Zdarzenie i Opóźnienie (tj. czy Sędziemu wystarczy rozum, czy przydałaby się cała Dusza?)

Zdarzenie i Opóźnienie
podtytuł:  czy Sędziemu wystarczy rozum (specyficznie stosowany),
czy przydałaby się cała Dusza?

Choć pewne fragmenty tego wpisu, wyrwane z całości i kontekstu,
mogą brzmieć jak próby bagatelizowania i usprawiedliwienia się,
chciałbym, by podstawowa jego wymowa została odebrana wprost
przeciwnie: jako ostrzeżenie, że nieodpowiedzialne, wydające się
drobnymi, zachowania, mogą prowadzić do o wiele bardziej
przykrych konsekwencji niż możemy przypuszczać, nawet
biorąc pod uwagę różne ewentualności. Mi – tak naprawdę –
nic się nie stało, ale przymusowe „wyjęcia kogoś z życia”
na prawie dobę – może rodzić często, dla kogoś, skutki
o wiele poważniejsze i naprawdę przykre..

Nie wszystko można przewidzieć i zdarzyć się mogą niespodziewane sytuacje, które uniemożliwiają nie tylko napisanie czegoś, użycie Internetu czy komputera, ale także choćby: spanie we własnym łóżku (a także trzeba oddać pasek – spodnie lecą, frotkę do włosów – robi się fleja hippi trochę czy nawet na noc okulary – robi się krecik..).

Taka niespodziewana okoliczność nastąpiła wieczorem już, między godz. 21 a 22 w poniedziałek, ledwo godzinę po tym, jak przyjechałem do Miasta
i włączywszy komputer robiłem sobie kolację (nie dane mi było jej zjeść).

Zostałem aresztowany.

Nie powiem, by mnie to jakoś bardzo zdenerwowało, w istocie byłem dość stoicki aż do końca, ale jednak niedogodność i – opóźnienie – którego tak bardzo nie chciałem usprawiedliwiać – nastąpiły..

Pewnie denerwowałbym się, gdybym coś przeskrobał, gdybym zrobił coś złego – ale nic takiego
(..w zasadzie, nie wprost i na pewno nie proporcjonalnie – co wyjasniam niżej dokładniej..)
nie zrobiłem,
czułem się więc trochę jak Józef K.

 

Trochę szczegółów:

No dobrze, po pierwsze;

Nie był to jednak totalny surreal, zamach na mnie amerykańskich sił związanych z COINTELPRO itp., nie była to też egzystencjalno – klaustrofobiczna austriacka kafkowska ingerencja irracjonalnego industrialnego zniewolenia. 

Bo jednak, coś „złego” pół roku temu zrobiłem – tyle, że aresztowanie miało z tym związek dość pośredni i lekko mówiąc, głupawy. W istocie, 
w terminologii prawnej nie nazywało się to „aresztowaniem”, choć musiałem wyjść od razu z policjantami, zabrawszy tylko niezbędne rzeczy, które i tak trafiły do depozytu na całe zatrzymanie; 
spędzić noc (z dwoma całkiem sympatycznymi panami, których z tego miejsca zaocznie pozdrawiam..jeden miał ponoć 37 dni takiego zatrzymania..lub raczej już "aresztu" - współczuję!)
  a później, w eleganckich kajdankach, pojechać (w luksusowym luku z tyłu furgonetki, ponad 100 km od mego obecnego głównego "domu") i wrócić sobie już wolny samemu..
założone delikatnie i luźno, za co dziękuję (jeszcze raz podkreślę – co do policji – zarówno z wiecz. i nocy jak rannego dowozu – klasa!)

Nie było to „aresztowanie” lecz tzw. zatrzymanie w celu doprowadzenia.

