W drodze o drodze (wpis awaryjny)

W zasadzie od, nie tak krótkiego już, czasu wiedziałem, że wszystko składa się jak precyzyjna – więcej nawet
niż 3-wymiarowa (o wiele więcej..- przez co jeszcze bardziej złożona i niesamowita w tym fakcie dopasowywania 
i konsekwencji) układanka. Konsekwencje, synchroniczności, potwierdzenia, wyjaśnienia, czasem łączące rzeczy
i czasy bardzo odległe także w naturalnie postrzeganym łańcuchu przyczyn – wszystko to dawało to pewien 
rodzaj śmiałości.

A jednak – przykładowo: warto często COŚ ZAPISAĆ – później zaś np. przeczytać na głos itp. 
– zyskuje się wtedy jakby dodatkowe uporządkowanie i dodatkową siłę, jasność co do tego, co dla nas ważne
(czy są to nasze postanowienia, plany czy zapis jakichś doświadczeń czy wniosków). Podobnie – warto czasem
spotkać jeszcze jedno, dodatkowe jakby potwierdzenie tego wszystkiego, co niby już sami wiemy i co tak się 
nam kompleksowo i konsekwentnie „składa w całość”. Warto czasem usłyszeć „to samo” głosem zupełnie obcej osoby, która opisuje i bazuje na dla nas nieznanych, bo tej osoby tylko konkretnych doświadczeniach i jej
sytuacji życiowej. I dziwnej dodatkowej siły (praktycznej!) dodaje nam wtedy to, że słyszymy swoje wnioski
i swoje obserwacje, bywa, że zgodne w detalach – oparte przecież na zupełnie nieznanym nam do tej pory życiu, często zupełnie odmiennym od naszego.

Mniej więcej takie odczucia mam, bedąc w początkowych stadiach lektury „The Anatomy of Calling: 
A Doctor’s Journey from the Head to the Heart” (Anatomia powołania – droga lekarza od głowy do serca)aut. lekarki, Lissy Rankin
na którą natknąłem się, oczywiście przypadkowo, kilka tygodni temu..

 

Mam określone plany zakupowe dotyczące lektur (poza tym, że niejedna na mnie czeka, ale tutaj
staram się trzymać priorytetów czasowych..) , głównie takich będących po prostu narzędziami
pracy i bezpośrednio związanymi z moimi planami na ten i następne lata. Plany te wyjdą z etapu głownie przygotowywawczego 
w czerwcu. Jednak tę pozycję – za kilka dolarów (ebook na Amazon – kupuję przez amazon.uk) – kupiłem już teraz
– skuszony wyjątkowo znajomo wyglądającym opisem, streszczeniem – co pogłębiła tylko jeszcze lektura kilku tekstów autorki
dostępnych w Internecie. Kątem oka zauważyłem ilość opinii pozytywnych (88), kątem drugiego jakąś tam pozycję
w rankingu kategorii (bodjaże 358..) i nie wahając się już kliknąłem „kup”. Tak więc ebooka (i audiobooka) mam i sobie czytam. 
To co napisałem bezpośrednio wyżej, napisałem także w intencji by zasygnalizować pewną rzecz:

 Tak, możemy posługiwać się, dla poparcia (może i odparcia - różnego rodzaju ostrzeżenia czy przestrogi) naszych
 intuicji jakąś techniką skojarzeniową, która bardziej lub mniej niesie dla nas znaczenia symboliczne i metaforyczne.
 Ważne, wg mnie, jest jednak to, by nigdy na tego rodzaju, ze swej istoty nigdy NIE SPRAWDZALNYCH DO KOŃCA
 rozumowo i logicznie przesłankach, znakach, symbolach, technikach itd. - nie bazować jako na jedynych wyznacznikach.
 Byłoby to bardzo nierozsądne, a często zahaczałoby wręcz o szkodliwe wariactwo, przypominając raczej hazard, i to głupszy
 (dający mniej "przyjemności" - nawet takie hedonistyczne dookreślenie tutaj wystarczy, a hedonizm jest zwykle przekonywujący..).
 Tego rodzaju przesłanki można brać pod uwagę jako dodatkowy sygnał, jednak opierać się w głównej mierze o rozeznanie TREŚCI
 tego, na co chcemy się zdecydować, co wybrać czy za czym podążyć. A jeszcze bardziej - w oparciu o wartości, które, 
 poddając ostrożnemu rozróżnieniu, nie dając  pofolgować zbytnio ani naszej życzeniowości ani naiwności, przeczuwamy - 
 ale w sposób niemal pewny - tak, że nawet nie widząc wprost, możemy powiedzieć, że w danym wypadku widzimy roentgenowsko.
 W istocie - jak mi się wydaje, różne symboliczne techniki - nie tyle nawet decydują o czymkolwiek i nie tyle nawet
 powinny przeważać w podejmowaniu merytorycznych decyzji, co służą jako rodzaj dodatkowego potwierdzenia, czegoś, 
 CO JUŻ I TAK WIEMY - lub decyzji, którą merytorycznie i tak już podjęliśmy (czy bylibyśmy podjęli) ,
 przynosząc też rodzaj dodatkowej siły - czy dodając koniecznej wytrwałości, gdy nie wszystko idzie jak po maśle.

