Być (czy) i Robić (?)!

Trudno mi się pisze ten wpis. Może materia nie jest aż tak bardzo skomplikowana, trudna w ujęciu – ale może swój własny, częściowo pewnie i emocjonalny, stosunek do tych kwestii nie jest jeszcze odpowiednio dojrzale ustalony.. By mógł zostać opisany, precyzyjnie, klarownie, rozciągnięty na rusztowaniu zdań wielokrotnie złożonych..

A może ten wpis ma być – taki właśnie – inny..
Na początku to, co tutaj pisałem, było zdominowane improwizacją, swobodą, lekkością. Później – im bardziej chciałem wchodzić w sprawę codziennej obowiązkowości, konsekwencji, samodyscypliny, która jest konieczna zawsze, by nie tylko drobić, zbudować coś większego, trwalszego niż ulotne wersy lekkich miniatur. Żeby zbudować coś w życiu – nie w literaturze. A nawet – żeby to była budowla pożytku społecznego..
Ale może ten wpis właśnie taki ma być, znajdzie swoje miejsce i będzie nośnikiem tego innego rodzaju zrozumienia – które nie bazuje na chirurgicznej logice i nie porządkuje świata przez nominalizmy i klasyfikacje.
Niech tak zatem będzie.

A jednak, mimo tak innej formy – te stany psyche, stany ducha, stany serca, stany pomiędzy ludźmi – stany pomiędzy stanami – są tutaj także jako dopowiedzenie do tego, przed czym 3 dni temu się ostrzegaliśmy (link do „Planowanie porażek”) 

+++

Kiedy to było..?
Ha, pewnie w czasie narastających problemów P. w zw. Z N – z EB.
Paweł powiedział wtedy do mnie tak:

- Bo widzisz.. – chodzi o to, czy mają nas kochać za to, kim jesteśmy ,czy za to, co robimy..

Wtedy się trochę żachnąłem.
Oczywiście, że idealista – romantyk bardziej ceni to, kim w całej swojej głębi jest..
Och, co za zabawne, zabawne nieporozumienia niby oczywistych spraw, potrafią wyniknąć, gdy w sprawę włącza się nasze słodkie ego..

Ale później rozmyślałem o tym, jak on to powiedział (było ważne także to właśnie, jak on to powiedział..).
I, dziwna rzecz, po pewnym czasie, może i kilku latach, doszedłem do wniosku, że stosunek do tej – tak wyrażonej – alternatywy (a czemu koniunkcji nie może być? Owszem, w idealnych przypadkach jest koniunkcja .. – nie mieliśmy wtedy do czynienia z przypadkami idealnymi i dalej z tym trudno..) u mnie się zmienił..
Oczywiście ważne jest, jak się to wszystko rozumie..
Ale ten wpis jest jaki jest i wracam w nim do mojego starego zwyczaju, by nie tłumaczyć kwestii, które mają szansę otrzeć się o jakąś tajemnicę. Tej zasadzie, mnożącej niejasności, niezrozumiałości, hermetyzm symboliki i metaforyki itd. byłem wierny bardzo długo, czy w piśmie, czy choćby w filmach..
Ale – choć teraz – jak nie raz pisałem, pod tym względem mi się, można rzecz, nawet odwróciło – to też wpaść w drugie ekstremum i banalizować wszystko rozstrząsaniem i wyjaśnianiem, byłoby: znów ominąć złoto.

Ale w ostatnich latach przecież – zgodziłem się i przyswoiłem jak swoje Ark’owe powtarzanie:

- Nie jest ważne, kim się jest, jest ważne: co się robi.

