://blog.cassiopaea.pl/2018/03/17/pewne-wlasciwosci-ezoteryki/

lub też, pośrednio, np. w tym

http://blog.cassiopaea.pl/2017/12/24/co-nas-laczy-w-wigilie-i-nie-tylko/

 

O Prawdziwych Szkołach Ezoterycznych – tak rzadkich w obecnej dobie,
jak i zawsze, choć może tym rzadszych, można powiedzieć, im bardziej globalna jest nasza ziemska informacyjna wioska. Cały czas pamiętajmy też o tym, by obciążany, czasem śmiesznością, czasem podejrzliwością, termin ezoteryka itp. – tłumaczyć prosto i z czystym sercem.
Najprościej i najkrócej powtórzę raz jeszcze: przez ezoterykę – jako wiedzę (i sztukę, w sensie praktyki i umiejętności życiowych) kierującą swoje poszukiwania do wnętrza Człowieka, do samego siebie, bo poprzez nasze głębokie, często uśpione, w zarodku tylko będące i nieuświadomione, psychiczne i duchowe (drugie zawiera pierwsze, nie odwrotnie) możliwości i potencjał – 

najpewniej i najszczerzej zmierzać możemy do poznania Prawdy,
tego co najpiękniejsze i tego co najlepsze, najważniejsze. Do Boga.
A w gruncie rzeczy z powrotem do Siebie – tylko tego prawdziwego i pełnego. I tym jest Gnoza.

Napisałem tutaj już dość dawno, że celem rozwoju ezoterycznego jest „zbawienie”. I choć trochę się z tym terminem podroczyłem, choć oznacza także nieśmiertelność, zbyt dużo mam w sobie szczeniackiego (czy raczej kociego) życia i, jednak, pewnej pokory, by tak ujęte cele mnie bezpretensjonalnie motywowały.

Tutaj chciałbym jednak powiedzieć, że ważniejszym i prawdziwszym celem jest: Osiągnięcie Miłości. Używając tak nadużywanego pojęcia i słowa, najczęściej przypisywanego różnorakim objawom najprzeróżniejszych stanów i uczuć ludzkich (i nie tylko, tak tych godnych pochwały, jak wprost przeciwnie) musimy pamiętać, że warto szukać i – tak, nauczyć się, 
Miłości Prawdziwej. Tylko ona bowiem jest absolutna i wieczna,
Będziemy o niej mówić, zwykle nie wprost. W istocie zresztą cały czas o niej mówimy, nie zawsze choćby słowem; bo skoro 
Wszystko powstało tylko dzięki miłości, czymże innym może być cokolwiek staramy się czynić z twórczym, nakierowanym na Dobro, popędem?

 

Na jednak konkrety konkretów – z przytoczeniem nazw, namiarów
i przykładów oraz pewnej charakterystyki, czas będzie właśnie – już
w czerwcu.

W tym odcinku  napiszę o pewnych – mających trochę ostrzegawczy charakter – przemyśleniach i intuicjach, które związane były z tym, że – mając w planach opublikowanie planów, bardzo nie chciałem by jednak de facto zamieniło się to wszystko w PLANOWANIE PORAŻEK.

O tym właśnie fenomenie tutaj i w następnej części, już za 2 dni, więcej napiszę.

Planując wykonanie czegoś nierzadko można zaplanować niewykonanie planu.

Kilka miesięcy temu mówiłem sobie: poczekam jeszcze, dopóki nie zorganizuję tego – co wokół i dopóki nie zorganizuję siebie Tutaj – Tak
 (w ten sposób i odpowiednio skutecznie) – by Treść życia, a może nawet Bycia w pełni WSPÓŁBRZMIAŁA z tym, o czym pisze. By moje bycie było też jednym tonem, jednym brzmieniem, aktywną i dobrą myślą, snującą ważne i konsekwentne plany, takie, które co do treści, które niosą, graniczą z PEWNOŚCIĄ – mówią o PRZYSZŁOŚCI takiej, jak racjonalnie rzecz ujmując – naszą wolą, umysłem i sercem – poznajemy. Zaplanowane w tym sensie i przedstawione znaczy zatem bardziej WYBRANE BY TAK WŁAŚNIE ZAISTNIAŁO.