Nie inaczej było w tym wypadku, dlatego, choć – jak wspomniam wyżej – o tym wszystkim co dotyczy mitów to ja już wiem i wiedziałem,
czasem nawet od dawna (znając choćby np. pewne lektury i struktury dla scenariuszy filmowych, technikę ich pisania itp.),
to i dla mnie, czytanie o tym na nowo – w tak bardzo bliskim mi kontekście, opartym jednak przecież o doświadczenia
i światopogląd zupełnie innej osoby – jest fascynujące. I wartościowe. 
Dlatego pewne, choć być może i Wam w dużej mierze znajome, słowa i znaczenia – klucze oraz ważniejsze uwagi,
ujęte słowami Lissy Rankin czyta się z przyjemnością i wielkim pożytkiem. 

Zobaczmy najpierw co Autorka pisze o sobie (ze wstępu do książki, ale celowo pomijając wcześniejsze wyjaśnienia..).

(..)
 Pięć długich, bolesnych lat minęło odkąd powiedziałam Światu: - Wchodzę w to. 
 Podczas Powrotu - znalawszy Świętego Graala - uklekłam przy moście, czując się weteranem bojowym,
 z poobcieraną skórą i wyszeptałam z ulgą i wdzięcznością: - Dlaczego mnie nie ostrzeżono, jak trudne to wszystko będzie?
 A Świat odpowiedział: - Dlatego, że wtedy byś się nie zgodziła.
 (..)

 

We wcześniejszej części przedmowy Lissa pisze w zasadzie o tym, co znane jest z popularnych
– opiniotwórczych i uznanych – przynajmniej w kręgach amerykańskich scenarzystów filmowych i szerzej: twórców – pisarzy, ale także akademików czy nawet specjalistów
od zarządzania czy biznesu (nauka o biznesie w USA czerpie chyba ze wszystkiego i może to nie tak źle..)
pozycji dotyczących STUKTURY klasycznego MITU, legend, opowieści.

Treści te są docenione nawet a może szczególnie w zepsutym Hollywood (europejskie i azjatycie scenariusze są o wiele 
częściej pisane bez takiego jak w USA bazowaniu na klasycznych regułach dramatycznych czy warsztatowych, co nie zawsze
odbija się pozytywnie na jakości dzieł, a prawie zawsze negatywnie na ich oglądalności..prawda?) 
– pewnie dużą rolę odgrywa fakt, jak bardzo np. swoje GWIEZDNE WOJNY
George Lucas wzorował właśnie na klasycznej strukturze mitu. Zresztą, o współcześniejszym kinowym micie – hicie 
(ekranizacji powieści Tolkiena)
można powiedzieć dokładnie to samo.

Usystematyzowana wiedza i analiza tego tematu, tak bardzo inspirująca, że mogąca być z powodzeniem
używana tak do analiz psychologicznych i terapeutycznych, ambitnych poszukiwań teologicznych i światopoglądowych,
jak do konstrukcji kasowych hitów popkultury, jest głównie dziełem Josepha Campbella, amerykańskiego
znawcy mitów i religii. Oczywiście, miał on wielu prekursorów (w szerszym ujęciu choćby Frazera ze „Złotą gałęzią”,
w węższym – Otto Rank’a (Mit narodzin bohatera), ale dzieło Campbella okazało się najbardziej uniwersalne, detaliczne
i prawdziwe. Jego główna książka na ten temat to „The Hero with a Thousand Faces” – Bohater o Tysiącu Twarzy.