Rychło w czas, może to i mnie nawet trochę impregnowało przed szaleństwem albo jeszcze bardziej szalonym i jeszcze szkodliwszym, auto-jadem, bardziej niż grożącym komuś trzeciemu – totalnym przewróceniem w głowie..Nie przewróciło mi się jednak w głowie; choć, rozważając sprawy zupełnie trzeźwo – w odniesieniu np. do jakiegoś przeciętnego modelu średniego – typowego człowieka „tu i teraz” (tej doby, uśrednionych zalet i wad charakteru, produktu uśrednień cywilizacyjnych i etycznych..), to wydaje się, że przewrócić – takiemu standardowemu modelowi – to by się jednak zdrowo w głowie mogło. Jeśli by go spotkało to, co mnie spotkało..
Ale też i takie hipotetyczne analizy do pewnego stopnia nie mają sensu, bowiem, żeby pewne rzeczy pokojarzyć i pewne zauważyć (kto ma oczy..), trzeba byłoby jednak być mną..Żaden uśredniony model nie powiązał by nawet procenta tego, co ja , i wystrzegając sie życzeniowosci i może nawet ponad miarę niedowierzając synchronicznym potwierdzeniom zewsząd, wysnułem i snuję To co ważne,  z wszystkich elementów tej Gry Kolorowych paciorków i kamieni – jakby, nie przymierzając, ni mniej ni więcej: czytać sobie na wyrywki Kronikę (i) Akaszy..

×××

A więc mamy pytanie, dawno temu – retorycznie raczej – postawione..I wydaje mi się, że Ten, kto mówił, wiedział wtedy, że być dobrym, to jest starać się – starać się – to jest – wybierać, z czegoś rezygnować, coś poświęcać, by być wierny temu, kim jesteśmy..czy kim stać się chcemy. Ten potencjalny „Ja” nam jest bliski jednak, pociąga nas tym, że potrafi być dobry, prawdomówny, obowiązkowy, pracowity, konsekwentny. Za co spotyka go wdzięczność i czułość  albo i nie wdzięczność i złośliwość ludzka. To drugie może i częściej.
Jeśli już chcemy doceniać to, jacy jesteśmy – i mamy tutaj na myśli nie naszą Prawdziwą Indywidualność, nie nasze Wyższe Ja – nie siebie tylko wtedy, gdy kierujemy się własną prawdziwą wolą i siłą, niewrażliwi na przeszkody rzucane nam pod nogi przez nasze własne wady i „małe osobowości” (których wiele, legion)
– O.K. – doceniajmy to, tę bzyczącą chmurkę, ale tylko tak, by się motywować, a nie by się usprawiedliwiać, tłumaczyć czy budować na tym śmieszną roszczeniowość..

I – by się – smucić.
Prawdziwie widząc: Nie mamy powodu do smutku!
Nawet do tego smutku, że „dobro jest takie trudne – więc mi się nie udaje i zapewne nie uda” – strasznego smutku i zniechęcenia, który więcej niż melancholią i acedią – jest resentymentem.
I co, naprawdę, rozsądnie rzecz biorąc, możemy się boczyć na to, że nauka miłości nie może ze swej natury być bezbolesna i że, prawdziwe i trwałe osiągnięcia muszą być trudne, muszą być okupione pewną ceną: jeśli bowiem coś kupimy nazbyt tanio – kupimy rzecz wartą równie mało, a często bywa, że nie tylko nawet i bezwartościową, ale przeklętą.

Można też tak..Tłumaczenie: – Szczęście to nie jest wystarczająco dobrze dla mnie..Domagam się euforii!

 PS do powyższego humorystycznego rysunku: – Ale nie ma powodu do minimalizmu i wcale nie o ascetyzm jestesmy proszeni- ba, przecież nawet i euforia zostanie nam dana, ale nie ta chorobliwa,  bazująca na zubożonym wykrzywionym wykorzystaniu ekstremów,  co jak wiadomo zawsze się podług zasad i praw naturalnych – mści!

 

A jednak, wszyscy mamy prawo do (bezwarunkowej) Miłości.
I tak naprawdę, wszyscy ją Mamy – ale nie mamy tego świadomości ze względu na niedostatki naszej świadomości właśnie!