 Pesymizm, niewiara, zwątpienie? – utrata poczucia sensu, jakieś wielkie przebudowania czy jakieś poczucie rozdźwięku, nieszczerości między tym o czym chce się mówić a stanem wewnętrznym i stanem tego, co obok nas
(przez nas czasem zawinionym, czasem zastanym tylko
 i nawet niezmienialnym w ogóle).

Bynajmnej, jak najdalej. Gdyby tak było, byłoby znaczenie gorzej. Chodzi mi raczej o pewne estetyczne dopasowanie.

I byłem pewien że takie warunki, wewnętrzne i zewnętrzne (te drugie  -także dzięki naszym wysiłkom, by się takie stały) nadejdą. Ba, nawet – 2 czy 3 miesiące temu napisałem tutaj – że jestem pewien, że najpóźniej do połowy roku pewne rzeczy się staną, pewne rzeczy się zmienią.
Tak więc byłem pewien – nie wiedziałem jednak na ile PEWNE rzeczy będą zawieszone.

Nie chciałem, by przez braku tego akordu zgodności, moje plany tutaj podane były bardziej podobne do tego co można nazwać planowaniem porażek.

Jednak takiej niezgody na rozdźwięk nie można przedłużać PONAD MIARĘ.

Dlatego..:

Klara roześmiała się i wypiła łyk wody.

 – “Aby zmienić się, musimy spełnić trzy warunki. Po pierwsze musimy na głos wyrazić naszą decyzję co do zmiany, tak, by intencja nas słyszała. Po drugie musimy zaangażować naszą świadomość przez dłuższy okres czasu. Nie możemy czegoś rozpocząć i wkrótce zaniechać tylko z tego powodu ze czujemy się zniechęceni. Po trzecie musimy spostrzegać wynik naszych działań z poczuciem zupełnego nie przywiązania. Oznacza to, że nie możemy uwikłać się w myślenie w kategoriach sukcesu i porażki.

- “Jeśli będziesz podążać za tymi trzema wskazaniami możesz zmienić każde nie chciane uczucie czy pragnienie w sobie samej” – zapewniła mnie Klara.

- “Nie wiem. Klaro” – powiedziałam sceptycznie – “To brzmi w twoich ustach bardzo prosto".

(..)

Oczekiwałam od niego bardziej precyzyjnych wyjaśnień tego, co rozumie przez intencję. Emilito przeniósł więc tłumaczenie na bardziej osobisty poziom. Stwierdził,
 że wszystko co opowiedziałam o sobie Klarze, świadczy o tym, że moją intencją była całkowita porażka. Zawsze przejawiałam intencję, krótko mówiąc, by być zdesperowaną, szaloną i zagubioną osobą.

“Klara przekazała mi wszystko, co jej o sobie powiedziałaś” – kontynuował. Emilito cmokając swoim językiem – “Przykładowo, mógłbym powiedzieć, że wyskoczyłaś wówczas w Japonii na arenę walki, nie po to, by zademonstrować swoje umiejętności lecz w tym celu, by potwierdzić swoją intencję do przegrywania".

Zwrócił się do mnie z naciskiem, mówiąc ze wszystko co dotąd robiłam było naznaczone chęcią przegrywania. Z tego względu bardzo ważną rzeczą, którą robiłam w chwili obecnej, było przeformułowanie i znalezienie nowej intencji. Dodał, że znów            intencja nazywa się intencją czarownika. Nie oznacza ona robienie czegoś nowego, lecz przebicie się przez tysiącletnie trudy gatunku ludzkiego i odnalezienie oryginalnego działania.