Jak zawsze – nie jest moim celem na tym blogu powtarzać się i dublować, wyważać otwarte drzwi czy odnawiać
rzeczy już w całości znane. Dlatego także w tym wypadku przytaczam tylko wybrane myśli związane z tematem – 
kwestia ujęcia mitu, sprawy „calling” (wezwania, powołania), postaci „bohatera”, jego podróży etc.etc. przez Cambella
jest od dawna klasyczna i całkowicie bezpłatnie w Internecie – także polskojęzycznym znajduje się wiele opracowań
przedstawiających i analizujących te zagadnienia pod różnymi kątami. Kto nie zna – jak najbardziej WARTO się zapoznać.

Dlatego, wracając do tego, co pisze Lissa Rankin, wybieram tylko krótki, jednozdaniowy fragment, oczywiście bardzo istotny,
uwagę z wprowadzenia do Jej „Anatomii Wezwania” (podtytuł też jest nawiązaniem do tematu mitów i mitografii Campbell’a).

Zdanie to jednak współbrzmi z wszystkimi innymi, którymi Autorka opisuje swoje doświadczenie, jest tylko przykładem, wymienia tylko, można by
rzecz, jeden symptom spośród wielu, wielu objawów i przejawów. Identyczne zdanie powiedziałem 
sam do siebie, nie tak dawno. Brzmi ono, parafrazuję tutaj i Rankin i siebie:

Odkrywa się, że wszystkie puzzle CAŁEGO życia – cała nasze historia i to, co się nam wydarzyło, zarówno to, co dobre i to, co wspominane
jako tragiczne, to czym się szczycimy i to, co chcielibyśmy zapomnieć, nawet to, co uważaliśmy za stratę czasu czy nie dające żadnego
owocu niepowodzenie, błędny zaułek itp., biorąc pod uwagę Wyzwanie i drogę, która się przed nami pojawiła, idealnie do siebie pasują.
I co jeszcze ciekawsze: że w zasadzie wszystko, czym się do tej pory zajmowaliśmy, co poznaliśmy, co przeczytaliśmy, ćwiczyliśmy itp.,
nawet zupełnie uboczne, było nieustannym treningiem, dającym nam określone umiejętności, wiedzę, zdolności, fragmenty wiedzy czy nawet wspomnień – 
wszystkie służące właśnie temu i nadające się właśnie do tego, co teraz przedstawia się nam jako nasze prawdziwe powołanie.

 

Jak zapowiedziałem wczoraj w komentarzu do poprzedniego wpisu „Kury i Anioły” – 
dzisiejszy wpis ma niejako charakter awaryjny a i tak opóźniony o 1 dzień do nieodwołalnie postanowionego CYKLU publikowania co 3 dni.
Książkę (ebook) Rankin miałem jednak na telefonie (a Internet tylko doraźnie) i dlatego mogłem napisać nie do końca awaryjny i miniaturowy wpis.
Do usłyszenia za 3 dni! A może za 2..biorąc pod uwagę możliwość wyrównania opóźnienia.

Na koniec zaś, mając w telefonie kilka chmurek,  może nie bardzo spektakularnych ale za to wesołych i z ostatnich dni, macham do Was serdecznie!

 

Na Nowy Rok

Jeśli ktoś nie może żyć, robiąc jakieś pożyteczne rzeczy,
bez „szybko wypłaconego wynagrodzenia” za jego starania,
niech postawi się w sytuacji
dłużnika wobec Boga za Istnienie.
(Borys Murawiew, Gnoza, parafraza Marat Dakunin )

Z pamięci:

'Faryzeusze, modlący się na pokaz, dający jałmużnę
na pokaz i wzywający imienia: Panie, Panie publicznie;
niech nie liczą na nagrodę od Ojca w Niebie;
zaiste bowiem powiadam Wam, oni swoją nagrodę
już odebrali" (Mateusz Ew.)

Mój komentarz i dobre rady na Nowy Rok:

– Mnie osobiście nagroda „od Ojca w Niebie”
średnio podnieca. Jeśli ktoś nie czuje sercem
i rozumem, że czynieni Dobra jest nagrodą
samą w Sobie i żadnej dodatkowej nie potrzeba,
niech wsłucha się w Siebie i zastanowi czy kiedykolwiek
był Prawdziwie Szczęśliwy i kiedy to było..