Skupiamy się bowiem zwykle akurat na domaganiu się bezwarunkowego uczucia od innej, zupełnie od nas niezależnej, Bogu ducha winnej osoby: co już wcale prawem żadnym naszym nie jest. Jeśli się zdarzy jest Darem [mimo bycia dla siebie okrutnym i złym przez wiele lat życia, jednak: zostałem wspaniale i wielokrotnie obdarowany; a także pozwolono mi zatrzymać się i dostrzec ten z nich, który jest Absolutny i Wieczny]. Z tą świadomością dopiero pojmuję bezmiar bezsensu bluźnierstw typu: „Miałem wszystko co mieć można i okazało się to niewiele..”

Ale to i złe słowo wynikające z trybu, że można coś absolutnego „posiadać” ten bezsens wywołało..W istocie tylko To Coś może posiadać nas, nie odwrotnie.

Podobnie – chęć posiadania choćby „prawa i sprawiedliwości” obraca się w swoje własne przeciwieństwo..

To piękne tonalnie i kolorystycznie zdjęcie zrobił mi ok. 10 lat temu w Warszawie właśnie Paweł..

A jednak teraz pewnie porównując nikt by nie poznał jednego człowieka ..może i dlatego, że wewnętrznie, tak naprawdę, człowiek wcale nie był jeden.. .

Po drodze zaś aż do dzisiaj były czasy lepsze i gorsze (A nawet tragiczne). Czasem mój cień był tak samotny, że zastygał jak tafla jeziora w cichą Pełnię..

Były też burze i..zawirowania..

autoportret MD.

Ale, Bogu dzięki, przed zwariowaniem się ustrzegłem.

Ja..

Dlaczego było mi wtedy,
z 10 lat temu, bliższe „za to, kim jestem” niż „co robię”?
Było w tym nie tylko odbicie wad, zniekształceń osobowości, zaniedbań, rozkwitającego nawyknięcia do lenistwa. Było w tym też coś pozytywnego..- pewna czułość do siebie samego, w której gdzieś partycypowało się w jakiejś intuicji, ogólniejszej niż tylko nasza osobista natury, że bycie dla Siebie Samego dobrym (w dobrym, prawdziwym rozumieniu pojęcia, i „siebie” i „dobra”) jest bardzo ważne. Czułość zapowiadająca szansę na odnalezienie w nas tego, co dzielimy z wieczną miłością, z której wszystko wzięło i podtrzymuje swe istnienie.

***

I Piotr zapłakał gorzko gdy kogut zapiał.
 Wtedy się obudził,
 W tym momencie pojął NAUKĘ EMOCJONALNIE.
 Zobaczył siebie w świetle nauki, której był nauczany.
 Zobaczył dystans pomiędzy tym, co wiedział, a tym KIM BYŁ.
 W miejsce tylko WIEDZY weszło ZROZUMIENIE.
 Wcześniej jego wiara polegała na zmysłach, nie miał w sobie korzenia, wierzył za pośrednictwem Chrystusa – i gdy coś poszłoby źle (a poszło) przestałby.
 Taka wiara może innych zniechęcić a nie zachęcić. Wierzyć porywczo, przemocą to na najczęściej łamać czyjąś, drugiego, innych ludzi - Wolność i Wolę.

Ano bo w kontekście pytania: kim się jest, trzeba też wiedzieć, że jest bycie i Bycie i że jedne drugiemu nierówne.. mało tego jedne bywa drugiego przeciwieństwem.. O takim, prawdziwym, wysokim, Byciu, mówił nam np. niekiedy Gurdżijew..

Reszta już- na dzisiejszy wieczór i noc –  jest milczeniem.

Bo się zamyśliłem.
Bo wspominam Pawła i zastanawiam się jak mu się wiedzie..

Ale..dał mi znać nie aż tak bardzo dawno, że:

– Przyjaciel wie..

Ale to w sumie nie tak bardzo istotne – o wiele ważniejsze: co z tym robi, że wie.

Wielką frajdą a w zasadzie po prostu „szczęściem w działaniu” była możliwość wspólnych zabaw artystycznych..tutaj m.in Paweł na planie wspólnego filmu..

A tutaj: Marat i jego wymyślony przyjaciel na wspólnym spacerze ;- > ♡♤

fot. Henri Le Secq

Dobrej Nocy. 