Z czego się wzięło?
Panowie policjanci (zresztą bardzo mili, z tego miejsca też serdecznie
– równie zaocznie – pozdrawiam!), poza ogólnikami odnośnie kwalifikacji prawnej (paragraf k.w.), nie potrafili mi powiedzieć, czego to właściwie dotyczy
i jakiego czynu in concreto. Podobnie pisma, które otrzymałem (sygnatura wskazywała sprawę, ale przecież mogłem tylko kojarzyć,  a nie przeczytać expressis verbis). Nie mogli jednak zrobić nic innego jak mnie bezzwłocznie
i przymusowo zatrzymać „w celu doprowadzenia” (tyle, że następnego dnia,
o 11..), gdyż wynikało to z nakazu sądowego, sądu w D.
W D. nie byłem od lat, więc musiałem pogłówkować, z czym to może być związane wszystko – po 30 sek. się domyśliłem i okazało się, że miałem rację.
Nie było to jednak takie trudne, kojarzyłem bowiem tylko jeden, jedyny kłopot prawny, który mógł, przy dużej dozie pecha, się tak niespodziewanie skomplikować..Chodziło o zdarzenie z grudnia zeszłego roku.
Czy popełniłem coś złego? No cóż, można tak powiedzieć,
choć uważam, że raczej coś bardzo głupiego. Chodziło o zapalenie
w autobusie w toalecie papierosa..
Był to dość nerwowy dla mnie okres, co oczywiście mnie nie tłumaczy (zresztą
o ile w pociągach jeszcze sobie na „dymek” czasem pozwalałem – oczywiście tak, by nie przeszkadzało to żadnemu z pasażerów – czyli też głównie w miejscu osobnym, przy otwartym oknie.., ale w autobusie nie paliłem od kiedy pamiętam). A jednak, ten pierwszy raz okazał się pechowy i dobrze mi tak. Papieros spaliłem może 1/3, wydawało mi się, żę w ogóle nie nasmrodziłem,
a jednak jakoś wtedy to wyszło, choć uważałem, paląc 1/3 dmuchając 
prosto w dół, gasząc po 30 sek. – by nie aktywować jakiegoś czujnika.
I nie czujnik to, z tego co wiem, wykazał, ale wyjątkowy węch pasażerki,
która wyniuchała cosik w toalecie 15 czy 20 min. później,
po czym, najpierw wskazując na zupełnie inną osobę, a potem,
kierując się, słusznie tym, że też mnie widziała korzystającego
z tej toalety – zrobiła tak straszliwy raban, jakby już zdążył
u niej rozkwitnąć złośliwy nowotwór płuc z przerzutami
na jajniki. 
Nie pierwszy raz nam palaczom wydaje się, że nic nie czuć – 
niech i ta uwaga będzie tutaj pożytkiem: pamiętajmy, dla dobra
Niepalących, że my możemy absolutnie nie czuć nic, ale oni mogą,
nawet na dworze, nawet na tzw. otwartym powietrzu (bo nie każdy
wie, ale miejsca publiczne z zakazem palenia obejmują nie tylko np.
wiaty przystankowe, ale także np. parki – nie wszystkie.
Wyczuć zatem można nawet po godzinach,dniach 
czy eonach,
jeśli ktoś nie pali albo jest uczulony..

De facto, przykładowo w niektórych parkach itp., które literalnie
podpadają pod zakaz palenia -  obserwacji dowodzi, 
że nawet gdy bezpośrednio odpowiednie władze są tego świadkiem
(np. naprzeciwko idzie patrol Policji) - to jednak w takich
przypadkach nie reagują.
Pożytkiem tej uwagi niech będzie taka informacja:
- w takim przypadku mamy do czynienia z instytucją prawną
zwaną desuetudo tzn. niekaralność z powodu "wyjścia z użycia".
To stara zasada, która mówi, że gdy spełnione są w zasadzie,
łącznie, dwie przesłanki, to ustaje karalność danego czynu,
choćby prawo pisane go nadal zakazywało.
Te przesłanki to:
- norma jest powszechnie łamana
- odpowiednie służby na to nie reagują..