[Cytowałem już nie raz M. Rafaela (albo H. Reeda, hehe), że oryginalność nie polega na tym, żeby wytworzyć coś absolutne nowego – byłoby to bezwartościowe, jak lokaj w „Tangu” Mrożka (skrót myślowy) – polega na tym, co sugeruje etymologia „origin” – by dotrzeć do i uchwycić korzenie nas samych i rzeczy Świata.]

(..)
 Powiedział, że w obszarze intencji czarownika nie ma miejsca na porażki. Czarownicy mają przed sobą tylko jedną perspektywę odnosić sukcesy we wszystkim, czego się podejmują.

Aby uzyskać wgląd pełen mocy i jasności czarownicy muszą przekształcić całe swoje istnienie. Do tego potrzebne jest zarówno głębokie zrozumienie, jak też siła wewnętrzna. Zrozumienie pochodzi z przeprowadzenia rekapitulacji swego życia. Natomiast siła gromadzi się pod wpływem nieskazitelnego działania.

[Inaczej przecież osłabia nas najbardziej własny żal do siebie samego, prawda?]

[podane wyżej fragmenty – poza tym, co nie piszę w kwadratowych nawiasach pochodzą z przypadkowo ściągniętej krótkiej powieści w formie wspomnień – jest to jakby „żeńska wersja Castanedy” – opowiada o treningu kobiety, analogicznie do treningu autora przez Don Juana Matusa. Może nie jest to tak nowe jak klasyczny cykl Castanedy, ale widać po coś przypadkiem na to trafłem. Choćby po to, żeby tutaj zacytować – a wcześniej po to, żeby wywołać u mnie pewne skojarzenia..) [jeśli ktoś chce namiary na tytuł i autorkę albo nawet chciałby otrzymać, mogę przesłać link, na którym znalazłem – wystarczy zgłosić takie zapotrzebowanie – np. w komentarzu..]

Tak pisałem zaś 13 lat temu:

(..) Dwie rzeczy można jednak na wstępie o pseudointelektualiście powiedzieć:
 że jest słaby i że pragnie. Biorąc pod uwagę cyklofreniczne rytmy życiowe większości pseudointelektualistów pragnie on raz samozbawienia, raz sa mozabawy a bywa żei samozagłady, będąc onanistą i ofiarnikiem w jednym. 
W modelu pseudointelektualnej potencjalności należy przyjąć, iż w codziennym postępowaniu, owym nizaniu najdrobniejszych ludzkich czynności na łańcuszek - wieniec, który ma ozdobić czoło lub chociaż ogrzać ciemię, króluje ekstremalny rodzaj minimalizmu, codziennie oczekuje się jednak efektów i skutków maksymalnych, przekraczających, nieprzeciętnych, genialnych. Parafrazując Kołakowskiego - pseudointelektualista chce minimalnym staraniem osiągać maksymalne rezultaty. (..)

(Z „Podręcznika Pseudointelektualisty”, 2005, Zakopane, tę krótką eksperymentalną książkę już linkowałem we wcześniejszych wpisach).

 

Następny odcinek – z pewnymi przykładami dotyczącymi tutaj 
poruszonych wątków – już pojutrze! 

Na koniec zaś trochę..sztuki.

I sportu.

Warto bowiem zachować uniweralność – a Prawdą jest też, że Duch zdrowy
rychlej będzie w zdrowym ciele.

Stąd pochwalę się konceptualną fotografią, którą zrobiłem
i ukończyłem dzisiaj, bo mi się podoba ta moja robota.

Za piłka nożną nie przepadam, ale to akurat jest 
GWIAZDA PIŁKARSKA – w zagraniu zwanym: OUT.

fot i wykonianie: Marat Dakunin

Sporty walki też są sportami.
Czasem jednak trzeba na serio zmierzyć się z przeciwnikiem.
Pamiętać jednak warto, że ważne także JAK się wygrywa, 
nie tylko, ŻE..
A bronią Niebieskich, bronią szlachetną – jest broń biała.