Gnosis

Miałem „blok”.
Nie wiedziałem ostatnio o czym napisać.
Nie, nie – że na siłę. Aż za dużo prosi się o czas i miejsce.
Ale trzeba ustalać priorytety i kolejność..oraz dobrać
najlepszą, najprostszą i najczytelniejszą, służącą CELOWI formę.
Chciałem użyć, tak szczęśliwie przecież znaleziony w stole,
pamiętnik.
(link)

Ale w tym pamiętniku – przynajmniej na pierwszych 20 stronach
– tylko o pracy, pracy, pracy, wysiłku. Jak lepiej się poświęcić pracy,
jak lepiej swe leniwe czy rozbiegane ego samoograniczyć.
Zwieść się nie dać – ino: tylko tyrać!
Pomyślałem – jejku, jak to atrakcyjniej przedstawić?

Ale dziś wpadłem na inny pomysł.
I Bogu dzięki..bo pomysł ten,
przybliża nas do Celu.
Bo, to, że ja, to wiem, jaki mam cel, to jedno.
I też wcale nie proste:
bo dojść do tego prawdziwego Celu
(które ma moje prawdziwe JA,
a nie setki iluzorycznych tyranów)
też nie było sprawą łatwą
i oczywistą. Zajęło lat prawie 40..

Niemniej – wydaje mi się, że go znam.

Ale po co ja piszę ten blog?;
blog przyklejony do strony Cassiopaea.pl.

Tak, to jest w pewnym sensie blog wewnętrzy.
Ale cel ma jak najbardziej zewnętrzny –
Ktoś na Zewnątrz mnie być może coś co napiszę przeczyta.
Ten Ktoś to Czytelnik. Czytelnik, któremu, chyba, jestem
winien pewne wyjaśnienia, przynajmniej zanim zacznę
zachęcać go do poświęcenia Siebie i do..tyrania 🙂
W istocie te Zewnątrz, najlepiej gdyby opadło, gdyby treść,
a forma ma temu tylko służyć, jak najlepiej trafiła do Wnętrza.
Tego kogoś, kto jest na Zewnątrz.
Zatem jest to, w pewnym sensie, transmisja,
z Wnętrza do Wnętrz – Innych.

No więc właśnie!
Dobrze byłoby jednak, trochę wyraźniej, zasygnalizować Cel,
tak by Inni mogli się, co do tej pory, zdałem sobie sprawę,
mogło nie być wcale jasne, zorientować co do niego. Co do CELU.
No i co do mnie.
A na końcu, finalnie, tak byłoby najlepiej i to byłoby
jak najbardziej Celowe: by się Inni mogli zorientować też co do Siebie,
co do swoich Celów. Celów swoich Wnętrz. Celów ich prawdziwych „Ja”,
nie tych iluzorycznych, leniwych, przewrotnych małych tyranów
(petty tyrants).

Wydaje mi się zatem, że nie bez kozery byłoby tutaj sięgnięcie do
całości już skończonej (bo Ja, to proszę Sz. Państwa, mam robotę..
dopiero.. rozgrzebaną..:-); przez kogoś w miarę Wartego Zaufania,
całości, która dorobiła się opinii rzetelnej, pomocnej, Prawdziwej.
Co nie bez znaczenia: wyrażonej prosto i klarownie. I co najważniejsze:
w zasadzie ogniskującej się wokół tego samego, z Natury, Celu, co mój.

Poświęcę temu, tak to ważne, kilka wpisów.
Dlatego w następnym wpisie, za kilka dni, przetłumaczę dla Was, a właściwie strawestuję wstęp do II Tomu Gnosis, autorstwa Borysa Murawiewa.

Książka ta ma w podtytule:
„Studia i komentarze na temat Ezoterycznej Tradycji
Wschodniej Ortodoksji”.

W tym miejscu chciałbym jednak, śladem Autora, Borysa,
wyjaśnić pewną sprawę.

Pojawiło się tutaj dźwięczne słówko EZO..