Co tutaj warto jeszcze napomknąć, by wyjaśnić absurd całej sprawy?
A to: kilka mieś. temu byłem na komisariacie (ale wtedy m.in. nie miałem
pojęcia, że sprawa trafi do sądu w D., a to dlatego, że autobus akurat wtedy – był na wysokości autostrady w granicach D., pi razy oko), tam miło i sprawnie porozmawiałem
z panią prowadzącą dochodzenie w sprawie..Pani doradziła mi m.in. bym
w uzasadnieniu wniosku o dobrowolne poddanie się karze grzywny (do 500 zł – jak wynika z k.w.) podał jakieś informacje, poza bardziej oczywistymi typu dochodowymi (zarobkowymi), które były nader nikłe zresztą; mogące mieć wpływ na złagodzenie kary, którą w zasadzie mógł być tylko grzywna..
(zastępująca tę w formie mandatowej). Sugerowała podanie informacji np. dotyczących także chorób i leczenia. Osobiście wcale nie uważam,
że np. choroba nerwowa uzasadnia to,
że ktoś może sobie palić w miejscach zakazanych, ale jakoś dałem się przekonać..- i we wniosku była informacja, że wcześniej leczyłem się
dłuższy czas na nerwicę i miałem zdiagnozowany epizod/epizody depresyjne.
Obecnie oczywiście tym bardziej uważam, że informacje te podane 
zostały zupełnie zbędnie. 
Rzeczywiście, ostatni okres 2017 r. w tym grudzień raczej był dla mnie nerwowy (śmierć Stryjka, załatwianie samotne wszystkiego co z nią związane, nieplanowana wcześniej przeprowadzka, konflikt pewnego typu w bliskim otoczeniu, pewne niezbyt czyste i uczciwe zagrania, które mnie akurat wtedy spotkały ze strony niektórych osób..; mniejsza z tym wszystkim), choć stan chorób i leczenia był w zasadzie na finalnym, pozytywnym etapie zdrowienia (z przyzwyczajenia raczej nie, żeby skutkował, np. popularny antydepresant typu generyk Effectin’u np. – czy też lekki, nie psychotropowy środek uspokajający, wspomający teoretycznie sen – dziś już, także ze względu
na przeprowadzkę, od kilku miesięcy odstawione z, także 
nie odwiedzając już poradni, w byłym głównym miejscu zam.

Kwestia „depresji” 

Celowo piszę wyżej „epizody”, a nie „depresja” bo to pojęcie jest strasznie nadużywane a większość ludzi nie ma pojęcia jak poważną i straszną chorobą jest depresja. Być może jest to najgorsza choroba ducha (i ciała, także ze wzgl.
na jej objawy wegetatywne ale nie tylko..) ze wszystkich. Mój tata– może On, można powiedzieć, że miał pewien czas, ponad 20 lat temu, prawdziwą depresję. Ja, śmiałości, by twierdzić, że ja też na taką cierpiałem – nie mam.
Piszę o tym, bo wiedza na temat depresji i empatia w stosunku do chorych
na nią w naszym kraju dalej jest w powijakach (i naprawdę, uwagi typu: jakbyś się ruszył do roboty, to by ci depresja minęła, w stosunku do prawdziwie chorego, są bezmyślne i bardzo głupie). Dodatkowo jeszcze: chorzy na depresję często,
na przekór sobie, nie są ludźmi łatwymi i milutkimi w kontakcie i obyciu.
Warto jednak być dla nich wyrozumiałym i wiedzieć, że jeśli ktoś naprawdę na depresję właśnie choruje (a nie piszę tutaj o sobie, ja ledwie miałem te „epizody” i nie czuję się, bym mógł mówić o pełnych objawach depresji..), to jest on
w sytuacji takiej, gdy życie boli tak, że myśl o śmierci, zniknięciu i uwolnieniu
od tego wszechogarniającego lęku, bólu i bezsilności przed dnie i noce (bo zwykle nie można spać) jawi się takiemu choremu jako wybawienie, najprostsze zaś czynności życiowe, i w ogóle sam stan „bycia”, są koszmarem.

Tyle na ten temat.