I – też z ostatnich dni – mamy tutaj przykład takiego operowania
czym co może jest jakąś dzidą, lancą może dłuższą szpadą etc.

wszystkie niepodpisane fot. na tym blogu też są moje 🙂

 

A – będąc przy szermierce tych na Górze, Szermierce Ducha,
mamy na to przykładów i wizualizacji więcej,
że – kończąc – przypomnę ten oto wpis – zapraszam serdecznie
kto nie widział, a kto widział: czemu nie zobaczyć raz jeszcze. 
Mi się te fotografie dalej podobają. Ale też mi jest 
łatwo – i niewielka w tym jakaś moja zasługa czy umiejętność!
Przecież ja tylko utrwalam to, co do mnie przychodzi.
A czasem nawet nie utrwalam, wtedy, najbardziej komiczne
i pocieszne, pocieszają mnie gdy przychodzą chwile smutku.
Dziękuję moim modelom i dziękuję za Pomoc (..)! 58

Szermierka Ducha

Tymczasem!

 

Cele nie tylko w ciele, cele Duszy i Ducha (cz. I)

Ha, Walenty Impotent!
Impas! Imbecyl! Immanentny Impertynent Improwizacji!
Miglanc! Dyscypliny mu!

Piszę, by z impasu wyjść, ale i świadectwo impasu
w tym odbić się niestety musi. Nawet tytuł – bez polotu,
choć wskazuje na to, że wpis ten był zapowiadany przez kilka
wcześniejszych, choćby ten o tytule
„Cele w ciele” (Gnosis cz. II)  – a tutaj do niego wygodny link.

Dziś wigilia (tak, tak..) Świętego Walentego.
Rok temu – dzień następny – przełamał impas.
Jak będzie tym razem?

Ha, Walentynki (nie przepadam za tym świętem,
nie lubiąc sztuczności i komercjalizacji,
ale to nic oryginalnego, to przepadanie
czy nieprzepadanie, by się rozpisywać; niemniej
datę i znaczenie stworzono i zaznaczono)
wypadałoby może napisać o Duszach Polarnych,
ale nie mogę.

Czy raczej: nie powinienem. Bo przecież prawdziwa,
dojrzała miłość to także odpowiedzialność
(nie tylko działanie chwilą, inspiracją,
AUTOMATYZMY NAMIĘTNOŚCI);
to wypełnianie swych zobowiązań,
to możność polegania na sobie, ba: wierność.
Więc będąc wierny zobowiązaniu (co to znaczy?
Sobie!) powinienem w końcu napisać – co przekładałem
od grudnia, i w międzyczasie pojawiły się trochę „reakcyjne”
wpisy, o tym co obiecywałem i co zapowiadałem
(mianowicie o Celach, z II Tomu Gnosis, Borysa Murawiewa).
I tak zrobię. W stylu, o którym też już się zająknąłem, czyli moja,
dość wierna w tym wypadku parafraza, z pewnym komentarzem..

Nie jestem fanem teologii zmarłego papieża – rodaka (polecam książkę niemieckiego teologa Horsta Herrmanna „Jan Paweł II złapany za słowo”)
a resztę tutaj muszę choćby z racji miejsca zmilczeć (za dużo trzeba byłoby napisać), lecz wydaje się, że słusznie i trafnie kiedyś to on właśnie napisał:

Karol Wojtyła w „Miłości i odpowiedzialności”:
„Resentyment polegał na błędnym, wypaczonym stosunku
do wartości. Jest to brak obiektywizmu w ocenie i 
wartościowaniu, a źródła jego leżą w słabości woli. 
Chodzi o to, że wyższa wartość
domaga się większego wysiłku, woli, 
jeśli chcemy ją osiągnąć lub zrealizować. 
Aby więc subiektywnie zwolnić się od tego wysiłku, 
aby przed samym sobą usprawiedliwić brak takiej wartości, 
pomniejszamy jej znaczenie, odmawiamy jej tego, 
co w rzeczywistości jej przysługuje, 
widzimy w niej wręcz jakieś zło, 
choć obiektywizm zobowiązuje do uznania dobra. 
Resentyment posiada, jak widać,
znamienne cechy tej kardynalnej wady, 
jaką jest lenistwo. Św. Tomasz określa lenistwo 
(acedia) jako » smutek płynący stąd, że dobro, jest trudne «

By zrównoważyć to, co wyżej, wspomnę też, zanim przejdę
do sedna tego wpisu, o rzeczach lżejszych. Ale krótko.