Dużo tego, i w Dawnych Wiekach, i Obecnie – już nawet nie wiem,
czy teraz nie więcej (o wiele: za dużo) tego EZO w okół nas.
Po części kwestia to niewinnych zabaw, ale po części, o wiele groźniejszej sprawy: Fałszywych Proroków. O nich napiszę także, następnym razem.

Lecz teraz małe wyjaśnienie od Borysa i ode mnie:
Ezoteryka to po prostu Nauka Wewnętrzna.

Zdaje sobie sprawę, jak wiele tutaj niejasności, nieporozumień i fałszów.
Dlatego nawet nie zamierzam się w nie wdawać i z takowymi dyskutować. Podaję zaś, klarownie, to, w czym chcę zgodzić się z Borysem Murawiewem..

Już Duns Szkot Eriugena zauważył, że mamy tutaj do czynienia z pewnym przekłamaniem lingwistycznym, zrodzonym poprzez określone tłumaczenie greckiego słowa. To przekłamanie sprawiło, że to, co lepiej jest rozumieć, jako „wewnętrzne” zostało obarczone znaczeniem „sekretny”, „ukryte” – czy tym podobnym.

Constantine Cavarnos, współcześnie, pisze:

Pierwszy rodzaj filozofii, filozofia Zewnętrzna, wyrosła ze starożytnej filozofii (nauki) greckiej oraz wczesnych wieków chrześcijańskich. Drugi rodzaj filozofii, „wewnętrzna” – jest identyczna z religią. Ten termin jest używany by oznaczyć nauczenia ortodoksji chrześcijańskiej w ich całości; pewne praktyki wewnętrzne, szczególnie wewnętrzna uwaga (gorliwość, wiara) i Pokój Ducha oraz życie klasztorne.

Widzimy tutaj, że mamy dość ścisłe odniesienia chrześcijańskie.
Nie jest jednak moją intencją akcentowanie tutaj tego elementu „przynależnościowego” – piszę się tutaj raczej o pochodzeniu czy
też „ścieżce konserwacji” danej nauki czy praktyki.

Chodzi mniej więcej o to, że religie Wschodu posiadają obecnie,
i od dawna, w pełni akceptowalny i praktykowany segment
(nauk i praktyk), które koncentrują się na rozwoju wewnętrznym
człowieka – choćby praktyki Zen czy też Joga.
W przypadku chrześcijaństwa, czy też ogólniej: świata Zachodu sprawa jest
o wiele bardziej skomplikowana. Lecz o takiej właśnie wiedzy wewnętrznej,
z natury powiązanej i bliskiej Zachodowi (przez to dla człowieka Zachodu,
o określonej mentalności i zasobach doświadczeń kulturowych), tutaj mowa.
To, że jest ona łączona ze chrześcijaństwem, podkreślam, że teraz wypowiadam się ŚCIŚLE JAKO Marat Dakunin, pozostawiając na chwilę Borysa, jest wynikiem zaszłości historycznych i cywilizacyjnych: nie da się ukryć, że światopogląd
i struktury chrześcijańskie współtworzyły filozofię i cały świat Zachodu
w stopniu przemożnym, trudno chyba by wskazać tradycję
o większej tutaj sile oddziaływania.

Niemniej jednak, chciałbym (Marat Dakunin) podkreślić, że:

  • choć w pismach chrześcijańskich (przede wszystkim Ewangeliach) wiele jest prawd, które mogą zostać z najwyższym pożytkiem spożytkowane na rzecz Prawdziwej Wiedzy Wewnętrznej i rozwoju człowieka, to jednak są to pisma
    i przekazy w ogromnej mierze zepsute, skorumpowane i wykrzywione, już
    przy ich powstawaniu ale i później;
  • – w jeszcze większej mierze wykrzywia Prawdę i Przekaz oraz to, czym były
    w przeszłości, ale i czym są teraz, struktury – mniej lub bardziej instytucjonalne – kościołów i innych organizacji, które uznają się za chrześcijańskie. Dokonywane w ramach tych organizacji interpretacje i przekazy interesują nas tylko o tyle, o ile mogą być zgodne z Prawdą Odwieczną;
  • – po trzecie wreszcie, co zabawne, choć naprawdę bardzo Smutne,
    religie, w tym, bez żadnego wyjątku, chrześcijaństwo, tak jak jest najczęściej
    praktykowane i wiedza poprzez nie NAJCZĘŚCIEJ szerzona –
    w istocie odwodzą nas od
    Prawdziwej Duchowości niźli do niej zbliżają!
    Temat to rzeka, poza tym – rzeka to pełna potworów i przyczyn
    do kłótni a nawet – jak wiadomo – wojen i tortur, więc z rzeki tej
    wylewam tutaj jedynie tę skromną łzę Prawdy. Tak, jak ją widzę.