Natomiast finał tej trochę śmiesznej, trochę żałosnej pechowej sprawy, wyglądał tak, że niestety, w związku z zamieszkiwaniem tutaj, organizując dopiero mieszknie i podstawy życiowe – cały czas od stycznia, ale nadal (choćby kilka mieś. czekałem na to, by Akademia Muzyczna odebrała, cenne dla nich książki – duży księgozbiór specjalistyczny, muzykologiczny i dokumenty,
liczne zbiory redakcyjne i pisane – gdyż stosunkowo niespodziewana śmierć
przerwała Bratu Ojca pracę nad ważną dla niego książką. Nie miałem serca
tych rzeczy po prostu wyrzucić..- w końcu, dzięki uprzejmości ludzi, przyjaciół
Zmarłego z Akademii Muz. – udało się, wywieziono prawie 20
wielkich koszy książek, dokumentów i CD z bardzo rzadkimi przeważnie nagraniami). Jednak także częste wyjazdy do miasta, w którym mieszkałem ostatnie 30 lat, oraz w zw. z pechowymi zbieżnościami (m.in. terminem świąt wielkanocnych) oraz pewnym faktem dotyczącym skrzynek na dole bloku mieszkalnego (tam poczta składa awiza), nie odebrałem pewnego pisma 2 miesiące temu (z awizo wynikało, że już wróciło do nadawcy z poczty).
W tym piśmie, czego absolutnie nie przewidziałem, okazało się, że Sąd – który chyba chciał zweryfikować (tylko po co? – jaki to tak naprawdę miało istotny
związek ze sprawą? Itd.itd.) te moje informacje podane we wniosku, dotyczące leczenia, skierował mnie na obowiązkową konsultację lekarską,
w miejscowości..tak, tej, koło której przejeżdżał autobus, ponad 100 km od miejsca, z którego piszę (a i sporo od tego, gdzie jeżdzę). Ponieważ zaś, nie odebrawszy pisma, nie pojawiłem się tam i nie przesłałem usprawiedliwienia, zarządził nakazem przymusowe zatrzymanie i doprowadzenie.
Osobiście, na to, że tego rodzaju informacje sąd uwzględni przy np. odstąpieniu od kary pieniężnej (a sam zaproponowałem poddanie się karze 200 zł – co uważam, wcale nie było nazbyt zaniżone, wręcz przeciwnie – wszak maksimum to 500 zł!), nie liczyłem. Może niepotrzebnie przeszedłem do porządku dziennego nad sugestią by takie informacje także podać – bardzo miłej Pani Policjant

 (i jeszcze bardziej profesjonalnej 
 - bo amerykańska dewiza policyjna mówiąca, że wsparcie
 i pomoc - służba - obywatelom - jest równie ważnym ich zadaniem jak ich i
 porządku publicznego ochrona - w oryg., o ile pamiętam "serve and protect"
- gdzie serve jest nawet na I miejscu!; 
to, że etymologicznie "administracja" oznacza służba, 
a minister - sługę, w pewnych realiach brzmi niewiarygodnie..)


która sporządzała w moim imieniu wniosek do sądu..

 

Nie będę tutaj wnikał w logikę sądu, ale na pewno warto właśnie ludziom,
którzy kiedyś mieli problemy choćby typu nerwicowego, serwować tego rodzaju niespodzianki. Przy czym, to, że w zasadzie, do samego końca, 
niezbyt mnie to wszystko wzruszyło, biorę sobie za jeden z, mimo wszystko,
pozytywów tej pechowej sytuacji. 

Podejrzewam, że motywy postępowania sądu były raczej psychologiczne
i to nie tyle chęć „pozytywnego wpłynięcia” na sprawcę – czyli jak czasem
mówi język kodyfikacji prawnokarnych „wychowania sprawcy” (czyli mnie
– ale ze mną trochę jak z Wokulskim, który jak wiadomo co do swego
wychowania odpowiedział p. Wąsowskiej jednoznacznie..). Być może Wysoki
Sąd poczuł się „olany” tym, że nie zjawiłem się na wyznaczonym badaniu. Toteż postanowił „mi pokazać”.

No cóż, kiedyś, będąc na konferencji filozofów prawa, najwybitniejsi polscy profesorowie oraz młodzi zdolni (tematem była m.in. praktyka orzekania sędziów) postulowali, by doskonały sąd inkorporował jednak, w wiecznym sporze pomiędzy „duchem przepisów” a „wykładnią literalną”, w swoją,
w imieniu Rzeczypospolitej wykonywaną, tak szlachetną i tak ważną ze swej natury rolę, więcej empatii i czysto ludzkiego rozumienia bezstronności także jako tego, by powstrzymać się przed okazywaniem swego prywatnego, emocjonalnego w podłożu zapewne, niezadowolenia przez bezsensowne, tak prakseologicznie jak ekonomicznie zarządzenia i nakazy proceduralne.

Policjanci i samochód na pewno znalazłby lepsze zastosowanie niż to – tym bardziej, że z samej wizyty nic nie wynikło, bo lekarz nawet nie bardzo mnie pytał o stan zdrowia, a tylko wypełnił sobie formularz, skupiwszy się głównie na danych typu urzędowego..).