Podczytuję bowiem ostatnio trochę bajek dla dorosłych oraz
poważnych rozpraw naukowych dla dzieci.

I przeczytałem, w takiej malutkiej książeczce, między innymi, że..

..Ludzie - Lwy, biorąc pod uwagę Czwórnię Elementów (Pierwiastków), 
reprezentują Ogień i Ziemię (Ogień - Kreatywność, Ziemia - Pragmatyczność,
Realizm). Ludzie - Wodę i Ziemię (Woda - uczucia, spełnienie emocjonalne).
Koty wcielają się jako ludzie bardzo rzadko, gdyż jest to bardzo
problematyczne - dochodzi bowiem do połączenia Ognia z Wodą.
Wybuchowa Kreatywność walczy z Emocjonalnością. Wielkie problemy
z Pierwiastkiem Pragmatyczności..

Ha, spyta ktoś - skąd taki akurat wybór tej "lżejszej" odskoczni
w niniejszym wpisie. Odpowiedzieć mogę tutaj tylko najkrócej:
- zaklinam impas.

 

Przejdźmy już teraz do niezwykle ważnej, treściwej i w miarę konkretnej rekapitulacji pewnych faktów ze wstępu do Gnosis (Tomu II), Murawiewa.

Finalnym celem (celami), które może osiągnąć człowiek
poprzez pracę ezoteryczną 
są Drugie (Powtórne)
Narodziny i Pokonanie Śmierci.

Cel od dawien dawna jest jasno wyłożony w różnych pismach
i omówiony przez różne doktryny (i religie). To jest ZBAWIENIE.

Tutaj mała uwaga: Drugie Narodziny można rozumieć trochę inaczej,
jako pewien, niezbędny i kluczowy etap, na drodze do Całkowitego Pokonania Śmierci, Zbawienia. Musiałbym poruszyć zbyt wiele wątków na raz, by tutaj wyczerpująco to rozróżnienie wyjaśnić. Ale czyniłem to– pośrednio – tutaj,
nawet w pierwszych notkach, wydawałoby się, że raczej osobistych,
z sierpnia 2017 r. I do sprawy, już bezpośrednio, konkretniej
i szczegółowo – wrócę.

Zatrzymam się tutaj na dłużej nad tym słówkiem,
pojęciem, które padło, tj. ZBAWIENIEM.

No cóż, pomijając już to, co pisałem tutaj już nie raz, a pisałem z grubsza, że..

CZYNIENIE DOBRA JEST NAGRODĄ SAMĄ W SOBIE. Jeśli potrafimy być w tym skuteczni i widzimy rezultaty, trudno sobie wyobrazić większą Radość. Jeśli kogoś to nie pociąga, jeśli do kogoś nie przemawia:
 - niech się dobrze zastanowi, czy na pewno dobrze sobie wyobraża, to o czym mowa. A może myśli o rozczarowaniach, bezowocnej idealistycznej harówce, łudzeniu siebie i Innych? Bynajmniej nie o to chodzi..
 Jeśli ktoś zaś lubi myśleć ekonomicznie, ba, nawet marketingowo, biznesowo – PIAROWO – to przecież, warto znać swoją, ludzką, psychologię, i wiedzieć, że zarówno porzekadła, jak przykłady z życia, a i badania i dane, mówią, że ani sława ani pieniądze ani nawet wydawałoby się mniej materialne korzyści nie dają człowiekowi prawdziwego szczęścia. Jeśli maksymalnie to spragmatyzować psychologicznie, szczęście daje nam poczucie własnej wartości. A na to poczucie składa się przede wszystkim przecież nasza sprawczość: co czynimy, jak czynimy i jak jesteśmy postrzegani przez innych, w społeczeństwie. 