 

Powiadam wam: Tej nocy dwaj będą na jednym łożu, jeden będzie zabrany, a drugi pozostawiony. Dwie mleć będą na jednym miejscu, jedna 
będzie zabrana, a druga pozostawiona. 
(Łk 17,34-35)

Wtedy dwóch będzie w polu: jeden będzie wzięty, drugi zostawiony. Dwie będą mleć na żarnach: jedna będzie wzięta, druga zostawiona. 
Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. 
(Mt 24, 40 – 42)

 

Ks. Stanisław Ormanty SChr w komentarzu do podanego fragmentu Ewangelii wg Mateusza tak m.in. pisze:

Ludzie będą pochłonięci codziennym sprawami, mniej czy bardziej ważnymi; i nie będą mieli żadnego odniesienia do końca. Zatem przyjście Syna 
Człowieczego będzie dla nich całkowitym zaskoczeniem i niespodzianką. (...)
 
Ale w Ewangelii jest zaznaczone, że beztroska połączona z brakiem odniesienia do końca jest zawiniona.(…)

Mielenie na żarnach należało do codziennych obowiązków; tak jak praca w polu. Jezus na przykładzie pracy kobiet przy żarnach zaznacza, że owo 
„wzięcie” dokona się niespodziewanie; w zwykłej, szarej codzienności, kiedy człowiek będzie wykonywał swoją codzienną pracę; a więc będzie 
skoncentrowany „jak zawsze” na codziennych powinnościach. (...)

Kolejne pytanie: dlaczego „jeden będzie wzięty, a drugi zostawiony”? To rozróżnienie jest ważne: choć wszyscy wykonują te same czynności; to 
jednak decydujące znaczenie w oczach Bożych ma ich postawa wewnętrzna. Jeśli człowiek opiera swoje życie tylko na sobie; walczy tylko o to, 
aby zrealizować swoje plany; nie ma ani w nich, ani w swoim życiu żadnego odniesienia do Boga – nie będzie wzięty przez Boga, czyli nie dostąpi 
pełni zbawienia.

Bo piekło to wzgardzona miłość Boża; konsekwencją jest stan tragicznego osamotnienia; a człowiek nie jest stworzony do osamotnienia. Obraz 
„palących płomieni” to palące tęsknoty za miłością, którą się wzgardziło; a obraz „płaczu i zgrzytania zębów” to bolesne pretensje do samego siebie: 
dlaczego doprowadziłem się do takiego stanu?
Realizm piekła jest związany z realizmem ludzkiej wolności. Natomiast jeśli człowiek żyje w Bogu, tzn. jest w intymnej relacji z Nim, całe swoje 
życie podporządkowuje woli Boga; a więc ciągle jest przy Nim, czyli czuwa – będzie wzięty; czyli dostąpi nieba – wiecznej chwały. Tak zatem 
Jezus przedstawia dwie kategorie postaw życiowych: jeden wewnętrznie śpi, drugi czuwa. Ta perykopa ewangeliczna sugeruje także prawdę, że w 
życiu chrześcijańskim nie tyle jest ważne, co się czyni, ile i jak to się czyni, z jakimi intencjami i nastawieniami; z jakim odniesieniem.

 

Ode mnie dalej (z pewnymi skrótami myślowymi, z których się
wytłumaczę niebawem): Pierwszy etap przełamywania destrukcyjnych
nawyków (patrz: krystalizacja) siłą rzeczy jest bardziej contemplativa.

Później należy nauczyć się na powrót aktywnego udziału w życiu, także w życiu społecznym (inaczej mówiąc – pracy dla dobra).

Choć spór nad wyższością vita activa i vita contemplativa ciekawy [(przyganiali już starożytni oddanym codziennym obowiązkom, taplającym się w
błocie, przez czasy Jezusowe (oj Marto, Marto..) i przez średniowiecze do Dostojewskiego i dalej (omówienie np. tutaj)], to jednak zważyć należy,
że spór o wyższości contemplativa nad activa sam jest contemplativa i nie może być sędzią we własnej sprawie, tym bardziej że byłby często czczy
(nienakarmiony)…

Przyjmijmy rozsądnie, że najlepsze jest odpowiednie wyważenie activa i contemplativa, ale praca realna jest na tym świecie konieczna (i dobra).

W konteście ewangelicznego cytatu mogą przyjść na myśl jeszcze zastrzeżenia humanistyczne np. co do tzw. „liczenia na nagrodę za coś” lub
przybierające szkolną postać dywagacje nt. poświęceń np. święty jest najbardziej egoistyczny, bo wszystko co robi nagradza sobie świadomością
swojego dobra i świadomość mniejszego lub większego heroizmu oddaje mu poświęcenie rozkoszą w dwójnasób itp.