Zarządzenie przymusowego zatrzymania i przymusowego dostarczenia (oczywiście wg procedury kajdankowej, co mnie bawiło w sumie) – przy odrobienia ruszenia głową, przewyższa znacznie swoją uciążliwością nawet maksymalny wymiar kary w przypadku tego wykroczenia (500 zł albo nagana..). Zatem, filozoficzno – prawnie mówiąc, można powiedzieć, że nie tylko już teraz zasada nemo bis in idem będzie naruszona w sensie materialnie rozumianego wymiaru kary, ale i wszelka proporcja, która – poza tym, że gdy skrajnie naruszona, marnuje środki policji, to jest podstawą Prawdziwie rozumianej sprawiedliwości.
[W.Sąd też (zaocznie) pozdrawiam].

 

PS
Z wszelkich niedogodności należy próbować wysnuć jakieś plusy, dlatego piszę ten tekst głównie by poruszyć tematy, które może gdzieś, jakoś zaplusują. Sami policjanci, co do których nie mam cienia zarzutów (zresztą przepraszałem ich,
że marnują czas na coś takiego..), wspominali, że coraz częściej zdarza się ostatnio, by ktoś spędził kilka dni „w areszcie” – w sprawie gdzie grzywna wynosi kilkaset zł.. (zapewne specyficznie rozumiana polityka „bezlitosności dla przestępców” pod kierunkiem Władzy Ministerstwa S.)
Tak wygląda właśnie rzeczywistość stosowania pewnych środków, które niejako wyprzedzają i przewyższają samą karę (zresztą przecież de facto i de iure jeszcze nie wymierzoną w ogóle wyrokiem!) i to za jedne z najlżejszych chyba możliwych wykroczeń). 

Niemniej, nauczkę mam. I mniej o wiele paliłem (prawie całą noc w ogóle!)
– z czego, ale nie tylko z tego, się cieszę.
A..- i pamiętajmy wszyscy: niezależnie jak bardzo jest to utrudnione, starajmy
się nigdy nie bagatelizować odbierania formalnej (poczta, awizo) korespondencji,
gdyż – Dalibóg – są rzeczy na Ziemi (na Niebie to akurat widzę jakie ;-), których nie przewidzimy racjonalnie nigdy!

Cele pracy ezoterycznej

W tym odcinku postaram się ograniczyć czysto osobiste przemyślenia i komentarze (dopisek: nie udało mi się to do końca..).
Rzecz wyłożę w punktach – ma to na celu raczej uporządkowanie całości i przedstawienie poszczególnych tez a nie odnosi się do jakiegoś podziału czy klasyfikacji.

Pozycja, którą w tym zakresie polecam – Gnoza, aut. Borysa Murawiewa (w jęz. polskim niestety niedostępna) – choć nie można powiedzieć, że przedstawiająca Prawdę w 100 %, to jednak jest najwyższej jakości, a tak przemyślenia teoretyczne, jak, ciągle gromadzone, doświadczenie praktyczne, pozwalają mi tę prawdziwość w wielkim zakresie stwierdzić i biorę za to przed Każdym Czytelnikiem osobistą odpowiedzialność.

A więc, wracając do rekapitulacji celów..

I.

Celem pracy ezoterycznej, a jest to głównie praca Człowieka nad Samym Sobą
[jak podkreślam jednak w nastepnych punktach – istotne jest przy tym
relizowanie celów zewnętrznych]– jest Przezwyciężenie Śmierci. Zbawienie. Dość komentarza do tego punktu zamieściłem w poprzednim odcinku. Będę zresztą do tego niejednokrotnie wracał, tutaj nie chcę się już powtarzać (choć chętnie odpowiedziałbym na jakiekolwiek pytania – to uczyniłoby od razu całą rzecz wartościowszą, gdyż mógłbym skupić się na konkrecie, choć oczywiście, nie znając pytania, nie gwarantuję czy znałbym na nie satysfakcjonującą odpowiedź czy znalazł odpowiednie wyjaśnienie).

Tutaj podsumuję jeszcze jedynie sytuację egzystencjalną LUDZI – jako mogących – POTENCJALNIE – udoskonalić się, awansować w hierarchi rozwoju bytów (nie tylko duchowej) wyżej.