Dlatego, co podkreślam, choć można mówić o tzw.
Ezoterycznym chrześcijaństwie (takiego pojęcie używało się w kręgach
nauki G. I. Gurdżijewa), to nie jest moim zamiarem identyfikowanie tego,
o czym piszę, co i jak interpretuję itp. jako „chrześcijańskie”.
Dlaczego takie zastrzeżenie uważam za konieczne i co jeszcze
się z tym wiąże stanowi bardzo złożony i bogaty objętościowo temat;
będę do niego nawiązywał tam, gdzie kontekst będzie tego wymagał,
w przyszłości.

Poprzez lata ta „ezoteryka” uformowała Tradycję, sztukę i dyscyplinę wiedzy, która mogła istnieć (i jak najbardziej istniała) także przed czasami Chrystusa,
ale która obecnie została asymilowana do „wewnętrznego znaczenia chrześcijaństwa”.

Ta Tradycja, która w Starożytności była tylko ujawniana w misteriach
(i tutaj, rzeczywiście, wymagano oraz ślubowano tajemnicę) została przekazana
z Egiptu (ważne też jednak, który Egipt ma się na myśli – zaznaczam tutaj, Marat Dakunin. A kwestię tę rozwinę nie tak szybko..) przez Mojżesza do Judaizmu oraz do Grecji przez Orfeusza i Pitagorasa.

mal. F. von Stuck

 

We wszystkich czasach, niemniej obecnie jest to wręcz chorobliwe,
ludzie starali się interpretować „Wiedzę Wewnętrzną” w kategoriach swych zewnętrznych doświadczeń.
Ale wiedza i sztuka (także w rozumieniu: praktyki, umiejętności)
jest W ZNACZENIU, NIE W SŁOWACH, i wiele pada ofiarą takich poczynań, często spowodowanych złą wiarą, lecz jeszcze częściej dobrą, lecz nazbyt prędkim sercem i nienawykłym do trudu i poświęcenia staraniom. W wyniku dążeń ludzi złej woli oraz dobrej woli, lecz wadliwych (najczęściej winne tu było duchowe, ale i czysto fizyczne: lenistwo) narosła, jakby w krzywym lustrze, zbieranina „EZOTERYZMÓW” o zupełnie opatrznie pojętym znaczeniu, praktykach oraz wadliwie eksplikowanej wiedzy.

John Tauler powiedział o tych, którzy słuchali kazań jego mistrza, którym był Meister Eckhart:

„Mówił z punktu widzenia wieczności, a oni słuchali go z punktu widzenia doczesności”.

Tak więc, wiedza ezoteryczna jest ze swej natury bardzo narażona na zepsucie,
a zepsuta, umiera (umiera w niej Prawda). Ponieważ jednak Czas jest rychły (podkreślenie moje: MD) musi być odnowiona i przeformułowana.
W międzyczasie ZNACZENIE jest utrzymywane przy życiu w społecznościach
lub szkołach (mając na myśli te Prawdziwe, nader rzadkich – podkreślenie moje – MD), które symbolizuje nazwa „arka”, jako, że jedną z nich była starożytna arka Noego.