Co do nagrody, aby się przed podobnym lizusostwem eschatologicznym nie wzdrygać, a jednak motywację, gdy brak, wykrzesać, nagrodę
potraktować można jako zasłużenie na miłość.
Co prawda jest to zgrzyt w samym pojęciu miłości, ale często po jednej lub drugiej stronie uczucia występuje ta potrzeba, zasłużenia na miłość,
poczucie niegodności, bywa (i słusznie) i u obu stron (choć w tym być, raczej, nie może). Choć często jest bezrozumne, nie jest naganne, ba jest
nawet lepsze niż świadomość ‘zasługiwania na miłość”. Jak mawiali bowiem chasydzi: wolę tego kto wie, że jest zły, niźli tego co wie, że jest dobry
(i tylko przewrotniś rozumie to jako gloryfikację świadomych złoczyńców).

Problem leży także w tym, że trzeba porzucić tzw. rozgrzeszanie się poprzez porównanie i rozgrzeszanie się poprzez poczucie sprawiedliwości
(przykład: spójrzcie na niego, on jeszcze mniej…albo: a jaki ja miałem start?…albo: nie przyzwyczajony byłem)

A teraz przyjmijmy, że nie wszystko jedno, czy mleć na żarnach (a może znachorstwo?), czy praca na roli czy myśliwstwo czy zbieractwo.
I wybierzmy sobie zawód.

Poniższe zestawienie jest oczywiście bardzo uproszczone i wybiórcze, nie tylko w doborze ról społecznych (praca/zawód/zajęcie), co zrozumiałe,
ale także w kwestii bilansowania dokonanego wyboru.
Gdy chodzi o pracę/zawód/ zajęcia chodzi oczywiście o główny (niejedyny przecie) nurt aktywności życiowej, z różnych powodów jednak obranie
takiego głównego nurtu jest konieczne i będzie on zajmował znaczną (jeśli nie większość) część oddanego nam czasu życiowego.

Całość artykułu opublikowana wiele lat temu
w ogólnopolskim miesięczniku jest dostępna jako PDF (klik),
wraz z grafiką, czyli tabelką zestawiającą wybrane zawody
i zagrożenia oraz wyzwania i plusy z nimi związne.
Ponieważ tekst był pisany w zasadzie dla młodych Prawników
to większość zawodów obejmuje te z Prawem związane, ale nie tylko.

Osobniczymi zmiennymi wyboru są:

– talent (zdolności wrodzone lub intuitywnie rozwinięte),

– zdolności praktyczne (aktywne)

a) nabyte naturalnie np. przez przyzwyczajenie od dzieciństwa (zob. Bernard Mandeville: Ludzie pracy przeznaczeni powinni być od dzieciństwa do
niej surowo wdrażani. Okrucieństwem jest zmuszać nienawykłego od dzieciństwa do pracy.)

b) wypracowane – tu mix z siłą woli i inklinacjami do różnego rodzaju lenistwa (umysłowego, fizycznego, egzystencjalnego)

– wiedza (w tym wrodzone lub nabyte przekonanie o niezbędności stałego poszerzania wiedzy, związane zagrożenia: prześlizgiwanie się,
pozorowanie, fanatyzm – dogmatyczność, muchy w nosie; związane szanse: open – mind, niedogmatyczność, budowanie otwartego systemu,
intuicja jako pochodna wiedzy

– wola(zdeterminowana obranym, przyjętym jako słuszny celem, krystalizacja codziennych wyborów, konsekwencja).

Zestawienie jest esejowe, nie naukowe. Niektóre aspekty delikatnie rozwija, inne tylko sygnalizuje.

 

PS

– Jeśli Ktoś nie wiem co jest Dobre a co Złe
albo uważa, postmodernistycznie, wyszukaną analizą,
albo Prostacko (ale nie Prosto bo Prosta
Religijnośc Ludow jest Święta i godna Najwyższego szacunku)
to niech idzie do psychiatry póki czas;

– Bo dzień Pański przyjdzie jak złodziej w nocy.

Wszystkiego Dobrego na Nowy Czas!

 

Kto będzie zjedzony?
„Gruba kreska”?
Niech Nowy Rok doda Wam skrzydeł :)!

Marat Dakunin