Człowiek – jak wiadomo – jest „zawieszony” pomiędzy światem 
i „aspiracjami” roślinno – zwierzęcymi (gdzie cel jest prosty, 
przetrwanie i prokreacja, a na wątpliwości i wybory miejsca nie ma) 
a należącymi do wyższego, duchowego – boskiego porządku.
 Z jednej strony musi troszczyć się, podobnie jak zwierzę o przeżycie 
– a instynktowna część i często też nieopanowane pożądania – realizację seksualną i prokreacyjną. Z drugiej strony, choć u niemałej części ludzi jest ona nierozwinięta, nierozpoznana lub zduszona – człowiek poprzez swoje świadome wysiłki może wejść właśnie w coś, co może być nazwane 
linią rozwoju ezoterycznego. Ta linia pozwolić mu może na odkrycie 
w sobie i nawiązanie kontaktu – poza, funkcjonującymi i wystarczającymi „części zwierzęcej” niższymi centrami emocjonalnym (seksualnym) oraz typowo mechanicystyczno (pragmatyczno) – ludzkiemu niższemu centrum intelektualnemu – wyższych centrów, będących w człowieku w efekcie tchnienia w niego ducha (zapalenia Bożej „iskry”)  najczęściej w stanie zupełnie nierozwiniętym i często też nieuświadomionym, wyższemu centrum emocjonalnemu i intelektualnemu i ich unii wyrażającej się Prawdziwym Widzeniem [trzecie oko]). Nawiązując kontakt z tymi centrami człowiek może: przezwyciężyć Śmierć odzyskać utracony Raj. 
 Ot, co.

II. 

Z rzadkimi wyjątkami powyższy cel (cele) mogą być osiągnięte poprzez świadomy trud, ciężką i metodyczną pracę.
Na temat „wyjątków” już poczyniłem pewien komentarz wcześniej, będę do tej kwestii wracał też w przyszłości przy omawianiu kwestii szczegółowych.

II b.

Świadomy trud Człowieka na drodze pracy ezoterycznej obejmuje w przemożnej mierze pracę nad funkcjami, zdolnościami i centrami człowieczymi, które zwykle są w stanie uśpionym, nierozwiniętym i wręcz powszechnie zapomnianym, szczególnie u ludzi naszych czasów.

Cechy te mają zarówno charakter umysłowy, intelektualny, jak też bardziej uczuciowy, emocjonalny. Jest generalną regułą, że podstawowe i najważniejsze znaczenie ma praca nad centrum emocjonalnym, albowiem droga i jej istota zaczyna się w sercu.
Konieczna jest gorliwość, tęsknota – pożądanie wyrażone gorącym sercem człowieka. Aby poczynić postęp, należy zapłonąć.
Ogienek i trochę dymku nie wystarczą.

III.

Praca ezoteryczna, jak stwierdzono wyżej, jest przede wszystkim pracą Człowieka nad samym sobą, dokonuje się w większości poprzez i w jego wnętrzu. Jednak nie może być, z natury Świata (oraz z przyrodzonej, społecznej natury Człowieka) wykonywana w próżni.
Nie należy też oczekiwać bezpośrednich, a tym bardziej szybkich „rezultatów” – w tym sensie, w którym można by je przyrównać do nagrody za wysiłek, „zapłaty” za włożony trud.
Nagroda, co wynika chyba jasno z natury i celów pracy, jest i to jest wielka. W zasadzie napisać należy: Największa z możliwych. Jednak istotą pracy ezoterycznej – w tym właśnie pracy nad swoim centrum emocjonalnym (i pracy nad ograniczeniem swojego Ego w sensie fałszywych, narzuconych naszej prawdziwej Indywidualności, mnogich „Ja”, o których już też nie raz tutaj wspomniałem) jest upodobanie serca, bezinteresowność, a czasem, użyję tutaj tego słowa z ostrożnością: miłość.
Jest to trochę tak, że – choć pracuje się – i o Nagrodzie się WIE, to jednak istota dobrze wykonywanej pracy ezoterycznej, motywacja i myślenie człowieka nie może skupiać się na jego interesie w tym zakresie. Najlepiej gdy jest szczerze bezinteresowna, wzbudzona przez czyste dążenia serca i aspiracje uczynienia dobra i pożytku Innym, Światu, a nie sobie, w każdym razie, nie bezpośrednio i głównie Sobie.
W pewnym zakresie zasadę tą wyraża ewangeliczna rada: „Niech nie wie lewica co czyni prawica”. Gdy prawą ręką komuś dajesz coś darmo, niech lewa nie wysuwa się, nawet bezwiednie, po „nagrodę” za tę swoją dobroć.