Wymownym znakiem zepsucia przekazywanej Wewnętrznej Wiedzy
jest właśnie fakt, że zaczęła ona być rozumiana jako sekretna, tajna.
Zatem zaczęto sobie wyobrażać grupę uprzywilejowanych, jakąś elitę, która zazdrośnie strzeże tajemnic i dopuszcza do nich tylko wybranych
(i to wybranych, na podstawie, dość niesprawiedliwych, ogólnie rzecz biorąc, kryteriów. Za kryteria sprawiedliwe można uznać w zasadzie tylko: skalę czyjegoś poświęcenia WŁAŚCIWIE ROZUMIANEJ sprawie (wewnętrzny ogień) oraz nakład uczciwej pracy, wysiłków, trudu danej osoby, stosownie do jej uzdolnień (a więc dla każdego różny!).

Nierozumiany, pomijany albo zapominany jest PSYCHOLOGICZNY
aspekt Wiedzy Wewnętrznej, oraz fakt, że mówi ona o świecie poprzez
WNĘTRZE CZŁOWIEKA – podług reguły, że droga do Boga wiedzie
przez Nas Samych, szukać należy w swoim Wnętrzu.

To, że ISTOTA tej wiedzy i praktyki jest nierozumiana przyczynia się
właśnie do postrzegania jej jako SEKRETNEJ.
Drugim, w praktyce najczęstszym, powodem, jest nasze lenistwo,
ponieważ, jeśli coś, dla zrozumienia czy też opanowania,
wymaga od nas olbrzymiej ilości trudu oraz wysiłku NOWEGO spojrzenia na rzeczy, ale przede wszystkim NA SIEBIE SAMEGO, w nowy sposób,
co bardzo istotne – niedopuszczający żadnego SAMOOKŁAMANIA
to, nie przyznając się przed samym sobą, co ważniejsze nawet,
albo przed innymi do tego, że brak nam zdolności lub wytrwałości,
nazywamy coś, czego z tych powodów nie praktykujemy i nie opanujemy, zastrzeżonym (sekretnym, tajnym itd.) w jakiś specjalny,
niesprawiedliwy wobec nas, sposób.
A tak nie jest.

Mało tego: nic bardziej mylnego.
To właśnie Wiedza Wewnętrza, Ezoteryka – właściwie rozumiana,
jest OTWARTA DLA KAŻDEGO, kto uczciwie, dążeniem serca, rozumu
i nagięciem ciała, chce poznać Prawdę o sobie.
To właśnie tutaj nie ma miejsca na wszelkie
„zdobycie czegoś mniejszym kosztem”, ułatwiania sobie pracy,
mniej lub bardziej subtelne oszustwa mające zaoszczędzić trudu i wyrzeczeń.
Te wszystkie NIEUCZCIWE TRANSAKCJE, podejmowane by zdobyć coś wartościowego, są typowe dla ZEWNĘTRZNEGO ŚWIATA,
dla naszego codziennego doświadczenia w „normalnym” życiu:
widać je tam wszędzie – w handlu, polityce, mediach, a także, i może nawet przede wszystkim, tam są bowiem najbardziej groźne duchowo –
w praktykowanych religiach. W tym, jak obiektywnie to wygląda..

W wiedzy i praktyce Wewnętrznej nie ma miejsca na NIEUCZCIWOŚĆ.
Twoja nagroda, będzie dokładnie odpowiadać zapłacie, na którą się zdobyłeś.
Jeśli kupiłeś coś tanio, tanią rzecz, WARTOŚĆ, kupiłeś.
Jeśli zapłaciłeś całym życiem i oddaniem całym sercem –
kupiłeś rzecz NAPRAWDĘ wartościową.
Albowiem, także w przypadku Wiedzy i Praktyki Wewnętrznej, można osiągać „nieczyste”, wadliwe rezultaty. Lecz są one doczesne, i co za tym idzie, nietrwałe.
Czyste starania owocują czystymi osiągnięciami, a te są nieprzemijające.

Gnoza zaś jest WIEDZĄ i SZTUKĄ,
która na powrót łączy człowieka z Bogiem.

A dzieje się to poprzez zwrócenie się poszukiwań człowieka
do swego własnego wnętrza, poprzez WIEDZĘ WEWNĘTRZNĄ
bowiem osiąga się Gnozę.