Spacerując z przepełnionym naczyniem na głowie

Jeszcze przez jakiś czas coś chce mnie uczyć cierpliwości..

A ponieważ jeszcze przez bardzo krótki czas nie będę wiedział,
czy mogę przejść do następnych etapów realizacji planów A,
czy też będę musiał (na początku musiał bardziej niż chciał, niestety)
przejść do trochę awaryjnego charakteru planów B,
nie pozostaje mi nic innego, jak spacerować, trochę rozmyślać
i trochę się, konsekwentnie, dokształcać.

Dziś np. na spacerze zahaczyłem o kościół pod wezwaniem Mikołaja.

Z tyłu bryły kościoła była niegdyś piękna rzeźba.

Widać ją nawet – z jadącego pociągu – w minucie 8:52 mojej miniatury, którą ostatnio nawet przypominąłem „Pomiędzy 1/2″

Kilka lat później, a kilkanaście lat temu, tę rzeźbę odnowiono,
a także całość obudowano i zakryto szybą. Zapewne tak lepiej,
bo widziałem, że drewniane elementy niszczały, niemniej wrażenia tak estetyczne jak duchowe bardzo na tym ucierpiały. Nawet nie wiem czy teraz zwróciłbym uwagę na te figury w niszy zewnętrznej strony tylnej nawy.

Wszedłem na więcej niż chwilkę do wnętrza.

Ale nie żegnałem się, ani wchodząc, ani wychodząc,
choć przyklęknąłem.

Co do pierwszego, przyjdzie to szerzej wytłumaczyć,
kiedy odnajdę już sposób (a cały czas poszukuję)
jak przekazać tak naczynie wypełnione Wodą aż po brzegi,
by – zanim się ktokolwiek spragniony zdoła z niego napić,
nie rozlać wszystkiego nawet, do cna – do dna.
A ponieważ Spragnieni sami mogą, nawykli do niezdarności,
choć jej nie zawinili, stłuc i zmarnować naczynie, także dlatego,
że przepełnione się czasem o to prosi, trzeba tutaj pewnych
cyrkowych trochę sztuczek, by stąpać ostrożnie, pomiędzy nimi
i nierównościami gruntu, i z gracją.

Napiszę więc tylko tyle, żeby dać znać, że myślałem nad tymi
sprawami ponad 30 lat, miałem je już – na tyle, na ile byłem
wobec sprawy wymagający, a byłem, uporządkowane 
w pozytywnym sensie. Także dlatego, być może,
trudno mi od razu wyjaśnić pewną ewolucję. 

Od dzieciństwa miałem zwyczaj dawać jakoś znać o swojej pamięci
czy szacunku w miejscach związanych z ludzką wiarą. Bardziej w odludnych, odosobnionych, zapomnianych niż innych. Zapomnianej prawie leśnej kapliczce, rozpadającym się prawie górskim kościółku.
Trochę tak, jak jest to opisane w „Podróży na Wschód” Hermanna Hessego.

Już w wieku pomiędzy 15 a 25 rokiem życia uporządkowałem sobie pewne sprawy związane z wiarą, pewną część dość znacznie metaforyzując, jeśli jednak chodzi o zagadnienie podwójnej natury Syna Bożego – i jego ofiary na krzyżu,
tak w sferze intelektualnej, jak emocjonalnej, doszedłem do pewnych, zadawalających mnie osobiście rezultatów. Nie było to bynajmniej poprzestanie na zadowoleniu małym kosztem: tak intelektualnie, jak empatycznie.

Szczególnie po poznaniu Ewy, w 2002 roku, i poznaniu, ciut szerzej, różnych poglądów gnostyckich, wyrobiłem sobie zdanie, że różnego typu kwestionowanie – tak podwójnej natury Chrystusa, jak faktu jego realnej śmierci na Krzyżu – co występowało także w różnych odłamach myśli gnostycznej (mniej lub
bardziej prymitywne pomysły typu „ofiary pozornej”, „ciała fantomatycznego”
itp.) – jest jak najbardziej błędne.
Podawane tam rozwiązania tych kwestii oraz ich uzasadnienia były dla mnie albo bardziej lub mniej niekonsekwentne, albo były wynikiem niewłaściwego oglądu świata jako całości, co prowadziło do błędnych wniosków.

W szczególności pogląd dualistyczny, czy manicheizm, który stworzenie całego tego widzialnego, materialnego Świata, w którym żyjemy, przyznawał jakiemuś złemu demiurgowi, jakiemuś szatanowi – stwórcy zła i materii – w przeciwieństwie do Dobrego Boga – władcy i stwórcy Ducha i świata duchowego, odrzucałem od samego początku – i nadal odrzucam.

W tej kwestii jestem monistą. 
To, że dualizm (materii, cecha materii wręcz) i istnienie zła może znajdować,
tak intelektualne, jak emocjonalne uzasadnienie, bez uciekania się do jakiegoś przeciwnego do Boga – złego stwórcy, potrafiłem, i potrafię, uzasadniać na różne sposoby. I widzę też to, że mimo tego, ten monizm nie prowadzi do jakiegoś oskarżenia Boga, do zobaczenia w nim, w samej jego istocie – a także w jakichś jego „motywach” czy „działaniu” cienia, ciemności – Zła.
I, choć wgląd, w tym bezpośredni, i towarzyszące mu poglądy, się zmieniły i rozbudowały w wielu istotnych punktach – ewoluowały, gdyż nie mogły
się nie zmienić, gdy stanąłem bardziej niż kiedyś przed pewnymi faktami,
to jednak podstawowa monistyczna zasada została zachowana. Widzę Jedynego Najwyższego, jego działania jako doskonałe i nieobarczone żadnym błędem
(nie ma tu miejsca na jakiś wypadek czy rozbite naczynia – na jakieś „boskie
niekonsenwencje”, które pojawiają się w różnych teoriach, także gnostycznych
czy kabalistycznych), konsekwentne i takie, że przyznając Wolność – 
przyznał ją w takim rozmiarze i tak bezwzględnie konsekwentnie –
Wolność ta czasem przysłania bezmiar Miłości.
Ale przecież: MIŁOŚĆ TO WOLNOŚĆ!

Ktoś powie: cóż za bzdura! Przecież tak mało tej wolności
mamy w praktyce, tak bardzo jesteśmy uwarunkowani. 
To prawda. Może tak być – ba, w większości wypadków
tak bywa! Ale jest jeszcze większa prawda: że sami

wolnie możemy wybrać nawet największą niewolę!
I często nie bierze się pod uwagę faktu, że nie tylko
my, ludzie, zostaliśmy obdarzeni – jako stworzeni –
wolnością. A to daje pewne, bardzo smutne,
lecz niemniej realistyczne, wnioski..

Choć w stworzeniu jest zło, w Bogu zła nie ma – dualizm świata jest konieczny,
ze względu na pewne właściwości nauki własnej samoświadomej miłości,
od których nie da się uciec (ale można ją, Bożą Miłość, finalnie i same istnienie – odrzucić). Moc Boża była i jest immanentnie samoograniczona przez oddanie jego stworzonym dzieciom takiej wolności, która jest dosłownie nieograniczona.

I z tego płyną pewne problemy, nawet w o wiele większym rozmiarze, niż kiedyś myślałem. O wiele lepiej jednak też rozumiem, dlaczego. I prowadzi to mnie tylko do większego podziwu i zaufania w niezbędność wszystkiego, co jest. Prowadzi też do chęci wpłynięcia na to, żeby było coraz lepsze. Bo też i takie Bóg przewidział dla nas zadanie, jeśli oczywiście się na nie wolnie zgodzimy.