Może wydaje się to abstrakcyjne i trudne, ale, dla człowieka, który – jeśli prawidłowo widzi rzeczywistość, nie jest poważnie zakłamany i jest w stanie być w miarę uczciwym wobec samego siebie, nie jest to takie trudne.
W istocie jest czasem tak, że dla osoby, która ma dobrą szansę na powodzenia w pracy ezoterycznej wydaje się ona właśnie – dla niej samej – bardzo trudna, bo bywa, że osoba taka niezbyt dobrze, a nawet całkiem źle, ocenia samego siebie, swoje przymioty, bezinteresowność. Myśli nierzadko, że jest takim egoistą i ma tak słabą wolę, że praca ezoteryczna i bezinteresowność trudów i wyrzeczeń, taka o jakiej wyżej wspomniano, jest poza jej zasięgiem.
Tutaj mogę poczynić optymistyczną uwagę, że tak nie jest. Natomiast nasze wątpliwości co do samego siebie w pewnym zakresie niech dodadzą nam otuchy – świadczyć bowiem mogą, że mamy do siebie odpowiedni stosunek. Jest to bardzo ważne i odwaga w podjęciu Pracy może zaowocować tym, że nie tak długo będziemy mogli czekać na niedowierzanie i radosne zdziwienie, że coś, co wydawało się „zbyt dobre dla nas” jednak jest w naszym zasięgu!

Choć cały powyższy ustęp pochodzi bezpośrednio ode mnie i wsparty jest na moim doświadczeniu, podobnie pisze Borys Murawiew, stwierdzając „każda prawdziwa praca ezoteryczna przebiega w kierunku diametralnie odmiennym niż egoistyczne dążenia”.

Dlatego też, osoba, która tej pracy się podejmuje, nie powinna rozmarzać się i łudzić wizjami różnych korzyści, osiągnięć i nowych możliwości, które będzie osiągać, powinna zaś uzbroić się w wiarę (nie chodzi tu o wiarę w sensie religijnym, a przynajmniej akcent nie w tym leży..) i odwagę, koncentrując się na właściwych staraniach i pożytkach, nie ograniczających się do siebie samego,
z nich płynących.

III b.

Praca nie jest wykonywana, jak stwierdzono wyżej, w próżni. Powinna mieć pożyteczny cel. Konieczne jest zajęcie się CZYMŚ KONKRETNYM.
Ogień, płonący w sercu i duszy samotnika, który posłuży tylko do tego, by oddawał się czemuś (np. jakiejś niezrozumianej szerzej twórczości czy utopiom), z czego nikt w zasadzie nie ma żadnego pożytku – nie wystarczy. Mało tego, można się sparzyć; w rzeczy samej taka postawa byłaby raczej oszukiwaniem samego siebie a czasem i innych.

Dlatego konieczne jest znalezienie – by włożyć w nie swój świadomy trud – konkretnego PRAKTYCZNEGO ZASTOSOWANIA.

Nawet gorący płomień w sercu nie wystarczy, jeśli nie będzie mógł czegoś, poza nami, zapalić i skończy się na szarym dymie, zanim wygaśnie. Każda siła wymaga konkretnego punktu aplikacji i jeśli go nie odnajdzie, zdekomponuje się i zaniknie.

Zanim odpowiednie siły mogą znaleźć zastosowanie, „student” musi uczynić się odpowiednio użytecznym. Jego zadanie rozpocznie się tak naprawdę dopiero gdy od zamierzeń i słów przejdzie do działań, akcji.

IV.