Co absolutnie nie znaczy, że wyznacznikiem ma być właśnie jakaś WIĘKSZOŚĆ.
 
Choć właśnie bardziej takie starania widać dookoła, to nic bardziej mylnego - wartości są stałe, rozpoznane i wybrane jako godne realizacji przez nas, osobiście, naszą, od Boga daną, Wolną Wolą i nie potrzeba ani przejmować się tym, jak widzą i oceniają nas inni (należy się właśnie tego rodzaju, naturalnej, tendencji, do przypodobania się społeczeństwu czy innym, w tym sensie, pozbyć). 
A więc nie ma tutaj miejsca dla oportunizmów czy populizmów, utwierdzać nas w naszej wartości mogą tylko ludzie NAM RÓWNI - nie w sensie elitarnym, ale w sensie szczerego i konsekwentnego przykładu życiowego..
Zdaję sobie sprawę, że tego rodzaju tyradę, by kogoś przekonać, że nie mówię tutaj o utopii - należałoby znacznie rozbudować. Nie ma takiej potrzebny ani też takiej możliwości. Ja po prostu mówię o wartości szlachetnośći przeglądającej się w lustrach z tego samego kryształu,

Dla tych, którzy potrafią to dostrzec, mogę odwołać się do obserwacji -  widać nie od dziś bowiem NACHODZĄCĄ ZMIANĘ.
 Jeśli jednak ktoś świadomie może stwierdzić, że go to nie bawi, to nie jest jego cel, powołanie, Zadanie, które można uczynić najważniejszym w życiu – to niech idzie swoją drogą. Daleki jestem od tego, żeby takiego Kogoś przekonywać, że jednak powinien obrać drogę na przekór sobie. Niech się święci wolna wola (oby jednak, świadoma) – tak kiedyś zdecydował Bóg – i źle czynią religie czy ideolodzy, którzy chcą innym wcisnąć swoje ideały jako najlepsze także dla nich. Tyle tego..

Zbawienie. Powiem  szczerze– mnie osobiście to jakoś bardzo nie podnieca..
Bo i cóż to znaczy? Mało to mamy dowcipów o „rozrywkowym” piekle i „niebie”, w którym można zdechnąć z nudów? Bujanie na chmurkach? A nawet ta „wieczna szczęśliwość płynąca z obcowania z Bogiem” nie jest wg mnie właściwym postawieniem tematu.

Załóżmy więc, że Zbawienie – to nie koniec pewnej drogi,
że to początek Następnego Etapu. Że nie czeka nas
od razu Wieczna Nagroda czy słodkie nieróbstwo,
ale że czeka Nowa Przygoda, Nowe Wyzwania (poza tym
nowe dominanty świata..niekoniecznie już zatem Egoizm jako
spiritus movens..) i nowe MOŻLIWOŚCI
(i nowe, procesualnie, nie finalnie, rzecz ujmując, radości).

Konkrety? No dobrze, mi np. utkwiło w głowie:
- Na tym (wyższym) poziomie, fizyczność/materialność 
jest WARIABILNA - zmienna. Fizyczność, ciało, nie jest już więzieniem 
(dla duszy..), lecz domem - który możemy kształtować, z którego
możemy swobodnie korzystać i zmieniać. 
Pamiętam też ważkie znaczeniowo zdanie, które
wydaje się fantastyczne, ale w gruncie rzeczy raczej jest
ostrzeżeniem..:
('na tym poziomie myślenie życzeniowe staje się 
rzeczywistością dla tego poziomu').

 

Wracamy do Gnosis.
A tam dalej idzie tak:


Z RZADKIMI WYJĄTKAMI cel ten (patrz wyżej..) może być
osiągnięty przez CIĘŻKĄ I METODYCZNĄ PRACĘ.
Suma koniecznych ŚWIADOMYCH WYSIŁKÓW danej jednostki,
osobowości – do osiągnięcia celu konieczna – jest wprost
proporcjonalna do stopnia degeneracji tej jednostki, osobowości.

Zatrzymajmy się chwilę nad tymi wyjątkami.

Kiedyś, co do wyjątków, miałem różne wątpliwości.
Choćby takie, jak wyjątki pogodzić w ogólnie braną Sprawiedliwością
Bożą etc. No cóż, wydaje się, że – nie mając tutaj miejsca na omówienie
sprawy szerzej – należy pogodzić się z tym, że jeśli są jakieś „wyjątki”,
to tylko z pewnego punktu widzenia, z danego subiektywnego odniesienia,
a całościowo rzecz biorąc sobie na to wcześniej odpowiednio zapracowały
i nie mamy tutaj do czynienia z daniem komuś więcej darmo czy zwolnieniem
z czegoś, z powodu jakiegoś wyjątkowego „upodobania”.

Większość ludzi, jak się wydaje, lubi zapominać o wszelkich wątpliwościach,
jeśli „wyjątkowość” przyznaje akurat samemu sobie – ta droga iluzji zasługuje na to, by przed nią specjalnie przestrzec! Odwrotnie nawet – warto sobie pod tym względem umniejszać, to popłaca.
Osobiście np. rozważając dawniej pewne możliwe rozwiązania teologiczne,
kosmiczne, stworzenia, kształtu świata, etapów istnienia itp. – jako jedną z podstawowych reguł weryfikujących potencjalne szanse na bliskość faktom tych pomysłów – miałem taką, by – jeśli dane rozwiązanie czy teoria akurat mnie, tutaj, w tych faktycznych okolicznościach życiowych, stawiały w pozycji jakoś uprzywilejowanej, coś mi „ułatwiały”, albo z czegoś zwalniały – to do takich teorii należy żywić jak najdalej idące uprzedzenie i traktować w najwyższy sposób podejrzliwie, jeśli nie z miejsca odrzucić (raczej odrzucałem z miejsca!)
Takie podejście wydaje się nazbyt ostre, ale się zwykle opłaca –
oczywiście nie można popaść w drugą skrajność i jakiś transcendentalny
masochizm (!)

Patrząc na to, jak wyżej udało (czy raczej nie udało) mi się sformułować
myśli, zwykle – zwykle tutaj płynące lepiej, sprawniej i przejrzyściej odbiorczo
– dostrzegłem odcisk kopyta impasu..

Zaklinam go już u początków tego wpisu, więc spróbuję skończyć z nim na dobre w pętli. Zatem  (i w tym momencie) podjąłem pewną decyzję będę pisał ciut krócej, za to częściej. Do tej pory bowiem wpisy zawierały dość dużo treści, tekstu. A ten, na domiar złego jest chyba pierwszy, bez żadnego obrazka, fotografii, piosenki czy innej Zachęty. Dlatego, w tym momencie podjąłem decyzję, by ten, tak istotny przecież, temat, podzielić na dwa, a może nawet trzy części..
Za to spotkamy się niebawem, będziemy spotykać się częściej, impas może, dzięki temu wybiegowi ustąpi, a temat zacznie swobodniej płynąć. I, last but not least – może już do następnej części znajdą się jakieś, wizualne, dźwiękowe, a może
i jeszcze inne, ilustracje.
Albowiem wyobraźnia jest najważniejsza! – a umiejętność wizualizacji:
nie do przecenienia.

Taxi driver

No dobrze..miałem dziś jeszcze napisać, co
u licha (niech śpi..) ma wspólnego Piotr i
Paweł z „UKRYTYM, który jest PODSTAWĄ”..

Przypomnijmy – Piotr/Kefas – znaczy skała,
a Paweł (Paulus) – mniej więcej: drobny,
niepozorny, mało znaczny..

Zawsze szukałem w życiu rzeczy Wielkich
i Niezwykłych.

Dziś skończyłem 40 i rozpocząłem 41.