Poszukujący jest wolny w swym wyborze.
Dyscyplina jest przyjęta na zasadzie wolnego wyboru, ale – jak już – musi być stalowa. Poszukujący może zaprzestać swoich wysiłków i w każdej chwili powrócić do normalnych życiowych, światowych interesów. Jednak, musi się liczyć z tym, że będąc już w pewnej mierze „zatruty” tym, co dokonał na drodze ezoterycznej oraz mając już przez to w pewnej mierze otworzone oczy, kolory i możliwości światowe, które wcześniej wydawały się bardzo atrakcyjne, teraz zblakną a nawet zupełnie stracą swą siłę motywacyjną. Tak jest ze wszystkim co wydawało się kiedyś godne pożądania: pieniędzmi, kobietami/mężczyznami, sławą (a nawet tzw. „spokojem udanego życia rodzinnego”).
Wolność wyboru i inicjatywy domaga się od poszukującego wystawienia siebie na różnorakie niebezpieczeństwa i próby. Może być też tak, że omyłkowo weźmie fałsz za prawdę, nieczyste za czyste, pozwoli na dopuszczenie do różnego rodzaju „skandali”. Jeśli jednak takie błędy zostaną popełnione przez czyste serce w rezultacie szczerego błędu, nie stanowią śmiertelnego niebezpieczeństwa. Zostanie on ostrzeżony na czas, nawet gdyby w błędzie pozostawał. Tutaj Murawiew przywołuje przykład nawrócenia Szawła – św. Pawła. Jednak nie muszę sam długo szukać by mnogie przykłady cisnęły mi się w pamięci, tak z historii, już mniej odległej, jak z całkiem nieodległej i niemal teraźniejszości.

Prawdziwe niebezpieczeństwo ma miejsce wtedy, gdy dopuszczamy się nieczystości serca – poszukujemy tak naprawdę realizacji naszych egoistycznych interesów i, tak naprawdę, jednej ze „światowych” wartości (tj. choćby wspomnianych – władzy, sławy, pieniędzy, czy nawet pewnych doczesnych rezultatów emocjonalnych). Może tak się stać, nawet nie do końca dla nas świadomie, w początkach, gdy dopuszczamy się jakiejkolwiek nieszczerości wobec samego siebie. Toteż najgorszym i najniebezpieczniejszym z kłamstw, na drodze ku pracy ezoterycznej, jest OKŁAMYWANIE SAMEGO SIEBIE. Jest to absolutnie zakazane!

Stwierdzam, że wpis robi się za długi. Dlatego na tym puncie teraz przerywam, w następnej części zaś – bardzo niedługo – bezpośrednia kontynuacja i dalsze punkty.

Pod koniec tylko jedna, w pewnej mierze autotematyczna uwaga.
Istnieje zasada, że na pewnym etapie pracownik jest zobowiązany także do nauczania, do przekazywania Innym tego, co wie, szczerze korzystając ze swojego doświadczenia. Jest to jednak śliska sprawa.
Albowiem, wydaje się, że nazbyt wielu uważa się do tego powołanych.
Przez to, w ogóle, ezoteryka doczekała się nienajlepszej opinii 
i nierzadko bywa wyśmiewana – i słusznie! Nie ma bowiem
nic gorszego niż lipnie lub oszukańczo uprawiana praca ezoteryczna
czy wszelkiego rodzaju życzeniowo – fantazyjne okultyzmy.
Czyniły one i czynią – tym bardziej w dobie globalnego obiegu

informacji i mediów – wielką szkodę Prawdziwej sprawie.
Czy rzeczywiście jesteśmy do tego zobowiązani, o tym powie nam nie własna aspiracja czy, nawet dobre, chęci – w rzeczy samej: sami możemy się czuć do tego absolutnie niegotowi i sami siebie osądzać jako znający rzecz tak słabo a nasze doświadczenia za tak niewymierne, że „u nas” nie powstałby nawet zamiar przyjęcia na siebie, nawet w pewnej mierze, roli nauczyciela.
Czy musimy to jednak, będąc w zgodzie z naszymi obowiązkami i powołaniem, uczynić powie nam bardziej konfiguracja faktów i Świata oraz liczne, niedające się zignorować sygnały i znaki. Niemniej, pomimo tego wszystkiego, ktoś, kto rzeczywiście ma już także nauczać, do końca może się czuć do tego nieprzygotowany i tego niegodny. Jest to jedna z kolejnych właściwości, która cechuje ezoteryzm i która się opłaca – lepiej sobie, a musi płynąc to raczej z natury a nie z jakichś świadomych czy wymuszonych starań „skromności” – umniejszać niż odwrotnie. Trudność polega na tym, że umniejszając sobie, niejako naturalnie tracimy motywację do działania, szczególnie w takiej dziedzinie, o której mowa. Tak, jest to trudne ale o tym, że praca ezoteryczna jest rzeczą trudną, jak widać tutaj: w znacznej mierze właśnie psychologicznie, była już mowa.