Zabawne, bo od roku wydaje się sobie o
wiele młodszy niż grubo wcześniej.
Choćby wiosną 2011 roku, gdy przyjechałem
do Poznania, by poznać Kobietę, która nigdy
mnie nie widziała, znała mnie tylko z
miniatur, które publikowałem na jednym z
portali literackich w sieci, ale która
utrzymywała, że zna mnie od dziecka, że wie
jaki jestem, że wie..kim jestem i..że mnie
kocha.
Zawsze lubiłem dziwne historie, więc
przyjachałem do niej.

Był to Wielki Piątek tamtego roku.
I nie wiedziałem jeszcze wtedy, że wybrałem
się na drugi koniec Polski nie tylko po to,
by poznać Marię Alexandrę, ale także po to,
by umrzeć.

 

8

8

8

8

8

5

5

5

5

5

(tutaj wyciąłem fragment tekstu obejmujący wydarzenia od soboty i niedzieli wielkanocnej 2011 do niedzieli ducha świętego w czerwcu 2011) 

 

Maria Alexandra miała do odrobienia karę (prace publiczne)
w parku w centrum Poznania, będąc zziajana 
wystarczyły niecałe 3 piwa by dość mocno
się wstawiła. Zostawiliśmy jej rower.
Zamówiliśmy taksówkę.

Prowadził ją Promiennie Uśmiechnięty
taksówkarz. Był to człowiek, który Się
Cieszył, a była to prawdziwa Radość.
Maria Alexandra zapytała go, z typową dla
niej bezpośredniością, czy jest zadowolony
z życia, tak jeżdząc po mieście taksówką.
A on odpowiedział jej równie prosto.

 

Maria Alexandra, zanim wyszliśmy z taxi,
pocałowała go, tego starszego kierowcę taksówki,
w rękę. Byłem o to na nią zły,
prawdę powiedziawszy: zrobiłem jej scenę.

Załatwiła mnie jedną oddzywką:
– Widziałeś kiedyś kurwę, co całuje w rękę?

Nie, nie widziałem. Prawdę powiedziawszy,
mało znam się na kurwach, ale wiem, o co
jej chodziło. Każdy facet powinien to wiedzieć..

Na szczęście przypomniała mi się chasydzka
opowieść o Ukrytych Cadykach.

A brzmiała ona tak:
– Na wozie z zastępem swoich wiernych
uczniów jechał wielki, niezwykły i słynny
cadyk – cudotwórca Cadyk z Opatowa.
Jednak, gdy wjeżdzali do miasteczka, Cadyk
w pewnej chwili podniósł się lekko i
głęboko wychyliwszy się z wozu, ukłonił –
przejeżdzającemu vis a vis żydowskiemu
biedaczynie – woźnicy powożącego chudym
koniem, ciągnącym równie chudy wóz
drabiniasty.

Chasydzi – uczniowie słynnego i wielkiego
Cadyka z Opatowa przez całą resztę drogi
zachodzili w głowę z jakiego to powodu ich
słynny Cadyk pokłonił się zwykłemu
wiejskiemu wożnicy. Dopiero jednak po
wieczerzy jeden z uczniów zabrał się na
odwagę by zapytac o to ich słynnego
mistrza.

 

Słynny cudotwórca Cadyk z Opatowa tak
odpowiedział uczniowi:

– Istnieją, jak wiecie, wielcy, słynni i
poważani przez wszystkich Cadycy. Macie
szczęście być uczniami jednego z nich 🙂

– Ale, zapamiętajcie: istnieją też ukryci
cadycy. Nikt ich nie zna i nie hołubi ich
wielkości. Ten woźnica, któremu się
pokłoniłem, był takim właśnie ukrytym
cadykiem.

– Zapamiętajcie: Ukryty Cadyk jest stokroć
większy i bardziej święty niż ja.
Albowiem: BYT KTÓRY JEST PODSTAWĄ ZNAJDUJE
SIĘ W UKRYCIU.

Gdy opowiedziałem tę historię,
Maria Alexandra powiedziała:
– Kocham CIę.

Tak jak kocha CIę Twoja śmierć.